Rude jest piękne: Rachelle Lefevre

I love how messy human beings are. We’re trying to fit into the boxes in society, yet we have those moments where we want to come unhinged. I’m always looking for the roles where it gets messy.

(Uwielbiam to, że ludzie są tak pokręceni. Staramy się dopasować do szufladek, które tak często funkcjonują w społeczeństwie, ale są takie momenty, kiedy zachowujemy się, jakbyśmy byli kompletnie szurnięci. Staram się zawsze wybierać role z elementem szaleństwa.)

Zachodnia brama, czyli siła przyciągania szmiry

Ostatnimi czasy rzadko bywam w bibliotece, ale nawet kiedy uczęszczałam tam regularnie, półkę z nowościami omijałam szerokim łukiem. Po pierwsze, i tak nigdy nie stało na niej nic ciekawego, a po drugie, nawet jeśli trafiło się coś godnego zainteresowania, okazywało się przeważnie, że lista oczekujących na tę lekturę jest dłuższa niż kolejka do Krakowskiego Kredensu w przeddzień świąt Wielkanocy. Toteż naprawdę nie wiem, jak to się stało, że tym razem ledwie przestąpiłam progi zacnego przybytku, nieznana siła pchnęła mnie w kierunku wiadomego regału. Stała tam cała masa harlequinów, trzy pozycje autorek, które bardzo chciałyby być Stephenie Meyer, ale nawet to nie zostało im dane, piąta wydana w tym roku powieść Joanny Chmielewskiej oraz gruba cegła o przyciągającej wzrok bordowej okładce i niewiele mówiącym tytule Zachodnia brama, autorstwa niejakiego Henrika Bordera.

Wiedziona szatańskim zapewne podszeptem wzięłam tę ostatnią do ręki. Bestseller New Your Timesa! – krzyczały napisy na okładce – Spektakularny debiut! Najlepsza powieść gotycka od czasów Oddechu Marcy! Wzdrygnęłam się lekko, bo nie lubię tak nachalnej reklamy, a na dodatek w życiu nie słyszałam o Oddechu Marcy. Ale nic to, w dzisiejszych ciężkich dla czytelnictwa czasach wydawcy reklamują się jak mogą, postanowiłam więc spojrzeć na streszczenie z tyłu. Okazało się całkiem zachęcające. Akcja powieści rozgrywa się pod koniec XVIII wieku. Członkowie nieszczególnie wyrafinowanego i niezbyt popularnego gabinetu osobliwości (wśród nich m.in. kobieta z brodą, gadający pies i dziecko z trzema rękami) snują się bez celu po bezdrożach północnej Francji. Próbują zarobić na życie występami oraz drobną szulerką, ale bez większego powodzenia,  bo rolnicy w regionie są tyleż ubodzy, co wredni i kompletnie pozbawieni potrzeby rozrywki. Perspektywa zbliżającej się zimy każe przymierającej głodem grupie dziwaków wyruszyć na południe, gdzie według legendy pogoda bardziej sprzyja podróżnym, rolnicy są zamożniejsi, a wino mniej jedzie siarką. Ruszają więc, ale nie zajdą daleko – zaledwie po kilku dniach podróży trafiają na samotne, opuszczone zamczysko, w którym postanawiają schronić się przed nadchodzącą burzą gradową. Do zamczyska wchodzą przez bramę wschodnią.

Lektura jest gruba, ma przeszło 600 stron. Powinnam była od razu pojąć, że to kolejny z szeregu znaków ostrzegawczych – tak grube tomiszcza rzadko udaje się początkującym autorom utrzymać w ryzach. Jakby tego było mało, okazało się, że zupełnie nikt książki nie zarezerwował, chociaż jak już wspomniałam, na nowości zazwyczaj chętnych nie brakuje. Byłam ślepa jak ćma lecąca w stronę ognia – zamiast odłożyć utwór na półkę i natychmiast o nim zapomnieć, wzięłam go ze sobą do domu.

Ach, co to był za gniot! Wątek główny rozwijał się może i ciekawie, ale bardzo trudno było go śledzić, ponieważ poboczne mnożyły się jak króliki na wiosnę. Oprócz grupy głównych bohaterów, których historie od czasów narodzin zostały nam szczegółowo przedstawione już na samym początku, na pierwszych 100 stronach powieści pojawiły się przynajmniej dwadzieścia trzy inne Niezwykle Ważne Dla Rozwoju Powieści Osoby. Ich losów również nam nie oszczędzono. Zanim trupa dziwolągów zdołała zakończyć swój pierwszy nieudany występ i udać się na zagon buraków, żeby ukraść coś na kolację, poznaliśmy godność wszystkich mieszkańców niewielkiego miasteczka St Michelle sur Loir, w którym rozpoczyna się akcja książki. I żeby to jeszcze były normalne imiona! Nie. Autor najwyraźniej ma głęboki kompleks arystokratyczny, ponieważ nazwisko żadnego z bohaterów nie miało mniej niż trzy człony. Nawet pies nazywał się Gruber Jons Fitzpatrick Von Terenhof. Wraz z rosnącą w postępie geometrycznym liczbą bohaterów, rosła również liczba wydarzeń niesamowitych. Każden jeden osobnik co najmniej raz w swoim życiu spotkał wampira, ducha, szczękające niewidzialnymi zębami stworzenie z niebieskiej ektoplazmy albo chociaż uciekał przed piorunem kulistym. Do tego autor zaczął silić się na filozoficzne przemyślenia, gwałtowne zwroty akcji, intrygi i romanse. Sama nie wiem, co było gorsze – rozważania o niesprawiedliwości ówczesnego systemu społecznego w wykonaniu psa Grubera, czy niezwykle sugestywna scena amorów pomiędzy kobietą z brodą a 1,5 metrowym, porośniętym łuską Chińczykiem-cyklopem.

Mniej więcej po 350 stronach ostatecznie pomylili mi się wszyscy Charpentierowie de Pourbaix-Levittoux, przestałam też rozumieć, kto się z kim brata, a kogo zdradza. Resztę książki raczej pospiesznie przekartkowałam, niż wnikliwie przeczytałam. Z tego, co zrozumiałam, pod zachodnią bramę bohaterowie z niezrozumiałych dla mnie powodów nigdy nie dotarli. Może autor w natłoku wydarzeń po prostu o niej zapomniał.

Wniosek z tej smutnej przygody czytelniczej jest prosty – szmira jest tyleż pociągająca, co zdradliwa.

Zachodnia Brama, Henrik Border
Wydawnictwo Twój Mrok, seria Dekapitacja,
2011


Więcej o książce tutaj.

Zapuściłem się, to zdrowo…

…coraz wyżej piętrzą się graty.

Kiedyś wszystko poukładam, teraz się położę na tym.

To mi się wreszcie należy, więc się położę na tym.

Znacie ten utwór Elektrycznych Gitar? (Nawiasem mówiąc to zespół, który zupełnie niesłusznie odszedł w zapomnienie. Teksty mieli zaiste genialne.) To mój hymn. Sprzątanie jako czynność mogłaby dla mnie nie istnieć – to jedno z głupszych zajęć typu syzyfowa praca jakie przychodzi mi do głowy. Pół dnia męczarni, schylania się, wygibasów w nienaturalnych pozycjach, machania rękami na lewo i prawo, a po godzinie wszystko wygląda dokładnie tak samo jak na początku. Ponadto uważam, że odkurzacz to wynalazek Szatana (no bo wytłumaczcie mi, dlaczego inaczej by tak wył?). Na szczęście w swoich przekonaniach o idiotyczności sprzątania nie jestem odosobniona. Wielu wspaniałych bohaterów serialowych przede mną też było niechętnych porządkom. Oto ranking moich ulubionych telewizyjnych bałaganiarzy.

5. Hank Moody, Californication

Z pozoru nie widać po nim bałaganiarza – w mieszkaniu ma wręcz podejrzany ład, jeśli wziąć pod uwagę, że jest samotnie mieszkającym facetem po 40-tce (może ma gosposię, której nie pokazują, bo jest wiekowa oraz nieatrakcyjna i szkoda na nią czasu ekranowego). Ale wystarczy spojrzeć na jego samochód i od razu widać, że Hank Moody jest w rzeczywistości fleją jakich mało.

4. Penny, The Big Bang Theory

Osobiście uważam, że podejście Penny do sprzątania jest raczej zdrowe, ale są tacy, którzy chaos uznają tylko wtedy, jeśli w tym samym zdaniu występuje słowo „deterministyczny”.

3.  Keitha, australijska dziewczyna Jamaine’a, Flight of the Conchords

Nie dość, że jest Australijką, co już samo w sobie kompletnie ją dyskwalifikuje, ale w dodatku to jedna z największych syfiar, jakie widziałam w telewizji. Jej mieszkanie przypomina śmietnisko, na którym wybuchła bomba. Myślę, że miałaby poważne szanse na pierwsze miejsce w rankingu, gdyby tylko nie była postacią drugoplanową. Zresztą, zobaczcie sami.

2. Fox Mulder, X-Files

Bohaterowie grani przez Davida Duchovnego mają pewną cechę wspólną – wydają się zupełnie porządni. Przy takim Bernardzie Blacku Fox Mulder jest czyściutki jak próbówka w laboratorium. Ale najsłynniejszy agent FBI świata ma mroczną tajemnicę – caluteńki pokój zawalony gratami tak, że nie da się do niego wejść. Gdyby nie odcinek Dreamland oraz niesławny Morris Fletcher, być może nigdy nie poznalibyśmy flejowatej natury Muldera.

1. Bernard Black, The Black Books

Bernard nie tylko jest mistrzem nieporządku, on również się nie myje i nie zmienia ubrania (w każdym razie nic na to nie wskazuje). Przypuszczam, że śpi w swojej nieodłącznej czarnej marynarce i to nie tylko wtedy, gdy jest kompletnie pijany. Ponadto wszystko w jego księgarni przesiąknięte jest dymem papierosowym, zalane winem oraz posypane 30-centymetrową warstwą kurzu i nieżywych os. Dzięki temu miejsce utrzymuje klimat.

Eat, learn, move

Od kilku dni krążą po internecie filmiki zrealizowane przez trzech gości na zlecenie STA Travel Australia. Wprawdzie to tylko etiudy filmowe, ale fajnie się ogląda. Chcę się człowiekowi natychmiast kupić bilet na samolot i ruszyć w podróż. Najlepszy jest ten ostatni, a najsmaczniejszy pierwszy.

Eat

Learn

Move

Więcej o projekcie dowiecie się tutaj.