Młodzież do bicia i brak kultury

Źródło: Wikipedia Commons

Jak wiedzą ci, którzy czytają mnie na Facebooku, od kilku dni wojuję z w sieci ze znanymi osobami, które krytycznie odnoszą się do liczby lektur, jakie licealiści powinni czytać rocznie. Niewiele jest tematów, które zapieniają mnie tak, jak psioczenie na młodzież. Właściwie nie wiem dlaczego. W końcu utyskiwanie na upadek obyczajów i głupotę młodszego pokolenia to sport narodowy ludzkości co najmniej od czasów starożytnych, a przypuszczam, że już w paleolicie kromaniończycy narzekali, że młodzi niewystarczająco dużo pracy wkładają w wypalanie figurek z gliny.

W każdym razie wszyscy wiemy, jaka jest „dzisiejsza młodzież” – rozpuszczona, rozpieszczona, roszczeniowa, wydelikacona, leniwa, uzależniona od sieci, agresywna i pasywna jednocześnie, a do tego po prostu głupia. Gra w „niebieskiego wieloryba” i „słoneczko”, nadużywa narkotyków i alkoholu. Szczególnie dostaje się gimnazjalistom, w końcu „gimbusy” to określenie o podobnym nacechowaniu jak „blondynki”. Oczywiście wiemy to, bo czytaliśmy o tym w prasie. Artykuły o „dzisiejszej młodzieży” i „millenialsach” mają gwarantowaną klikalność, bo każdy lubi poczuć się lepszy i mądrzejszy od „mas”.

Kiedy słyszymy słowo „dyskryminacja”, przychodzą nam do głowy grupy etniczne, mniejszości seksualne, uchodźcy, kobiety. Ale rzadko myślimy o tym, jak ogromne wiadro pomyj wylewa się nieustająco w prasie na ludzi, których jedynym przewinieniem jest to, że są młodsi od dziennikarzy – autorów tekstów. Podobnie rzecz ma się z dziećmi i osobami starszymi, ale o tych pierwszych często pisze się w tonie ostrzegawczo-wyrozumiałym (w końcu wszyscy kochamy dzieci, nieprawdaż), a o tych drugich nie piszemy źle, bo słyszeliśmy już, że ageizm nie jest cool. Natomiast przed osądzaniem od czci i wiary nastolatków nikt się nie zawaha. Tymczasem takie zjawisko też ma swoją nazwę – adultyzm. I również jest szkodliwe, bo bardzo źle działa na samoocenę nastolatków, którzy i tak już mają z nią problemy ze względu na gwałtowne zmiany psychiczne i fizyczne, które właśnie przechodzą. Kiedy z nimi rozmawiam, często zastrzegają, że nie są tacy (głupi) jak inne nastolatki. I faktycznie, nie są. Bo te inne nastolatki nie istnieją. A oni są tacy sami jak wszystkie nastolatki na świecie. Normalni w swojej nienormalności.

Poniżej próbuję odnieść się do najpopularniejszych mitów dotyczących młodzieży i chociaż trochę je zdekonstruować. Snuję też dywagacje na temat edukacji i takich tam. Bez przypisów, bo nie jestem Staszkiem Krawczykiem (niestety) i bez obrazków, bo nie mam na nie koncepcji. Czujcie się ostrzeżeni.

Młodzież się nie uczy

Jednym z najczęściej stawianych młodzieży zarzutów jest to, że się nie uczy. Za naszych czasów, panie, to była nauka. A teraz to co to za nauka? Jakieś tablice multimedialne, metody aktywizacyjne, oceny opisowe, tfu! I to ma być nauka? Myśmy się uczyli z podręczników i przysypialiśmy na wykładach i wyszliśmy na ludzi. A przed wojną to dopiero była nauka! (mówią osoby góra 50-letnie, które tych czasów z pewnością nie pamiętają). Nie będę się odnosić do kwestii przedwojennych, bo nie jestem historykiem. Ale prawda jest taka, że młodzi ludzie uczą się bardzo dużo. Wymusza to na nich m.in. system testów, które obecne są w zasadzie na każdym etapie edukacji. Nikt z osób z mojego pokolenia nie zakuwał tak na koniec 8 klasy, jak teraz zakuwają gimnazjaliści do testów trzecioklasisty.

Konieczność skupienia się na zaliczeniu kolejnych etapów edukacyjnych sprawia, że młodzi ludzie nie mają zbyt wiele czasu w szkole na rozwijanie swoich pasji czy zainteresowań. Jest podstawa programowa, którą trzeba zrealizować, i mało który nauczyciel się z nią nie spieszy. Faktycznie, zmieniło się podejście do edukacji i osoba, która przez 45 minut wygłasza wykład, a potem każe doczytać z podręcznika, nie jest uważana za dobrego edukatora. Trzeba się wykazać kreatywnością, zaciekawić ucznia, zmusić go do wstania z ławki i wykonania pracy samemu lub w grupie, na przykład w formie projektu, prezentacji, filmu, przedstawienia. Pokutuje przekonanie, że jak człowiek się śmiertelnie nie nudzi, to znaczy, że się nie uczy. Ale wszystkie badania i trendy w edukacji wskazują na to, że jest dokładnie odwrotnie. I na szczęście w coraz większej ilości szkół to się zmienia. To samo dotyczy dysleksji, dysgrafii, depresji, ADHD i innych schorzeń. Kiedyś się uważało, że taki uczeń to debil i traktowało się go odpowiednio. Tymczasem z badań wynika, że z każdym uczniem z problemami można pracować i odnosić sukcesy. To nie jest kwestia „mody” czy „fanaberii”. To jest kwestia zapewnienia pomocy ludziom, z których potem jako społeczeństwo możemy mieć pożytek, że się tak górnolotnie wyrażę.

Kolejna sprawa to zajęcia dodatkowe. Oprócz tego, że dzieciaki uczą się do szkoły, niemal obowiązkiem jest uczęszczanie na zajęcia dodatkowe. Oczywiście wszystko zależy od poziomu wykształcenia i zasobów finansowych rodziców – im wyższy, tym zajęć jest więcej. Przeważnie jest to przynajmniej język obcy, najczęściej angielski, który w szkole rzadko realizowany jest na przyzwoitym poziomie. Zwykle dochodzi do tego jeszcze coś dodatkowego – pływanie albo piłka nożna, śpiew, kursy rysunku, dodatkowe programowanie, wolontariat. Zwłaszcza w dużych miastach, zwłaszcza młodzież z tak zwanej klasy średniej, po prostu nie może nie mieć dodatkowego hobby. Przy czym te dodatkowe zajęcia to nie jest widzimisię. To są wymagania przyszłych pracodawców. Te dodatkowe umiejętności: ćwiczenie wyobraźni, wrażliwości społecznej, empatii, umiejętności pracy w grupach i przy projektach, grają ogromną rolę w perspektywie przyszłego zatrudnienia.

Młodzież spędza więc w szkole minimum osiem godzin dziennie, a potem jeszcze zasuwa na zajęcia dodatkowe. A potem jeszcze musi odrobić lekcje, przeczytać lektury i może jeszcze odrobinę odpocząć. Na spotkania ze znajomymi często już zwyczajnie brakuje czasu. Na szczęście (o czym dalej) od tego jest internet.

Młodzież nie czyta

Nieprawdą jest, że młodzież nie czyta. Zgodnie z najnowszym raportem Biblioteki Narodowej młodzież jest grupą, która czyta najwięcej. Przy czym im starsi, tym mniej czytają. Najwięcej czytają dzieci w podstawówce, potem są gimnazjaliści, licealiści i w końcu studenci. A na końcu jesteśmy my, dorośli. Tak, ta straszna młodzież, która siedzi non stop w sieci i gra w durne pokemony, czyta więcej niż my, wspaniali dorośli. Ciężko w to uwierzyć, prawda? Oczywiście, znaczna część przeczytanych książek to lektury, nie ma co do tego wątpliwości.

Skąd się bierze spadek liczby lektur z wiekiem? Poza czynnikami, które wymieniłam powyżej, czyli rosnącą z wiekiem liczbą obowiązków, wchodzi też kwestia życia społecznego i towarzyskiego. Wiek nastoletni to czas, kiedy opinie rówieśników i kontakt z nimi są  nadzwyczaj ważne i to jest normalny etap rozwoju człowieka. Niezbędny wręcz. A ponieważ wszystkiego się nie da upchnąć w 24 godziny, coś musi wypaść.

Młodzież siedzi non stop w internecie

Tak, to prawda. Młodzież bez wątpienia spędza ogromną ilość czasu „w internecie”. Pytanie jednak, co tam robi. Wbrew temu, co nam się wydaje, nie siedzi na Facebooku i nie wrzuca do sieci zdjęć swojego jedzenia. To robimy my, stare pryki po trzydziestce. Młodzi ludzie z Facebooka używają głównie Messengera. Rozmawiają… ze sobą. Ze znajomymi ze szkoły albo z innych miejsc. Niemal nie komunikują się z nieznajomymi czy ludźmi poznanymi w sieci. To wyjątek. Dzieciaki w internecie przede wszystkim gadają, rozwiązują zadania, tworzą wspólne projekty, dzielą się treściami. Czyli robią wszystko to samo, co myśmy robili, tylko za pośrednictwem telefonu. Poza tym używają internetu mniej więcej do tego samego, do czego myśmy używali telewizji – do oglądania teledysków, filmów i vlogów.

Kolejny zarzut to taki, że dzieciaki non stop grają i zamiast ze sobą rozmawiać, gapią się w telefony. To też prawda, że grają. Nie wiem tylko, czy rzeczywiście coś na tym tracą. O ile przypominam sobie swoje rozmowy z czasów licealnych, gadaliśmy głównie o imprezach i kto się komu podoba. Bynajmniej nie były to rozmowy o Sokratesie. Naprawdę nie jestem przekonana, czy pyknięcie partyjki w Clash Royale nie jest przypadkiem bardziej produktywnym sposobem spędzania czasu.

Jak ja nie znoszę tych sentymentalnych, bzdurnych memów z cyklu „za moich czasów dzieciństwo było lepsze” to nie macie pojęcia.

Warszawa to nie cały świat

Kolejnym błędem (który ja również popełniam w powyższym tekście) jest uogólnianie własnych doświadczeń na cały kraj. Jest to zresztą nagminny zabieg popełniany przez dziennikarzy, którzy, na swoje usprawiedliwienie, zmuszeni są do pisania głównie o tym, co znają, bo nikt nie da im pieniędzy na jakąkolwiek delegację, a już zwłaszcza, żeby opisali młodzież z biedniejszych regionów kraju. Efekt jest taki, że w artykułach o nastolatkach mowa jest niemal wyłącznie o młodzieży z klasy średniej, czyli dzieciach dziennikarzy i ich znajomych. Czasem zdarzy im się zajrzeć do jakichś badań, często niepolskich. Nikt nie wie, czym się zajmują w wolnym czasie na przykład uczniowie zawodówek, bo nikt o tym nie pisze [i nikogo to nie interesuje – w znaczeniu, że to się nie klika/sprzedaje]. No chyba, że kogoś pobiją lub zamordują, ale nawet wtedy nie umieszcza się ich zachowania w szerszym kontekście. Jest tylko oskarżenie w rodzaju „młodzież coraz częściej morduje” poparte (lub nie) cząstkowymi statystykami. W efekcie ogromna grupa młodzieży w ogóle w mediach nie istnieje. I ja też wam nic o niej nie powiem, bo swoje badania prowadzę w Warszawie i na jej przedmieściach, i tam też uczę. Ale te dzieciaki też musimy mieć na uwadze, kiedy mówimy o liczbie lektur do przeczytania w skali roku. Nie dlatego, że oni nie są w stanie jej przeczytać. Myślę, że wielu z nich może to nawet robić z mniejszym wysiłkiem, bo nie mają tych wszystkich dodatkowych zajęć, o których mówiłam wcześniej. Tylko że to wcale nie poprawia ich sytuacji, bo jak napisałam już powyżej, nie ćwiczą przy okazji umiejętności miękkich, które dla pracodawców są niezwykle ważne. I o tym też powinno się myśleć, układając podstawy programowe – że dzieciaki z biedniejszych środowisk, domów, w których się nie czyta, mają braki, które powinna uzupełnić edukacja, a tymczasem nikt nie ma pomysłu, jak się do tego zabrać.

Równa edukacja to sprawiedliwa edukacja

Wszelkie dyskusje o czytelnictwie są w dużej mierze dyskusjami o edukacji. W naszym kraju pokutuje przekonanie, że wszyscy jesteśmy równi, a to, że jedni odnoszą sukces, a inni nie, wynika tylko z chęci lub ich braku. Oczywiście w świetle wyników badań społecznych jest to kompletną bzdurą. To, z jakiego środowiska się wywodzimy, ma ogromny wpływ na nasze przyzwyczajenia, zainteresowania i pozycję społeczną. Badania prowadzone przez Bibliotekę Narodową  uwzględniają ten fakt i w komentarzu do wyników pojawiają się również odniesienia do tzw. kapitału kulturowego jednostki. Tym, którym obcy jest żargon nauk społecznych, wyjaśniam, że kapitał kulturowy to z grubsza wszystko, co wynosimy z domu (oczywiście w kwestii kontaktu z kulturą). Im wyższe wykształcenie rodziców, tym zazwyczaj wyższy kapitał kulturowy. O osobach, które (z własnej woli) chodzą do teatru, opery, muzeów, mają książki, obrazy, czytują prasę, oglądają filmy, powiemy, że mają wysoki kapitał kulturowy. Ale to nie wszystko. Kapitałem kulturowym będzie chociażby osłuchanie się z językami, które znają nasi rodzice (i stojące na regałach książki w tym języku), możliwość zobaczenia placu Św. Piotra w Watykanie, a nie tylko obejrzenie reprodukcji zdjęcia, ogólne obycie w świecie, umiejętność rozmów z ludźmi z innych obszarów kulturowych, dobre maniery, tzw. dobry gust i cała masa innych rzeczy. Ale kapitał kulturowy to nie jedyny czynnik, który wpływa na czytelnictwo. Książki czytują również ludzie mający stosunkowo niski kapitał kulturowy, choć oczywiście będzie to inny typ lektury. Elementem, którego Biblioteka Narodowa wydaje się w ogóle nie brać pod uwagę, jest tempo życia. A to wzrosło ogromnie w ciągu ostatnich 25 lat i już samo to wymusiło ogromne zmiany w czytelnictwie, nawet jeśli nie brać pod uwagę ogromnej konkurencji w postaci innych mediów – gier, powszechnie dostępnych filmów, seriali, a nawet coraz popularniejszych planszówek czy chociażby komiksów. [Nie chcę tutaj pisać o snobistycznym przekonaniu, że literatura piękna jest królową rozrywek i że człowiek, który nie czyta, a na przykład ogląda filmy, nie może zostać uznany za „wykształconego”, bo to wątek tak długi, że można by na niego poświęcić osobny wpis. Zresztą już to kiedyś poniekąd zrobiłam.]

Ale wracając jeszcze do młodzieży i edukacji – szkoła również działa w założeniu, że wszyscy jesteśmy równi. Program nauczania tworzy nierówności właśnie dlatego, że wszystkich traktuje tak samo. Tymczasem, gdyby chcieć „wyprodukować” jednostki równe sobie, szkoła powinna uczniów o niższym kapitale kulturowym (a także społecznym i majątkowym) traktować w sposób specjalny – poświęcać im więcej uwagi, oferować stypendia, wyjazdy, zapomogi finansowe i nie tylko. I tego również nie biorą pod uwagę „spece” od czytelnictwa, którzy wyroili się ostatnio w internecie. Często pojawiały się głosy, że „nie każdy musi mieć maturę”. No rzeczywiście, nie każdy musi. Ale edukacja jest po to, żebyśmy wszyscy na tym zyskali. I pojedynczy obywatele, którzy mogą lepiej zarobić i zapewnić sobie godniejszy byt, i my jako społeczeństwo, bo wykształcone społeczeństwo to wyższe PKB, wyższy poziom innowacji, lepsze życie dla nas wszystkich. Nie każdy musi mieć maturę, ale każdy człowiek, którego uda nam się przekonać, że warto się uczyć, to dla nas zysk.

A tego zysku nie osiągniemy, jeśli będziemy w nieskończoność windować wymagania, które są nieadekwatne do realiów. Bo wiele się mówi o lekturach w szkole i tym, które powinny, a które nie powinny znaleźć się na liście obowiązkowych pozycji. A bardzo mało mówi się o tym, że żyjemy w kulturze wizualnej i do tego, żeby umieć odróżnić prawdę od post-prawdy, nie musimy przeczytać „Odprawy posłów greckich” (chociaż na pewno nam to nie zaszkodzi). Pisałam już kiedyś o tym, że w podstawie programowej w zasadzie nie ma kina, ale również pozostałych sztuk wizualnych. Moim zdaniem jest to ogromna dziura, której nikt nie kwapi się załatać.

Oczywiście przy okazji pojawia się w ogóle pytanie o rolę szkoły – czy powinna ona odpowiadać na bieżące potrzeby przyszłych pracodawców, tłumaczyć rzeczywistość wokół nas, czy może jednak istnieje jakiś kanon wiedzy, bez którego nie da się dalej iść do przodu? Z czego należałoby zrezygnować, żeby zmieścić te nowe informacje? Bo nie można tylko w nieskończoność dodawać – czegoś musi ubyć.

I gdybyśmy jako internauci zastanawiali się nad tym, co zmienić w podstawach programowych i sposobach nauczania, żeby było lepiej, nie czepiałabym się ironii czy sarkazmu. Ale wyśmiewanie się z licealistów, którzy nie dają rady przeczytać siedmiu lektur rocznie, bez wiedzy na temat licealistów czy edukacji, to po prostu, proszę państwa, brak kultury.

A teraz, kochane dzieci, pocałujcie Hannah w d…

Gdyby w 2009 roku ktoś mi powiedział, że będę jeszcze kiedykolwiek pisać o Miley Cyrus, to bym go chyba śmiechem zabiła. Ponurym, gorzkim śmiechem zresztą. Hannah Montana, disneyowskie wcielenie Miley, było jednym z głównych powodów, dla których zrezygnowałam z pracy w prasie dziecięcej. Nie mogłam znieść pustoty i głupoty, którą na co dzień musiałam serwować dzieciom za pośrednictwem magazynu Hannah Montana, idiotycznych chichotów bohaterki serialu, piosenek prostych jak konstrukcja cepa, a przede wszystkim samej Miley – nadpobudliwej, nadekspresyjnej brzyduli, która w każdym kolejnym odcinku ładuje się w coraz głupsze i bardziej obciachowe sytuacje. Przy Hannah Montana komiksy W.I.T.C.H., inny popularny w tamtym czasie produkt Disneya, były szczytem wyrafinowania i pomysłowości, a filmy Pixara to po prostu kultowe arcydzieła.

Miley Cyrus jako Miley Stewart aka Hannah Montana (jak widzicie, bohaterka miała na imię tak samo jak aktorka, żeby widz jeszcze bardziej utożsamiał ze sobą te dwie postacie), fot. Getty Images, Copyright: Disney Enterprises, Inc

Co mnie w takim razie skłoniło do napisania tego tekstu? Otóż w przeciwieństwie do reszty świata, obserwowałam poczynania dorastającej Miley nie tyle z rosnącym obrzydzeniem, co najpierw z mściwą satysfakcją, potem zainteresowaniem, a w końcu autentycznym podziwem. Konsekwencja, z jaką Miley niszczy Hannah Montanę nosi znamiona nie tylko odcięcia się od niepasującego jej już wizerunku, ale niemal zemsty. Jakiś czas temu wrzucałam tutaj tekst, którego pewnie nikt z was nie przeczytał, więc go streszczę. Jego tytuł to „Miley Cyrus is punk as fuck”, a autor stawia tezę, że Miley jest najbardziej punkową artystką ostatniego dziesięciolecia. Zgodnie z jego wizją Miley ma (posługując się punkową terminologią) na wszystko wyjebane, bo jest bogata i może robić co chce, a komentarze dotyczące jej „niekulturalnych” występów mało ją obchodzą. Myślę, że autor ma bardzo dużo racji, ale jedno się z całą pewnością nie zgadza – Miley nie jest bogata. A w każdym razie nie była w czasie, kiedy grała w serialu. Mistycyzm Popkulturowy niejednokrotnie pisał o tym, jak Disney traktuje swoich rysowników, którzy mimo ogromnej roli w budowaniu sukcesu marki nie mają praw do swoich prac.

Podobnie rzecz ma się z aktorami, zwłaszcza dziecięcymi, dla których disneyowskie role są przeważnie pierwszymi w karierze, przez co mają oni niemal zerową możliwość negocjowania umów. Podpisywane przez nich kontrakty opiewają na stosunkowo niewielkie sumy. Są one również niezależne od ogólnych zysków z produkcji, tymczasem biznes związany z dwoma produktami, Hannah Montana i High School Musical, stanowił w pewnym momencie około 1/3 globalnych zysków korporacji. Hannah Montana to oczywiście nie tylko serial i film pełnometrażowy, ale przede wszystkim ogromny rynek towarów – od koszulek z wizerunkiem Miley, poprzez pościele, kubki, szczoteczki do zębów, balony i talerze. To właśnie licencje na tego typu produkty stanowią gros zysków Disneya, a nie są to bynajmniej licencje tanie (należą do najdroższych na rynku). Miley, podobnie jak rysownicy Disneya, nie ma i nigdy nie miała żadnego finansowego udziału w tych zyskach. Może więc nic dziwnego, że nie chce już być kojarzona z firmą, która wprawdzie dała jej możliwość zaistnienia, ale z drugiej strony po prostu zrobiła ją na szaro.

Dzisiaj Miley w wywiadach mówi wprost, że w pewnym momencie była prawdopodobnie najgorzej zarabiającym członkiem obsady serialu, mimo że jej twarz stała się rozpoznawalna niemalże na całym świecie. Fot.: Sam Emerson, Copyright: Disney Enterprises, Inc

Kolejna ciekawa kwestia, która pojawia się w umowach Disneya z młodocianymi gwiazdami, to tak zwana „klauzula przyzwoitości” (morals clause). Zgodnie z tą klauzulą młodzi artyści nie mogą pić publicznie alkoholu, muszą się przyzwoicie ubierać i generalnie zachowywać się, jak na porządnych obywateli przystało. W efekcie ich wizerunek staje się bardzo „świętoszkowaty” – nie ma w nim miejsca na bunt czy nastoletnie wybryki. W końcu mają stanowić wzór dla dzieci i młodzieży na całym świecie.

Miley mogłaby napisać poradnik pt. „Jak pogrzebać dziecięcą gwiazdę w trzech krokach”.

Między innymi dlatego byli podopieczni Disneya mają później problem z przeistoczeniem się z dziecięcych sław w mniej lub bardziej dorosłych ludzi. Jest to zresztą nagminny problem z gwiazdami, które wcześnie zaczęły karierę (patrz: Justin Bieber albo członkowie rozmaitych boysbandów). Bardzo niewiele z nich jest w stanie w sposób bezbolesny przejść od produkcji dziecięcych do dorosłych. Wynika to m.in. ze znacznie większego społecznego nacisku na konieczność bycia „dobrym przykładem” dla młodszej widowni. Byłe dziecięce gwiazdy są poddawane ogromnej krytyce za wszelkie „dorosłe” zachowania. Nie mogą pić alkoholu ani uprawiać seksu, chociaż już dawno temu skończyły 18 lat. Nie wolno im też w żadnym wypadku być odmiennej orientacji. W efekcie większość z nich boryka się z depresją albo uzależnieniem od substancji psychoaktywnych, a często z jednym i drugim. W stajni Disneya właściwie wszystkie gwiazdki (z wyjątkiem może Hilary Duff) miały po zakończeniu kontraktu jakieś problemy: z narkotykami (chociażby Zac Efron), łamaniem prawa (Debbie Ryan, Shia LaBeouf, Misha Barton, Mitchel Musso i wielu innych), depresją, anoreksją, bulimią i podobnymi chorobami (Demi Lovato, Britney Spears, Lee Thompson Young, który popełnił w końcu samobójstwo), skandalami seksualnymi (Ashley Tisdale, Selena Gomez). Jedną z najsłynniejszych disneyowskich gwiazd, które nie poradziły sobie z presją sławy, jest oczywiście Lindsay Lohan, uzależniona od narkotyków i z wyrokami na koncie. Gwoździem do trumny w przypadku Lindsay okazał się jej związek z dj-ką Samanthą Ronson. Publiczność nie darowała jej romansu z osobą tej samej płci. W podobnej sytuacji zdaje się być Demi Lovato, która w kwestii swojej seksualności robi krok w lewo, dwa kroki w prawo, raz twierdząc, że jest biseksualna, by za chwilę się z tego stwierdzenia wycofać. Innym przykładem może być Britney Spears, która miała swego czasu ogromny problem z porzuceniem wizerunku cnotliwej dziewczynki. Do niemożności pogodzenia roli nastolatki z koniecznością przypodobania się dorosłej widowni doszła wrodzona nieśmiałość Britney, która w świetle kamer (poza koncertami) do dzisiaj czuje się wyraźnie nie na miejscu. Ogromna popularność dziewczyny, pod domem której w pewnym momencie nieustannie stało kilkunastu paparazzich, sprawiła że Britney kompletnie załamała się psychicznie i niemal przez dwa lata w ogóle nie wychodziła z domu.

Miley w wywiadach identyfikuje się jako osoba biseksualna, o płynnej tożsamości płciowej.

Tymczasem strategia Miley Cyrus była zupełnie inna. Ona po prostu rozniosła Hannah Montanę na strzępy niemal natychmiast po tym, jak skończył się jej kontrakt. Zamiast próbować spieniężyć poprzedni sukces, zaczęła kompletnie od nowa i to z zupełnie innej strony. Musiała się liczyć z tym, że część fanów po prostu ją odrzuci, a jednak zrobiła to. Nie wiem, na ile jej działanie było świadomą strategią marketingową, bo nie ulega wątpliwości, że Miley nigdy nie była grzeczną dziewczynką – to polityka Disneya sprawiła, że przez tyle lat musiała ukrywać, jaka jest naprawdę. W końcu to ona już w wieku 15 lat pojawiła się w rozbieranej sesji w magazynie Vanity Fair, wrzuciła do sieci swoje zdjęcia, na których niemal całuje się z przyjaciółką i leżała na wpół rozebrana na kolanach swojego chłopaka, a mając lat 17 tańczyła na rurze na rozdaniu Teen Choice Awards. Słynna afera twerkingowa była w pewnym sensie logiczną konsekwencją poprzednich „występów”. Część tych zachowań można zrzucić na karb wieku, ale nie zmienia to faktu, że Miley po prostu nigdy nie była subtelną, ułożoną dziewczynką. A kiedy skończył się jej kontrakt z Disneyem, mogła wreszcie zacząć robić to, na co zawsze miała ochotę.

Coraz więcej gwiazd pokazuje się z nieogolonymi pachami. Czy możemy już mówić o trendzie?

Źródłem kontrowersji jest nie tylko fakt, że Miley zaczynała jako dziecięca gwiazda, chociaż nie ulega wątpliwości, że gdyby pojawiła się na scenie po raz pierwszy jako 21-latka, z pewnością zostałaby odebrana inaczej. Ważne jest również, że tworzy muzykę określaną jako popularną. Chociaż granice tego, co można sprzedać jako pop, przesuwają się z roku na rok (spore zasługi ma tutaj Rihanna, która również zaczynała jako piętnastolatka, ale nigdy nie była stricte dziecięcą gwiazdą, i jej album Good Girl Gone Bad), to wciąż paradoksalnie mocno pruderyjne poletko. Mimo że półnagie tancerki w teledyskach raperów wyśpiewujących teksty o tym kogo, gdzie i jak mocno chcieliby posunąć są poniekąd standardem w branży, śpiewającym artystkom nie pozwala się na wiele. Mają odsłaniać ciało, owszem, ale potem powinny zapewniać swoich fanów, że są grzeczne i miłe, kochają swoje pieski i są wierne swoim chłopakom. Ich ciała muszą wyglądać w sztywno określony sposób, powinny być gładkie i szczupłe, wypukłe i wklęsłe w odpowiednich miejscach.  Nikogo nie interesuje, że Amanda Palmer, wokalistka punkowo-kabaretowego zespołu Dresden Dolls rozbiera się na scenie do goła i nie goli się pod pachami, bo ona należy do alternatywy. Ale włosy i nagie piersi artystki popowej interesują wszystkich, bo łamie zasady panujące w showbiznesie.

W swoich „Backyard Sessions” nagrywała m.in. z Joan Jett i Laurą Jane Grace, transpłciową założycielką punkowego zespołu Against Me! Zyski z inicjatywy przekazała w całości założonej przez siebie Happy Hippie Foundation, fundacji zajmującą się m.in. nieletnimi bezdomnymi i młodymi osobami LGTB.

„Ekcesy” Miley w rodzaju tańca na rurze dwadzieścia lat temu zmiotłyby ją ze sceny popularnej raz na zawsze (no dobra, może nie, w końcu wtedy tworzyła Madonna, ale z drugiej strony Madonna była tylko jedna, teraz „bulwersujących” artystek jest znacznie więcej), dzisiaj przynoszą jej mnóstwo pieniędzy. Może i jest na liście najbardziej znienawidzonych celebrytów, ale jednocześnie jej płyty sprzedają się doskonale, a koncerty wyprzedają się na pniu. Miley nie tylko pogrzebała głęboko koszmarek Disneya, ona jest częścią zmian zachodzących na scenie muzyki popularnej i wiele wskazuje na to, że może być na niej ważną postacią. Bo przy tym, w przeciwieństwie do wielu innych postdisneyowskich gwiazdek, Miley Cyrus ma olbrzymią charyzmę, którą widać było już wtedy, kiedy w wieku dwunastu lat brała udział w przesłuchaniach do roli Hannah.

W 2009 roku w polskich kinach pojawił się pełnometrażowy film Hannah Montana: The Movie, którego przesłanie mnie załamało. Ponieważ pewnie raczej go nie widzieliście, pozwolę sobie go streścić. Otóż fabuła w skrócie przedstawiała się tak, że Hannah Montana czyli Miley Stewart (trzy czwarte żartów serialu opierało się na założeniu, że Miley po założeniu blond peruki staje się nie do poznania i nikt nie wie, że ona to Hannah) zaczyna coraz bardziej gwiazdorzyć i tatuś za karę wysyła ją do rodzinnego Tennessee, by przypomniała sobie, kim jest naprawdę. Tam Miley dochodzi do wniosku, że ma już dość bycia gwiazdą i chce teraz być sobą. W finałowej scenie w trakcie koncertu w rodzinnej miejscowości dziewczyna przyznaje, że Hannah i Miley to ta sama osoba. Publiczność odpowiada, że i tak ją kocha, ale żeby założyła perukę z powrotem, bo oni wolą gwiazdę Hannah, a Miley w sumie mało ich interesuje. I to uchodzi za szczęśliwe zakończenie.

Nie macie pojęcia, jak mnie cieszy, że w prawdziwym życiu Miley Cyrus powiedziała wszystkim, że mogą sobie wsadzić w d… tę perukę.

Nie pytaj, co 2017 może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla 2017

9045243332_c8d5964500_c

Grafika na licencji CC autorstwa: ffaalumni.

Dzisiaj będzie smętnie i moralizatorsko. Koniec roku to czas podsumowań i postanowień. 2016 dał nam wszystkim zdrowo popalić. Problem w tym, że głównie na odległość – bo i jaki wpływ mieliśmy na fakt, że zmarł Alan Rickman czy na wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych? W takiej sytuacji człowiek czuje głównie smutek i bezsilność. Nic dziwnego, że pod koniec roku facebookowe ściany zalały głównie życzenia, żeby 2016 już się wreszcie skończył.

Jednak patrząc na te teksty, odniosłam trochę wrażenie, że patrzymy na sprawę ze złej strony. Mamy wobec 2017 postawę nieco roszczeniową – modlimy się (metaforycznie), żeby był dobry i zagwarantował nam pomyślność i spokój ducha, niczym jakieś pomniejsze bóstwo. A przecież to, czy będzie dobry, w dużej mierze zależy od nas samych. A konkretnie – od tych, którzy nas otaczają. Podobnie z postanowieniami noworocznymi – chcemy być ładniejsi, szczuplejsi, czasami mądrzejsi, i rzucić nałogi. Wielu ludzi postanawia, że będzie lepiej traktować siebie samego. Ja również się do tej grupy zaliczam. Ale znów – skupiamy się głównie na sobie. I to jest w sumie bardzo egoistyczne.

Żyjemy w dziwnym przekonaniu, kreowanym głównie przez media i serwisy społecznościowe, że człowiek człowiekowi wilkiem. Zwłaszcza ostatnio, zwłaszcza w Polsce, w której ludzie podzielili się na lewaków i „prawdziwych patriotów”, stojących po dobrej i złej stronie barykady (oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia). W tym roku spędziłam sporo czasu za granicą, wśród zupełnie obcych sobie ludzi, na pomocy których musiałam do pewnego stopnia polegać i zdałam sobie sprawę, że ich życzliwość jest dla mnie zaskoczeniem. Dlaczego spodziewamy się po obcych najgorszego? Bo tak nam podpowiadają gazety, w których pisze się tylko o morderstwach, wojnach i głupocie rodzaju ludzkiego. Rzadko kiedy mamy szanse poczytać o sukcesach, dobroci, życzliwości. A przecież ona istnieje. Ludzie codziennie sobie pomagają, uśmiechają się do siebie i dbają o siebie nawzajem na milion różnych sposobów.

I dlatego postuluję, żebyśmy w 2017 zamiast o sobie, myśleli o innych.

Sposobów na to, żeby komuś pomóc, jest bardzo wiele. Najłatwiejszym jest chyba przekazanie pewnej sumy pieniędzy na konto takiej czy innej fundacji. Potrzebujących jest mnóstwo. Można pomagać ludziom, na przykład ofiarom wojny w Syrii czy konfliktu na Ukrainie, za pośrednictwem PCK lub PAH (za ich pośrednictwem możemy również pomóc ofiarom suszy w Somalii czy zorganizować obiad dla polskich dzieci). Można wziąć udział w zbiórkach pieniędzy w serwisach w rodzaju siepomaga.pl i dać odrobinę nadziei ludziom chorym na nowotwory i inne ciężkie choroby. Można pomóc zwierzętom. Ja na przykład stosunkowo często wpłacam niewielką kwotę na konto Fundacji Igliwiak, która jest miejscem z tragicznym PR-em, ale jednocześnie człowiek, który ją prowadzi, jest wyjątkowo zdeterminowany, żeby pomagać jeżom.

Jeśli ktoś woli przeznaczyć swoje pieniądze na bardziej wzniosłe cele, na przykład promocję kultury, to serdecznie polecam patronite.pl i wsparcie naszych współblogerów, na przykład Kiciputka, Zwierza Popkulturalnego czy Mistycyzm Popkulturowy. W tym wypadku wystarczy naprawdę kilka złotych miesięcznie, żeby komuś ułatwić i umilić życie.

A co w sytuacji, kiedy ktoś nie ma pieniędzy? Wtedy można służyć czasem. Praca w wolontariacie niekoniecznie oznacza trwałe zobowiązania. Można pomagać rozmaitym fundacjom z doskoku, od czasu do czasu coś tłumacząc, udzielając się przy organizacji konkretnego wydarzenia lub służąc poradą. Chwilowo mam własne, bardzo absorbujące małe dzieci, ale kiedy trochę podrosną, chciałabym zaangażować się w projekt Big Brother Big Sister, który polega na stworzeniu relacji mentorskiej z dzieckiem o podobnych zainteresowaniach, ale z biedniejszego środowiska. Podobnych możliwości jest mnóstwo. Warto udzielać się w lokalnych NGOsach albo chociażby we wspólnocie mieszkaniowej. To okazja, żeby poznać sąsiadów, zmienić na lepsze najbliższe otoczenie, pomóc komuś, a kiedyś, być może, również skorzystać z pomocy.

A jeśli ktoś nie ma ani czasu, ani pieniędzy? Postarajmy się po prostu być dla siebie milsi – powiedzmy komplement obcej osobie, powstrzymajmy się od sarkastycznej uwagi, uśmiechajmy do ludzi w metrze. Niekoniecznie codziennie, ale – częściej niż dotychczas. Już samo to sprawi, że będzie nam lepiej, milej i mniej smutno.

I właśnie tego nam wszystkim życzę w 2017.

PS. Piszę to wszystko również dlatego, że w wyniku nieszczęśliwego wypadku jeden z moich sąsiadów stracił w Sylwestra cały dobytek. Jest to człowiek, który wiele robił dla lokalnej społeczności – organizował imprezy sportowe, zajęcia dla dzieci, angażował się w działalność organizacji pozarządowych. I to wszystko się w pewnym sensie opłaciło. Ludzie, którzy poznali go przy tej czy innej okazji, słyszeli o jego działaniach, zbierają dla niego i jego rodziny rzeczy, organizują zbiórkę pieniędzy. Warto być życzliwym dla innych i żyć w świecie, gdzie inni nam pomogą. Tylko tyle i aż tyle możemy dla siebie zrobić.

„Hilda” Luke’a Pearsona oraz dla kogo właściwie są książki dla dzieci

hilda_1okladka-640x946

Obiecałam kiedyś na FB recenzję serii komiksów o Hildzie Luke’a Pearsona. Obiecałam też, że napiszę, dla kogo właściwie powstają książki dla dzieci. A ponieważ jestem ostatnio z braku czasu nadzwyczaj ekonomiczna, zrobię to w jednym, wspólnym wpisie.

Zacznijmy od komiksu. Seria o Hildzie została wymyślona i stworzona przez Luke’a Pearsona, brytyjskiego ilustratora i rysownika. Dotychczas po polsku, nakładem wydawnictwa Centrala, ukazały się cztery tomy – Hilda i troll, Hilda i nocny olbrzym, Hilda i ptasia parada oraz Hilda i czarna bestia (liczę na to, że kolejny tom, Hilda and the Stone Forest, również pojawi się u nas w najbliższym czasie). Główna bohaterka to na oko ośmioletnia, niebieskowłosa dziewczynka, a świat, w którym rozgrywają się jej przygody, jest mocno zainspirowany (przynajmniej w pierwszych tomach) skandynawskim folklorem. Pojawia się w nim szereg magicznych stworzeń, takich jak trolle, skrzaty, olbrzymy, przypominające skrzyżowanie psa z chmurą latające puchy, gadające ptaki i wiele innych. Również krajobraz – wysokie góry, drewniane chatki – przywodzą na myśl norweskie fiordy. Sama Hilda jest dziewczynką odważną i niezależną, ciekawą świata i wszystkiego, co na nim żyje. Stale pakuje się w kłopoty, a przy tym pozostaje osobą empatyczną i wrażliwą na cudze problemy.

hilda-i-troll

Plansza z komiksu Hilda i troll, ©Luke Pearson.

Treść komiksów ma formę przygodową, ale każdy tom niesie ważne przesłanie. Młody czytelnik razem z Hildą uczy się, że stereotypy są często fałszywe, a działania, które podejmujemy ze strachu, mogą prowadzić do cudzego cierpienia. Dowiaduje się też, że nie ma czynów bez konsekwencji, a niektóre z nich są nieodwracalne. To też opowieści o tolerancji dla inności – wielu niezrozumianych bohaterów okazuje się przy bliższym poznaniu ciekawych i sympatycznych. Hilda jest także feministyczna, w tym znaczeniu, że płeć bohaterki nie ma absolutnie żadnego wpływu na bieg wydarzeń. Nie dzieje się w tych historiach ani jedna rzecz, która mogłaby się przytrafić tylko chłopcu albo tylko dziewczynce. Chwała Luke’owi Pearsonowi, że zdecydował się narysować komiks o dziewczynce, bo przeważnie tego typu „uniwersalne” postacie są jednak chłopcami.

Podsumowując, to świetna seria komiksów. Skąd zatem wątpliwość, kto właściwie jest jej adresatem? [Przy okazji: używam tu terminów „książka” i „komiks” w sposób wymienny. Usprawiedliwiam się faktem, że książki dla dzieci, zwłaszcza najmłodszych, często są ilustrowane tak bogato, że stosunek tekstu do obrazka wypada podobnie jak w komiksie. Zdaję sobie sprawę, że są to inne formy wyrazu, ale na użytek wpisu pozwolę sobie zignorować ten fakt.] Otóż książki dla dzieci to wyjątkowa dziedzina literatury, którą tworzy ktoś zupełnie inny niż jej domyślny odbiorca. Dzieci nie piszą same dla siebie. Książki dla nich piszą dorośli, wydają dorośli, recenzują dorośli i nagradzają dorośli. To dorośli decydują, co jest warte przekazania. Podejmując decyzje wydawnicze, redaktorzy raczej nie konsultują się z dziećmi odnośnie rozpatrywanych propozycji (co zresztą moim zdaniem rodzi pewne problemy natury etycznej). Dlatego, inaczej niż przy „normalnej” literaturze, książki te mają podwójnego odbiorcę. Wielu dorosłych kupuje i czytuje książki dla dzieci, chociaż sami dzieci nie posiadają, często czując się przy tym trochę głupio. Książki dla dzieci traktuje się przy tym jak niepoważną dziedzinę literatury. Wiążą się z tym różne konsekwencje, czasem przykre, jak na przykład fakt, że pisarze książek dla dzieci znacznie mniej zarabiają.

hilda_2_3

Plansza z komiksu Hilda i nocny olbrzym, ©Luke Pearson.

Ale wracając do dzieci – pół biedy, jeśli pisane i wydawane przez dorosłych książki im się podobają, choć czasem zdarza się, że to, co przez dorosłych odbiorców uznawane jest za „pięknie ilustrowaną powieść dziecięcą”, w dzieciach budzi głównie przerażenie (jak ja nienawidziłam w dzieciństwie książek ilustrowanych przez Stasysa Eidrigeviciusa). A zatem czym będzie „dobra książka dla dzieci”? Dla kogo ona ma być dobra? Czy to książka, która podoba się dzieciom? Młodzi czytelnicy mają jeszcze nie do końca wyrobiony gust. Często podobają im się rzeczy hałaśliwe, błyszczące i tandetne. Fakt ten wykorzystywany jest przez wydawców, którzy uważają, że w związku z powyższym można im wcisnąć byle co. Listę grzechów w tym temacie opisuje Paulina Małochleb w tekście „Dziesięć najgorszych książek dziecięcych”.

No dobrze, czyli z jednej strony mamy książki nazbyt ambitne, poruszające tematy tak trudne w sposób tak wyrafinowany, że przeciętne dziecko niewiele z nich skorzysta (dorosły tak samo, bo dla niego temat zostaje z kolei potraktowany zbyt błaho). Na drugim biegunie mamy tandetną sieczkę bez pomysłu, od której gwałtownie spada iloraz inteligencji. Dlaczego więc uważam, że Hilda jest dobra? Jakie kryterium stosuję? Według mnie dobra książka dla dzieci to taka, która spełnia trzy bardzo ogólne warunki. Po pierwsze, podoba się dzieciom, co oznacza, że dzieci chętnie do niej wracają, przeglądają ją sobie same, nawet jeżeli rodzic nie ma czasu im czytać (oczywiście mowa o młodszych dzieciach), ogólnie – chcą ją mieć w pobliżu (mój syn na przykład śpi z ulubionymi książkami). To, że książka podoba się dzieciom, wynika przeważnie z kombinacji wielu elementów – dostosowanego do wieku języka i tematyki, ciekawych, wieloznacznych ilustracji, w których za każdym razem można odkryć coś nowego, interesującej historii, bohaterów, z którymi można się identyfikować (chociaż dzieci nie myślą w ten sposób, im też przecież niektórzy bohaterowie są bliżsi niż inni), poczucia humoru, które do nich trafia i tak dalej.

hilda3pp_7

Plansza z komikus Hilda i ptasia parada, ©Luke Pearson.

Po drugie, jest to książka, która podoba się rodzicom. Przy czym nie jest to wcale takie jednoznaczne stwierdzenie, jak może się wydawać. Niektórzy rodzice lubią książki, mające wartość edukacyjną. Dlatego wyżej będą cenili pozycje, powiedzmy, popularnonaukowe czy zaznajamiające dzieci z jakąś konkretną tematyką. Wielu rodziców jest fanami historii z morałem. Osobiście wolę otwarte zakończenia, będące raczej punktem wyjścia do rozmowy na dany temat. Ale nie dyskwalifikuję opowieści z morałem. Dobra książka może mieć morał, jednak nie on jest wyznacznikiem jej jakości, tak samo jak nie jest nim wartość naukowa. Książka, która podoba się rodzicowi to taka, w której znajdzie on też coś dla siebie. Może to będą piękne ilustracje. Może ciekawy bohater drugoplanowy, niepokojąco przypominający jego samego. Może wciągająca historia. W każdym razie dobra książka to taka, do której rodzic zwyczajnie lubi wracać, tak samo jak jego dziecko.

I wreszcie trzecie, wynikające trochę z drugiego – dobra książka to taka, która rośnie razem z dzieckiem. I wróćmy tutaj na chwilę do przykładu Hildy. Mój ulubiony tom to „Hilda i nocny olbrzym”. Tak się składa, że jest to również ulubiony tom mojego syna. Dzisiaj najbardziej przyciągają go interesująca historia i zabawne obrazki. Ale już za dwa, trzy lata zacznie doceniać gry słowne, które się w nim pojawiają. Kolejne dwa i będzie w stanie wyłapać nawiązania do skandynawskiej mitologii. Zrozumie pewnie także, że jest to opowieść o stracie i zmianach, które nas dotykają. Za sześć lat trafi do niego wątek relacji dziewczynki z matką, a za dziesięć lat doceni być może piękny, choć melancholijny wątek miłosny. Myślę, że jest duża szansa, że Hilda zostanie z nim na długo, może nawet na całe życie. Jeśli nie jako komiks, to jako element, z którego w mikroskopijnej części zbudował swoją tożsamość.

hilda-i-czarna-bestia

Plansza z komiksu Hilda i czarna bestia, ©Luke Pearson.

I myślę, że oto właśnie chodzi w dobrych książkach dla dzieci. Każdy z nas ma inne upodobania. Nie możemy zdecydować, że nasze dziecko będzie lubiło fantasy, choć oczywiście jest duża szansa, że je polubi, jeśli my sami je lubimy. Są książki, które mnie się podobają, a mój syn za nimi nie przepada. Nie znaczy to, że są złe. Po prostu akurat nie trafiają w jego gust. Może do niektórych dorośnie, a może nie. Ma do tego prawo. Ale najlepsze książki dla dzieci mają pewną uniwersalną wartość, a jest nią szacunek dla odbiorcy i wiara w niego. I w tym chyba leży sekret dobrej książki dla dzieci – że swojego czytelnika traktuje poważnie, niezależnie od tego, w jakim jest wieku.

Historia kobiet: Dorothy Parker

dorothyparker_feat

Résumé

Żyletka? – krew, nieporządek;
Rzeka? – moczy;
Tabletka? – zła na żołądek;
Kwas? – szczypie w oczy;
Rewolwer? – a zezwolenie?
Pętla? – pęka w pierwszym użyciu;
Gaz? – czuć go wszędzie szalenie;
Lepiej już pozostać przy życiu.

Tłum. Stanisław Barańczak

O Dorothy Parker usłyszałam pierwszy raz stosunkowo niedawno, chociaż w historii amerykańskiej poezji pełni ona bardzo ważną rolę. Kolejne pokolenia wychowują się na jej wierszach, przejmujących i pełnych czarnego humoru, poruszających bez zakłamania tematykę miłości i związków, depresji i śmierci. Czytając o posiedzeniach grupy artystów, której była częścią, przy okrągłym stole w hotelu Algonquin, nie sposób nie myśleć o naszym rodzimym „Pod Pikadorem” i o Skamandrytach, a zwłaszcza o Słonimskim – Parker również znana była z sarkastycznych recenzji teatralnych. W późniejszych latach pisała też opowiadania, scenariusze i artykuły.

portableparker

Szczyt jej sławy przypada na lata międzywojenne, a była ona tak wielka, że pisarce często przypisywano powiedzonka, których wcale nie była autorką, bo w przekonaniu ludzi jeśli coś było śmieszne, z pewnością musiało wyjść z jej ust. Wydany w 1944 roku zbiór jej utworów „The Portable Dorothy Parker” do dziś pozostaje w sprzedaży, jako jeden z trzech z serii „portable” (pozostałe to dzieła Williama Szekspira i Biblia). Parker cieszy się więc w Ameryce wielkim poważaniem, podczas gdy u nas pozostaje niemal nieznana. Wydano jedynie dwa tomy jej opowiadań, które, chociaż ciekawe, stylistycznie i tematycznie nieco się zestarzały. Natomiast wciąż aktualne, genialne wiersze w większości nie zostały przetłumaczone na polski. Udało mi się znaleźć zaledwie dwa w tłumaczeniu Barańczaka, zapewne są jeszcze inne, pochowane po różnych wydaniach „Literatury na świecie”, ale nie wystarczyło mi samozaparcia, żeby do nich dotrzeć.

“The best way to keep children at home is to make the home atmosphere pleasant, and let the air out of the tires.”

Dorothy urodziła się w 1893 roku, w zamożnym domu Rothshildów (ale nie tych), jako ostatnia z czwórki rodzeństwa. Była raczej szczęśliwym dzieckiem do czasu, kiedy umarła jej mama. Pięcioletnia wówczas Dorothy nabrała przekonania, że jest odpowiedzialna za śmierć matki (pani Rothshild urodziła córkę, mając czterdzieści dwa lata i ciąża nadwyrężyła jej zdrowie) i nigdy się tak naprawdę tego wrażenia nie pozbyła. Co gorsza, ojciec dziewczynki wkrótce ożenił się ponownie. Dorothy nie znosiła nowej żony ojca, nazywała ją „gospodynią”. Podobno była okropną osobą, ale czy rzeczywiście? Tego zapewne nigdy się nie dowiemy. Tak czy inaczej, ona również padła ofiarą „klątwy Dorothy” i zmarła, kiedy dziewczynka miała dziewięć lat. Dorothy czuła się teraz odpowiedzialna nie tylko za śmierć matki, ale również macochy – tak źle jej życzyła, że coś musiało się zdarzyć.

Wydarzenia te mocno wpłynęły na sposób widzenia świata poetki. Była nieufna, zamknięta w sobie. Kobiety portretowała bardzo surowo. Zwłaszcza matki, które w jej twórczości były zimne, nieobecne, nie dające pociechy, zaabsorbowane sobą. Ale innym też się dostawało. Choć serię „A Hate Song” zaczęła od kobiet, później nienawidziła też m.in. mężczyzn, krewnych, artystów, cyganerii i przyjęć. Jeden z moich ulubionych wierszy jej autorstwa zaczyna się tak:

Frustration
If I had a shiny gun,
I could have a world of fun
Speeding bullets through the brains
Of the folk who give me pains (…)

[Frustracja
Gdybym miała strzelbę nową
Bawiłabym się morowo
Posyłając serię kulek
Tym, przez których cierpię bóle (…)
Nieudolne tłum. moje]

„Four be the things I’d been better without:
Love, curiosity, freckles, and doubt.”

Dorothy nigdy nie skończyła szkoły. Najpierw uczęszczała do prowadzonej przez zakonnice nowojorskiej placówki, której nienawidziła z całego serca. Doprowadzała przy tym swoje nauczycielki do szału. Jedna z najbardziej znanych anegdot mówi, że Dorothy specjalnie myliła „niepokalane poczęcie” („immaculate conception”) ze „spontanicznym samozapłonem” („spontaneous combustion”). W późniejszych latach uczęszczała do prestiżowej Miss Dana’s School, gdzie uczyła się łaciny, historii, matematyki, geografii i filozofii. Jak na szkołę dla dziewcząt, była to bardzo postępowa placówka. Mimo to Dorothy przerwała naukę z nieznanych przyczyn w wieku 15 lat i już nigdy do niej nie wróciła. Z ojcem, podwójnym wdowcem, mieszkała do jego śmierci. Zmarł, gdy miała dwadzieścia lat.

Young_Dorothy_Parker

Młoda Dorothy.

Wkrótce potem wyprowadziła się z rodzinnego domu, wynajęła pokój (niesłychane w przypadku dziewczyny o jej pozycji społecznej) i zaczęła zarabiać na życie graniem na pianinie w szkole tańca. Pytana o to później, twierdziła, że musiała iść do pracy, bo ojciec nie zostawił jej nic w spadku. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Niezależnie od przyczyn, dopiero po śmierci ojca Dorothy zaczęła być sobą – samodzielną, dowcipną młodą damą, która przebojem wdarła się na towarzyskie i kulturalne salony Nowego Jorku.

“I require three things in a man: he must be handsome, ruthless, and stupid.”

W 1917 roku Dorothy Rothschild wyszła za mąż za Edwina Ponda Parkera II. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Parker był przystojny i pochodził z dobrej rodziny, a Dorothy nie mogła uwierzyć, że zakochał się właśnie w niej, bo nie uważała się za osobę atrakcyjną. Niestety zaraz po ich ślubie Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, a Edwin pojechał na front. Kiedy wrócił, był wrakiem człowieka. Już wcześniej lubił alkohol, a frontowe przeżycia sprawiły, że sięgnął również po morfinę. Straumatyzowany i uzależniony, nigdy nie wrócił do formy. Tymczasem Dorothy była prawdziwą gwiazdą, kochał ją cały Nowy Jork. Mieli ze sobą coraz mniej wspólnego. W 1928 roku pisarka wystąpiła o rozwód. Parker zmarł pięć lat później.

“What fresh hell is that?”

Choć coraz bardziej popularna, Dorothy nie radziła sobie z rzeczywistością. Z trudem nawiązywała relacje z innymi, wiecznie schowana za maską sarkazmu i ironii. W dzieciństwie nauczyła się nie okazywać uczuć i całe życie płaciła za to wysoką cenę. Oto jeden z jej najbardziej przejmujących wierszy.

Interior

Her mind lives in a quiet room,
A narrow room, and tall,
With pretty lamps to quench the gloom
And mottoes on the wall.

There all the things are waxen neat
And set in decorous lines;
And there are posies, round and sweet,
And little, straightened vines.

Her mind lives tidily, apart
From cold and noise and pain,
And bolts the door against her heart,
Out wailing in the rain.

parker-dorothy-parker-misty-poodle-1953

Jak wielu ludzi, którzy zawodowo rozśmieszają innych, cierpiała na depresję. Leczyła ją alkoholem, który oczywiście tylko pogłębiał problem, zamiast go rozwiązywać. Była osobą pod każdym względem nietypową, co również nie ułatwiało jej życia. Kompletnie nie umiała prać ani gotować, zdarzało jej się jeść bekon na surowo, jeśli akurat nie miała nikogo do pomocy. Uwielbiała za to psy i zawsze miała ich co najmniej kilka, a czasem nawet kilkanaście. Była złośliwa dla innych, ale sobie również nie pobłażała. W jednym z wierszy, „Symptom Recital”, pisała o sobie tak:

(…) I’m disillusioned, empty-breasted.
For what I think, I’d be arrested.
I am not sick, I am not well.
My quondam dreams are shot to hell.
My soul is crushed, my spirit sore;
I do not like me any more. (…)

Po rozwodzie z pierwszym mężem Dorothy romansowała z różnymi mężczyznami. Jeden z tych romansów, z Charlesem MacArthurem, znanym uwodzicielem, zakończył się ciążą, którą Parker usunęła. Do problemów, które miała od zawsze, doszło jeszcze złamane serce i Dorothy po raz pierwszy targnęła się na swoje życie. Później próbowała się zabić jeszcze trzykrotnie, za każdym razem nieskutecznie.

“I’d rather have a bottle in front of me than a frontal lobotomy.”

W 1934 roku Dorothy wyszła za mąż po raz drugi, za jedenaście lat młodszego Alana Campbella, aktora i początkującego scenarzystę. Para wyprowadziła się do Hollywood, gdzie wspólnie napisali scenariusze do kilkunastu filmów. Jednak trudno ich małżeństwo nazwać szczęśliwym. Parker była już wtedy alkoholiczką. Campbell był biseksualny, a do tego miał poważny romans, kiedy w czasie drugiej wojny światowej przebywał w Europie. Po zakończeniu wojny rozwiedli się, tylko po to, żeby trzy lata później związać się ponownie. Byli małżeństwem do 1963 roku, kiedy Campbell popełnił samobójstwo, przedawkowując leki. Wkrótce potem Dorothy powiedziała w wywiadzie: „Gdybym miała odrobinę przyzwoitości, byłabym martwa. Wszyscy moi przyjaciele nie żyją.”

“That would be a good thing for them to cut on my tombstone: Wherever she went, including here, it was against her better judgment.”

Być może najciekawszym elementem biografii Parker jest fakt, że przez większość życia była zagorzałą aktywistką. W latach trzydziestych protestowała przeciwko uwięzieniu i skazaniu na śmierć Sacco i Vanzettiego, dwóch włoskich anarchistów. Później angażowała się w inne działania, była współzałożycielką Hollywoodzkiej Ligi Antynazistowskiej, działa w lewicowych organizacjach. Były to czasy McCarthy’ego i Parker znalazła się na czarnej liście. Musiała wyjechać z Hollywood. W ostatnich latach życia nie pracowała wiele, nie była w stanie z powodu nałogu. Piła tak dużo, że jedna z nowojorskich destylarni nazwała na jej cześć swój gin.

dorothy-parker-back

Zabawne, że akurat gin nazwano jej imieniem. Dorothy wolała whiskey. Również widoczny na etykiecie dwuwiersz nie jest jej autorstwa.

Utrzymywali ją przyjaciele. Zmarła cztery lata po swoim mężu, w 1967 roku, na zawał serca. Nawet po śmierci pozostała idealistką – cały swój majątek zapisała w testamencie Martinowi Lutherowi Kingowi.

„Excuse my dust.”

W to, co stało się z prochami Dorothy Parker, aż ciężko uwierzyć. Kiedyś zapytano ją o epitafium dla samej siebie. Odpowiedziała: „Excuse my dust” („Przepraszam za prochy”). Okazało się, że to słowa prorocze. W ostatnich latach życia Dorothy opiekowała się jej przyjaciółka Lillian Hellman, która liczyła na spadek (głównie chodziło o prawa do twórczości). Kiedy Lillian dowiedziała się, że nie ona jest adresatką ostatniej woli Parker, była tak wściekła, że nie przekazała domowi pogrzebowemu, co zrobić z prochami. Przeleżały więc one sześć lat na półce. Po tym czasie zostały przesłane adwokatowi Dorothy, który również nie wiedział, co z nimi zrobić, więc włożył je do szafki w swoim gabinecie, gdzie stały kolejne piętnaście lat.

newplaque

Źródło: DorothyParker.com, zdjęcie: Kathy Gadziala

Dopiero wtedy National Association for the Advancement of Colored People, które przejęło prawa do spadku po Martinie Kingu, upomniało się o prochy Parker. Zostały one pochowane w należącym do organizacji ogrodzie w 1988 roku, dwadzieścia jeden lat po śmierci poetki.

Polecam również:

Tekst jest częścią serii „Historia kobiet”. W poprzednim tekście pisałam o Zeldzie Fitzgerald.

Dick lit, czyli jak sprzedać książkę

Pamiętacie, jak Geena Davis powiedziała, że jeżeli filmowych bohaterek będzie przybywać w dotychczasowym tempie, osiągniemy równość za jakieś 700 lat? To dotyczy nie tylko filmu. Odnoszę wrażenie, że w kulturze permanentnie robimy krok do przodu, a potem dwa kroki w tył, przynajmniej w temacie równego traktowania płci. Ostatnio doskonałym przykładem tego zjawiska jest tak zwany chick noir. „Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins i „Zaginiona dziewczyna” (Gone Girl) Gillian Flynn to dwa wydawnicze hity, na tyle popularne, że doczekały się ekranizacji. Wyznaczają też one nowy trend w literaturze kryminalnej. Akcja powieści rozgrywa się w tak zwanych normalnych rodzinach, jej bohaterowie mieszkają na przedmieściach, pochodzą z klasy średniej. Wyróżnia je tematyka, osnuta najczęściej wokół dramatów rodzinnych, rozpadających się związków, toksycznych relacji. Zbrodniarz nie jest przypadkowy, nie ma seryjnych morderców, czyhających w krzakach za domem. Morderstwa popełniają główni bohaterowie. Charakterystycznym elementem jest też niewiarygodny narrator, którego relacji wydarzeń z różnych powodów nie możemy zaufać.

Emily-Blunt-Girl-on-the-Train

Emily Blunt gra zaniedbaną (!), grubą (!!) i brzydką (!!!) Rachel z „Dziewczyny z pociągu”. No, ale założyli jej rękawiczki bez palców, więc od razu sprawia wrażenie osoby patologicznej.

Brzmi ciekawie, prawda? No właśnie, a do tego książki owe są bardzo często pisane przez kobiety i kobiety są również głównymi bohaterkami. Wydawcy, oprócz posługiwania się neutralnym płciowo pojęciem „domestic thriller” („thriller domowy”), ukuli na ich określenie termin „chick noir”. Zapewne po to, żeby na skomplikowanym rynku wydawniczym wskazać drogę zbłąkanym kobietom, spragnionym dobrej literatury kryminalnej. Mogłyby bowiem nie zauważyć, że oto wreszcie powstało coś specjalnie dla nich, pomyśleć, że te kryminały czytują również mężczyźni, i w związku z tym nie dotknąć ich nawet długim kijem (jeszcze by się zaraziły jakąś chorobą weneryczną! lub genderem).

Nie chce mi się pisać o tym, że mężczyźni oczywiście również te książki czytują, nieświadomi być może, że oto dotknęli literatury stworzonej dla gąsek (jak stwierdziła pewna dziennikarka, słowa „chick” w odniesieniu do kobiet nie używa się od jakichś 60 lat). Gdyby było inaczej, seksistowskie ze swojej natury Hollywood z pewnością nie zabrałoby się za tworzenie ekranizacji, bo przecież wiadomo, że kobiety nie chodzą do kina, więc nie ma sensu robić dla nich filmów.

gone girl

Opatrzmy mroczny thriller etykietką ze słowem „kurczak” w nazwie, na pewno się lepiej sprzeda.

Ale chciałabym napisać o czymś innym. Mianowicie kobiety stanowią większość nie tylko wśród osób z wyższym wykształceniem. Stanowią również większość czytelników książek. Od lat. Wyniki te potwierdzają wszystkie badania. Kobiety kupują też więcej książek. I to nie tylko romansów. Wszystkich książek. W tym również kryminałów. A zatem, moi państwo, idiotyzmem jest tworzenie szufladki z napisem „chick lit”. To jakby tworzyć zabawki z etykietką „for children”, strzelanki z napisem „FPS for boys” albo samochody „dla ludzi”.

Wydawcy najwyraźniej nie znają własnego rynku. Kobiety już są zainteresowane, nie trzeba kierować do nich kampanii reklamowych. Rynek jest nasycony i ciężko pozyskać nowego czytelnika. Dlatego księgarze powinni raczej zastanowić się, jak sprawić, by po literaturę sięgnęło więcej mężczyzn. Myślę, że najlepszym pomysłem byłyby zmiany w obrębie marki. „Dramat”, „literatura obyczajowa” – to brzmi nudno. Żaden nowoczesny mężczyzna, który znalazł właśnie chwilę wolnego pomiędzy pracą, siłownią, a pomaganiem żonie w pracach domowych, i mógłby ją spędzić na obcowaniu z (pop)kulturą, nie będzie tego czytał. Taka nazwa po prostu go nie zachęci. Tu trzeba czegoś świeżego, odkrywczego, co przekona osobę płci męskiej, że oto właśnie trafiła na pozycję idealną dla siebie.

Aby pomóc zagubionym wydawcom, przygotowałam kilka propozycji przebrandowania istniejących dotychczas gatunków.

Dick lit – Lekka i przyjemna literatura z akcentami humorystycznymi, poświęcona typowo męskim problemom ze znalezieniem pracy, lojalnych kumpli i najbliższego browaru. Przykłady: Potop, Wielki Gatsby, Paragraf 22, Obsługiwałem angielskiego króla.

Cocketry – Rymowane historyjki z morałem, poruszające tematy, na których mężczyźni znają się najlepiej, czyli kwestie filozofii, miłości, honoru i przyzwoitości. Przykłady autorów: Adam Mickiewicz, Dante, Lord Byron.

Bratwurst book – Przewodnik po niezrozumiałym i obcym terenie, jakim dla mężczyzny jest kuchnia. Dzięki kilku kuchcikom, którzy jakimś cudem dokonali niemożliwego i są w stanie odróżnić szybkowar od szatkownicy, droga ta okazuje się łatwiejsza. Przykłady kuchcików: Jamie Oliver, Heston Blumenthal, Gordon Ramsay.

Science friction – To, co mężczyźni lubią najbardziej – dużo seksu… w kosmosie. Plus maszyny, roboty i śrubki! Przykłady: Nowy wspaniały świat, Solaris, Diuna.

Mantasy – Niektórzy mężczyźni też lubią książki o elfach i krasnoludach! Dlatego powstał gatunek mantasy. Jego głównym bohaterem jest przeważnie mężczyzna, z którym ponoć łatwiej się panom identyfikować. Ten gatunek tworzony jest też zazwyczaj przez męskich autorów, dzięki czemu bohaterowie są prawdopodobni charakterologicznie i emocjonalnie. Przykłady: Pieśni lodu i ognia, Eragon, Ziemiomorze (wprawdzie autorką jest kobieta, ale nie przesadzajmy, nie można mieć wszystkiego).

Bong adult – Budująca literatura dla dojrzewających chłopców, z której dowiedzą się, czym powinni się kierować w życiu i jakie stawiać przed sobą cele. Przykłady: Buszujący w zbożu, Gra Endera, Władca much.

Jak widzimy, te w ogóle nie stereotypizujące i nie degradujące nowe, chwytliwe i adekwatne do treści nazwy dla istniejących już gatunków literackich z pewnością pomogą w podniesieniu wyników sprzedaży.

Notka na sezon ogórkowy II. Jak poczuć się dobrze w obcym miejscu

Wakacje to czas podróży, ale także – o czym się rzadko mówi – źródło stresu. Kiedy trafiamy w zupełnie nowe miejsce i wszystko jest niewiadomą, przeżywamy nie tylko pozytywne emocje. Przeważnie jesteśmy w towarzystwie bliskich, dzięki czemu łatwiej nam się oswoić. Ale zdarza się, że wyjeżdżamy w pojedynkę, z wyboru albo z konieczności, i musimy odnaleźć się w nieznanej rzeczywistości całkiem sami, a do szeregu negatywnych emocji, takich jak strach czy zmęczenie, dodać samotność i tęsknotę. Co zrobić, żeby szybciej się zaaklimatyzować? Oto moje sposoby.

  1. Mieć przy sobie telefon z dostępem do internetu.

Jesteśmy uzależnieni od internetu i wiecznie siedzimy na portalach społecznościowych. Tak przynajmniej twierdzą media. Ale rzadko tłumaczą, co takiego pociągającego jest w Facebooku. Tymczasem człowiek jako zwierzę stadne po prostu czuje się lepiej, kiedy ma kontakt z innymi, choćby wirtualny. W przypadku przymusowego odcięcia od najbliższych taki kontakt może chociaż w niewielkim stopniu przywrócić człowiekowi poczucie bezpieczeństwa.

2. Nie spać w hotelach.

IMG_20160702_222231780

Na airbnb macie szansę trafić na pokój z fotelem bujanym.

Nie lubię hoteli. Hotele są czyste, schludne i kompletnie bezosobowe. Po wyglądzie pokoju przeważnie nie sposób się nawet domyśleć, w jakim jesteśmy mieście czy kraju. Nie ma się do kogo odezwać. O ile może to być nawet przyjemne przez dzień lub dwa, na dłuższą metę bywa męczące. Dlatego polecam raczej korzystanie z pensjonatów lub hosteli, gdzie atmosfera jest luźniejsza, łatwiej zawierać znajomości i dowiedzieć się czegoś ciekawego o miejscu, w którym przyszło nam spędzić czas. A już w ogóle najlepszą moim zdaniem opcją jest wynajęcie pokoju za pośrednictwem Airbnb albo skorzystanie z couchsurfingu (nie wspominając już o finansach). Wtedy mamy niemal pewność, że ktoś na miejscu powie nam, co warto zwiedzić, a co można sobie odpuścić, gdzie zjeść, gdzie kupować i czego unikać. A do tego można poznać naprawdę fajnych ludzi i poczuć się od razu trochę bardziej jak w domu.

3. Znaleźć w okolicy księgarnię i kino.

IMG_20160702_155735879

Zamiast księgarni może być sklep z komiksami.

Nie wiem, jak wy, ale kiedy przyjeżdżam w nowe miejsce, zawsze szukam księgarni. Jeśli jestem w kraju anglojęzycznym, to zostawiam tam mnóstwo pieniędzy (staram się wtedy raczej szukać antykwariatów, żeby zupełnie nie zbankrutować). Jeśli nie, to w dużych miastach przeważnie znajdują się księgarnie anglojęzyczne, a te nieanglojęzyczne też mają angielskie sekcje. Ale lubię odwiedzać księgarnie nawet wtedy, jeśli zupełnie nic nie rozumiem z napisów na okładkach. Książka to książka, zawsze przyjemnie na nią popatrzeć. Trochę inaczej rzecz ma się z kinami. Bardzo lubię kina za granicą i staram się zawsze przejść na jakiś seans. Tutaj sprawa ma się o tyle lepiej, że niemal zawsze można trafić na angielskojęzyczny film. Trzeba tylko uważać na dubbing (a na przykład w Niemczech dubbinguje się wszystkie filmy, również te dla dorosłych). Co prawda oglądanie angielskiego filmu z duńskimi czy węgierskimi napisami robi trochę wodę z mózgu, ale cóż. Mimo wszystko kino = dom.

4. Znaleźć plac zabaw.

IMG_20160702_144444620_HDR

I pobujać się na huśtawce. Wtedy wszystko okazuje się łatwiejsze do zniesienia.

Macie własne sposoby? Przyjmę w dowolnych ilościach, bo jestem sama za granicą i trochę mi smutno.