Kuebiko, anemoia, saudade, czyli kiedy brakuje słów

autumn

Za każdym razem, kiedy robię naleśniki, z jakiegoś powodu myślę o smażonym kurczaku z powieści Hotel Paradise Marthy Grimes, i czuję… no właśnie co? Nostalgię? Tęsknotę za nieistniejącym światem? Zawsze brakowało mi słowa na określenie tego uczucia. Ale, jak się okazuje, w innych językach istnieją określenia stanów, na które w polskim nie mamy słów. Postanowiłam podzielić się z wami kilkoma, których mi brakowało.

Kuebico
Źródło: The Dictionary of Obscure Sorrows z jęz. japońskiego
Stan zmęczenia wywołany zetknięciem z bezmyślną przemocą

lights-in-the-tree

Fernweh
Źródło: jęz. niemiecki
Pragnienie podróży, tęsknota za czymś odległym, również miejscami, w których się nigdy nie było

Saudade
Źródło: jęz. portugalski
Silne nostalgiczne pragnienie znalezienia się znów blisko kogoś lub czegoś, co kochaliśmy i straciliśmy, a co może nigdy nie powrócić

tumblr_nopnvassr41tl1dl9o1_1280

Ichigo ichie
Źródło: jęz. japoński
Coś w rodzaju “nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”, ale dotyczące ludzi, termin oznaczający, że powinniśmy celebrować każde spotkanie z bliskimi, bo drugi raz się nie powtórzy

Lutalica
Źródło: The Dictionary of Obscure Sorrows z jęz. serbsko-chorwackiego
Poczucie, że nie mieścimy się w szufladkach, do których nas włożono, jakaś część naszej osobowości do nich nie pasuje

Anemoia
Źródło: The Dictionary of Obscure Sorrows
Tęsknota za czasami, w których się nie żyło, za przeszłością, która dawno już minęła

Komorebi
Źródło: jęz. japoński
Światło przesączające się przez liście w lesie

Mangata
Źródło: jęz. szwedzki
Ślad księżyca na wodzie

mangata

Mamihlapinatapei
Źródło: jęz. Yaghan (Ziemia Ognista)
Znaczące spojrzenie, wymieniane w milczeniu przez osoby, które chciałyby coś zacząć, ale się boją

Notka na sezon ogórkowy

Ostatnio mam tak mało czasu na blogowanie, że kiedy uda mi się usiąść do komputera w celu ulżenia swojej skłonności do grafomanii, odnoszę wrażenie, że powinnam zajmować się tematami trudnymi i istotnymi. Ale przecież nie zawsze tak było. Kiedyś pisałam też miłe dla oka i nie obciążające pamięci lekkie tekściki pełne zdjęć niekompletnie ubranych (lub wręcz kompletnie nieubranych) ludzi. I komu to przeszkadzało? Na pewno nie mnie. Dlatego dzisiaj, z okazji, że zaczęło się lato, a perły intelektu jakoś nie chcą rodzić się ostatnio w mojej głowie, macie zdjęcia sławnych ludziach na wakacjach.

cary grant

Cary Grant jest nader męski na plaży

shirley maclaine

Shirley MacLaine w czasie wolnym poświęca się lekturze

dorothy dandridge

Dorothy Dandridge lubiła w wakacje wsiąść do auta byle jakiego

john wayne

John Wayne nie tracił uroku nawet w zbyt obcisłych gatkach

katharine hepburn

Katharine Hepburne wygląda pięknie w chustce

Original caption: 10/28/1953-New York, NY: Lauren Bacall and Humphrey Bogart on their arrival at LaGuardia airport for a vacation visit to New York. --- Image by © Bettmann/CORBIS

Lauren Bacall i Humphrey Bogart po przylocie na wakacje na lotnisku LaGuardia w Nowym Jorku (28.10.1953) Image by © Bettmann/CORBIS

marilyn monroe

Marilyn Monroe, piękna w każdych wakacyjnych okolicznościach

n-Paris-while-filming-with-William-Holden-on-the-roof-of-the-Hotel-Raphael.

Tak samo jak Audrey Hepburn

PaulNewmanShirtless

I Paul Newman

rita hayworth selfie

Ava Gardner robiła sobie selfie w czasach, kiedy jeszcze nie było smartfonów

sean connery

A Sean Connery od zawsze był za Brexitem

A wy? Jakie macie wakacyjne plany?

Piękno i dobro – gry paragrafowe online

wehikuł czasuPamiętacie, jak na początku lat 90-tych można było tu i ówdzie dorwać wynalazek zwany grą czy też książką paragrafową? Było to nawet całkiem modne. Chodzi o takie książeczki, w których na koniec strony można było wybrać, co by się chciało dalej zrobić, a książka odsyłała do odpowiedniego paragrafu w zależności od naszego wyboru. Strasznie mi się to podobało. Czytałam ich chyba kilka, jedna z pewnością dotyczyła tematyki morsko-pirackiej. Prawdopodobnie była to książka z serii Wehikuł Czasu, którą widzicie po lewej.

Tak czy inaczej, nie raz myślałam, że internet to idealne medium do tego typu zabaw. Pisałam nawet o tym przy okazji tekstu dotyczącego Pottermore. Ale jakoś nigdy nie znalazłam nic ciekawego w temacie. Aż do przedwczoraj, kiedy przeczytałam bardzo fajny tekst Łukasza z blogu Bobrownia (który zresztą niniejszym serdecznie wam polecam – i tekst, i bloga) dotyczący gier z długą fabułą. W komentarzach zaczęliśmy rozmawiać o tym, co kto lubi w grach i Łukasz, niech mu gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie, podrzucił mi link do strony Choice of Games. A tam znajdują się dokładnie takie gry paragrafowe, jakimi się kiedyś zachwycałam, w dużej ilości i rozmaitej tematyce. I w dodatku lepsze, bo jeszcze są statystyki, które się modyfikują w miarę postępu gry i rozmaite achivementy. Część z nich jest płatna, ale są też opcje zupełnie darmowe. Najpierw zagrałam smokiem w Choice of Dragon, próbując uzyskać różne rezultaty. Teraz gram wampirem w Nowym Orleanie. A to dopiero początek.

Poza tym Łukasz podrzucił również linkę do zestawienia gier tekstowych na PCWorld, które zawiera całą długaśną listę podobnych dzieł. Jeśli więc, jako i ja, lubicie podobne zabawy, serdecznie polecam te strony. I wracam do grania.

Hania Humorek jest feministyczna

port-Hani

Chyba mam obsesję na punkcie literatury dziecięcej. Wnioskuję to z faktu, że myślałam dziś o Hani Humorek, stojąc pod prysznicem. Właśnie tam dopadło mnie olśnienie, że jest ona doskonałą feministyczną bohaterką.

Zanim napiszę, dlaczego, dwa słowa wyjaśnienia dla osób, których przestrzeń osobista wolna jest od dzieci i w związku z powyższym z Hanią się wcześniej nie spotkali. Otóż panna Humorek to siedmioletnia protagonistka serii książeczek dla dzieci autorstwa Megan McDonald. W oryginale nazywa się Judy Moody. Urodziła się w średniozamożnej rodzinie państwa Humorków, mieszka w stanie Wirginia. Ma młodszego brata Smrodka, kotkę Myszkę i kolekcję plastrów. Z pozoru jest, jak widać, zupełnie zwyczajna, skąd więc posądzenia o feminizm?

Już wyjaśniam. W punktach, żeby było czytelniej.

  1. Hania jest niegrzeczna. Pierwszy tom serii zaczyna się od wielce znaczącego zdania: „Hania Humorek miała humorek. I to wcale nie za dobry humorek. Humorek ze złą minką”. Hania ten zły humorek pokazuje. Warczy. Marudzi. Jęczy. Krzyczy. Nie ma zamiaru znosić losu ze stoickim spokojem ani tym bardziej pokorą. Bywa męcząca i upierdliwa. Niesprawiedliwa. Wredna. Mówi nieprawdę. Wyraża całą gamę negatywnych uczuć, które wszyscy mamy. Małe dziewczynki też.
  2. Hania jest fajna. To, że miewa zły humor, nie znaczy, że jest antybohaterką. Owszem, czasem się denerwuje, ale za chwilę śmieje. Wścieka się, a potem przeprasza. Jest smutna, ale daje się pocieszyć. A jednocześnie jest wygadana, zabawna, sprytna i ma ogromną wyobraźnię.
  3. Hania ma hobby. Kolekcjonuje różne rzeczy. Fascynują ją rośliny i dzikie zwierzęta, czyta książki detektywistyczne i uwielbia historię. Podsumowując ten i poprzednie punkty – Hania jest feministyczna, bo jest ludzka. To nie wydmuszka z kartonu, ale postać z krwi i kości. Hania, jak każde prawdziwe dziecko, miewa dni lepsze i gorsze. Czasem wstaje lewą nogą bez wyraźnego powodu. Czasem pokłóci się z przyjaciółmi o głupoty. Czasem wścieknie się na młodszego brata. Ale wciąż pozostaje sobą, fajną, samodzielną, myślącą dziewczynką.
  4. Hania nie jest anty-dziewczynką. Mam wrażenie, że autorom książek dla dzieci chcącym przedstawić alternatywną postać dziewczęcą zdarza się popadać ze skrajności w skrajność. Skoro bohaterka nie chodzi w różowych sukienkach, to na pewno uwielbia łazić po drzewach, pluje na jednorożce i w życiu nie miała na sobie nic z kokardkami. Wprawdzie Hania na rysunkach przedstawiana jest głównie w spodniach, a z treści dowiadujemy się, że okropnie nie lubi się czesać, ale nigdzie nie pada ani jedno słowo potępienia „dziewczęcego” stylu bycia ani pochwały „chłopięcego”.
  5. Już samo to wystarczyłoby, żeby polecać książki o Hani. Ale to jeszcze nie koniec. Jak wspomniałam, Hania interesuje się historią. Chce też zostać lekarką. Jej idolką jest Elizabeth Blackwell, pierwsza kobieta-lekarz. W kolejnej części serii Hania po wizycie w Waszyngtonie opowiada dzieciom z klasy o Sybil Ludington, bohaterce wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Maniakalnie czytuje książki o Nancy Drew. Pojawiają się też inne kobiece postacie. Takie „if you can see it, you can be it” w praktyce.

Niełatwo jest znaleźć książki dla dzieci, których bohaterkami są fajne dziewczynki. Podobnie jak w przypadku filmów, większość „uniwersalnych” książek ma za bohaterów chłopców. „Dziewczęce” najczęściej ociekają różem i lalkami Barbie. Ale Hania jest po prostu fajna. Dlatego opowieści o niej lubią nie tylko dziewczynki. Mój pięcioletni syn też.

PS. Audiobooki o Hani są fantastycznie czytane przez Julię Kamińską. Polecam.

A pamiętacie, jak Marlon Brando nie przyjął swojego Oscara?

Polityczne akcenty podczas ceremonii rozdania Oscarów wbrew pozorom pojawiają się bardzo często. Aktorzy, zaangażowani na różnych frontach w walkę o lepszą Amerykę, wykorzystują swoje pięć minut, by wypowiedzieć się na tematy, które wydają się niemal nie na miejscu w otoczeniu sukni i garniturów za setki tysięcy dolarów. W końcu Oscary to święto pozorów, konsumpcji i blichtru.

Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów takiego wystąpienia, a raczej jego braku, był Marlon Brando, który w 1973 roku nie odebrał Oscara za występ w Ojcu Chrzestnym.

Trzeba tutaj przyznać, że Brando wykazał się nie lada odwagą. Rola Vito Corleone była jego powrotem do gry po dziesięciu latach złej prasy i coraz słabszych propozycji. Aktor miał 49 lat i wydawało się, że jego kariera dobiega końca. Nie zjawić się na Oscarach w takiej sytuacji? A jednak. Co poruszyło go tak bardzo, że postanowił obrazić się na Akademię? Zobaczcie sami.

Sacheen Littlefeather, którą Brando wysłał na ceremonię w swoim imieniu, to aktywistka walcząca o prawa Indian. Miała przygotowaną piętnastostronicową przemowę, ale jeden z producentów zagroził, że usunie ją siłą, jeśli będzie mówiła dłużej niż przez minutę. Całą przemowę przeczytała prasie dopiero po zakończeniu ceremonii. Ponieważ urodziła się jako Marie Cruz (zmieniła imię po ukończeniu szkoły średniej), natychmiast po rozdaniu nagród próbowano ją zdyskredytować, twierdząc, że jest wynajętą przez Brando aktorką i nie ma nic wspólnego z Indianami. Nie było to prawdą, Littlefeather jest córką rodowitego Indianina. Rzeczywiście, próbowała swoich sił w aktorstwie, miała nawet rozbieraną sesję zdjęciową w Playboyu. Ale czy to cokolwiek zmienia? Faktem jest, że w latach 70-tych indiańskie ruchy społeczne gwałtownie się rozwijały. Littlefeather wspomina w swojej przemowie o Wounded Knee. Chodzi o miejsce w rezerwacie Pine Ridge, gdzie odbyło się ostatnie starcie zbrojne między siłami amerykańskimi i indiańskimi w 1890 roku. Dzisiaj mówi się nie o bitwie pod Wounded Knee, ale o masakrze, ze względu na ogromną różnicę w uzbrojeniu pomiędzy stronami i ponieważ wśród Indian bardzo dużą grupę stanowiły kobiety i dzieci. W roku 1973, tuż przed ceremonią rozdania Oscarów, grupa indiańskich aktywistów rozpoczęła okupację tych terenów i ogłosiła niepodległość. W odpowiedzi FBI odcięło działaczom prąd i zablokowało dostawy żywności. Okupacja trwała aż do maja. Tak więc Littlefeather nawiązywała do bardzo aktualnych wydarzeń.

Oczywiście Hollywood niewiele mogło zrobić w kwestii Wounded Knee. Ale mogło zrobić to i owo w kwestii ukazywania mniejszości. W tamtych czasach Indianie w filmach, o ile w ogóle się pojawiali, pokazywani byli wyłącznie jako karykaturalne postacie o charakterze prześmiewczym albo złodzieje i degeneraci. Jak zresztą wszystkie inne mniejszości. Brando tłumaczył później w jednym z wywiadów, jak ogromną szkodę wyrządza się dzieciom, pokazując Indian w filmach wyłącznie jako ludzi „dzikich, brzydkich, groźnych, zdradzieckich, pijanych”. (Źródło: The Time Marlon Brando Boycotted Oscars To Protest Hollywood’s Treatment Of Native Americans) Jego słowa wciąż są aktualne.

Czy jego gest cokolwiek zmienił? Wydaje się, że niewiele. Mniejszość indiańska, podobnie jak Afroamerykanie, do dziś staje się centrum fabuły niemal wyłącznie w filmach historycznych, czy to westernach, czy rozliczeniach białych z własną, niechlubną przeszłością. Brando nie żyje, o Sacheen Littlefeather niewiele kto pamięta. Oscary wciąż odbywają się z pompą, ale bez udziału mniejszości. Upłynie jeszcze z pewnością wiele księżyców, zanim ich sytuacja w Hollywood się poprawi.

PS. Temu blogu stuknęło w tym tygodniu pięć lat. Nie wiem, jak to możliwe.

 

Zostawcie w spokoju małe dziewczynki

52procent

Dwa filmy, dwa zupełnie różne podejścia. Ałła chce zostać baletnicą. Ciężko pracuje, żeby dostać się do Narodowej Akademii Baletu w Petersburgu. Memi znosi katusze, by móc wystąpić jako gwiazda karnawału. Obydwie spełniają marzenia. Ale czyje? Swoje? Czy swoich matek? Są zwyciężczyniami czy ofiarami? Czy są tu proste odpowiedzi?

52 procent, reż. Rafał Skalski

La Reina/ The Queen, reż. Manuel Abramovich

I feel stupid

Gdybym musiała cofnąć się w czasie do jakiegoś okresu z mojego życia (do czego, prawdę mówiąc, specjalnie bym się nie paliła), mogłabym skoczyć o dziesięć lat wstecz albo może do okresu dzieciństwa. Ale nigdy, przenigdy, za żadne skarby nie chciałabym wrócić do momentu, kiedy miałam naście lat. Bycie nastolatkiem to z mojej perspektywy koszmar i horror w ciapki. Zero pewności siebie, człowiek skazany na jedno szkolne towarzystwo i ten ciągły przymus podobania się. Brr.

I feel stupid doskonale pokazuje ten stan. Główna bohaterka to istota ewidentnie nieprzystosowana do rzeczywistości – nie maluje się, nie stroi i nie zależy jej na tym, żeby podobać się chłopakom. Hobby, które jeszcze do niedawna było „cool”, nagle już jej nie przstoi. Musi odnaleźć się w tym nowym świecie wczesnej dorosłości. Tylko jak?

Ten film to prawdziwa perełka. Reżyseria, scenariusz, zdjęcia, aktorstwo – wszystko gra. W dodatku opowiada o dorastaniu dziewcząt, co się jak wiadomo rzadko się zdarza w kinematografii. Reżyserką jest kobieta, Milena Pastreich. Film ma również kobiecą scenarzystkę, Anę Lily Amirpour. Być może słyszeliście o niej przy okazji jej filmowego debiutu, który narobił sporo szumu w Sundance – A Girl Walks Home Alone At Night.

Bardzo polecam.