Jak zły jest twój film?

Mimo że teoretycznie o gustach nie powinno się dyskutować (swoją drogą, co za głupie powiedzonko, trzy czwarte dyskusji o kulturze dotyczy gustów), każdemu zdarzyło się pewnie choć raz wykrzyknąć po wyjściu z kina: „Rany, jaki to był zły film!”, nie tylko wyrażając swoją opinię, ale jeszcze robiąc to w sposób mocno kategoryczny. Gdyby jednak zadać nam w tym momencie pytanie pomocnicze, na przykład: „Ale co ci się właściwie nie podobało?”, zaraz by się okazało, że każdy przez „zły film” rozumie trochę co innego. Jednemu film się nie podoba, bo bohater jest głupi, innemu, bo miał kiepski scenariusz, a jeszcze innemu dlatego, że był za mało ambitny. Ponieważ jednej definicji nie sposób przyjąć, wrzucam listę tego, co w mojej opinii może uchodzić za zły film.

 Film zbyt lekki

Pamiętam, że kiedy miałam kilkanaście lat, popularne kino hollywoodzkie spod znaku blockbusterów uchodziło w moim prywatnym słowniku za „złe kino”. Dzisiaj jestem mądrzejsza i wiem, że takie kino też bywa złe i dobre, a nawet bardzo dobre, ale wciąż istnieje rzesza ludzi (na przykład recenzenci Gazety Wyborczej) przekonanych, że film o superbohaterze nie nadaje się do oglądania, choćby nie wiem co. To może mieć jakiś związek z uczuleniem na opary popcornu, jak sądzę.

 

 Film źle zrealizowany

incepcja

Incepcja – dla niektórych film nielogiczny i idiotyczny. A mnie się podobał. W przeciwieństwie do Interstellar.

Stosunkowo łatwy do zdiagnozowania, o ile jest naprawdę kiepsko zrobiony. Wtedy widzimy na drugim planie wiszący z góry mikrofon, nie słyszymy dialogów, aktorzy mają rozmazaną charakteryzację i tak dalej. Gorzej, jeśli poziom beznadziei jest nieco niższy i na przykład tylko scenariusz jest nielogiczny, aktorzy mają mimikę jak kamienne głazy (czy istnieją niekamienne głazy?) albo między głównymi bohaterami zabrakło chemii. To wszystko są już kwestie subtelne, często uznaniowe (vide Interstellar, który imo był po prostu niedobrym filmem, ale wielu osobom się podobał). Zwłaszcza dotyczy to oceny gry aktorskiej, która wzbudza największe emocje (pewnie właśnie dlatego, że działa na uczucia i nie ma twardych sposobów mierzalności zdolności aktorskich, a przynajmniej ja nie wiem, jak to można „racjonalnie” ocenić). Wtedy wchodzi się właśnie w sferę gustów i co jednego ruszy, na innym nie zrobi wrażenia, więc trudno tu przyjąć cokolwiek za pewnik.

 

Zły film artystyczny

Przyczyny, dla których kino niezależne bywa niedobre, są różne. Mogą to być braki budżetowe albo niewystarczające umiejętności twórców, czyli to, co jest zmorą właściwie każdego rodzaju filmu. Ale istnieje pewien typ złego filmu artystycznego, który mnie wyjątkowo irytuje. Powstaje on wtedy, gdy twórcy za bardzo się starają. Efekt jest taki, że film, zamiast nowatorski i wyjątkowy, jest pretensjonalny, drętwy i wywołujący liczne facepalmy. Przykład? Film miłosny (Filme de Amor) genialnego ponoć awangardzisty brazylijskiego, Julio Bressane – jeden z najgorszych filmów, jakie widziałam (zawierał między innymi trwające 1,5 minuty zbliżenie na żeńskie ograny płciowe i scenę smażenia kotletów na żelazku – tutaj można obejrzeć jedną z bardziej znośnych scen). A nieco bardziej z naszego podwórka, Wieża Agnieszki Trzos, Pod powierzchnią Marka Gajczaka i jeszcze parę innych współczesnych dzieł.

 

 Film wyrywający duszę razem z flakami

batalla-en-el-cielo-2005_xvx_25569

Kadr z filmu Bitwa w niebie.

Widzieliście jakikolwiek film Carlosa Reygadasa (zwłaszcza Bitwę w niebie)? Albo Tańcząc w ciemnościach Larsa Von Triera? To są filmy wyrywające duszę razem z flakami. Powstały po to, żeby widzom bebechy wywróciły się na lewą stronę. I tak się dzieje. Okropność, fatalizm, dramat, łzy, pot, obrzydzenie i wstręt. Z seansu Bitwy w niebie, na którym byłam w ramach WFF, wyszła połowa widowni. To jest film straszliwy. Najgorszy, jaki w życiu widziałam. Nie kiepski. To jest filmowe Zło w najczystszej postaci. Po seansie człowiek ma ochotę porzucić kinematografię raz na zawsze, żeby już nigdy więcej nie naciąć się ponownie na coś podobnego.

 

 Film tak zły, że aż dobry

reign-of-fire-mcconaughey2

Matthew McConaughey w filmie Władcy Ognia.

Wyjątkowa kategoria. Są to filmy tak głupie, że ich oglądanie sprawia pewnego rodzaju perwersyjną przyjemność. Przeważnie chodzi o to, że niedorzeczność scenariusza dobrze trafia w poczucie absurdu, dzięki czemu przy kolejnych zwrotach akcji albo drewnianych dialogach wybucha się gromkim śmiechem. Osobiście nadzwyczajnie bawiłam się zwłaszcza na filmie Władcy ognia, gdzie Christian Bale i Matthew McConnaughy ratowali świat przed najbardziej niedorzecznie zachowującą się bandą smoków, jaką w życiu widziałam.

 

A co dla was zasługuje na miano złego filmu?

Z innej strony świata: XXY

Chyba każdy wielbiciel sztuki filmowej przechodzi moment kryzysu, spowodowany zmęczeniem, znużeniem, znudzeniem. Ta sama forma, ten sam styl, ten sam język, ci sami aktorzy.

Wychowaliśmy się głównie na kinie hollywoodzkim, ewentualnie francuskim, brytyjskim i polskim. Kino europejskie bywa świetne formalnie, nawet doskonałe. Kino hollywoodzkie stanowi znakomitą rozrywkę. Ale ani jedno ani drugie nie jest świeże. Rzadko ma się wrażenie, że oto, oglądając je, dotarło się w jakiś sposób do krańców naszej wiedzy i dotknęło czegoś nowego.

Z czasem to uczucie – że wciąż widzi się wariację na ten sam temat – zaczyna przeszkadzać w odbiorze. Trzeba odpocząć.

Jeśli ktoś z was również odczuwa coś podobnego, proponuję ucieczkę w inne rejony świata (ale jeśli nie, mimo wszystko bardzo taką wyprawę polecam). Na pierwszy rzut ekranu – do Argentyny.

xxy

XXY to rewelacyjny argentyński dramat, wyreżyserowany w 2007 roku przez  Lucíę Puenzo. Opowiada historię Alex, która ma piętnaście lat i jest chłopcem. A może dziewczyną. Właściwie nie wiadomo. Nie wiedzą tego lekarze ani rodzice, ani sam/a Alex. Tymczasem nadchodzi moment, kiedy Alex musi zdecydować, bo nie da się żyć w społeczeństwie, nie będąc ani mężczyzną, ani kobietą. Przecież nie chce być wynaturzeniem, odmieńcem, dziwadłem. A może jednak?

XXY jest nie tylko filmem o płci, rolach społecznych i dramacie bycia „pomiędzy”. To także wspaniała opowieść o dorastaniu, pierwszych seksualnych fascynacjach, rodzicielskiej miłości, akceptacji i poczuciu własnej wartości. Piękna wizualnie, świetnie zrealizowana i zagrana. I wbrew pozorom – niemal optymistyczna.

Pod każdym względem warto.