„Hilda” Luke’a Pearsona oraz dla kogo właściwie są książki dla dzieci

hilda_1okladka-640x946

Obiecałam kiedyś na FB recenzję serii komiksów o Hildzie Luke’a Pearsona. Obiecałam też, że napiszę, dla kogo właściwie powstają książki dla dzieci. A ponieważ jestem ostatnio z braku czasu nadzwyczaj ekonomiczna, zrobię to w jednym, wspólnym wpisie.

Zacznijmy od komiksu. Seria o Hildzie została wymyślona i stworzona przez Luke’a Pearsona, brytyjskiego ilustratora i rysownika. Dotychczas po polsku, nakładem wydawnictwa Centrala, ukazały się cztery tomy – Hilda i troll, Hilda i nocny olbrzym, Hilda i ptasia parada oraz Hilda i czarna bestia (liczę na to, że kolejny tom, Hilda and the Stone Forest, również pojawi się u nas w najbliższym czasie). Główna bohaterka to na oko ośmioletnia, niebieskowłosa dziewczynka, a świat, w którym rozgrywają się jej przygody, jest mocno zainspirowany (przynajmniej w pierwszych tomach) skandynawskim folklorem. Pojawia się w nim szereg magicznych stworzeń, takich jak trolle, skrzaty, olbrzymy, przypominające skrzyżowanie psa z chmurą latające puchy, gadające ptaki i wiele innych. Również krajobraz – wysokie góry, drewniane chatki – przywodzą na myśl norweskie fiordy. Sama Hilda jest dziewczynką odważną i niezależną, ciekawą świata i wszystkiego, co na nim żyje. Stale pakuje się w kłopoty, a przy tym pozostaje osobą empatyczną i wrażliwą na cudze problemy.

hilda-i-troll

Plansza z komiksu Hilda i troll, ©Luke Pearson.

Treść komiksów ma formę przygodową, ale każdy tom niesie ważne przesłanie. Młody czytelnik razem z Hildą uczy się, że stereotypy są często fałszywe, a działania, które podejmujemy ze strachu, mogą prowadzić do cudzego cierpienia. Dowiaduje się też, że nie ma czynów bez konsekwencji, a niektóre z nich są nieodwracalne. To też opowieści o tolerancji dla inności – wielu niezrozumianych bohaterów okazuje się przy bliższym poznaniu ciekawych i sympatycznych. Hilda jest także feministyczna, w tym znaczeniu, że płeć bohaterki nie ma absolutnie żadnego wpływu na bieg wydarzeń. Nie dzieje się w tych historiach ani jedna rzecz, która mogłaby się przytrafić tylko chłopcu albo tylko dziewczynce. Chwała Luke’owi Pearsonowi, że zdecydował się narysować komiks o dziewczynce, bo przeważnie tego typu „uniwersalne” postacie są jednak chłopcami.

Podsumowując, to świetna seria komiksów. Skąd zatem wątpliwość, kto właściwie jest jej adresatem? [Przy okazji: używam tu terminów „książka” i „komiks” w sposób wymienny. Usprawiedliwiam się faktem, że książki dla dzieci, zwłaszcza najmłodszych, często są ilustrowane tak bogato, że stosunek tekstu do obrazka wypada podobnie jak w komiksie. Zdaję sobie sprawę, że są to inne formy wyrazu, ale na użytek wpisu pozwolę sobie zignorować ten fakt.] Otóż książki dla dzieci to wyjątkowa dziedzina literatury, którą tworzy ktoś zupełnie inny niż jej domyślny odbiorca. Dzieci nie piszą same dla siebie. Książki dla nich piszą dorośli, wydają dorośli, recenzują dorośli i nagradzają dorośli. To dorośli decydują, co jest warte przekazania. Podejmując decyzje wydawnicze, redaktorzy raczej nie konsultują się z dziećmi odnośnie rozpatrywanych propozycji (co zresztą moim zdaniem rodzi pewne problemy natury etycznej). Dlatego, inaczej niż przy „normalnej” literaturze, książki te mają podwójnego odbiorcę. Wielu dorosłych kupuje i czytuje książki dla dzieci, chociaż sami dzieci nie posiadają, często czując się przy tym trochę głupio. Książki dla dzieci traktuje się przy tym jak niepoważną dziedzinę literatury. Wiążą się z tym różne konsekwencje, czasem przykre, jak na przykład fakt, że pisarze książek dla dzieci znacznie mniej zarabiają.

hilda_2_3

Plansza z komiksu Hilda i nocny olbrzym, ©Luke Pearson.

Ale wracając do dzieci – pół biedy, jeśli pisane i wydawane przez dorosłych książki im się podobają, choć czasem zdarza się, że to, co przez dorosłych odbiorców uznawane jest za „pięknie ilustrowaną powieść dziecięcą”, w dzieciach budzi głównie przerażenie (jak ja nienawidziłam w dzieciństwie książek ilustrowanych przez Stasysa Eidrigeviciusa). A zatem czym będzie „dobra książka dla dzieci”? Dla kogo ona ma być dobra? Czy to książka, która podoba się dzieciom? Młodzi czytelnicy mają jeszcze nie do końca wyrobiony gust. Często podobają im się rzeczy hałaśliwe, błyszczące i tandetne. Fakt ten wykorzystywany jest przez wydawców, którzy uważają, że w związku z powyższym można im wcisnąć byle co. Listę grzechów w tym temacie opisuje Paulina Małochleb w tekście „Dziesięć najgorszych książek dziecięcych”.

No dobrze, czyli z jednej strony mamy książki nazbyt ambitne, poruszające tematy tak trudne w sposób tak wyrafinowany, że przeciętne dziecko niewiele z nich skorzysta (dorosły tak samo, bo dla niego temat zostaje z kolei potraktowany zbyt błaho). Na drugim biegunie mamy tandetną sieczkę bez pomysłu, od której gwałtownie spada iloraz inteligencji. Dlaczego więc uważam, że Hilda jest dobra? Jakie kryterium stosuję? Według mnie dobra książka dla dzieci to taka, która spełnia trzy bardzo ogólne warunki. Po pierwsze, podoba się dzieciom, co oznacza, że dzieci chętnie do niej wracają, przeglądają ją sobie same, nawet jeżeli rodzic nie ma czasu im czytać (oczywiście mowa o młodszych dzieciach), ogólnie – chcą ją mieć w pobliżu (mój syn na przykład śpi z ulubionymi książkami). To, że książka podoba się dzieciom, wynika przeważnie z kombinacji wielu elementów – dostosowanego do wieku języka i tematyki, ciekawych, wieloznacznych ilustracji, w których za każdym razem można odkryć coś nowego, interesującej historii, bohaterów, z którymi można się identyfikować (chociaż dzieci nie myślą w ten sposób, im też przecież niektórzy bohaterowie są bliżsi niż inni), poczucia humoru, które do nich trafia i tak dalej.

hilda3pp_7

Plansza z komikus Hilda i ptasia parada, ©Luke Pearson.

Po drugie, jest to książka, która podoba się rodzicom. Przy czym nie jest to wcale takie jednoznaczne stwierdzenie, jak może się wydawać. Niektórzy rodzice lubią książki, mające wartość edukacyjną. Dlatego wyżej będą cenili pozycje, powiedzmy, popularnonaukowe czy zaznajamiające dzieci z jakąś konkretną tematyką. Wielu rodziców jest fanami historii z morałem. Osobiście wolę otwarte zakończenia, będące raczej punktem wyjścia do rozmowy na dany temat. Ale nie dyskwalifikuję opowieści z morałem. Dobra książka może mieć morał, jednak nie on jest wyznacznikiem jej jakości, tak samo jak nie jest nim wartość naukowa. Książka, która podoba się rodzicowi to taka, w której znajdzie on też coś dla siebie. Może to będą piękne ilustracje. Może ciekawy bohater drugoplanowy, niepokojąco przypominający jego samego. Może wciągająca historia. W każdym razie dobra książka to taka, do której rodzic zwyczajnie lubi wracać, tak samo jak jego dziecko.

I wreszcie trzecie, wynikające trochę z drugiego – dobra książka to taka, która rośnie razem z dzieckiem. I wróćmy tutaj na chwilę do przykładu Hildy. Mój ulubiony tom to „Hilda i nocny olbrzym”. Tak się składa, że jest to również ulubiony tom mojego syna. Dzisiaj najbardziej przyciągają go interesująca historia i zabawne obrazki. Ale już za dwa, trzy lata zacznie doceniać gry słowne, które się w nim pojawiają. Kolejne dwa i będzie w stanie wyłapać nawiązania do skandynawskiej mitologii. Zrozumie pewnie także, że jest to opowieść o stracie i zmianach, które nas dotykają. Za sześć lat trafi do niego wątek relacji dziewczynki z matką, a za dziesięć lat doceni być może piękny, choć melancholijny wątek miłosny. Myślę, że jest duża szansa, że Hilda zostanie z nim na długo, może nawet na całe życie. Jeśli nie jako komiks, to jako element, z którego w mikroskopijnej części zbudował swoją tożsamość.

hilda-i-czarna-bestia

Plansza z komiksu Hilda i czarna bestia, ©Luke Pearson.

I myślę, że oto właśnie chodzi w dobrych książkach dla dzieci. Każdy z nas ma inne upodobania. Nie możemy zdecydować, że nasze dziecko będzie lubiło fantasy, choć oczywiście jest duża szansa, że je polubi, jeśli my sami je lubimy. Są książki, które mnie się podobają, a mój syn za nimi nie przepada. Nie znaczy to, że są złe. Po prostu akurat nie trafiają w jego gust. Może do niektórych dorośnie, a może nie. Ma do tego prawo. Ale najlepsze książki dla dzieci mają pewną uniwersalną wartość, a jest nią szacunek dla odbiorcy i wiara w niego. I w tym chyba leży sekret dobrej książki dla dzieci – że swojego czytelnika traktuje poważnie, niezależnie od tego, w jakim jest wieku.

Historia kobiet: Dorothy Parker

dorothyparker_feat

Résumé

Żyletka? – krew, nieporządek;
Rzeka? – moczy;
Tabletka? – zła na żołądek;
Kwas? – szczypie w oczy;
Rewolwer? – a zezwolenie?
Pętla? – pęka w pierwszym użyciu;
Gaz? – czuć go wszędzie szalenie;
Lepiej już pozostać przy życiu.

Tłum. Stanisław Barańczak

O Dorothy Parker usłyszałam pierwszy raz stosunkowo niedawno, chociaż w historii amerykańskiej poezji pełni ona bardzo ważną rolę. Kolejne pokolenia wychowują się na jej wierszach, przejmujących i pełnych czarnego humoru, poruszających bez zakłamania tematykę miłości i związków, depresji i śmierci. Czytając o posiedzeniach grupy artystów, której była częścią, przy okrągłym stole w hotelu Algonquin, nie sposób nie myśleć o naszym rodzimym „Pod Pikadorem” i o Skamandrytach, a zwłaszcza o Słonimskim – Parker również znana była z sarkastycznych recenzji teatralnych. W późniejszych latach pisała też opowiadania, scenariusze i artykuły.

portableparker

Szczyt jej sławy przypada na lata międzywojenne, a była ona tak wielka, że pisarce często przypisywano powiedzonka, których wcale nie była autorką, bo w przekonaniu ludzi jeśli coś było śmieszne, z pewnością musiało wyjść z jej ust. Wydany w 1944 roku zbiór jej utworów „The Portable Dorothy Parker” do dziś pozostaje w sprzedaży, jako jeden z trzech z serii „portable” (pozostałe to dzieła Williama Szekspira i Biblia). Parker cieszy się więc w Ameryce wielkim poważaniem, podczas gdy u nas pozostaje niemal nieznana. Wydano jedynie dwa tomy jej opowiadań, które, chociaż ciekawe, stylistycznie i tematycznie nieco się zestarzały. Natomiast wciąż aktualne, genialne wiersze w większości nie zostały przetłumaczone na polski. Udało mi się znaleźć zaledwie dwa w tłumaczeniu Barańczaka, zapewne są jeszcze inne, pochowane po różnych wydaniach „Literatury na świecie”, ale nie wystarczyło mi samozaparcia, żeby do nich dotrzeć.

“The best way to keep children at home is to make the home atmosphere pleasant, and let the air out of the tires.”

Dorothy urodziła się w 1893 roku, w zamożnym domu Rothshildów (ale nie tych), jako ostatnia z czwórki rodzeństwa. Była raczej szczęśliwym dzieckiem do czasu, kiedy umarła jej mama. Pięcioletnia wówczas Dorothy nabrała przekonania, że jest odpowiedzialna za śmierć matki (pani Rothshild urodziła córkę, mając czterdzieści dwa lata i ciąża nadwyrężyła jej zdrowie) i nigdy się tak naprawdę tego wrażenia nie pozbyła. Co gorsza, ojciec dziewczynki wkrótce ożenił się ponownie. Dorothy nie znosiła nowej żony ojca, nazywała ją „gospodynią”. Podobno była okropną osobą, ale czy rzeczywiście? Tego zapewne nigdy się nie dowiemy. Tak czy inaczej, ona również padła ofiarą „klątwy Dorothy” i zmarła, kiedy dziewczynka miała dziewięć lat. Dorothy czuła się teraz odpowiedzialna nie tylko za śmierć matki, ale również macochy – tak źle jej życzyła, że coś musiało się zdarzyć.

Wydarzenia te mocno wpłynęły na sposób widzenia świata poetki. Była nieufna, zamknięta w sobie. Kobiety portretowała bardzo surowo. Zwłaszcza matki, które w jej twórczości były zimne, nieobecne, nie dające pociechy, zaabsorbowane sobą. Ale innym też się dostawało. Choć serię „A Hate Song” zaczęła od kobiet, później nienawidziła też m.in. mężczyzn, krewnych, artystów, cyganerii i przyjęć. Jeden z moich ulubionych wierszy jej autorstwa zaczyna się tak:

Frustration
If I had a shiny gun,
I could have a world of fun
Speeding bullets through the brains
Of the folk who give me pains (…)

[Frustracja
Gdybym miała strzelbę nową
Bawiłabym się morowo
Posyłając serię kulek
Tym, przez których cierpię bóle (…)
Nieudolne tłum. moje]

„Four be the things I’d been better without:
Love, curiosity, freckles, and doubt.”

Dorothy nigdy nie skończyła szkoły. Najpierw uczęszczała do prowadzonej przez zakonnice nowojorskiej placówki, której nienawidziła z całego serca. Doprowadzała przy tym swoje nauczycielki do szału. Jedna z najbardziej znanych anegdot mówi, że Dorothy specjalnie myliła „niepokalane poczęcie” („immaculate conception”) ze „spontanicznym samozapłonem” („spontaneous combustion”). W późniejszych latach uczęszczała do prestiżowej Miss Dana’s School, gdzie uczyła się łaciny, historii, matematyki, geografii i filozofii. Jak na szkołę dla dziewcząt, była to bardzo postępowa placówka. Mimo to Dorothy przerwała naukę z nieznanych przyczyn w wieku 15 lat i już nigdy do niej nie wróciła. Z ojcem, podwójnym wdowcem, mieszkała do jego śmierci. Zmarł, gdy miała dwadzieścia lat.

Young_Dorothy_Parker

Młoda Dorothy.

Wkrótce potem wyprowadziła się z rodzinnego domu, wynajęła pokój (niesłychane w przypadku dziewczyny o jej pozycji społecznej) i zaczęła zarabiać na życie graniem na pianinie w szkole tańca. Pytana o to później, twierdziła, że musiała iść do pracy, bo ojciec nie zostawił jej nic w spadku. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Niezależnie od przyczyn, dopiero po śmierci ojca Dorothy zaczęła być sobą – samodzielną, dowcipną młodą damą, która przebojem wdarła się na towarzyskie i kulturalne salony Nowego Jorku.

“I require three things in a man: he must be handsome, ruthless, and stupid.”

W 1917 roku Dorothy Rothschild wyszła za mąż za Edwina Ponda Parkera II. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Parker był przystojny i pochodził z dobrej rodziny, a Dorothy nie mogła uwierzyć, że zakochał się właśnie w niej, bo nie uważała się za osobę atrakcyjną. Niestety zaraz po ich ślubie Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, a Edwin pojechał na front. Kiedy wrócił, był wrakiem człowieka. Już wcześniej lubił alkohol, a frontowe przeżycia sprawiły, że sięgnął również po morfinę. Straumatyzowany i uzależniony, nigdy nie wrócił do formy. Tymczasem Dorothy była prawdziwą gwiazdą, kochał ją cały Nowy Jork. Mieli ze sobą coraz mniej wspólnego. W 1928 roku pisarka wystąpiła o rozwód. Parker zmarł pięć lat później.

“What fresh hell is that?”

Choć coraz bardziej popularna, Dorothy nie radziła sobie z rzeczywistością. Z trudem nawiązywała relacje z innymi, wiecznie schowana za maską sarkazmu i ironii. W dzieciństwie nauczyła się nie okazywać uczuć i całe życie płaciła za to wysoką cenę. Oto jeden z jej najbardziej przejmujących wierszy.

Interior

Her mind lives in a quiet room,
A narrow room, and tall,
With pretty lamps to quench the gloom
And mottoes on the wall.

There all the things are waxen neat
And set in decorous lines;
And there are posies, round and sweet,
And little, straightened vines.

Her mind lives tidily, apart
From cold and noise and pain,
And bolts the door against her heart,
Out wailing in the rain.

parker-dorothy-parker-misty-poodle-1953

Jak wielu ludzi, którzy zawodowo rozśmieszają innych, cierpiała na depresję. Leczyła ją alkoholem, który oczywiście tylko pogłębiał problem, zamiast go rozwiązywać. Była osobą pod każdym względem nietypową, co również nie ułatwiało jej życia. Kompletnie nie umiała prać ani gotować, zdarzało jej się jeść bekon na surowo, jeśli akurat nie miała nikogo do pomocy. Uwielbiała za to psy i zawsze miała ich co najmniej kilka, a czasem nawet kilkanaście. Była złośliwa dla innych, ale sobie również nie pobłażała. W jednym z wierszy, „Symptom Recital”, pisała o sobie tak:

(…) I’m disillusioned, empty-breasted.
For what I think, I’d be arrested.
I am not sick, I am not well.
My quondam dreams are shot to hell.
My soul is crushed, my spirit sore;
I do not like me any more. (…)

Po rozwodzie z pierwszym mężem Dorothy romansowała z różnymi mężczyznami. Jeden z tych romansów, z Charlesem MacArthurem, znanym uwodzicielem, zakończył się ciążą, którą Parker usunęła. Do problemów, które miała od zawsze, doszło jeszcze złamane serce i Dorothy po raz pierwszy targnęła się na swoje życie. Później próbowała się zabić jeszcze trzykrotnie, za każdym razem nieskutecznie.

“I’d rather have a bottle in front of me than a frontal lobotomy.”

W 1934 roku Dorothy wyszła za mąż po raz drugi, za jedenaście lat młodszego Alana Campbella, aktora i początkującego scenarzystę. Para wyprowadziła się do Hollywood, gdzie wspólnie napisali scenariusze do kilkunastu filmów. Jednak trudno ich małżeństwo nazwać szczęśliwym. Parker była już wtedy alkoholiczką. Campbell był biseksualny, a do tego miał poważny romans, kiedy w czasie drugiej wojny światowej przebywał w Europie. Po zakończeniu wojny rozwiedli się, tylko po to, żeby trzy lata później związać się ponownie. Byli małżeństwem do 1963 roku, kiedy Campbell popełnił samobójstwo, przedawkowując leki. Wkrótce potem Dorothy powiedziała w wywiadzie: „Gdybym miała odrobinę przyzwoitości, byłabym martwa. Wszyscy moi przyjaciele nie żyją.”

“That would be a good thing for them to cut on my tombstone: Wherever she went, including here, it was against her better judgment.”

Być może najciekawszym elementem biografii Parker jest fakt, że przez większość życia była zagorzałą aktywistką. W latach trzydziestych protestowała przeciwko uwięzieniu i skazaniu na śmierć Sacco i Vanzettiego, dwóch włoskich anarchistów. Później angażowała się w inne działania, była współzałożycielką Hollywoodzkiej Ligi Antynazistowskiej, działa w lewicowych organizacjach. Były to czasy McCarthy’ego i Parker znalazła się na czarnej liście. Musiała wyjechać z Hollywood. W ostatnich latach życia nie pracowała wiele, nie była w stanie z powodu nałogu. Piła tak dużo, że jedna z nowojorskich destylarni nazwała na jej cześć swój gin.

dorothy-parker-back

Zabawne, że akurat gin nazwano jej imieniem. Dorothy wolała whiskey. Również widoczny na etykiecie dwuwiersz nie jest jej autorstwa.

Utrzymywali ją przyjaciele. Zmarła cztery lata po swoim mężu, w 1967 roku, na zawał serca. Nawet po śmierci pozostała idealistką – cały swój majątek zapisała w testamencie Martinowi Lutherowi Kingowi.

„Excuse my dust.”

W to, co stało się z prochami Dorothy Parker, aż ciężko uwierzyć. Kiedyś zapytano ją o epitafium dla samej siebie. Odpowiedziała: „Excuse my dust” („Przepraszam za prochy”). Okazało się, że to słowa prorocze. W ostatnich latach życia Dorothy opiekowała się jej przyjaciółka Lillian Hellman, która liczyła na spadek (głównie chodziło o prawa do twórczości). Kiedy Lillian dowiedziała się, że nie ona jest adresatką ostatniej woli Parker, była tak wściekła, że nie przekazała domowi pogrzebowemu, co zrobić z prochami. Przeleżały więc one sześć lat na półce. Po tym czasie zostały przesłane adwokatowi Dorothy, który również nie wiedział, co z nimi zrobić, więc włożył je do szafki w swoim gabinecie, gdzie stały kolejne piętnaście lat.

newplaque

Źródło: DorothyParker.com, zdjęcie: Kathy Gadziala

Dopiero wtedy National Association for the Advancement of Colored People, które przejęło prawa do spadku po Martinie Kingu, upomniało się o prochy Parker. Zostały one pochowane w należącym do organizacji ogrodzie w 1988 roku, dwadzieścia jeden lat po śmierci poetki.

Polecam również:

Tekst jest częścią serii „Historia kobiet”. W poprzednim tekście pisałam o Zeldzie Fitzgerald.

Dick lit, czyli jak sprzedać książkę

Pamiętacie, jak Geena Davis powiedziała, że jeżeli filmowych bohaterek będzie przybywać w dotychczasowym tempie, osiągniemy równość za jakieś 700 lat? To dotyczy nie tylko filmu. Odnoszę wrażenie, że w kulturze permanentnie robimy krok do przodu, a potem dwa kroki w tył, przynajmniej w temacie równego traktowania płci. Ostatnio doskonałym przykładem tego zjawiska jest tak zwany chick noir. „Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins i „Zaginiona dziewczyna” (Gone Girl) Gillian Flynn to dwa wydawnicze hity, na tyle popularne, że doczekały się ekranizacji. Wyznaczają też one nowy trend w literaturze kryminalnej. Akcja powieści rozgrywa się w tak zwanych normalnych rodzinach, jej bohaterowie mieszkają na przedmieściach, pochodzą z klasy średniej. Wyróżnia je tematyka, osnuta najczęściej wokół dramatów rodzinnych, rozpadających się związków, toksycznych relacji. Zbrodniarz nie jest przypadkowy, nie ma seryjnych morderców, czyhających w krzakach za domem. Morderstwa popełniają główni bohaterowie. Charakterystycznym elementem jest też niewiarygodny narrator, którego relacji wydarzeń z różnych powodów nie możemy zaufać.

Emily-Blunt-Girl-on-the-Train

Emily Blunt gra zaniedbaną (!), grubą (!!) i brzydką (!!!) Rachel z „Dziewczyny z pociągu”. No, ale założyli jej rękawiczki bez palców, więc od razu sprawia wrażenie osoby patologicznej.

Brzmi ciekawie, prawda? No właśnie, a do tego książki owe są bardzo często pisane przez kobiety i kobiety są również głównymi bohaterkami. Wydawcy, oprócz posługiwania się neutralnym płciowo pojęciem „domestic thriller” („thriller domowy”), ukuli na ich określenie termin „chick noir”. Zapewne po to, żeby na skomplikowanym rynku wydawniczym wskazać drogę zbłąkanym kobietom, spragnionym dobrej literatury kryminalnej. Mogłyby bowiem nie zauważyć, że oto wreszcie powstało coś specjalnie dla nich, pomyśleć, że te kryminały czytują również mężczyźni, i w związku z tym nie dotknąć ich nawet długim kijem (jeszcze by się zaraziły jakąś chorobą weneryczną! lub genderem).

Nie chce mi się pisać o tym, że mężczyźni oczywiście również te książki czytują, nieświadomi być może, że oto dotknęli literatury stworzonej dla gąsek (jak stwierdziła pewna dziennikarka, słowa „chick” w odniesieniu do kobiet nie używa się od jakichś 60 lat). Gdyby było inaczej, seksistowskie ze swojej natury Hollywood z pewnością nie zabrałoby się za tworzenie ekranizacji, bo przecież wiadomo, że kobiety nie chodzą do kina, więc nie ma sensu robić dla nich filmów.

gone girl

Opatrzmy mroczny thriller etykietką ze słowem „kurczak” w nazwie, na pewno się lepiej sprzeda.

Ale chciałabym napisać o czymś innym. Mianowicie kobiety stanowią większość nie tylko wśród osób z wyższym wykształceniem. Stanowią również większość czytelników książek. Od lat. Wyniki te potwierdzają wszystkie badania. Kobiety kupują też więcej książek. I to nie tylko romansów. Wszystkich książek. W tym również kryminałów. A zatem, moi państwo, idiotyzmem jest tworzenie szufladki z napisem „chick lit”. To jakby tworzyć zabawki z etykietką „for children”, strzelanki z napisem „FPS for boys” albo samochody „dla ludzi”.

Wydawcy najwyraźniej nie znają własnego rynku. Kobiety już są zainteresowane, nie trzeba kierować do nich kampanii reklamowych. Rynek jest nasycony i ciężko pozyskać nowego czytelnika. Dlatego księgarze powinni raczej zastanowić się, jak sprawić, by po literaturę sięgnęło więcej mężczyzn. Myślę, że najlepszym pomysłem byłyby zmiany w obrębie marki. „Dramat”, „literatura obyczajowa” – to brzmi nudno. Żaden nowoczesny mężczyzna, który znalazł właśnie chwilę wolnego pomiędzy pracą, siłownią, a pomaganiem żonie w pracach domowych, i mógłby ją spędzić na obcowaniu z (pop)kulturą, nie będzie tego czytał. Taka nazwa po prostu go nie zachęci. Tu trzeba czegoś świeżego, odkrywczego, co przekona osobę płci męskiej, że oto właśnie trafiła na pozycję idealną dla siebie.

Aby pomóc zagubionym wydawcom, przygotowałam kilka propozycji przebrandowania istniejących dotychczas gatunków.

Dick lit – Lekka i przyjemna literatura z akcentami humorystycznymi, poświęcona typowo męskim problemom ze znalezieniem pracy, lojalnych kumpli i najbliższego browaru. Przykłady: Potop, Wielki Gatsby, Paragraf 22, Obsługiwałem angielskiego króla.

Cocketry – Rymowane historyjki z morałem, poruszające tematy, na których mężczyźni znają się najlepiej, czyli kwestie filozofii, miłości, honoru i przyzwoitości. Przykłady autorów: Adam Mickiewicz, Dante, Lord Byron.

Bratwurst book – Przewodnik po niezrozumiałym i obcym terenie, jakim dla mężczyzny jest kuchnia. Dzięki kilku kuchcikom, którzy jakimś cudem dokonali niemożliwego i są w stanie odróżnić szybkowar od szatkownicy, droga ta okazuje się łatwiejsza. Przykłady kuchcików: Jamie Oliver, Heston Blumenthal, Gordon Ramsay.

Science friction – To, co mężczyźni lubią najbardziej – dużo seksu… w kosmosie. Plus maszyny, roboty i śrubki! Przykłady: Nowy wspaniały świat, Solaris, Diuna.

Mantasy – Niektórzy mężczyźni też lubią książki o elfach i krasnoludach! Dlatego powstał gatunek mantasy. Jego głównym bohaterem jest przeważnie mężczyzna, z którym ponoć łatwiej się panom identyfikować. Ten gatunek tworzony jest też zazwyczaj przez męskich autorów, dzięki czemu bohaterowie są prawdopodobni charakterologicznie i emocjonalnie. Przykłady: Pieśni lodu i ognia, Eragon, Ziemiomorze (wprawdzie autorką jest kobieta, ale nie przesadzajmy, nie można mieć wszystkiego).

Bong adult – Budująca literatura dla dojrzewających chłopców, z której dowiedzą się, czym powinni się kierować w życiu i jakie stawiać przed sobą cele. Przykłady: Buszujący w zbożu, Gra Endera, Władca much.

Jak widzimy, te w ogóle nie stereotypizujące i nie degradujące nowe, chwytliwe i adekwatne do treści nazwy dla istniejących już gatunków literackich z pewnością pomogą w podniesieniu wyników sprzedaży.

Hania Humorek jest feministyczna

port-Hani

Chyba mam obsesję na punkcie literatury dziecięcej. Wnioskuję to z faktu, że myślałam dziś o Hani Humorek, stojąc pod prysznicem. Właśnie tam dopadło mnie olśnienie, że jest ona doskonałą feministyczną bohaterką.

Zanim napiszę, dlaczego, dwa słowa wyjaśnienia dla osób, których przestrzeń osobista wolna jest od dzieci i w związku z powyższym z Hanią się wcześniej nie spotkali. Otóż panna Humorek to siedmioletnia protagonistka serii książeczek dla dzieci autorstwa Megan McDonald. W oryginale nazywa się Judy Moody. Urodziła się w średniozamożnej rodzinie państwa Humorków, mieszka w stanie Wirginia. Ma młodszego brata Smrodka, kotkę Myszkę i kolekcję plastrów. Z pozoru jest, jak widać, zupełnie zwyczajna, skąd więc posądzenia o feminizm?

Już wyjaśniam. W punktach, żeby było czytelniej.

  1. Hania jest niegrzeczna. Pierwszy tom serii zaczyna się od wielce znaczącego zdania: „Hania Humorek miała humorek. I to wcale nie za dobry humorek. Humorek ze złą minką”. Hania ten zły humorek pokazuje. Warczy. Marudzi. Jęczy. Krzyczy. Nie ma zamiaru znosić losu ze stoickim spokojem ani tym bardziej pokorą. Bywa męcząca i upierdliwa. Niesprawiedliwa. Wredna. Mówi nieprawdę. Wyraża całą gamę negatywnych uczuć, które wszyscy mamy. Małe dziewczynki też.
  2. Hania jest fajna. To, że miewa zły humor, nie znaczy, że jest antybohaterką. Owszem, czasem się denerwuje, ale za chwilę śmieje. Wścieka się, a potem przeprasza. Jest smutna, ale daje się pocieszyć. A jednocześnie jest wygadana, zabawna, sprytna i ma ogromną wyobraźnię.
  3. Hania ma hobby. Kolekcjonuje różne rzeczy. Fascynują ją rośliny i dzikie zwierzęta, czyta książki detektywistyczne i uwielbia historię. Podsumowując ten i poprzednie punkty – Hania jest feministyczna, bo jest ludzka. To nie wydmuszka z kartonu, ale postać z krwi i kości. Hania, jak każde prawdziwe dziecko, miewa dni lepsze i gorsze. Czasem wstaje lewą nogą bez wyraźnego powodu. Czasem pokłóci się z przyjaciółmi o głupoty. Czasem wścieknie się na młodszego brata. Ale wciąż pozostaje sobą, fajną, samodzielną, myślącą dziewczynką.
  4. Hania nie jest anty-dziewczynką. Mam wrażenie, że autorom książek dla dzieci chcącym przedstawić alternatywną postać dziewczęcą zdarza się popadać ze skrajności w skrajność. Skoro bohaterka nie chodzi w różowych sukienkach, to na pewno uwielbia łazić po drzewach, pluje na jednorożce i w życiu nie miała na sobie nic z kokardkami. Wprawdzie Hania na rysunkach przedstawiana jest głównie w spodniach, a z treści dowiadujemy się, że okropnie nie lubi się czesać, ale nigdzie nie pada ani jedno słowo potępienia „dziewczęcego” stylu bycia ani pochwały „chłopięcego”.
  5. Już samo to wystarczyłoby, żeby polecać książki o Hani. Ale to jeszcze nie koniec. Jak wspomniałam, Hania interesuje się historią. Chce też zostać lekarką. Jej idolką jest Elizabeth Blackwell, pierwsza kobieta-lekarz. W kolejnej części serii Hania po wizycie w Waszyngtonie opowiada dzieciom z klasy o Sybil Ludington, bohaterce wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Maniakalnie czytuje książki o Nancy Drew. Pojawiają się też inne kobiece postacie. Takie „if you can see it, you can be it” w praktyce.

Niełatwo jest znaleźć książki dla dzieci, których bohaterkami są fajne dziewczynki. Podobnie jak w przypadku filmów, większość „uniwersalnych” książek ma za bohaterów chłopców. „Dziewczęce” najczęściej ociekają różem i lalkami Barbie. Ale Hania jest po prostu fajna. Dlatego opowieści o niej lubią nie tylko dziewczynki. Mój pięcioletni syn też.

PS. Audiobooki o Hani są fantastycznie czytane przez Julię Kamińską. Polecam.

Historia kobiet: Zelda Fitzgerald

Wymyśliłam jakiś czas temu, że napiszę tekst o ciekawych postaciach historycznych, które są kobietami. Miało ich być dziesięć. Jednak kiedy zaczęłam robić research do notki, okazało się, że ciekawych kobiecych postaci historycznych jest (oczywiście!) znacznie więcej niż dziesięć. Co więcej, wiele z nich jest na tyle interesujących, że zamknięcie ich historii w jednym paragrafie wydało mi się po prostu świństwem. Rusty Angel i Misiael namówili mnie (dobra, nie musieli mnie długo namawiać) na cykl notek. Nie wiem, jak to będzie z tym cyklem, biorąc pod uwagę moje zasoby czasowe ostatnio, ale spróbuję.

IMG_20160217_110649409

Bibliografia do wpisu 😉

Ursula K. Le Guin napisała fenomenalny esej pod tytułem Introducing myself (Przedstawiając siebie), w którym udowadnia, że w gruncie rzeczy jest mężczyzną. W dodatku nieudanym. W czasach jej młodości bowiem kobiety nie zostały jeszcze wynalezione. Fragmenty eseju pojawiły się na portalu BrainPickings, a ja chciałabym coś z niego zacytować:

I predate the invention of women by decades. Well, if you insist on pedantic accuracy, women have been invented several times in widely varying localities, but the inventors just didn’t know how to sell the product. Their distribution techniques were rudimentary and their market research was nil, and so of course the concept just didn’t get off the ground. Even with a genius behind it an invention has to find its market, and it seemed like for a long time the idea of women just didn’t make it to the bottom line. Models like the Austen and the Brontë were too complicated, and people just laughed at the Suffragette, and the Woolf was way too far ahead of its time.

[Wyprzedzam o dziesięciolecia wynalezienie kobiet. Cóż, jeśli chcecie być pedantycznie dokładni, kobiety wynaleziono kilkakrotnie w rozmaitych miejscach, ale ich odkrywcy po prostu nie wiedzieli, jak sprzedać swój produkt. Prezentowali szczątkowe techniki sprzedażowe i nie mieli żadnego rozeznania na rynku, więc oczywiście ta koncepcja po prostu się nie przebiła. Nawet jeśli za wynalazkiem stoi geniusz, trzeba znaleźć na niego zbyt, a wygląda na to, że przez długi czas idea kobiet nikogo wystarczająco nie obchodziła. Modele takie jak Austen czy Bronte okazały się zbyt skomplikowane, ludzie zwyczajnie wyśmiali sufrażystki, a Woolf znacznie wyprzedzała swoje czasy.] (luźne tłumaczenie moje)

Podobnie rzecz się miała z Zeldą Fitzgerald, która urodziła się jako Zelda Sayre w 1900 roku w Alabamie, w szanowanej, bogatej rodzinie (jej ojciec był sędzią Sądu Najwyższego Alabamy). Odkąd skończyła czternaście lat, w lokalnej społeczności stanowiła obiekt plotek. Piła, paliła i siała zgorszenie. Do jej wybryków należało m.in. rozmawianie z mężczyznami bez przyzwoitki, kąpanie się w obcisłym kostiumie kąpielowym w kolorze cielistym, żeby sprawiać wrażenie, że jest naga i tańczenie Charlestona.

Zelda_Fitzgerald_portrait

19-letnia Zelda.

Uchodziła za wielką piękność i mogła przebierać w kandydatach na męża. Fitzgeralda poznała w wieku 18 lat i szybko dostrzegła w nim szansę na wyrwanie się z dusznego jej zdaniem Południa. Jednak żeby za niego wyjść, musiała po pierwsze poczekać, aż jej wybranek zostanie zwolniony z wojska, po drugie, aż zacznie zarabiać sensowne pieniądze, a po trzecie – przełamać opór rodziców. W tym drugim i trzecim nieco pomógł fakt, że Fitzgeraldowi udało się wydać Po tej stronie raju, książkowy debiut, który rozszedł się jak świeże bułeczki. Rodzice Zeldy nie przyjechali jednak na ślub, który odbył się w Nowym Jorku.

Fitzgeraldowie szybko stali się znani, a kariera Scotta rozwijała się błyskawicznie. Jednocześnie od samego początku życie stanowiło dla Fitzgeralda największe źródło inspiracji. Oboje z Zeldą kochali szaleństwa, urządzali dzikie przyjęcia, a prasa rozpisywała się o ich ekscesach. Gdyby w tamtych czasach istniał Pudelek, Scott z pewnością zadbałby, żeby informacje na ich temat regularnie się tam pojawiały. Z premedytacją prowokował i wywoływał skandale. Jego słynne zdanie „ożeniłem się z bohaterką moich opowiadań” było jak moneta o dwóch stronach. Owszem, Scott opisywał Zeldę, ale jednocześnie Zelda wcielała się w bohaterki jego historii, żeby podtrzymywać zainteresowanie pracą męża.

Fitzgerald wypromował w swoich opowiadaniach Zeldę na jedną z pierwszych amerykańskich „flapperek” (polskie tłumaczenia posługują się terminem „chłopczyca” lub „podlotek” – żadne nie jest do końca trafne). Flapperki żyły odważnie, wręcz niebezpiecznie. Buntowały się przeciwko potulności poprzedniego pokolenia kobiet. Jeździły samochodami (w tamtych czasach nie do końca godny zaufania środek transportu), słuchały jazzu, paliły i otwarcie piły alkohol, mimo że w Stanach w 1919 roku wprowadzono prohibicję. Włosy strzygły krótko, nosiły sukienki nad kolano, o „męskim” kroju. Miały też znacznie mniej konserwatywny stosunek do seksu niż ich starsze koleżanki, lubiły flirtować , a wiele z nich romansowało z innymi kobietami, choć Zelda do nich nie należała. Mimo że zamężna, cieszyła się powodzeniem wśród mężczyzn. Scottowi to odpowiadało. Był dumny, że ma żonę, która stanowi obiekt pożądania innych. W końcu to on zdobył ją na własność, a przynajmniej tak to widział. Zelda faktycznie wierzyła, że kobiety nie muszą być tylko córkami i żonami. Wkrótce to przekonanie zaczęło prowadzić do konfliktów.

Finansowa i towarzyska sielanka pary trwała stosunkowo krótko. W 1921 roku Zelda urodziła córkę, Frances „Scottie” Fitzgerald. Rodzice kochali dziewczynkę, ale rzadko mieli dla niej czas, najczęściej zajmowała się nią niania. W późniejszych latach Zelda często wyładowywała na dziewczynce złość i strach, które towarzyszyły jej po załamaniu nerwowym. Kiedy zachorowała i większość czasu zaczęła spędzać w szpitalach psychiatrycznych, a Scott przebywał w Hollywood, Scottie zamieszkała z Oberami – agentem literackim Fitza i jego żoną. Dorosła Scottie często wymieniała z matką listy. Spotykały się, ale nigdy nie były sobie bardzo bliskie.

zelda fur

Zelda w futrze za 700 dolarów, na które Scott musiał się zapożyczyć u wydawcy.

Wracając do lat dwudziestych – rozrzutny styl życia sprawił, że wydawali więcej pieniędzy, niż Scott był w stanie zarobić. Groziło im popadnięcie w długi. Wtedy podjęli decyzję o wyjeździe do Europy, gdzie życie było tańsze, a alkohol powszechnie dostępny. Przez kolejne osiem lat mieszkali na zmianę w Paryżu, na południu Francji i w Stanach. Wciąż zupełnie nie liczyli się z pieniędzmi, wynajmowali ogromny dom z widokiem na morze, ciągle urządzali przyjęcia. Scott pisał opowiadanie za opowiadaniem, żeby starczyło na rachunki. Coraz częściej się kłócili. Fitzgerald pił, a Zelda, znudzona i samotna, wpadała w stany depresyjne. W 1925 roku (Scott pracował wtedy nad Wielkim Gatsbym) zauroczyła się pewnym francuskim pilotem i poprosiła o rozwód. W odpowiedzi Fitzgerald zamknął ją na miesiąc w domu. Mniej więcej wtedy po raz pierwszy próbowała popełnić samobójstwo, przedawkowując proszki nasenne. Przyczyną ciągłych awantur była także przyjaźń Scotta z Ernestem Hemingwayem, którego Zelda nie znosiła.

Małżonkowie spierali się też nieustannie o ambicje zawodowe Zeldy. Scott wprawdzie uważał, że kobieta powinna być w stanie na siebie zarobić, ale jednocześnie za każdym razem, kiedy jego żona próbowała udowodnić swoją wartość w jakiejś dziedzinie, wyśmiewał ją. Zelda niemal od zawsze malowała i pisała. Pierwsze opowiadania tworzyła jeszcze przed poznaniem Fitzgeralda. W ciągu dziesięciu lat, spędzonych na podróżach między Francją a Stanami, również pisała, a co więcej, publikowała. Jej artykuły i opowiadania podpisywano najczęściej nazwiskiem jej i Scotta lub samego Scotta. Mając 27 lat, postanowiła zostać tancerką baletową. Przez dwa lata ćwiczyła wytrwale, wręcz obsesyjnie, po kilka godzin dziennie. Wpadła w anoreksję. W wieku 29 lat, wyczerpana stresem i przemęczona, właśnie kiedy zaproponowano jej pracę w zawodzie, przeżyła pierwsze poważne załamanie nerwowe. Zdiagnozowano u niej schizofrenię i przez resztę życia regularnie była pacjentką w ośrodkach psychiatrycznych.

zelda

Zelda w stroju baletowym.

W tym samym roku zaczął się wielki kryzys. Kolejne dziesięć lat Zelda i Fitzgerald spędzili w zasadzie osobno. Scott wciąż pisał opowiadania i scenariusze, żeby zarobić na leczenie żony. Początkowo miał nadzieję, że ona wyzdrowieje. Zorganizował wystawę jej obrazów w Nowym Jorku. Jednak jej stan się nie poprawiał. Coraz trudniej było im się dogadać. Pod koniec dekady pozostawali małżeństwem tylko na papierze. Popularność Scotta w tamtym czasie znacznie spadła (żeby nie powiedzieć, że popadł w zapomnienie), a on sam bardzo dużo pił. Związał się z Sheilą Graham, hollywoodzką dziennikarką. Ostatni raz z żoną widział się w 1939 roku, kilka miesięcy przed śmiercią. Zmarł na zawał serca w 1940 roku. Zelda przeżyła go o osiem lat. W przerwach między pobytami w lecznicach mieszkała z matką w Alabamie. Zginęła w 1948 roku w pożarze szpitala psychiatrycznego.

Do historii Zelda przeszła jako „muza” Fitzgeralda, inspiracja dla opisywanych przez niego południowych piękności i szalonych flapperek. Jednak prawda była bardziej skomplikowana. Zelda rzeczywiście była nieustannym źródłem inspiracji dla Fitzgeralda i właściwe wszystkie jego książki są o niej. Ale Scott żywił też przekonanie, że życie Zeldy stanowi jego własność, którą może dowolnie wykorzystywać do swoich celów artystycznych. To oznaczało, że garściami czerpał z jej twórczości. Nie tylko nagminnie spisywał słowa żony, żeby później użyć ich w dialogach, ale również kopiował fragmenty jej listów i pamiętników (wiele listów Nicole z Czuła jest noc to żywcem przepisane listy Zeldy).

To, w jak wielkim stopniu uzależniony był od „inspiracji” swoją żoną, najlepiej widać na przykładzie Zarezerwuj mi walca (ang. Save me the Waltz). Zelda napisała tę powieść w błyskawicznym tempie podczas jednego z pobytów w szpitalu. Lekarze pozwolili jej wysłać manuskrypt do wydawcy Scotta. Kiedy mąż o wszystkim się dowiedział, wpadł w szał. W listach do lekarza Zeldy, Jonothana Slocuma, w ten sposób wypowiedział się o jej talencie:

„She can write in the sense that all non-professionals who have a gift for words, can write. Somebody once said that every intelligent American thought that they could always sell a plot of land, make a good speech and write a play. Her equipment is better than that but it does boil down to the slang phrase she can’t take it. She can’t stand criticism; she hasn’t the patience to revise; (…) She writes a brilliant letter and has made marked successes in short character studies and has an extraordinary talent for metaphor and simile. Along that line, with the realism of having to write her stuff to sell she could be, say, a regular contributor to the New Yorker and such magazines as publish short pieces.” Cytat za: How crazy was Zelda? The New York Times

[Potrafi pisać w tym znaczeniu, w jakim potrafią pisać wszyscy amatorzy, którzy mają smykałkę do języka. Ktoś kiedyś powiedział, że każdy inteligentny Amerykanin sądzi, że potrafiłby sprzedać ziemię, wygłosić dobrą przemowę i napisać sztukę. Ona pisze lepiej, ale mimo wszystko nie dałaby rady. Nie potrafi znieść krytyki. Nie ma cierpliwości, żeby wprowadzać poprawki. Pisze genialne listy i z powodzeniem tworzyła krótkie studium postaci, ma też nadzwyczajny talent do metafor i porównań. Biorąc to pod uwagę, gdyby pisała za pieniądze, mogłaby być, powiedzmy, regularnym współpracownikiem w New Yorkerze albo podobnym magazynie i publikować krótkie teksty.] (luźne tłumaczenie moje)

Zelda opisała w książce ich wspólne życie. Jednak Scott uważał, że ma monopol na pisanie o ich małżeństwie. Nazwał żonę „nędzną pisarką” i „plagiatorką”. Kazał wprowadzić do powieści poprawki, usunąć fragmenty o swoim alkoholizmie i wszystko, co sam zamierzał opisać w Czuła jest noc. Czerpał przy tym garściami z życiorysu Zeldy. Nie przejmował się tym, że jego żona i Nicole są niemal identyczne i że Zelda mogła czuć się wykorzystana, tym bardziej, że temat choroby psychicznej był bardzo drażliwy. Interesowało go tylko to, że ma o czym pisać. Gdy Zelda zachorowała, kilkakrotnie prosiła męża o rozwód. Nie wyraził na to zgody. Była mu potrzebna – jako źródło inspiracji i usprawiedliwienie dla spadającej popularności oraz choroby alkoholowej.

save me the waltz

Okładka jedynej wydanej powieści Zeldy.

Oczywiście nie tylko Scott był odpowiedzialny za to, że Zelda nigdy nie została pisarką. Kolejnym problemem była jej choroba psychiczna. „Schizofrenia”, którą u niej zdiagnozowano, to określenie, które stosowano w tamtym okresie w przypadku wielu zaburzeń psychicznych, zwłaszcza u kobiet. Żona pisarza prawdopodobnie chorowała na chorobę dwubiegunową. Wskazują na to chociażby przeplatające się okresy depresji i manii (m.in. baletowej). Tak czy inaczej, Zelda nie była w stanie normalnie funkcjonować. Cierpiała na egzemę na tle nerwowym, która nasilała się w obecności Scotta. Wymagała nieustannej opieki, nawet kiedy nie przebywała w szpitalu. Zamykała się w pokoju na kilka lub kilkanaście godzin i nie chciała nikogo widzieć. Myliła dni i godziny. Miała zmienne nastroje i zwidy. Co ciekawe, w ostatnich latach życia wpadła również w manię religijną. Jej nieukończona powieść Wszystko, co cesarskie dotykała właśnie tej tematyki.

Nawet w tamtych czasach lekarze rozumieli, że szaleństwo Zeldy po części spowodowane jest faktem, że próbuje ona rywalizować ze Scottem pod względem artystycznym i nie może pracować tak, jak by chciała. Jednak w ramach leczenia próbowali „naprostować” Zeldę, żeby zechciała zająć się domem. To było dla niej nie do przyjęcia.

Kiedy czyta się o życiu Zeldy i Scotta, z dzisiejszej perspektywy uderzają dwie rzeczy. Po pierwsze, że kiedy się pobrali, byli bardzo młodzi. Zelda urodziła córkę w wieku 21 lat, gdy miała 25, po raz pierwszy próbowała popełnić samobójstwo, a jej „normalne” życie skończyło się przed 30-tymi urodzinami. Trzydziestoletni Fitzgeraldowie byli ludźmi z bagażem trudnych doświadczeń, którzy najlepsze czasy mieli już za sobą. Ich wielki romans chylił się ku końcowi, chociaż zanim umarł, minęło jeszcze wiele lat. Druga rzecz to fakt, że przez dekadę właściwie nieustannie imprezowali. Przyjęcia, na które chodzili, wydawane przez nich samych albo ich przyjaciół w Nowym Jorku i Paryżu, ciągnęły się nieraz całymi dniami. Uczestnicy wracali do domu, żeby przespać się kilka godzin, po czym kontynuowali zabawę. Czasami nie było nawet do końca wiadomo, kto wydał konkretne przyjęcie, tak płynnie przechodziły one jedne w drugie. Biografie Zeldy pełne są opisów ich wybryków – nocnych kąpieli w fontannach, śpiewów, tańców do białego rana i bilecików z przeprosinami za niewłaściwe zachowanie, które wysyłali przyjaciołom. Nie dziwi ani alkoholizm Scotta, ani zmęczenie Zeldy. Chciałoby się powiedzieć, „to się musiało tak skończyć”, choć przecież to nieprawda.

Zelda była postacią barwną i ciekawą, fascynującą nie tylko dla Scotta. Przyjaciele Fitzgeraldów twierdzili, że chociaż Fitz spędził całe życie, pisząc o swojej żonie, tak naprawdę nigdy jej do końca nie zrozumiał. Potwierdzać to może cytat z jego powieści Czuła jest noc, dotyczący między innymi Nicole, czyli Zeldy.

Rys wspólny tych kobiet, różniący je od tylu Amerykanek, polegał na tym, że funkcjonowały szczęśliwie w świecie mężczyzn; zachowywały swą indywidualność przez mężczyzn, nie zaś wbrew nim. Mogły zostać – każda – czy to dobrą kurtyzaną czy dobrą żoną nie na skutek przypadku, jakim jest urodzenie, lecz na skutek przypadku niezrównanie ważniejszego: natrafienia na właściwego mężczyznę lub nie.

Czuła jest noc, Poznań 2012, tłumaczenie Wojsław Brydak

Scott uważał, że Zelda istnieje przede wszystkim w odniesieniu do niego. Ale nie miał racji. Zelda była kimś znacznie więcej – osobą z krwi i kości, szaloną, nieprzewidywalną i tajemniczą. Teraz, kiedy kobiety wreszcie wynaleziono, możemy odkryć ją na nowo.

Kobiety i fizyka, czyli „Katastrofa nadfioletu” Haliny Snopkiewicz

Pisałam już kilka razy o blogu Nie tylko Musierowicz. Wpisy pojawiają się na nim stosunkowo rzadko, ale warto polubić stronę autorki na Facebooku. Często trafiają na nią fragmenty PRL-owskich powieści dla młodzieży, tyleż cudownych, co zaskakujących. Autorka kilkakrotnie cytowała Halinę Snopkiewicz, co sprawiło, że wygrzebałam z czeluści regału zapomniany egzemplarz Katastrofy nadfioletu, żeby przeczytać tę książkę ponownie.

katastrofa nadfioletu

Ostatnie, koszmarne wydanie książki w jakiejś serii młodzieżowej, z 1994 roku.

Halina Snopkiewicz wpadła, jak się zdaje nie całkiem słusznie, do szufladki „pisarka młodzieżowa”. Jej pierwsze powieści rzeczywiście można nazwać młodzieżowymi. Jednak w Katastrofie nadfioletu takich wątków jest jak na lekarstwo. Przygotowując ten wpis, trafiłam na recenzję książki Drzwi do lasu na Kurzojadach, z której również wynika, że książka skierowana jest raczej do starszego czytelnika. Może więc było tak, że Snopkiewicz wolałaby pisać dla dorosłych, ale „kobieca” (w znaczeniu – traktująca o życiu kobiet) proza nie cieszyła się szczególnym poważaniem, dlatego mogła publikować albo jako „pisarka młodzieżowa” albo wcale?

W ogóle wydaje mi się ciekawe, jak wiele kobiet publikowało powieści „młodzieżowe” w PRL-u. Pamiętamy Musierowicz, Snopkiewicz czy Siesicką, ale wiele autorek zupełnie wyszło z mody, a ich książki kurzą się gdzieś na półkach bibliotecznych. Poza tym nasze wspomnienia dotyczące tych książek, czytanych głównie w nastoletnim wieku, to przede wszystkim romanse. Tymczasem u Siesickiej w Wielkim Jarmarku (zbiór opowiadań) tego romansu jest w gruncie rzeczy jak na lekarstwo. Są za to kwestie moralności, awansu klasowego, społecznikostwa, odpowiedzialności za drugiego człowieka i wiele innych. Być może po prostu dzisiaj kojarzymy „powieść młodzieżową” z literaturą lekką, czasem wręcz głębszą myślą nieskalaną, a wtedy poruszała ona znacznie poważniejsze tematy (i pisana była dla innego czytelnika). Ale mogło być też tak, że kobiety pisały te zwyczajne, obyczajowe książki, które drobiazgowo dokumentowały przemiany obyczajowe i stawały się portretem pewnego pokolenia, po czym zmuszone były nazwać je „powieścią młodzieżową”, bo inaczej nikt się nimi nie interesował. To tylko takie moje przypuszczenie, za mało wiem, żeby móc coś stwierdzić z przekonaniem.

Wracając w każdym razie do Katastrofy Nadfioletu, z pewnością nie jest to książka młodzieżowa. Jej bohaterki zbliżają się do czterdziestki, a głównym tematem powieści jest tajemnicze samobójstwo jednej z nich i depresja drugiej. A może kryzys wieku średniego. Trudno powiedzieć. W każdym razie Snopkiewicz napisała tę książkę, mając lat czterdzieści i to jest książka dla dojrzałych kobiet, nie dla podlotków. Bo który nastolatek w pełni pojmie znaczenie takich słów, wypowiadanych przez szukającą sensu w życiu narratorkę:

„Ale monolit zdarza się tylko raz, istnieje raz w życiu jedyny, w dzieciństwie i wtedy też się rozpada, rozpada – na zawsze, pęka, roztrzaskuje się na kawałki, których ilości nie zliczysz, bo jest ich tyle, co gwiazd, i światu, który był monolitem, czymś całym, zamkniętym, już nigdy nie przeciwstawisz niczego poza tym, co masz w sobie.”

W książce niewiele się dzieje. Wydarzenia obserwujemy przede wszystkim z perspektywy Urszuli, nękanej egzystencjalnym kryzysem. Mamy również wgląd w listy samobójczyni Zośki. Te właśnie listy i coś w rodzaju śledztwa prowadzonego przez narratorkę dadzą nam, przynajmniej częściowo, odpowiedź na pytanie, dlaczego Zośka się zabiła. Miały na to wpływ wydarzenia sprzed prawie dwudziestu lat, z czasów, kiedy Zośka i Urszula studiowały wraz trzema innymi koleżankami, Klaudią, Pauliną i Teresą. Nie bez znaczenia jest tu również postać Piotra, który je wszystkie uwodził.

Katastrofa nadfioletu to przede wszystkim książka o kobiecości i jej różnych obliczach. Każda z bohaterek ma inną osobowość, inne pragnienia. Klaudia to romantyczna trzpiotka, Urszula jest bezduszna, Teresa to intelektualistka, ale i alkoholiczka. Paulina jako jedyna zakłada rodzinę, matkuje pozostałym dziewczynom. I jest też Zośka, rozerotyzowana, przekonana o własnym uroku Zośka, uwodzicielka i manipulantka. Niezwykle ciekawym zabiegiem jest napisanie powieści z perspektywy osoby niejako upośledzonej emocjonalnie. Mamy przez to wrażenie, że patrzymy na stosunki międzyludzkie jak na preparaty w wielkim laboratorium. To też książka o oczekiwaniach społecznych wobec kobiet i o ich oczekiwaniach wobec samych siebie. Fantastyczny jest fragment, w którym autorka opisuje jedną z bohaterek, starającą się za wszelką cenę nie dać przeminąć urodzie. Snopkiewicz pisze tak:

„(…)godzinami leżała w zaciemnonim pokoju, obłożona surową cielęciną, z której, przysięgam, potem smażyła sznycle na obiad (…) o cerę umiała dbać, to prawda, ale w narzutę na tapczanie wsiąkały strużki cielęcego osocza i jej pokój, nigdy nie dowietrzony, miał w sobie zapach rzeźni, perfumeryjnego sklepu, amerykańskiego tytoniu, serwetki, którą naklepywała podbródek, a pod tapczanem poniewierały się kłęby gazy z zaschniętym na niej sokiem marchwiowym, który twarz Ireny miał przyciemnić, i gaza przesycona ogórkowym sokiem, który twarz Ireny miał wybielić, płatki owsiane z orzechami, które żuła na czczo, wyłaziły z każdego kąta i z każdej popielniczki i choćby sprzątaczka i Piotr zdechli na posterunku zamiatania, to na ten pokój nic nie dało się poradzić, bo już w talerzyku stało nowe żółtko, białko, starte surowe kartofle, którymi sobie okładała powieki, miód rozciapany pół na pół z oliwą, rozgniecione truskawki, poziomki, walały się cążki do paznokci, lakiery i wszystkie możliwe spray’e, biustonosze czarne zwisały z krzeseł jak nietoperze, fermentowały w spodku drożdże, jełczały Yardley’e i Elizabeth Arden w pół odkręconych słoikach, z szafy buchały kiecki jak na wyprzedaży w chińskiej dzielnicy, a na tapczanie, zawsze czymś obłożone, a to lodem, a to mięsem, a to ręcznikiem z ukropem, a to woreczkami z otrębianą mazią leżało kolumnowe ciało Ireny, które w ten sposób prowadziło biologiczną walkę o młodość (…)”

W czasach Snopkiewicz nie było kremów przeciwzmarszczowych, pilingów i kremów na celulitis, więc naturą walczyło się z naturą, ale czyż ten opis nie stanowi kwintesencji tego, co czytamy w magazynach kobiecych? Toż właśnie powinnyśmy nieustannie się nacierać, żuć, okładać się i leżeć w zaciemnionych pokojach jako pozbawione osobowości ciała, pochłonięte jedynie żmudnymi i skazanymi na niepowodzenie próbami zachowania urody.

Pojawia się też temat feminizmu (który jest bez sensu, bo kobieta zawsze potrzebuje miłości, ciekawe jest to stwierdzenie w kontekście całej książki, bardzo feministycznej w takim znaczeniu, jak dziś to rozumiemy), a także macierzyństwa. Tutaj najlepiej widać przemiany obyczajowe, które się w naszym społeczeństwie dokonały przez ostatnie czterdzieści lat. Z pięciu bohaterek tylko jedna decyduje się na dzieci. Reszta dzieci mieć nie chce i nie ma, i w całej książce nie pada nawet jedno słowo potępienia wobec nich czy sugestii, że nie są z tego powodu w pełni kobiece. Wszystkie sypiają, z kim chcą, są pod tym względem paniami swojego losu. Urszula bierze sobie męża, żeby się przekonać, jak to jest być żoną, po czym bez mrugnięcia okiem wyrzuca go z mieszkania, kiedy dochodzi do wniosku, że ten stan jej nie odpowiada. Zośka sypia z tabunami mężczyzn i narratorka w pewnym momencie pisze, że nie przyszłoby jej do głowy krytykować przyjaciółki czy nazywać ją puszczalską. Aborcję potępia Piotr, ale nie z tych powodów, które wydawałyby nam się oczywiste. Ciekawe, jak bardzo cofnęliśmy w tych kwestiach od lat 70-tych.

Jest w Katastrofie nadfioletu jeszcze wiele innych wątków, mniej lub bardziej ciekawych. Nie nazwałabym tej powieści wybitną, momentami jest przegadana, strumienie świadomości z listów Zośki po prostu męczą. Z kolei w innych chwilach miałam wrażenie, że czytam rzecz genialną, jest trafna i dosadna, wpada się w tę cienką książeczkę jak w bagno i potem trudno się z niej wydobyć.

Myślę, że to nie koniec mojej przygody z książkami Haliny Snopkiewicz. Mam przeczucie, że to może być pisarka, którą dobrze byłoby wyciągnąć z lamusa.

PS. Przy okazji zajrzałam ponownie na listę książek polskich pisarek, które warto znać. Wciąż bardzo dużo do nadrobienia.

Krótka notka o Mulan

Kiedy w 1998 roku Mulan pojawiła się w kinach, byłam w wieku pomiędzy „wyrosłam już z bajek” a „ponownie dorosłam do bajek”. Widziałam ten film tylko raz czy dwa w towarzystwie młodszego brata i nie zrobił na mnie większego wrażenia. Dopiero niedawno obejrzałam go ponownie. Oczywiście spłakałam się jak norka (powiedzcie, że nie tylko ja płaczę na filmach dla dzieci, a zwłaszcza na „Jak wytresować smoka”, prawda, że nie jestem jedyna?), ale kiedy się skończył, pomyślałam: „Jaki to świetny, feministyczny film z super żeńską bohaterką! Dlaczego nikt mi nie powiedział, że Mulan jest ekstra?”.

Disney_ships_-_Mulan_and_Shang

Natychmiast weszłam w gugle, żeby poszukać, co inni mają do powiedzenia na temat tej produkcji. I się dowiedziałam. Że Mulan wcale nie jest feministyczna. Jest antyfeministyczna. I w ogóle. Zły, niedobry film.

Bo Mulan musi się przebrać w męskie przebranie, żeby coś osiągnąć (hellou, ale uznanie całego kraju zdobywa jako kobieta?).

Bo żołnierze śpiewają, że dziewczyna, dla której chcą walczyć, nie musi być mądra (hellou, to banda głupków, którym Mulan pokazuje, że dziewczyna nie tylko może być mądra, ale w dodatku mądrzejsza od nich?).

Bo Mulan wraca do domu, zamiast przyjąć rolę doradcy cesarza (hellou, zostawiła w domu ciężko chorego ojca?).

tumblr_mu2nuq4N8i1sobyjzo1_500

Przepraszam! A to, że Mulan ratuje CAŁE CHOLERNE CHINY przed bandą Hunów to nic? To, że jest najlepszym żołnierzem ze wszystkich? Że zamiast zostać uratowana jak wszystkie księżniczki, wyciąga z lawiny swojego przyszłego męża?

I w dodatku chińscy żołnierze pokonują Hunów, wymalowani jak laleczki i w kieckach!

tumblr_me2ybtu8a41rb8ly8o1_500

Pojawiają się jeszcze inne zarzuty, na przykład, że Mulan przy okazji ratowania świata zdobywa faceta. Tak jakby męscy bohaterowie nie zdobywali na końcu filmu wymarzonej dziewczyny. No nigdy nie zdobywają.

Oczywiście, nie jest to film wolny od fabularnych klisz (w rodzaju tego powrotu do domu, szlachetny wojownik zawsze musi wrócić, nigdy nie zostaje doradcą cesarza, woli hodować swoje kury) czy nieścisłości historycznych i faktograficznych. Ale to nie znaczy, że nie jest feministyczny. Ma główną bohaterkę, która jest tak dzielna i waleczna, że już bardziej nie można, a przy tym oglądamy jej przemianę, widzimy, że nie pasuje do (szowinistycznego, ależ tak!) społeczeństwa, ale zmusza je, by uznało jej inność. Jak dla mnie to jest po prostu świetny przykład feministycznego przesłania.

tumblr_ma5z7ocpru1qm6oc3o1_500

I widzicie, pomyślałam sobie, nie po raz pierwszy zresztą, że znów rzucamy się sobie do gardeł (feministyczne! nie feministyczne! nie dość feministyczne!), zamiast się cieszyć, że mamy taką fajną, choć nieidealną bohaterkę, w fajnym, choć nieidealnym filmie. Sama to robię. Sama próbuję się dopatrzeć szowinizmu w filmach z żeńskimi bohaterkami. Sama nieustająco „testuję” produkty popkultury pod kątem tego, czy są wystarczająco feministyczne. I sama się za to czasem ganię, bo mam świadomość, że „przyczepiłam się” niepotrzebnie.

Właściwie już kiedyś o tym pisałam, ale napiszę jeszcze raz, bo wydaje mi się, że to ważne – nie każdy film musi być idealnie feministyczny. A nawet więcej – żaden nie będzie idealnie feministyczny. Tak jak feminizm od dawna nie jest monolitem (czy kiedykolwiek nim był?), tak nasze postrzeganie kultury też zawsze będzie przefiltrowane przez nasze doświadczenia, preferencje, wrażliwość. Dlatego stworzenie filmu, książki czy serialu idealnie feministycznego jest niemożliwe. Zawsze będzie się do czego przyczepić. Bo jedna bohaterka nie może być wzorem dla nas wszystkich.

Musi ich być więcej, coraz więcej, żebyśmy wreszcie przestały się zastanawiać nad tym, czy dany film jest feministyczny czy nie. Kobiety to tylko ludzie. Jedne są ładne, inne brzydkie, jedne zabawne, inne drętwe, jedne odważne, inne tchórzliwe. Ale każda z nich jest wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju i zasługuje na to, żeby kogoś podobnego do siebie zobaczyć na ekranie. Nie chcemy oglądać w kółko trzech typów dziewczyn (romantycznej i wiotkiej bladolicej dziewoi, twardej wojowniczki, statecznej matrony). Chcemy różnorodności i to jest w porządku.

Rusty pisała przed chwilą o „zasadzie Shannon” – że jeśli mamy wystarczającą reprezentację kobiet w filmie, to część z nich może być idiotkami. Możemy części nie lubić. Mogą nam działać na nerwy. Możemy się za nie wstydzić.

Ważne, żebyśmy miały z czego wybierać.