Starego Filmu czar

Mam na przysłowiowym strychu pokaźną kolekcję starych numerów magazynu Film. Zbierałam je mniej lub bardziej systematycznie od 1994 roku (tak, jestem już naprawdę stara). Ostatnio przy okazji przeprowadzki musiałam je trochę odkurzyć i wpadłam na pomysł napisania notki na blogu. Miała to być radosna notka, pełna przyjemnych wspominanek, ale im bardziej przeglądałam te numery, tym smutniej mi się robiło. Film jest bowiem doskonałym przykładem tego, jak bardzo internet zabił prasę i jak bardzo prasa się zmieniła przez ostatnie dwadzieścia lat.

Okładka pierwszego zachowanego przeze mnie numeru, nieco nadgryziona zębem czasu. Cena jeszcze sprzed denominacji. (Wszystkie zdjęcia powiększają się po kliknięciu.)

Pierwsze, co się rzuca w oczy, to że niegdyś tę gazetę przede wszystkim się czytało.  Tak zwane „blachy tekstu”, które dzisiaj uchodzą wyłącznie tygodnikom opinii, a i im coraz rzadziej, były właściwie na każdej stronie. Żadnych ramek, kółeczek, przetykania tekstu reklamami, zdjęciami czy innymi pierdółkami. Solidne, kilkustronicowe artykuły miały szanse wyczerpać temat, a nie tylko liznąć po powierzchni opisywane zjawisko. Recenzje nawet głupich i słabych filmów zajmowały całe strony i, co ciekawe, często były podpisywane tylko inicjałami recenzenta. W dzisiejszych czasach cenimy opinie „ekspertów” i każdy musi być znany z imienia i nazwiska. Tak wyglądał magazyn jeszcze w 1999 roku. Niedługo potem zmieniono format na większy, w środku zaroiło się od zdjęć. Zmienił się też sposób łamania artykułów – pojawiły się rzeczone ramki, tabelki, zabawne wstawki. Im dalej w las, tym mniej tekstu, a coraz więcej reklam (w tym dziś już niespotykanych reklam papierosów).

Absolutnie wzruszająca poczta. Dziś nawet mnie rzeczywistość, w której nie można zamówić z amazona dowolnego brytyjskiego serialu i trzeba przegrywać od obcych osób soundtrack z ulubionego filmu wydaje się absurdalna, chociaż przecież przeżyłam w niej większość swojego życia.

Jednym słowem Film, jak wiele innych magazynów, musiał ulec presji wyników sprzedaży. Dotychczasowa grupa czytelników była zbyt mała lub rosła zbyt wolno, a wydawca liczył na duże zyski. Nie pracowałam nigdy w Filmie, więc nie wiem, jak dokładnie wyglądały te wyniki, ale przypuszczam, że nie były złe. Były tylko niewystarczająco dobre. Postanowiono więc pozyskać nowych czytelników. Wtedy też mniej więcej zaczęła się „era Prokopa”, który został redaktorem naczelnym chyba tylko dlatego, żeby z poszukującym nowej  tożsamości magazynem kojarzyło się jakieś nazwisko. Mniej więcej w tym okresie zresztą przestałam kupować Film regularnie. Stał się, jak na moje potrzeby, zbyt miałki. Z braku laku przerzuciłam się na Kino, ale ono z kolei grzeszyło zbyt poważnym podejściem do tematu. Ja i wielu innych czytelników zostaliśmy na lodzie – zabrakło dla nas niezbyt poważnego magazynu okołofilmowego.

Film na etapie poszukiwania nowej tożsamości. Za tak złożony tekst i podobnie wyszparowane zdjęcie dzisiaj chyba poleciałyby głowy. Ten tekst nie jest ani ładny, ani specjalnie ciekawy. Trudno też powiedzieć, żeby wyczerpywał temat.

Na szczęście był to rok 2004 i internet działał już prężnie. Oferował możliwości, których wcześniej nie można było sobie nawet wyobrazić. Dostęp do filmów, seriali, magazynów, ludzi stał się niemalże nieograniczony. Po co miałam kupować nudny Film, kierowany coraz wyraźniej do średnio rozgarniętych nastolatków, skoro newsy i recenzje mogłam przeczytać sobie na Stopklatka.pl?  Nie pamiętam już, w którym momencie odkryłam istnienie IMBD, ale od tamtej chwili Film po prostu przestał dla mnie istnieć. Bo co mógł mi zaoferować? Plotki sprzed miesiąca? Recenzje filmów, które widziałam przed polską premierą? Zapowiedzi, które już od dawna znałam?

Kiedyś będziemy musieli wytłumaczyć swoim dzieciom, co to były kasety VHS. Takiego tempa rozwoju technologii chyba nikt się nie spodziewał.

Czy to znaczy, że dzisiaj istnienie magazynów typu Film nie ma sensu? Nie. To znaczy, że Film wciąż jeszcze nie odnalazł swojego miejsca w nowym rynku czasopism (i być może nigdy go nie odnajdzie, przynajmniej pod tym tytułem). Właściwie wszystkie czasopisma przeżywają kryzys związany z pojawieniem się internetu. Ale jeszcze większym zagrożeniem dla czasopism bywa  REKLAMODAWCA. To on wymusza pogoń za coraz wyższymi wynikami sprzedaży. Czytałam gdzieś wywiad z Magdą Jethon, dyrektorką programową Trójki. Była w nim informacja, że Program III ma 8% rynku i więcej mieć nie zamierza. Bo tyle i tylko tyle jest ludzi, którzy chcą Trójki słuchać. To bardzo odważna decyzja – nie próbować powiększać grupy słuchaczy (myślę, że Polskie Radio może sobie na nią pozwolić głównie dlatego, że jest dotowane przez państwo).

Znakomita większość czasopism na rynku zapomniała, że mają być dla kogoś. Chcą pozyskać coraz większą i większą grupę odbiorców (mowa o rynku sprzed kryzysu, w tej chwili pisma borykają się z nieco innymi problemami). W efekcie tracą cechy charakterystyczne, stając się produktem dla nikogo. Aby podwyższyć sprzedaż gazet o niczym i dla nikogo, dodaje się do nich filmy, mydło i scyzoryki. Sprzedaż rośnie, ale czy ludzie faktycznie czytają te gazety? Chyba nie.

Już po zmianie formatu, ale jeszcze przed Prokopem.

Tymczasem z mojego (przyznaję, dość idealistycznego) punktu widzenia gazetę taką jak Film powinno się robić dla konkretnego czytelnika – w tym wypadku umiarkowanie snobistycznego miłośnika kina, bo do takich osób Film zawsze kierował swoją ofertę. Ja naprawdę ubolewam nad tym, że na rynku czasopism nie ma ani jednego ciekawego tytułu popkulturalno-filmowego. Marzę, żeby Film odgrywał w moim życiu taką rolę jak kiedyś, ale to jest niemożliwe tak długo, jak długo będzie popłuczynami po tym, co mogę znaleźć w sieci. Żebym kupiła Film, zamiast newsów sprzed dekady muszą się tam znaleźć dobre wywiady z naprawdę interesującymi ludźmi (czy ktoś jeszcze poza mną kupował kiedyś Playboya tylko dlatego, że umieszczano w nim naprawdę świetne wywiady?). Czekam też na ciekawe cykle o kinie światowym (bo rynek amerykański znamy chyba lepiej niż polski, więc po co o nim pisać). Ktoś powinien pójść po rozum do głowy i zacząć pisać o serialach, które z niezrozumiałych dla mnie powodów wciąż traktuje się w polskiej prasie jak ubogich krewnych kina hollywoodzkiego, podczas gdy zaczyna być dokładnie odwrotnie. Muszą tam pisać ludzie, których cenię. Prasa może konkurować z internetem tylko w jeden sposób. Film musi zaproponować czytelnikowi coś, czego prawie żadne czasopismo na rynku dziś nie oferuje i czego zazwyczaj nie oferuje internet – jakość. Nie ilość. Nie kolorowe obrazki. Nie atrakcyjną formę. Ja chcę treść. Pragnę treści. Niech żyje treść.

PS. 1. Tym, którzy chcieliby wiedzieć, który numer Filmu warto mimo wszystko kupić, polecam blog Ścieżki Filmowe. Autorka recenzuje wszystkie numery magazynu.

PS. 2. Bardzo podobał mi się artykuł o filmie Pasikowskiego Pokłosie, który ukazał się w tym numerze Newsweeka (niestety nie można go przeczytać w sieci). Takie właśnie artykuły powinny się ukazywać w prasie filmowej, a nie w tygodnikach opinii.

Czas apokalipsy

Zaskakująco wiele książek, filmów i seriali kręci sie wokół tematu apokalipsy, a raczej świata, w którym będziemy musieli żyć po niej. Oczywiście, zapoznając się z tego rodzaju dziełem, identyfikujemy się z głównym bohaterem dowolnej płci, który zazwyczaj jest chrzęszczącym twardzielem, mistrzem karate i królem sztuki przetrwania jednocześnie, nawet jeśli do tej pory był pięćdziesięciopięcioletnim otyłym księgowym, mieszkającym w zapyziałej dziurze, gdzie nawet nie ma siłowni. Tymczasem prawda jest taka, że gdybyśmy sami znaleźli się w postapokaliptycznym krajobrazie (albo na arenie głodowych igrzysk), zapewne nie przeżylibyśmy pierwszych piętnastu minut. A może jednak? Proponuję rozwiązać poniższy teścik, aby sprawdzić, jakie są naprawdę nasze szanse na przetrwanie zagłady świata.

1. Broń.

a. Potrafisz posługiwać się  bronią palną, kuszą, mieczem, nożem i trochę strzelasz z łuku (nie wspominasz o trójzębie, przecież to taka mało popularna broń).

b. Praca w korporacji sprawiła, że masz wyjątkowo ostre zęby (od wygryzania konkurencji z ich stanowisk), potrafisz rzucić celnie długopisem w przeciwnika i do perfekcji opanowałeś/łaś ciętą ripostę.

c. Jedyna broń, jaką kiedykolwiek miałeś/łaś w ręku, to tępy nóż do chleba.

2. Umiejętności i wiedza.

a. Potrafisz upleść hamak z lian, zbudować szałas, zastawić sidła i rozpalić spektakularne ognisko, mając pod ręką krzesiwo i kawałek nogi od stołu.

b. W dzieciństwie zbierałeś poziomki oraz jagody i udało ci się przy tym śmiertelnie nie otruć. Rozpalisz nieduże ognisko za pomocą zapałek i odrobiny wódki. Byłeś/aś kiedyś w lesie.

c. Wiesz, gdzie jest najbliższy supermarket i potrafisz tam dojechać samochodem.

3. Kondycja.

a. Codziennie przebiegasz z rana 15 kilometrów, a wieczorem idziesz na 2-3 godzinki na siłownię.

b. Raz w tygodniu jeździsz rowerem do sklepu.

c. Masz niezwykle silne mięśnie kciuków od obsługi pilota do telewizora.

4. Gdzie najlepiej schować się przed zombie?

a. W supermarkecie.

b. W schronie przeciwatomowym.

c. Przed zombie nie da się schować – w końcu i tak cię dopadną. Dlatego masz zawsze pod ręką giwerę i łom.

5. Po końcu świata nastał głód. Które z twoich cech pozwoliłyby ci przetrwać?

a. Jestem silny/a i bezwzględny/a. Niech słabsi ode mnie głodują, takie są prawa ewolucji.

b. Jestem jednostką wybitnie urodziwą. Z pewnością znajdzie się ktoś, kto spędzi ze mną noc w zamian za coś do jedzenia.

c. Jestem nadzwyczaj inteligentny/a. Znajdę jedzenie tam, gdzie nikt go dotąd nie szukał.

d. Jestem bardzo żarłoczny/a. Niech no tylko ktoś spróbuje stanąć pomiędzy mną a posiłkiem.

Punktacja:

A B C D
1. 10 5 1 X
2. 10 5 1 X
3. 10 5 1 X
4. 1 5 10 X
5. 10 5 5 1

Wyniki:

50-40 Wcielenie Rambo

Wymiatasz. Apokalipsa na twój widok podkuli ogon i wyniesie się do innego uniwersum.

40-15 Przeciętniak

Przy odrobinie szczęścia może uda ci się przetrwać kilka dni. Chyba, że spotkasz na swojej drodze Wcielenie Rambo. Razem przeżyjecie nawet do miesiąca.

15-5 Totalne Zero

Już pierwszego dnia wykończy cię głód, pragnienie albo zjedzą cię zombie. Chyba, że spotkasz na swojej drodze Wcielenie Rambo. Wtedy zginiesz od strzału w potylicę.

Rude jest piękne: Kobiety Westeros

Kobiety w świecie stworzonym przez George’a R. R. Martina są piękne, inteligentne i odważne. Chociaż rzadko miewają realną władzę, to w ich głowach rodzą się najbardziej przebiegłe intrygi. Potrafią walczyć o swoje, kochają do szaleństwa i są wierne swoim ideałom. A ponieważ kiedy toczy się gra o tron, każdy może zginąć, cieszmy się ich towarzystwem, póki jeszcze z nami są.

Natalia Tena (Osha)

Rose Leslie (Ygritte)

Sophie Turner (Sansa Stark)

Michelle Fairley (Catelyn Stark)

Carice van Houten (Melisandre)

Natalie Dormer (Margaery Tyrell)

Drive, czyli droga donikąd

Jestem okropnie do tyłu z kinem, dlatego dopiero wczoraj obejrzałam Drive. Muszę powiedzieć, że mocno się zawiodłam. Ten film jest bowiem kwintesencją wszystkiego, co jest moim zdaniem nie tak ze współczesnym kinem hollywoodzkim. A oto jego grzechy główne:

Grzech pierworodny: odgrzewana fabuła. Mówi się, że wszystko już było pod słońcem. Owszem, to poniekąd prawda, ale akurat ta historia została opowiedziana tyle razy, że jest dziś równie podniecająca, co papier toaletowy. Ponieważ, siadając do oglądania filmu nie wiedziałam o nim absolutnie nic (poza tym, że jest podobno dobry i występuje w nim Ryan Gosling), przez pierwszą połowę łudziłam się jeszcze, że nie będzie to stek fabularnych frazesów i klisz. Niestety scena, w której bohater niesie dziecko sąsiadki owinięte w swoją kurtkę, pokazała mi dobitnie, że oto nie czeka mnie absolutnie nic nowego. Wałkowanie po raz stop pięćdziesiąty dziewiąty tych samych historii w różny sposób jest czołowym grzechem większości filmów hollywoodzkich. Nie rozumiem tylko, dlaczego zrobienie filmu o tym samym w inny sposób według krytyków zasługuje na oklaski. W efekcie  powstają kolejne Drive’y i kino stoi w miejscu.

O tym, jak bardzo wtórna jest fabuła, może świadczyć fakt, że gdy zobaczyłam powyższy plakat, przez moment myślałam, że Drive faktycznie jest remakiem produkcji z Jamesem Deanem.

Ten grzech można by jeszcze wybaczyć, gdyby pokazano nam jakąkolwiek głębię postaci. Jednak Drive zmusza widza do uwierzenia, że oto jedno popołudnie w towarzystwie uroczej blondynki sprawi, że w odludku i  socjopacie obudzi się istota ludzka. Dlaczego? Z powodu jej ładnej buzi? Bo jest pokrzywdzona przez los? Bohater nie wygląda na takiego, co kryłby pod maską obojętności szczególnie wrażliwe i czułe serce. Wręcz przeciwnie – wszystko wskazuje raczej na to, że zawsze był człowiekiem zimnym i obojętnym. Stąd i jego nagła przemiana wydaje się mało prawdopodobna.

Grzech drugi: dobrzy aktorzy w słabych rolach. Zatrudnienie Ryana Goslinga i Carey Mulligan w rolach, w których nie mają absolutnie nic do pokazania, jest naprawdę smutnym zjawiskiem. Przez pierwsze pół godziny ponura mina Goslinga intrygowała. Przez drugie – irytowała. Przez ostatnie czterdzieści minut sprawiała, że miałam ochotę przywalić mu ciężkim narzędziem, po czym zawyć z rozpaczy. Zmarnowano potencjał naprawdę niezłego aktora, któremu nie dano do zagrania absolutnie nic.

Grzech trzeci: kobiety do garów. Oczywiście nie od dziś wiadomo, że dobra historia to męska historia. Tak przynajmniej uważają w Hollywood. W kasowych produkcjach kobiecych bohaterek jest jak na lekarstwo, a takich, które mają coś do zagrania – jeszcze mniej. Drive nie jest tu wyjątkiem. Irene jest być może obiektem uczuć bohatera, ale poza tym równie dobrze mogłaby być popielniczką, bo taki mniej więcej jest jej wpływ na rozwój wydarzeń. O niczym nie wie, niczego się nie domyśla, nie ma absolutnie nic do powiedzenia. Stoi tylko z tyłu i ładnie wygląda, a odpowiednim momencie jest odstawiona na bok, żeby się nie stłukła. Wątek Blanche litościwie pominę.

Ta scena świetnie obrazuje miejsce Irene – stoi z tyłu i kompletnie nie ma pojęcia, że oto między mężczyznami dzieje się coś ważnego.

Irytuje mnie też przekonanie, że wystarczy umieścić w filmie przystojnego aktora, żeby kobieta (w domyśle: ta pusta idiotka) poczuła się usatysfakcjonowana. Skoro nie dano jej żadnej kobiecej postaci, z którą mogłaby się chociaż w ułamku identyfikować, to pogapi się na Goslinga i już. Otóż nie. To naprawdę za mało.

Grzech czwarty: schlebianie „masowemu widzowi”. W tym wypadku chodzi mi o epatowanie przemocą. To zabawne, że w filmie jest scena pokazująca palenie papierosów jako nałóg głupi i paskudny, natomiast bohaterowie nawet przez sekundę nie myślą, że rozkwaszanie mózgów innych ludzi na ścianach i posadzkach może nie być jednak oczywiste z moralnego punktu widzenia. Zapewne chodziło o podlizanie się temu widzowi, którego nie uwiodło piękne światło w scenie nad rzeką oraz uniknięcie etykietki kina „niszowego”. Tak przypuszczam, bo po co wsadzać komuś widelec w oko w filmie, który poza tym jest w klimacie niemal onirycznym.

Wizualnie jedno z najlepszych ujęć w filmie, ale czy fabularnie te dosadne sceny przemocy naprawdę były potrzebne?

Przy tym wszystkim daleka jestem od twierdzenia, że Drive był filmem słabym. Wręcz przeciwnie – to bardzo przyzwoite kino sensacyjne, z mnóstwem nawiązań i smaczków. Fakt, że scenariusz był mocno miałki, zrównoważyły rewelacyjne zdjęcia i muzyka (przez moment chciałam się przyczepić, że żeruje na sentymencie współczesnych 30-latków do klimatów z lat 80-tych, ale w końcu się rozmyśliłam. Zapewne dlatego, że sama jestem 30-latką z sentymentem do lat 80-tych). Znalazło się w nim kilka naprawdę świetnych scen (najbardziej zapadła mi w pamięć scena z burdelu i oczywiście ta z windy). Tym niemniej nie zgodzę się z opinią, że film jest świeży. Wręcz przeciwnie. Wszystkie wyżej wymienione powody sprawiają, że kino Hollywoodzkie od lat stoi w miejscu i jak widać, jeszcze przez wiele lat z niego nie ruszy. Skoro filmy w rodzaju Drive uchodzą za nowatorskie, to na żadną rewolucję się nie zapowiada.