Pottermore

Skoro już wyznałam, że uwielbiam Harry’ego Pottera, to teraz mogę spokojnie się przyznać, że podobnie jak większość potteromaniaków czekałam w napięciu na oświadczenie J.K. Rowling dotyczące strony Pottermore.com. Oglądałam zbierające się sowy 🙂 i odliczałam czas.

A teraz już wiem. I bardzo mi się ta nowa koncepcja strony podoba. Lubię Rowling właśnie za to, że zawsze miała szacunek dla fanów, nawiązywała z nimi kontakt i dawała wywiady dzieciakom prowadzącym fanowskie strony. Teraz poszła o krok dalej – to właśnie fani mają współtworzyć wykreowany przez nią świat.  Mam nadzieję, że strona w praktyce okaże się równie ciekawa, jak w zapowiedziach.

Wczesna jesień

Znów będzie o starzeniu się i (nie)przyjemnościach z nim związanych. Jakoś ostatnio nie mogę się opędzić od tego tematu. Zapewne dlatego, że niedawno miałam urodziny (kolejne! naprawdę, było ich już kilkadziesiąt. to się zaczyna robić niedorzeczne) i chociaż, jak mawia Kłapouchy, „czym są urodziny? Raz są, a za chwilę ich nie ma”, okołorocznicowe przemyślenia jakoś tak same się człowieka czepiają.

Dziś więc będzie o tym, na co w mojej opinii warto tracić czas. Co jest nie grzeszną przyjemnością, ale po prostu przyjemnością? Bardzo lubię sztukę, która w swojej istocie przypomina wczesną jesień. Ostatnie promyki słońca, cisza ciepłego popołudnia, dojrzałe owoce i poczucie, że to wszystko za chwilę się skończy i nastanie ponura zima. Cenię więc filmy i książki, które mówią o przemijaniu, smutku i bólu, ale ich bohaterowie nie szarpią się z tymi uczuciami. Potrafią pogodzić się z tym, że są one częścią życia, a czasem nawet traktują ich jak starych przyjaciół. W sztuce generalnie przeszkadza mi brak kobiet – ich historii, przeżyć, przemyśleń, które jednak, jakby nie patrzeć, są często bardzo różne od doświadczeń męskich. Tymczasem w tych opowieściach ten brak przeszkadza mi jakby mniej. Może dlatego, że ludzkie doświadczenia na pewnym etapie życia zaczynają się ujednolicać. Nie ma już podziału na dziewczynę i chłopaka, ojca i matkę, piękną i bestię. A może dlatego, że kobiety też są w tych historiach ważne, nie tylko jako obiekty pożądania, ale po prostu jako ludzie.

Zacznijmy może od Spokojnego Amerykanina Grahama Greena. Książka ta nie jest najlepszym przykładem, jeśli chodzi o obecność kobiet – bądź co bądź piękna Fuong to tylko pionek w grze między dwoma mężczyznami. Na wskroś cyniczny i beznamiętny Thomas Fowler nie chciał przyznać, że działania młodego, entuzjastycznego Pyle’a są w stanie wywołać jakąkolwiek jego reakcję. Ale tak się właśnie stało – niejako wbrew sobie Fowler zaczął grać z Pylem w grę o to, kto ma rację. I wygrał, chociaż cena, jaką musiał zapłacić za to zwycięstwo nawet jemu wydała się zbyt wysoka. Powieść ma rewelacyjny klimat – ciężki od opium, duszący. Lubię też takich bohaterów jak Fowler. Chociaż z pozoru nic ich nie obchodzi, w rzeczywistości są bezkompromisowi i kiedy ktoś chce zagrozić czemuś, co uznali za wartościowe (a nie ma takich rzeczy wiele), zrobią wszystko, żeby to chronić. Filmu z Cainem nie oglądałam, ale zdaje się, że rozważania filozoficzne zastąpiono akcją.  Szkoda.

O ile Spokojny Amerykanin jest jedną z niewielu książek w tym klimacie, które przychodzą mi do głowy, o tyle z filmami jest znacznie prościej. A raczej trudniej, bo nie byłam w stanie zdecydować się na jeden, ulubiony. Dlatego bardzo w skrócie o trzech.

Życie ukryte w słowach

Piękna opowieść o samotności, miłości i wojnie. Lubię jego spokojną atmosferę i bohaterów, którzy tylko na tej zapomnianej przez Boga i ludzi platformie na środku morza mogą być sobą.

Pusty dom

Mam słabość do filmów, których główni bohaterowie się nie odzywają. Wszystko, co się między nimi wydarza, odbywa się bez słów.

Samotny mężczyzna

Najnowszy z wszystkich wymienionych. Poza rewelacyjnym aktorstwem urzekła mnie fantastyczna scenografia, zdjęcia i kostiumy.

Jeśli znacie inne filmy lub książki w podobnym klimacie, podrzućcie mi. Bardzo chętnie się z nimi zapoznam, bo ostatnio czytuję tylko literaturę dla nastolatków, a to na dłuższą metę kiepsko robi na poziom umysłowy i sprawność zwojów.

PS. Nawiasem mówiąc, jestem prawdopodobnie jedyną osobą na świecie, która obawia się nadejścia jesieni od 21 czerwca – momentu letniego przesilenia.

It’s got to be magical, hasn’t it?

Harry Potter to kolejna z moich guilty pleasures. Nie mogę powiedzieć, że ma to coś wspólnego ze wspomnieniami z dzieciństwa – najsłynniejszego na świecie czarodzieja-okularnika poznałam, będąc już na studiach. Na początku czytałam książki na głos młodszemu bratu, ale tego wykrętu mogłam używać tylko przy pierwszych dwóch czy trzech tomach – resztę czytałam już tylko sobie, po cichu.

Wciągnęłam się bardzo. To moim zdaniem jedne z najlepszych i wbrew pozorom najprawdziwszych książek dla młodzieży, z jakimi się zetknęłam. Porównania z sagą Zmierzch uważam za tak niedorzeczne, że właściwie niegodne wzmianki.

Dlatego też oczywiście smutno mi było, kiedy przeczytałam już wszystko. Do tej pory, przeważnie w okolicy świąt Bożego Narodzenia, zdarza mi się wracać do niektórych tomów.

A teraz już lada moment do kin wejdzie ostatnia część ostatniej części i w ogóle nie będzie na co czekać. Co jest oczywiście jeszcze smutniejsze, ale ma też swoje dobre strony – w sieci pojawiło się mnóstwo ciekawych materiałów promocyjnych. Szczególnie podobał mi się ten, w którym m.in. Rupert Grint, Emma Watson, Daniel Radcliffe i Robbie Coltrane opisują jednym słowem, co dla nich znaczyły te wszystkie lata.

Zdaniem wielu wszystkie filmy warto było obejrzeć tylko dla jednej osoby – Alana Rickmana. Jego Snape był wstrętny, złośliwy, niesprawiedliwy i podły, ale też bardzo ludzki. Udało mu się stworzyć postać, którą od samego początku posądzamy o to, że też ma serce. Dziś już wiadomo, że aktor wiedział o swojej postaci nieco więcej niż czytelnicy. Powiedział o tym magazynowi Empire.

Cóż… Czas chyba zacząć odliczanie.

(Nie)cne rozkosze

Jakoś tak już dzieje się w życiu, że człowiek niestety się starzeje. A im bardziej się starzeje, tym mniej jest go w stanie zaskoczyć. I tak w okolicach trzydziestki człowiek ten odkrywa stopniowo, że wszystko już było – w muzyce, w kinie i w literaturze. Kiedyś zachwycał się pierwszym lepszym z brzegu zespołem rockowym, dzisiaj nawet pienia eskimoskich trubadurów nie wywołują dreszczyku emocji. Ostatni raz ów człowiek wyszedł z kina z bananem na gębie i poczuciem, że miał do czynienia z czymś zajebistym, w 2006 roku (dla ciekawskich – był wtedy na filmie Survive Style 5+ obejrzanym na festiwalu Filmy Świata Ale Kino!). O literaturze już nawet nie mówię – większość tak zwanej światowej klasyki zdaje mi się smętnymi wynurzeniami sfrustrowanych starych pryków, a współczesne dzieła cenionych pisarzy, takich jak Ian McEwan, Kazuo Ishiguro, David Mitchell, Haruki Murakami czy Michelle Houellebecq są w mojej opinii przeważnie wtórne i jakieś takie miałkie.

Co więc ma zrobić taki człowiek, którego od dawna już nic nie cieszy? Oczywiście robi to czego, jak mu się zdawało gdy miał 15 lat, nigdy nie będzie robić – tapla się z upodobaniem w bagienku czystej rozrywki. Rozkoszuje się serialami o nastolatkach, a nie kolejnymi Bergmanami. Czytuje pulp fiction, zamiast je oglądać. Słucha Rihanny.

I teraz właśnie podzieli się z czytelnikami kilkoma guilty pleasures. Wrażliwe nastolatki proszone są o opuszczenie strony. Tak samo ambitni studenci trzeciego roku kulturoznawstwa. Idźcie obejrzeć Śmierć Człowieka Pracy, to film wystarczająco dla was wzbogacający. My, ludzie dojrzali, weterani zmagań z kulturą, porozmawiamy sobie o tym, jak nisko upadliśmy.

Laurell K. Hamilton, Seria o Anicie Blake

Podobnie jak Sookie Stackhouse, Anita Blake ma na co dzień do czynienia z wampirami. Z jednym z nich wdaje się nawet w coś w rodzaju romansu, chociaż zdecydowanie wbrew swojej woli. Ale Anita to twarda laska, która zabija krwiopijców bez zastanowienia, zdając sobie sprawę z tego, czego Sookie nie rozumie – że jeśli tym potworom przyjdzie do głowy ją zabić, zrobią to bez wahania i wyrzutów sumienia. Seria jest absolutnie odmóżdżająca – żadnych rozważań o naturze ludzkiej, dywagacji o przeznaczeniu i innych takich zbędnych dodatków. Jest to czysta, krwawa sieka. Mam za sobą pięć tomów, w wolnej chwili planuję zapoznać się z kolejnymi. Zrobiono komiks na podstawie książki, też bym chętnie przeczytała. Niestety nie ma go na naszym rynku, a na import z zagranicy chwilowo mnie nie stać.

Seriale o nastolatkach

Seriale o nastolatkach stanowią moją wielką namiętność, razem zresztą z literaturą na ten temat, którą wszakże zajmuję się niejako zawodowo, więc się nie liczy. Serialami natomiast nie zajmuję się zawodowo, dlatego mogę się nimi z przyjemnością rozrywać. Generalnie obowiązuje zasada, że im gorszy, tym lepszy, dlatego o ciarki szczególnie niecnej rozkoszy przyprawia mnie serial The Secret Life Of American Teenager, który jest tak zły, że gorszy już być chyba nie może. W dodatku w całości znajduje się na YouTube:

Te koszmarne dialogi! Nachalna propaganda! Drewniane aktorstwo! Kretyńska fabuła! Po prostu cudo złote.

Tym, którzy wolą coś mniej głupiego, nieodmiennie polecam The O.C. (w Polsce serial ten funkcjonował pod wielce idiotycznym tytułem Życie na fali i pod takim tytułem można nabyć go na DVD). Wprawdzie spory o to, co jest lepsze – The O.C. czy One Tree Hill (równie idiotyczny polski tytuł Pogoda na miłość), nie ustają, ale ja jestem zdania, że bez dwóch zdań The O.C. Pierwszy odcinek tutaj:

The Sims

Nic na to nie potrafię poradzić – to moja absolutnie ulubiona gra. Grałam w jedynkę, dwójkę i trójkę i moja ulubiona pozostaje zdecydowanie dwójka. Ostatnio nabyłam The Sims Średniowiecze i jestem całkiem zadowolona – to, co było dobre w trójce zostawiono, nadmiar funkcji zniknął. Może mogłaby być ciutkę bardziej skomplikowana, ale powiedzmy sobie szczerze – w tej grze nie chodzi przecież o fabułę.

Strony kulinarne

Dla osoby, która kocha jeść, jest to przyjemność z pogranicza masochizmu. Oczywiście od czasu do czasu robię coś z tych pyszności, ale zwykle okazuje się, że ani one tak pięknie nie wyglądają, ani tak dobrze nie smakują…

Annie’s Eats

Annie nieodmiennie mnie fascynuje. To osoba, która organizuje przyjęcia z notatnikiem w ręku, a w zamrażalniku ma zapas ciast na pizzę, makaron, ciasteczka i torty, który wystarczyłby, żeby przeżyć 50 lat od apokalipsy.

Pioneer Woman

Ma czwórkę dzieci, od rana do wieczora zasuwa na farmie i jeszcze ma czas gotować. Podziwiam ją.

Food Porn Daily

Prawdziwa tortura jedzeniem.

Kwestia smaku

Marzę o tym, żeby kiedyś zrobić jedzenie, które będzie wyglądało choć w połowie tak dobrze jak to.

Oczywiście robię jeszcze w ramach niecnych przyjemności całą masę innych rzeczy, do których jednakże wstyd się przyznać.

Smacznego. A jak już zjecie, podzielcie się swoimi guilty pleasures.