Krótki rant o blogowaniu za pieniądze

Dość dawno temu, bo na jesieni zeszłego roku, trafiłam na blog pewnej młodej osoby, która jęczała straszliwie, że świat schodzi na psy, bo blogerzy pragną korzyści materialnych za swoje teksty. Niestety blog od tamtego czasu został utajniony, więc nie podam linku do niego, bo i tak nie przeczytacie wspomnianego wpisu. Co gorsza, ja też go nie przeczytam, a szkoda, bo chciałam się do niego odnieść polemicznie, a trudno to zrobić, jeśli mowa o wpisie, który czytało się dziesięć miesięcy wcześniej. Tak czy inaczej, owa młoda osoba jęczała dość moim zdaniem pretensjonalnie na temat dwóch zjawisk – faktu, że blogerzy książkowi otrzymują książki od wydawnictw i faktu, że ludzie w Polsce nie czytają książek. Do tego drugiego zjawiska nie będę się odnosić, bo jak słyszę takie snobistyczne jęczenie, to mi ciarki po grzbiecie przechodzą, ale z drugiej strony jak miałam dwadzieścia kilka lat, sama byłam kulturalnym snobem i pewnie wygłaszałam podobne opinie, więc chwilowo nie będę się znęcać. Może kiedy indziej.

will_work_for_books_planner-r54b1ef18dc484046b2a81829a393db43_2i6o3_8byvr_324

Odniosę się natomiast do kwestii opłacania blogerów. Otóż autorka wpisu miała pretensję do rzeczonych blogerów oraz świata ogólnie, że przyjmując książki od wydawnictw tracą obiektywizm, rozmieniają się na drobne i ogólnie dostarczają czytelnikowi produkt pośledniej jakości. Tymczasem powinni bohatersko kupować te książki za własne pieniądze (nie wiem, czy pożyczanie z biblioteki również jest w tej sytuacji plamą na honorze) i dopiero wtedy udostępniać nam swoje przemyślenia, bo inaczej czujemy się (my, czytelnicy, oraz pozostali „uczciwi” blogerzy) oszukani.

Oczywiście w tej sytuacji problemów widzę kilka. Pierwszy problem jest taki, że gros blogów książkowych (jak zresztą w ogóle wszystkich blogów) prowadzą osoby młode, niedoświadczone i przede wszystkim, nieposiadające własnych dochodów. Naprawdę trudno mieć do nich pretensję, że jeśli dostają ofertę z wydawnictwa, by zrecenzować tę czy inną książkę, korzystają z niej. Są to zresztą blogi działające w systemie „krewnych i znajomych królika” – wspierane przez licznych przyjaciół, realnych i wirtualnych, którzy nie tyle poszukują obiektywnych, profesjonalnych recenzji, co porady z cyklu „a co byś poleciła?”. Takie porady zaufanych osób, których gust znamy, sprawdzają się świetnie w świecie rzeczywistym i dla wielu ludzi są najważniejszym źródłem wiedzy o pojawiających się na rynku nowościach, czy to książkowych czy jakichkolwiek innych, chociaż mają niewiel wspólnego z rzetelnością, a bardzo wiele z podobnym postrzeganiem świata. Trudno tu więc mówić o jakieś realnej szkodzie dla czytelnika, chyba że rzeczywiście komuś już kompletnie sodówka uderzyła do głowy i wypisuje wyłącznie peany, zmieniając się w blog reklamowy. Wydaje mi się jednak, że to się dość rzadko zdarza, a zazwyczaj, gdy nadesłana książka się danemu blogerowi nie spodoba, po prostu o niej nie napisze (umowy wszak nie podpisywali).

Inna sprawa, czy taki model promocji jak przesyłanie książek, płyt DVD i innych materiałów reklamowych do blogerów, którzy nie dostają przecież pieniędzy za swoją pracę od nikogo innego, jest w ogóle w porządku. Otóż moim zdaniem oczywiście nie jest. Dlaczego „oczywiście”? Bo wszelkie prowadzone przez psychologów społecznych badania pokazują, że gdy coś dostaniemy, czujemy się zobowiązani wobec ofiarodawcy, to raz, a dwa, że patrzymy na dany produkt bardziej przychylnym okiem, niż gdybyśmy dajmy na to zapłacili na niego w sklepie. W tym sensie o obiektywizmie w ogóle nie może być mowy. Zupełnie inaczej jest, gdy pracujemy w redakcji magazynu książkowego i dostajemy do ręki pakiet wszelkich nowości, jakie się na rynku pojawiły, ale za pracę płaci nam redakcja. Po pierwsze, nie czujemy się w żaden sposób wyróżnieni, a po drugie – kto inny ocenia naszą pracę. Nie wydawnictwo, na współpracy z którym nam zależy (bo lubimy sobie poczytać za darmo).

I tutaj przechodzimy do kolejnego problemu blogosfery, a mianowicie, że piszą w niej również ludzie, którzy się znają na tym, co robią. To są zwykle zapaleńcy i wariaci (jak inaczej nazwać człowieka, który ma pracę, rodzinę, znajomych, dom na głowie, a mimo to spędza czas, produkując w internecie kolejne posty, tylko po to, żeby podzielić się z innymi znalezionym przez siebie serialem, przeczytaną książką, obejrzanym filmem itp.), którzy w mniejszym lub większym stopniu zajmują się tym, o czym piszą. To nie jest tylko ich hobby, mają również narzędzia typu wykształcenie i doświadczenie, które pozwalają im dodać coś (a nawet całkiem sporo) od siebie. Którzy ocenią nie tylko fakt, że bohaterka była fajna albo nudna, ale również umieszczą książkę w kontekście międzynarodowego rynku, historii gatunku, zwrócą uwagę na język, konstrukcję, odniesienia do innych dzieł. To są ludzie, którzy mają wiedzę, a nabycie tej wiedzy kosztuje. Kosztuje czas, kosztuje również pieniądze, które wydają choćby na czytane we własnym zakresie podręczniki, almanachy, zbiory itp. I którym de facto za blogowanie płaci ktoś inny, najczęściej pracodawca lub zleceniodawca, który tej wiedzy od nich oczekuje. Ponieważ na tym świecie nie ma nic za darmo, żebym ja mogła napisać na swoim blogu o historii kina, ktoś musiał za to zapłacić – albo państwo, które mnie wykształciło, albo rodzice, którzy dali mi na bilet do kina, albo mój zleceniodawca, za wynagrodzenie którego kupiłam sobie adekwatny podręcznik.

Dlatego moim zdaniem zarzut autorki wyżej wymienionego bloga jest poniekąd absurdalny. Kiedyś, żeby wymagać od kogoś obiektywizmu, należało go solidnie opłacić. Bo aby być obiektywny i rzetelny, musiał przejść pewną drogę, nauczyć się czegoś, dowiedzieć, skończyć studia, obejrzeć tysiące filmów czy przeczytać setki książek. Dzisiaj wymaga się obiektywizmu od ludzi, którzy piszą za darmo i ma się do nich pretensję, że zdarza im się wykorzystać zgromadzony potencjał wiedzy i doświadczenia. To, że dziś blogerów, ale i dziennikarzy, opłacają wydawnictwa czy dystrybutorzy (ostatnio dowiedziałam się, że to właśnie dystrybutorzy danego filmu organizują dziennikarzowi kulturalnemu wyjazd za granicę na premierę i wywiad z aktorem takim czy innym, a on daje w zamian gwarancję, że materiał o danej produkcji ukaże się w piśmie, dla którego pracuje), jest postawieniem sprawy na głowie. Do obiektywizmu droga daleka, działa tu raczej sieć wzajemnych powiązań biznesowych, w którą jesteśmy zaplątani, czy nam się to podoba, czy nie i jakkolwiek byśmy nie chcieli być idealistyczni.

Nie zmienia to wcale faktu, że uważam, iż blogerzy powinni dostawać pieniądze za swoją pracę, z grubsza adekwatną do nakładu pracy weń włożonej (i mówię tu również o szmacie czasu i wysiłku, jaki kosztowało ich na przykład zgromadzenie wiedzy na dany temat, a nie tylko o czasie tworzenia pojedynczej notki). Blogowanie jest pracą, a przynajmniej może nią być. I przynajmniej część blogerów zasłużyła na regularną pensję z dodatkami i prawem do urlopu (o tobie mówię, Zwierzu Popkulturalny). Oczywiście, jest mnóstwo blogerów, którzy powinni dostawać za swoją pracę najwyżej kieszonkowe. Ale nie zmienia to faktu, że to, co robimy, jest wartością dla wielu ludzi. I powinno być opłacane.

Jednak ponieważ dzisiejszym światem rządzą prawa rynku, a nie sprawiedliwości społecznej, na takie pieniądze nie mamy i pewnie nigdy nie będziemy mieli szans. Rzeczywistość jest taka, jaka jest i możemy liczyć najwyżej na przysłany do domu egzemplarz powieści młodzieżowej, zaproszenie na pokaz prasowy albo koszulkę z wizerunkiem aktora X, którą możemy zaproponować w charakterze nagrody w zorganizowanym przez nas konkursie (nie żebym kiedykolwiek coś z powyższej listy dostała). Ale w związku z tym zarzucanie blogerom, że przyczyniają się do upadku kultury, bo opisują książki, które przysłało wydawnictwo, uważam za przejaw arogancji i buty, wynikającej z młodego wieku osoby, która zapewne nie musi na siebie zarabiać.

(Jeszcze na marginesie dodam, że z grubsza do tej samej kategorii zaliczają się według mnie regularnie pojawiające się pod blogami komentarze z cyklu „popraw błąd w zdaniu X, uważaj na przecinki, nie wrzucaj anglizmów” itp., pisane w tonie osobistej obrazy. Czy komentującego stać na to, żeby opłacić blogerowi redakcję i korektę? Nie? No to sorry, za darmo daje tyle, ile może, na ile starcza mu czasu, wiedzy i obycia.)

Zamiast spamu #7

Wiem, wiem, dramatycznie zapuściłam blog. Kiedy tu wchodzę, widzę mniej więcej coś takiego:

single-tumbleweed-o

I czym prędzej wychodzę, żeby nie musieć się dłużej wstydzić.

Prawda jest wszakże taka, że ta przerwa nie wynika z lenistwa, ale wręcz odwrotnie – z nadmiaru pracy i dramatycznego niedoboru sił, który każe mi iść spać nieprzyzwoicie wcześnie, tak więc nawet nie mam czasu, żeby cokolwiek obejrzeć. Dopiero przed chwilą nadrobiłam 4 sezon Gry o Tron, a takie dajmy na to Fargo i Orange is The New Black (zgroza!) czekają na lepsze czasy. Nie bardzo nawet cokolwiek czytam w sieci, poza kolejnymi artykułami dotyczącymi sprawy Chazana i tak mi ciśnienie potem rośnie, że nie mam ochoty na cokolwiek innego.

Tym niemniej byłam ostatnio na wyprawie na drugi koniec świata, czyli do Vancouver (jeg lat’s a bitch), gdzie odkryłam jedną z najcudowniejszych księgarni świata. Oto dowód:

IMG_20140623_104707488

IMG_20140623_104659309

IMG_20140623_104840231

 

Serdecznie polecam, gdybyście kiedyś znaleźli się w okolicy. Mieli dwie półki wypakowane literaturą dotyczącą wyłącznie faeries oraz pół regału książek o boginiach. A poza tym bardzo przyzwoite ceny. (Czy wy też z zagranicznych podróży przywozicie przede wszystkim książki??)

Jeśli zaś chodzi o miejsca w sieci, to polecam serdecznie portal Vagenda Magazine, który jest wszystkim tym, czym moim zdaniem powinien być Foch, a czym nie jest. Nie ze wszystkimi tekstami się zgadzam, nie czytam od deski do deski, ale mimo wszystko przeprowadzana w nim krytyka prasy tzw. kobiecej oraz innych zjawisk z szeroko rozumianej popkultury jest ciekawa i warto ten portal znać.

Warto też zajrzeć na stronę Smart Girls i obejrzeć wywiad z Lyndą Obst, autorką świetnej książki Sleepless in Hollywood, którą powinien przeczytać każdy, kto interesuje się dzisiejszym kinem.

Poza tym z wojaży przywiozłam Fun Home oraz Are you my mother? Alison Bechdel. Mam plan, żeby je tu opisać. Poważne postanowienie nawet.

I na koniec jeszcze drobny gender bender, na pochybel fanatykom religijnym, którzy ostatnio opanowują moją rzeczywistość.

brad_pitt_10

Tak, to Brad Pitt. Ikona męskości itepe. Nie boi się gender, więc czemu wy się boicie?