McPsychologia* w służbie edukacji?

Jaka szkoda, że nie istnieje polski odpowiednik wyrażenia „pet peeve”. W każdym razie ja go nie znam. Słownikowe „coś mnie denerwuje” to jednak nie to samo. Tak czy inaczej, pewnie każdy z nas ma taką dziedzinę, na którą uwielbia się wściekać. Jeden kocha gardłować na prawicowych polityków (ostatnio popularne hobby), inny na rowerzystów, a jeszcze kolejny na polityczną poprawność. Ja za to nie znoszę pop-psychologii. Mam alergię na prawdy objawione typu „myśl pozytywnie, a osiągniesz sukces”, „świat pomaga tym, którzy pomagają sobie”, „wyznaczaj sobie jasne cele, a dojdziesz do nich za trzy dni i siedem godzin”. Nie przeszkadzają mi ludzie, którzy próbują stosować je we własnym życiu – każdemu z nas potrzebna jest jakaś forma mentalnego wsparcia. Dostaję za to piany na ustach, kiedy ktoś próbuje mi je sprzedać. W formie produktu. Za który mam zapłacić pieniądze.

Dlatego ze szczerego serca i z całą mocą nienawidzę szkoleń. Rzadko mają one cokolwiek wspólnego z rozwojem, przeważnie wypełnione są mielonymi po raz tysięczny frazesami w rodzaju „liderami zostają ci, którzy nigdy się nie poddają”, „realizujmy swoje marzenia”, „opuśćmy strefę komfortu”. Bla, bla, bla.

Tak zwana incepcja szkoleniowa. Polecam kliknąć w link, bo takiej polszczyzny jak w tej książce ze świecą szukać.

Jednak sprzedawcy marzeń i organizatorzy cudzego, lepszego życia są irytujący, ale z mojego punktu w zasadzie widzenia nieszkodliwi. Cóż z tego, że przesiedzę trzy godziny na szkoleniu, na którym radosny pan będzie mi opowiadał, w jakim zawodzie tak naprawdę powinnam pracować (z dostarczonych przez niego testów wychodzi mi ślusarz, astronauta i producent prawideł). Jedyne, co stracę, to trzy godziny. Sama z siebie na takie szkolenie z pewnością nie pójdę. Wolałabym, żeby pracodawca dał mi po prostu do przeczytania książkę na ten temat, ale spoko. Jakoś to przeżyję. Byle krzesło było wygodne.

Niestety, taka pseudonauka coraz częściej trafia do edukacji pod pozorem nauki prawdziwej.

indywidualni

Znany dziennik elektroniczny, którego nazwa zaczyna się na literę „L”, a kończy na „brus”, uruchomił właśnie fantastyczny program. Nazywa się on „Indywidualni” i stoi za nim nader szlachetna idea. Otóż ma on pomóc uczniom się uczyć. Wiadomo, szkoła jest instytucją archaiczną i w dużej mierze niedostosowaną do dzisiejszych czasów. Metody nauczania, sposoby sprawdzania poziomu wiedzy, a nawet układ ławek są rodem z XIX wieku. Coraz częściej mówi się o tym, że uczniowie powinni chcieć się uczyć sami, że trzeba ich do tego zachęcać, pomagać zdobywać informacje zamiast kazać wkuwać i tak dalej. „Indywidualni”, przynajmniej w teorii, wychodzą naprzeciw tym potrzebom. Uczniowie dzięki uczestnictwie w programie mają poznać swoje mocne strony, a nauczyciele nauczyć się dobierać metody pracy w taki sposób, by ich podopieczni jak najwięcej na tym skorzystali. Rzecz jasna, projekt nie jest za darmo, bo pracownicy dziennika też muszą jeść i płacić rachunki. Szkoła, w której uczę, wykupiła dostęp, więc miałam (nie)szczęście zobaczyć, na czym ten program polega w praktyce.

Oczywiście najpierw jest szkolenie.

Przyjeżdża pani, która ma coś wyjaśnić, choć sama nie bardzo ogarnia, jak to wszystko działa. Opowiada kilka banałów o procesie uczenia się („wykorzystujemy tylko dwa, a może dwadzieścia procent możliwości mózgu…” Serio? Serio?? Skąd pani wzięła tę informację? Z Lucy?), pokazuje, gdzie niby mamy kliknąć, żeby nam się wyświetliło i nie ma pojęcia, na czym polegają badania naukowe (na pytanie o skuteczność programu odpowiada „mnie się to sprawdziło”. Niech żyją dowody anegdotyczne). Podaje też wyniki badań przeprowadzonych przez dziennik na próbie 33 000 uczniów, z których wynika, że nauczyciele to kłamcy i barany (właściwie nie sposób się z tym nie zgodzić). Kompetentna osoba, która uczy nauczycieli, jak uczyć dzieci. Not.

Kiedy pani szczęśliwie pojedzie już sobie do domu, możemy zalogować się do dziennika i sprawdzić, na czym też właściwie ten program polega.

Żeby móc zacząć pracę, z uczniami czy samodzielną, trzeba wykonać test.

slide_12

Ależ skąd.

Test składa się z czterech części. W pierwszej badamy swoje SERWA. Czyli, cytuję, „dominację zmysłową i potrzeby w zakresie afiliacji”. Brzmi uczenie? No jasne. Tak naprawdę po rozwiązaniu testu dowiemy się, czy jesteśmy słuchowcami, wzrokowcami, kinestetykami czy może zapamiętujemy rzeczy, które kojarzą nam się z emocjami.

Drugi bada FuLP, czyli „tendencje w zakresie przetwarzania informacji”. Po przełożeniu na język ludzki: „Która półkula mózgowa jest u ciebie dominująca? Lewa czy Prawa? Kierujesz się Logiką i Rozumem? A może Sercem i Wyobraźnią? Dowiesz się już wkrótce.” [W teście padają pytania w rodzaju „Czy znajomi uważają cię bardziej za osobę wszystkowiedzącą, czy towarzyską i kreatywną? Odpowiedź a. wszystkowiedzącą, b. kreatywną.” Tru story.]

Kolejny test to ProWi, czyli „układ inteligencji wielorakich”. Sprawdza, jakie mamy rodzaje inteligencji. W wynikach testu jest ich siedem, identycznych jak pod tym linkiem. Brakuje tylko naturalistycznej. Ciekawe, dlaczego. Może w historii edukacji nie trafił się jeszcze uczeń, który interesowałby się przyrodą.

I ostatni test, UL, czyli lateralizacja. Jedyny, którego nie będę się czepiać w tekście, bo wydaje mi się najmniej szkodliwy. (Jeśli macie dane, które wskazywałyby, że jest inaczej, dajcie znać w komentarzach.)

Potem są wyniki, które poznajemy dopiero po wypełnieniu wszystkich czterech części. Opisy zawierają wystarczająco dużo elementów, by każdy odnalazł choć jedną pasującą do niego linijkę. Mamy tu do czynienia z efektem horoskopowym w pełnej krasie – objaśnienia są tak ogólne, że ci, którzy chcą potwierdzenia wyobrażeń na swój temat, z pewnością je znajdą. Na przykład wzrokowcy „z filmów najlepiej zapamiętują obrazy różnych scen, wygląd aktorów i ich stroje czy fryzury, a także krajobrazy, wyposażenie wnętrz.” (kinestetycy zapewne zapamiętują z filmów, że ich tyłek bolał od długiego siedzenia, a słuchowcy, że sąsiad w rzędzie obok jadł popcorn i chrupał).

Kolejnym wątpliwym naukowo aspektem testów jest sposób formułowania pytań. W teście inteligencji wielorakich pojawia się na przykład pytanie „czy lubisz śpiewać?”, a potem w wyniku czytamy „lubisz śpiewać”. Hm. No coś podobnego. Nie jestem naukowcem i nigdy nie próbowałam badać mózgu, ale odnoszę wrażenie, że niewiele ma to wspólnego z rzetelnością. Pytania ewidentnie naprowadzają na odpowiedź. Nie mówiąc już o sytuacji jak w opisanym wyżej teście FuLP, gdzie trzeba wybrać jedno z dwojga, nawet jeśli się nie zgadza ani z jednym, ani z drugim. I jakie niby to ma mieć przełożenie na rzeczywistość?

Ale twórcy programu najwyraźniej nie mają podobnych dylematów. W wynikach testów pojawia się między innymi takie sformułowanie: „Pamiętaj, że nie da się zmienić czy zamienić danych nam od natury cech. To co można zrobić, to nauczyć się zarządzać własnym stylem uczenia się. Kiedy odkryjesz własny styl i poznasz odpowiednie triki – techniki i metody, będziesz mieć większy wpływ na efektywność tego procesu.”

Aha.

Tylko że nie.

Nie, nie i jeszcze raz nie.

Nie będę pisać o tym, że człowiekowi zainteresowania zmieniają się z wiekiem. Zwłaszcza młodym ludziom, którzy wciąż się rozwijają i dla których wszystko jest nowe. To jest oczywistość tak oczywista dla każdego, kto widział kiedyś na oczy dziecko, że nawet nie chce mi się tego komentować.

Ale napiszę o tych wszystkich SERWACH i FuLPach. Bo to, proszę państwa, ściema jest, a może nie wszyscy o tym wiedzą.

Zacznijmy od SERWA. Otóż nikt nigdy nie zdołał udowodnić, że słuchowcy lepiej się uczą, słuchając, wzrokowcy – patrząc na prezentacje multimedialne, a kinestetycy, tańcząc i podskakując. Wręcz przeciwnie, istnieje cała masa badań, z których wynika, że prawdopodobnie (na tyle, na ile na razie jesteśmy w stanie stwierdzić – badania nad procesem uczenia się wciąż trwają) taka zależność nie istnieje. Nic nie wskazuje na to, żeby podział na słuchowców i wzrokowców miał jakiekolwiek potwierdzenie w nauce. A nawet jeśli ma, to nie ma to przełożenia na sposób uczenia się. Różnych rzeczy uczymy się w różny sposób (nie wierzycie? Spróbujcie nauczyć się skoku przez kozła, oglądając o nim film). Lepiej też przyswajamy wiedzę, która nas interesuje (jeśli ciekawi mnie film, lepiej i szybciej nauczę się pisania scenariuszy, jeśli koszykówka – zasad zachowania na boisku. Przy czym nasze zainteresowania nie muszą mieć nic wspólnego z tak zwanymi stylami uczenia się). Istnieją jeszcze inne powody, dla których może nam się zdawać, że to działa. Ale to tylko złudzenie. Jeśli temat interesuje was głębiej, zajrzyjcie do tekstu „Mit stylów uczenia się” (niestety tylko po angielsku) autorstwa Cedara Rienera i Daniela Willinghama, którzy w swojej pracy powołują się na dalsze badania naukowe. Wystarczy zresztą zerknąć chociażby na angielską stronę Wikipedii. Ogromną część artykułu „learning styles” stanowi dział „krytyka” i tam również można znaleźć wiele interesujących linków do artykułów na ten temat.

lef brain

Jaka ładna grafika, szkoda, że zupełnie nieprawdziwa.

Podobnie rzecz ma się z „dominacją jednej półkuli mózgowej”. Nie jest tak, że którakolwiek półkula dominuje. Faktycznie, mózg dzieli się na lewą i prawą półkulę, ale to właściwie tyle, jeśli chodzi o prawdziwość powyższego stwierdzenia. Po pierwsze, półkule są połączone ciałem modzelowatym i to nie jest przypadek – półkule mają ze sobą współpracować! Kiedy wykonujemy jakąś czynność, angażujemy znaczną część obydwu półkul mózgu niezależnie od tego, czy jesteśmy kreatywni, czy czytamy przepisy prawa karnego. Owszem, na przykład ośrodek mowy przeważnie znajduje się w lewej półkuli (u osób praworęcznych), ale to nie oznacza, że w tamtej jego części tworzy się większa ilość neuronów, ani że człowiek, który nie ma problemów z wysławianiem się, nie jest zdolny do kreatywnego myślenia. Istnieje cała masa „umiejętności”, które w ogóle nie są przyporządkowane żadnej półkuli. Jest to więc ogromne uproszczenie, które nie ma znaczenia w procesie uczenia się.

I wreszcie układ inteligencji wielorakich. Nie będę się tu czepiać naukowych podstaw tych podziałów, bo mi trochę brakuje danych (i czasu na dalszy research), ale chciałam zauważyć jedną rzecz, która zresztą jest prawdziwa również w odniesieniu do podziałów na półkule. Założę się, że gdyby spojrzeć na wyniki tych testów, okazałoby się, że dziewczynki wypadają lepiej, jeśli chodzi o inteligencję lingwistyczno-językową czy interpersonalną, a chłopcy częściej „mają rozwiniętą” inteligencję logiczno-matematyczną czy przestrzenną, zwłaszcza na późniejszych etapach edukacji. Zapewne tak samo jest w przypadku dominacji półkul mózgowych – dziewczynek „prawopółkulowych” jest więcej niż „lewopółkulowych”, a z chłopcami rzecz ma się odwrotnie. Dlaczego? Wiadoma sprawa, dziewczynki przecież z natury są bardziej gadatliwe, a chłopcy mają uzdolnienia matematyczne… Zaraz, zaraz. Czy mi się wydaje, czy wyniki tego testu będą samospełniającą się przepowiednią? Czy taki test rzeczywiście jest w stanie komukolwiek pomóc, czy będzie tylko utrwalał istniejące stereotypy? „Pamiętaj, że nie da się zmienić czy zamienić danych nam od natury cech…”

Kiedy już rozwiążemy test, możemy przejść do metod i technik, które mają nam ułatwić naukę zgodnie z predyspozycjami. Mnie na przykład jeden wynik każe sobie wyobrażać to, co czytam (zgodnie z wynikiem SERWA), a drugi – czytać sobie samej na głos (ProWi). Potem są porady, żeby robić notatki, rysować mapy myśli, robić fiszki, jeść, dotleniać się i ruszać, i uczyć szybkiego czytania. Wszystko to ładnie pięknie, tylko czy to aby nie są porady uniwersalne?

Są jeszcze wskazówki dla nauczycieli, jak pracować z klasą, w której dominują tacy czy inni uczniowie. Porady dla nich są podobne (żeby nie powiedzieć identyczne) – używaj różnych technik przekazywania wiedzy, stosuj dramę, twórz z uczniami modele i tak dalej.

Podsumowując – mamy wyniki testów, które są tak ogólne, że do każdego da się coś dopasować, oparte na koncepcjach, które nie znajdują żadnego poparcia naukowego. Za nimi idą podpowiedzi, których również jest tak wiele, by każdy zdołał znaleźć coś, co mu podpasuje. Właściwie nie ma to wielkiego znaczenia, co wyjdzie nam w testach, bo zmiennych jest tak wiele, że żadna spójna wizja naszych „stylów uczenia się” bynajmniej się z nich nie wyłania. Czy rzeczywiście zobaczymy poprawę wyników uczniów? Nauczanie to taki głupi zawód, że efekty pracy widzi się często dopiero po latach. Może dostrzeżemy większe zainteresowanie wśród uczniów, jeśli będziemy zmieniać metody pracy, aktywizować ich. Tylko że nauczyciele, którym zależy na stosowaniu bardziej nowoczesnych technik nauczania, dawno już czytali o tych wszystkich metodach i w mniejszym lub większym stopniu stosują je w praktyce. Pozostali i tak nie będą wprowadzać ich w życie.

Jednym słowem, projekt ten wygląda nieźle na papierze, ale na moje oko jest li i jedynie maszynką do wyciągania pieniędzy ze szkół. I to jest bardzo smutne, bo naprawdę, no. Edukacja w tym kraju i tak jest w opłakanym stanie. Nie trzeba jej jeszcze dodatkowo dowalać.

*słowo ukradłam z bloga Psycho Kit, który zresztą niniejszym polecam