Młodzież do bicia i brak kultury

Źródło: Wikipedia Commons

Jak wiedzą ci, którzy czytają mnie na Facebooku, od kilku dni wojuję z w sieci ze znanymi osobami, które krytycznie odnoszą się do liczby lektur, jakie licealiści powinni czytać rocznie. Niewiele jest tematów, które zapieniają mnie tak, jak psioczenie na młodzież. Właściwie nie wiem dlaczego. W końcu utyskiwanie na upadek obyczajów i głupotę młodszego pokolenia to sport narodowy ludzkości co najmniej od czasów starożytnych, a przypuszczam, że już w paleolicie kromaniończycy narzekali, że młodzi niewystarczająco dużo pracy wkładają w wypalanie figurek z gliny.

W każdym razie wszyscy wiemy, jaka jest „dzisiejsza młodzież” – rozpuszczona, rozpieszczona, roszczeniowa, wydelikacona, leniwa, uzależniona od sieci, agresywna i pasywna jednocześnie, a do tego po prostu głupia. Gra w „niebieskiego wieloryba” i „słoneczko”, nadużywa narkotyków i alkoholu. Szczególnie dostaje się gimnazjalistom, w końcu „gimbusy” to określenie o podobnym nacechowaniu jak „blondynki”. Oczywiście wiemy to, bo czytaliśmy o tym w prasie. Artykuły o „dzisiejszej młodzieży” i „millenialsach” mają gwarantowaną klikalność, bo każdy lubi poczuć się lepszy i mądrzejszy od „mas”.

Kiedy słyszymy słowo „dyskryminacja”, przychodzą nam do głowy grupy etniczne, mniejszości seksualne, uchodźcy, kobiety. Ale rzadko myślimy o tym, jak ogromne wiadro pomyj wylewa się nieustająco w prasie na ludzi, których jedynym przewinieniem jest to, że są młodsi od dziennikarzy – autorów tekstów. Podobnie rzecz ma się z dziećmi i osobami starszymi, ale o tych pierwszych często pisze się w tonie ostrzegawczo-wyrozumiałym (w końcu wszyscy kochamy dzieci, nieprawdaż), a o tych drugich nie piszemy źle, bo słyszeliśmy już, że ageizm nie jest cool. Natomiast przed osądzaniem od czci i wiary nastolatków nikt się nie zawaha. Tymczasem takie zjawisko też ma swoją nazwę – adultyzm. I również jest szkodliwe, bo bardzo źle działa na samoocenę nastolatków, którzy i tak już mają z nią problemy ze względu na gwałtowne zmiany psychiczne i fizyczne, które właśnie przechodzą. Kiedy z nimi rozmawiam, często zastrzegają, że nie są tacy (głupi) jak inne nastolatki. I faktycznie, nie są. Bo te inne nastolatki nie istnieją. A oni są tacy sami jak wszystkie nastolatki na świecie. Normalni w swojej nienormalności.

Poniżej próbuję odnieść się do najpopularniejszych mitów dotyczących młodzieży i chociaż trochę je zdekonstruować. Snuję też dywagacje na temat edukacji i takich tam. Bez przypisów, bo nie jestem Staszkiem Krawczykiem (niestety) i bez obrazków, bo nie mam na nie koncepcji. Czujcie się ostrzeżeni.

Młodzież się nie uczy

Jednym z najczęściej stawianych młodzieży zarzutów jest to, że się nie uczy. Za naszych czasów, panie, to była nauka. A teraz to co to za nauka? Jakieś tablice multimedialne, metody aktywizacyjne, oceny opisowe, tfu! I to ma być nauka? Myśmy się uczyli z podręczników i przysypialiśmy na wykładach i wyszliśmy na ludzi. A przed wojną to dopiero była nauka! (mówią osoby góra 50-letnie, które tych czasów z pewnością nie pamiętają). Nie będę się odnosić do kwestii przedwojennych, bo nie jestem historykiem. Ale prawda jest taka, że młodzi ludzie uczą się bardzo dużo. Wymusza to na nich m.in. system testów, które obecne są w zasadzie na każdym etapie edukacji. Nikt z osób z mojego pokolenia nie zakuwał tak na koniec 8 klasy, jak teraz zakuwają gimnazjaliści do testów trzecioklasisty.

Konieczność skupienia się na zaliczeniu kolejnych etapów edukacyjnych sprawia, że młodzi ludzie nie mają zbyt wiele czasu w szkole na rozwijanie swoich pasji czy zainteresowań. Jest podstawa programowa, którą trzeba zrealizować, i mało który nauczyciel się z nią nie spieszy. Faktycznie, zmieniło się podejście do edukacji i osoba, która przez 45 minut wygłasza wykład, a potem każe doczytać z podręcznika, nie jest uważana za dobrego edukatora. Trzeba się wykazać kreatywnością, zaciekawić ucznia, zmusić go do wstania z ławki i wykonania pracy samemu lub w grupie, na przykład w formie projektu, prezentacji, filmu, przedstawienia. Pokutuje przekonanie, że jak człowiek się śmiertelnie nie nudzi, to znaczy, że się nie uczy. Ale wszystkie badania i trendy w edukacji wskazują na to, że jest dokładnie odwrotnie. I na szczęście w coraz większej ilości szkół to się zmienia. To samo dotyczy dysleksji, dysgrafii, depresji, ADHD i innych schorzeń. Kiedyś się uważało, że taki uczeń to debil i traktowało się go odpowiednio. Tymczasem z badań wynika, że z każdym uczniem z problemami można pracować i odnosić sukcesy. To nie jest kwestia „mody” czy „fanaberii”. To jest kwestia zapewnienia pomocy ludziom, z których potem jako społeczeństwo możemy mieć pożytek, że się tak górnolotnie wyrażę.

Kolejna sprawa to zajęcia dodatkowe. Oprócz tego, że dzieciaki uczą się do szkoły, niemal obowiązkiem jest uczęszczanie na zajęcia dodatkowe. Oczywiście wszystko zależy od poziomu wykształcenia i zasobów finansowych rodziców – im wyższy, tym zajęć jest więcej. Przeważnie jest to przynajmniej język obcy, najczęściej angielski, który w szkole rzadko realizowany jest na przyzwoitym poziomie. Zwykle dochodzi do tego jeszcze coś dodatkowego – pływanie albo piłka nożna, śpiew, kursy rysunku, dodatkowe programowanie, wolontariat. Zwłaszcza w dużych miastach, zwłaszcza młodzież z tak zwanej klasy średniej, po prostu nie może nie mieć dodatkowego hobby. Przy czym te dodatkowe zajęcia to nie jest widzimisię. To są wymagania przyszłych pracodawców. Te dodatkowe umiejętności: ćwiczenie wyobraźni, wrażliwości społecznej, empatii, umiejętności pracy w grupach i przy projektach, grają ogromną rolę w perspektywie przyszłego zatrudnienia.

Młodzież spędza więc w szkole minimum osiem godzin dziennie, a potem jeszcze zasuwa na zajęcia dodatkowe. A potem jeszcze musi odrobić lekcje, przeczytać lektury i może jeszcze odrobinę odpocząć. Na spotkania ze znajomymi często już zwyczajnie brakuje czasu. Na szczęście (o czym dalej) od tego jest internet.

Młodzież nie czyta

Nieprawdą jest, że młodzież nie czyta. Zgodnie z najnowszym raportem Biblioteki Narodowej młodzież jest grupą, która czyta najwięcej. Przy czym im starsi, tym mniej czytają. Najwięcej czytają dzieci w podstawówce, potem są gimnazjaliści, licealiści i w końcu studenci. A na końcu jesteśmy my, dorośli. Tak, ta straszna młodzież, która siedzi non stop w sieci i gra w durne pokemony, czyta więcej niż my, wspaniali dorośli. Ciężko w to uwierzyć, prawda? Oczywiście, znaczna część przeczytanych książek to lektury, nie ma co do tego wątpliwości.

Skąd się bierze spadek liczby lektur z wiekiem? Poza czynnikami, które wymieniłam powyżej, czyli rosnącą z wiekiem liczbą obowiązków, wchodzi też kwestia życia społecznego i towarzyskiego. Wiek nastoletni to czas, kiedy opinie rówieśników i kontakt z nimi są  nadzwyczaj ważne i to jest normalny etap rozwoju człowieka. Niezbędny wręcz. A ponieważ wszystkiego się nie da upchnąć w 24 godziny, coś musi wypaść.

Młodzież siedzi non stop w internecie

Tak, to prawda. Młodzież bez wątpienia spędza ogromną ilość czasu „w internecie”. Pytanie jednak, co tam robi. Wbrew temu, co nam się wydaje, nie siedzi na Facebooku i nie wrzuca do sieci zdjęć swojego jedzenia. To robimy my, stare pryki po trzydziestce. Młodzi ludzie z Facebooka używają głównie Messengera. Rozmawiają… ze sobą. Ze znajomymi ze szkoły albo z innych miejsc. Niemal nie komunikują się z nieznajomymi czy ludźmi poznanymi w sieci. To wyjątek. Dzieciaki w internecie przede wszystkim gadają, rozwiązują zadania, tworzą wspólne projekty, dzielą się treściami. Czyli robią wszystko to samo, co myśmy robili, tylko za pośrednictwem telefonu. Poza tym używają internetu mniej więcej do tego samego, do czego myśmy używali telewizji – do oglądania teledysków, filmów i vlogów.

Kolejny zarzut to taki, że dzieciaki non stop grają i zamiast ze sobą rozmawiać, gapią się w telefony. To też prawda, że grają. Nie wiem tylko, czy rzeczywiście coś na tym tracą. O ile przypominam sobie swoje rozmowy z czasów licealnych, gadaliśmy głównie o imprezach i kto się komu podoba. Bynajmniej nie były to rozmowy o Sokratesie. Naprawdę nie jestem przekonana, czy pyknięcie partyjki w Clash Royale nie jest przypadkiem bardziej produktywnym sposobem spędzania czasu.

Jak ja nie znoszę tych sentymentalnych, bzdurnych memów z cyklu „za moich czasów dzieciństwo było lepsze” to nie macie pojęcia.

Warszawa to nie cały świat

Kolejnym błędem (który ja również popełniam w powyższym tekście) jest uogólnianie własnych doświadczeń na cały kraj. Jest to zresztą nagminny zabieg popełniany przez dziennikarzy, którzy, na swoje usprawiedliwienie, zmuszeni są do pisania głównie o tym, co znają, bo nikt nie da im pieniędzy na jakąkolwiek delegację, a już zwłaszcza, żeby opisali młodzież z biedniejszych regionów kraju. Efekt jest taki, że w artykułach o nastolatkach mowa jest niemal wyłącznie o młodzieży z klasy średniej, czyli dzieciach dziennikarzy i ich znajomych. Czasem zdarzy im się zajrzeć do jakichś badań, często niepolskich. Nikt nie wie, czym się zajmują w wolnym czasie na przykład uczniowie zawodówek, bo nikt o tym nie pisze [i nikogo to nie interesuje – w znaczeniu, że to się nie klika/sprzedaje]. No chyba, że kogoś pobiją lub zamordują, ale nawet wtedy nie umieszcza się ich zachowania w szerszym kontekście. Jest tylko oskarżenie w rodzaju „młodzież coraz częściej morduje” poparte (lub nie) cząstkowymi statystykami. W efekcie ogromna grupa młodzieży w ogóle w mediach nie istnieje. I ja też wam nic o niej nie powiem, bo swoje badania prowadzę w Warszawie i na jej przedmieściach, i tam też uczę. Ale te dzieciaki też musimy mieć na uwadze, kiedy mówimy o liczbie lektur do przeczytania w skali roku. Nie dlatego, że oni nie są w stanie jej przeczytać. Myślę, że wielu z nich może to nawet robić z mniejszym wysiłkiem, bo nie mają tych wszystkich dodatkowych zajęć, o których mówiłam wcześniej. Tylko że to wcale nie poprawia ich sytuacji, bo jak napisałam już powyżej, nie ćwiczą przy okazji umiejętności miękkich, które dla pracodawców są niezwykle ważne. I o tym też powinno się myśleć, układając podstawy programowe – że dzieciaki z biedniejszych środowisk, domów, w których się nie czyta, mają braki, które powinna uzupełnić edukacja, a tymczasem nikt nie ma pomysłu, jak się do tego zabrać.

Równa edukacja to sprawiedliwa edukacja

Wszelkie dyskusje o czytelnictwie są w dużej mierze dyskusjami o edukacji. W naszym kraju pokutuje przekonanie, że wszyscy jesteśmy równi, a to, że jedni odnoszą sukces, a inni nie, wynika tylko z chęci lub ich braku. Oczywiście w świetle wyników badań społecznych jest to kompletną bzdurą. To, z jakiego środowiska się wywodzimy, ma ogromny wpływ na nasze przyzwyczajenia, zainteresowania i pozycję społeczną. Badania prowadzone przez Bibliotekę Narodową  uwzględniają ten fakt i w komentarzu do wyników pojawiają się również odniesienia do tzw. kapitału kulturowego jednostki. Tym, którym obcy jest żargon nauk społecznych, wyjaśniam, że kapitał kulturowy to z grubsza wszystko, co wynosimy z domu (oczywiście w kwestii kontaktu z kulturą). Im wyższe wykształcenie rodziców, tym zazwyczaj wyższy kapitał kulturowy. O osobach, które (z własnej woli) chodzą do teatru, opery, muzeów, mają książki, obrazy, czytują prasę, oglądają filmy, powiemy, że mają wysoki kapitał kulturowy. Ale to nie wszystko. Kapitałem kulturowym będzie chociażby osłuchanie się z językami, które znają nasi rodzice (i stojące na regałach książki w tym języku), możliwość zobaczenia placu Św. Piotra w Watykanie, a nie tylko obejrzenie reprodukcji zdjęcia, ogólne obycie w świecie, umiejętność rozmów z ludźmi z innych obszarów kulturowych, dobre maniery, tzw. dobry gust i cała masa innych rzeczy. Ale kapitał kulturowy to nie jedyny czynnik, który wpływa na czytelnictwo. Książki czytują również ludzie mający stosunkowo niski kapitał kulturowy, choć oczywiście będzie to inny typ lektury. Elementem, którego Biblioteka Narodowa wydaje się w ogóle nie brać pod uwagę, jest tempo życia. A to wzrosło ogromnie w ciągu ostatnich 25 lat i już samo to wymusiło ogromne zmiany w czytelnictwie, nawet jeśli nie brać pod uwagę ogromnej konkurencji w postaci innych mediów – gier, powszechnie dostępnych filmów, seriali, a nawet coraz popularniejszych planszówek czy chociażby komiksów. [Nie chcę tutaj pisać o snobistycznym przekonaniu, że literatura piękna jest królową rozrywek i że człowiek, który nie czyta, a na przykład ogląda filmy, nie może zostać uznany za „wykształconego”, bo to wątek tak długi, że można by na niego poświęcić osobny wpis. Zresztą już to kiedyś poniekąd zrobiłam.]

Ale wracając jeszcze do młodzieży i edukacji – szkoła również działa w założeniu, że wszyscy jesteśmy równi. Program nauczania tworzy nierówności właśnie dlatego, że wszystkich traktuje tak samo. Tymczasem, gdyby chcieć „wyprodukować” jednostki równe sobie, szkoła powinna uczniów o niższym kapitale kulturowym (a także społecznym i majątkowym) traktować w sposób specjalny – poświęcać im więcej uwagi, oferować stypendia, wyjazdy, zapomogi finansowe i nie tylko. I tego również nie biorą pod uwagę „spece” od czytelnictwa, którzy wyroili się ostatnio w internecie. Często pojawiały się głosy, że „nie każdy musi mieć maturę”. No rzeczywiście, nie każdy musi. Ale edukacja jest po to, żebyśmy wszyscy na tym zyskali. I pojedynczy obywatele, którzy mogą lepiej zarobić i zapewnić sobie godniejszy byt, i my jako społeczeństwo, bo wykształcone społeczeństwo to wyższe PKB, wyższy poziom innowacji, lepsze życie dla nas wszystkich. Nie każdy musi mieć maturę, ale każdy człowiek, którego uda nam się przekonać, że warto się uczyć, to dla nas zysk.

A tego zysku nie osiągniemy, jeśli będziemy w nieskończoność windować wymagania, które są nieadekwatne do realiów. Bo wiele się mówi o lekturach w szkole i tym, które powinny, a które nie powinny znaleźć się na liście obowiązkowych pozycji. A bardzo mało mówi się o tym, że żyjemy w kulturze wizualnej i do tego, żeby umieć odróżnić prawdę od post-prawdy, nie musimy przeczytać „Odprawy posłów greckich” (chociaż na pewno nam to nie zaszkodzi). Pisałam już kiedyś o tym, że w podstawie programowej w zasadzie nie ma kina, ale również pozostałych sztuk wizualnych. Moim zdaniem jest to ogromna dziura, której nikt nie kwapi się załatać.

Oczywiście przy okazji pojawia się w ogóle pytanie o rolę szkoły – czy powinna ona odpowiadać na bieżące potrzeby przyszłych pracodawców, tłumaczyć rzeczywistość wokół nas, czy może jednak istnieje jakiś kanon wiedzy, bez którego nie da się dalej iść do przodu? Z czego należałoby zrezygnować, żeby zmieścić te nowe informacje? Bo nie można tylko w nieskończoność dodawać – czegoś musi ubyć.

I gdybyśmy jako internauci zastanawiali się nad tym, co zmienić w podstawach programowych i sposobach nauczania, żeby było lepiej, nie czepiałabym się ironii czy sarkazmu. Ale wyśmiewanie się z licealistów, którzy nie dają rady przeczytać siedmiu lektur rocznie, bez wiedzy na temat licealistów czy edukacji, to po prostu, proszę państwa, brak kultury.

Co na prezent – marzec 2017

Dla tych, którzy czytają tekst pierwszy raz, wyjaśniam – „Co na prezent” to przegląd nowości wydawniczych z danego miesiąca. Są to w większości pozycje, których nie czytałam ani nie miałam w ręku, także nie ręczę za to, że faktycznie okażą się dobre i ciekawe. Tekst podzielony jest na zapowiedzi dla dużych (dorosłych) i małych (dzieci, również tych wewnętrznych). Miłej lektury (i zakupów).

­ Dla dużych

________________________________________________________________________

Marie Brennan Historia naturalna smoków
Tłum. Dorota Żywno
Wyd. Zysk i S-ka

Fikcyjne wspomnienia lady Trent, znanej smokolożki, która zrewolucjonizowała swoją dziedzinę wiedzy. Akcja powieści rozgrywa się w świecie budzącym skojarzenia z wiktoriańską Anglią, również pod względem obyczajowym. Podobno w treści jest mało smoków, ale i tak zapowiada się ciekawie.

________________________________________________________________________

Rupi Kaur Miód i mleko
Tłum. Anna Gralak
Wyd. Otwarte

Rupi Kaur znana jest głównie z tego, że opublikowała w sieci swoje zdjęcie z menstruacyjną plamą na piżamie. Ta kanadyjska artystka hinduskiego pochodzenia nie tylko rysuje i fotografuje, ale również pisze wiersze. Jej pierwszy tomik, „Miód i mleko”, opowiada o kobiecości, fizyczności, ale też o trudnych tematach – wychowaniu w opresyjnej rodzinie i doświadczeniu przemocy. Czytałam w sieci jej pojedyncze utwory i chociaż nie nazwałabym ich doskonałymi, z pewnością warto je znać. Mam tylko nadzieję, że tłumaczka stanęła na wysokości zadania.

________________________________________________________________________

Jesse Jacobs Miesiąc miodowy na safari
Tłum. Agata Napiórska
Wyd. Kultura Gniewu

Psychodeliczny trip i satyra na turystykę w jednym, a wszystko w odcieniu wściekłej zieleni? Biorę. Na pewno nie będzie to standardowa lektura. Poza tym mam skojarzenia z Herzogiem i jego bohaterami-szaleńcami w dżungli, a to zawsze plus.

________________________________________________________________________

Niepewne
Autorka: Issa Rae

Zupełnie przegapiłam ten serial, a wygląda na bardzo ciekawy. Oparty jest o produkcję webową Awkward Black Girl, dostępną na YouTube. Opowiada o doświadczeniach współczesnych Afroamerykanek, zahacza o tematy rasizmu, ale w komediowej formule.

________________________________________________________________________

Tajemnicze Domostwo
Wyd. Portal Games

Mam słabość do historii kryminalnych, ale nie trafiłam jeszcze na grę planszową, w której rozwiązywanie zagadek dorównywałoby przyjemności czytania powieści. Może tym razem się uda? Tajemnicze Domostwo według sieciowych recenzji przypomina połączenie Dixitu z Cluedo. Znam obydwie te gry i je lubię, więc chętnie spróbuję.

 

Dla małych

________________________________________________________________________

Maria Skłodowska-Curie Justyna Styszyńska
Wyd. Widnokrąg

Maria Skłodowska-Curie to pierwsza książka z serii Idol. Prezentuje ona sylwetki ludzi, którzy wnieśli znaczący wkład w światową naukę, sztukę albo kulturę. Wewnątrz znajdziecie ćwiczenia aktywizujące, propozycje eksperymentów naukowych, naklejki. Jednym słowem wszystko, co może zainteresować dzieci w pewnym wieku tak ważną postacią. Strasznie mi się podoba ten pomysł. Książka jest też bardzo fajnie ilustrowana przez autorkę.
Wydawnictwo przygotowuje kolejną pozycję, będzie dotyczyła Fridy Kahlo.

Wiek: 7+

________________________________________________________________________

Jane, lis i ja, Fanny Britt, ilustracje: Isabelle Arsenault
Tłum. Małgorzata Janczak
Wyd. Kultura Gniewu

Helena to jedenastolatka, której wciąż dokuczają rówieśniczki. Ucieka więc od codzienności do świata
„Jane Eyre” (bratnia dusza!). Powszechny problem w nietypowym ujęciu, plus piękne ilustracje.

Wiek: 10+

________________________________________________________________________

Pingolo
Wyd. Fox Games

Propozycja dla najmłodszych, czyli memory w wersji z pingwinkami i ich jajkami. Z mojego doświadczenia wynika, że młodsze dzieci wolą raczej gry kooperacyjne, bo nie lubią przegrywać, ale ponieważ im młodszy gracz, tym lepiej mu idzie w pamięciówki, ta propozycja może się nieźle sprawdzić.

Wiek: 4+

A teraz, kochane dzieci, pocałujcie Hannah w d…

Gdyby w 2009 roku ktoś mi powiedział, że będę jeszcze kiedykolwiek pisać o Miley Cyrus, to bym go chyba śmiechem zabiła. Ponurym, gorzkim śmiechem zresztą. Hannah Montana, disneyowskie wcielenie Miley, było jednym z głównych powodów, dla których zrezygnowałam z pracy w prasie dziecięcej. Nie mogłam znieść pustoty i głupoty, którą na co dzień musiałam serwować dzieciom za pośrednictwem magazynu Hannah Montana, idiotycznych chichotów bohaterki serialu, piosenek prostych jak konstrukcja cepa, a przede wszystkim samej Miley – nadpobudliwej, nadekspresyjnej brzyduli, która w każdym kolejnym odcinku ładuje się w coraz głupsze i bardziej obciachowe sytuacje. Przy Hannah Montana komiksy W.I.T.C.H., inny popularny w tamtym czasie produkt Disneya, były szczytem wyrafinowania i pomysłowości, a filmy Pixara to po prostu kultowe arcydzieła.

Miley Cyrus jako Miley Stewart aka Hannah Montana (jak widzicie, bohaterka miała na imię tak samo jak aktorka, żeby widz jeszcze bardziej utożsamiał ze sobą te dwie postacie), fot. Getty Images, Copyright: Disney Enterprises, Inc

Co mnie w takim razie skłoniło do napisania tego tekstu? Otóż w przeciwieństwie do reszty świata, obserwowałam poczynania dorastającej Miley nie tyle z rosnącym obrzydzeniem, co najpierw z mściwą satysfakcją, potem zainteresowaniem, a w końcu autentycznym podziwem. Konsekwencja, z jaką Miley niszczy Hannah Montanę nosi znamiona nie tylko odcięcia się od niepasującego jej już wizerunku, ale niemal zemsty. Jakiś czas temu wrzucałam tutaj tekst, którego pewnie nikt z was nie przeczytał, więc go streszczę. Jego tytuł to „Miley Cyrus is punk as fuck”, a autor stawia tezę, że Miley jest najbardziej punkową artystką ostatniego dziesięciolecia. Zgodnie z jego wizją Miley ma (posługując się punkową terminologią) na wszystko wyjebane, bo jest bogata i może robić co chce, a komentarze dotyczące jej „niekulturalnych” występów mało ją obchodzą. Myślę, że autor ma bardzo dużo racji, ale jedno się z całą pewnością nie zgadza – Miley nie jest bogata. A w każdym razie nie była w czasie, kiedy grała w serialu. Mistycyzm Popkulturowy niejednokrotnie pisał o tym, jak Disney traktuje swoich rysowników, którzy mimo ogromnej roli w budowaniu sukcesu marki nie mają praw do swoich prac.

Podobnie rzecz ma się z aktorami, zwłaszcza dziecięcymi, dla których disneyowskie role są przeważnie pierwszymi w karierze, przez co mają oni niemal zerową możliwość negocjowania umów. Podpisywane przez nich kontrakty opiewają na stosunkowo niewielkie sumy. Są one również niezależne od ogólnych zysków z produkcji, tymczasem biznes związany z dwoma produktami, Hannah Montana i High School Musical, stanowił w pewnym momencie około 1/3 globalnych zysków korporacji. Hannah Montana to oczywiście nie tylko serial i film pełnometrażowy, ale przede wszystkim ogromny rynek towarów – od koszulek z wizerunkiem Miley, poprzez pościele, kubki, szczoteczki do zębów, balony i talerze. To właśnie licencje na tego typu produkty stanowią gros zysków Disneya, a nie są to bynajmniej licencje tanie (należą do najdroższych na rynku). Miley, podobnie jak rysownicy Disneya, nie ma i nigdy nie miała żadnego finansowego udziału w tych zyskach. Może więc nic dziwnego, że nie chce już być kojarzona z firmą, która wprawdzie dała jej możliwość zaistnienia, ale z drugiej strony po prostu zrobiła ją na szaro.

Dzisiaj Miley w wywiadach mówi wprost, że w pewnym momencie była prawdopodobnie najgorzej zarabiającym członkiem obsady serialu, mimo że jej twarz stała się rozpoznawalna niemalże na całym świecie. Fot.: Sam Emerson, Copyright: Disney Enterprises, Inc

Kolejna ciekawa kwestia, która pojawia się w umowach Disneya z młodocianymi gwiazdami, to tak zwana „klauzula przyzwoitości” (morals clause). Zgodnie z tą klauzulą młodzi artyści nie mogą pić publicznie alkoholu, muszą się przyzwoicie ubierać i generalnie zachowywać się, jak na porządnych obywateli przystało. W efekcie ich wizerunek staje się bardzo „świętoszkowaty” – nie ma w nim miejsca na bunt czy nastoletnie wybryki. W końcu mają stanowić wzór dla dzieci i młodzieży na całym świecie.

Miley mogłaby napisać poradnik pt. „Jak pogrzebać dziecięcą gwiazdę w trzech krokach”.

Między innymi dlatego byli podopieczni Disneya mają później problem z przeistoczeniem się z dziecięcych sław w mniej lub bardziej dorosłych ludzi. Jest to zresztą nagminny problem z gwiazdami, które wcześnie zaczęły karierę (patrz: Justin Bieber albo członkowie rozmaitych boysbandów). Bardzo niewiele z nich jest w stanie w sposób bezbolesny przejść od produkcji dziecięcych do dorosłych. Wynika to m.in. ze znacznie większego społecznego nacisku na konieczność bycia „dobrym przykładem” dla młodszej widowni. Byłe dziecięce gwiazdy są poddawane ogromnej krytyce za wszelkie „dorosłe” zachowania. Nie mogą pić alkoholu ani uprawiać seksu, chociaż już dawno temu skończyły 18 lat. Nie wolno im też w żadnym wypadku być odmiennej orientacji. W efekcie większość z nich boryka się z depresją albo uzależnieniem od substancji psychoaktywnych, a często z jednym i drugim. W stajni Disneya właściwie wszystkie gwiazdki (z wyjątkiem może Hilary Duff) miały po zakończeniu kontraktu jakieś problemy: z narkotykami (chociażby Zac Efron), łamaniem prawa (Debbie Ryan, Shia LaBeouf, Misha Barton, Mitchel Musso i wielu innych), depresją, anoreksją, bulimią i podobnymi chorobami (Demi Lovato, Britney Spears, Lee Thompson Young, który popełnił w końcu samobójstwo), skandalami seksualnymi (Ashley Tisdale, Selena Gomez). Jedną z najsłynniejszych disneyowskich gwiazd, które nie poradziły sobie z presją sławy, jest oczywiście Lindsay Lohan, uzależniona od narkotyków i z wyrokami na koncie. Gwoździem do trumny w przypadku Lindsay okazał się jej związek z dj-ką Samanthą Ronson. Publiczność nie darowała jej romansu z osobą tej samej płci. W podobnej sytuacji zdaje się być Demi Lovato, która w kwestii swojej seksualności robi krok w lewo, dwa kroki w prawo, raz twierdząc, że jest biseksualna, by za chwilę się z tego stwierdzenia wycofać. Innym przykładem może być Britney Spears, która miała swego czasu ogromny problem z porzuceniem wizerunku cnotliwej dziewczynki. Do niemożności pogodzenia roli nastolatki z koniecznością przypodobania się dorosłej widowni doszła wrodzona nieśmiałość Britney, która w świetle kamer (poza koncertami) do dzisiaj czuje się wyraźnie nie na miejscu. Ogromna popularność dziewczyny, pod domem której w pewnym momencie nieustannie stało kilkunastu paparazzich, sprawiła że Britney kompletnie załamała się psychicznie i niemal przez dwa lata w ogóle nie wychodziła z domu.

Miley w wywiadach identyfikuje się jako osoba biseksualna, o płynnej tożsamości płciowej.

Tymczasem strategia Miley Cyrus była zupełnie inna. Ona po prostu rozniosła Hannah Montanę na strzępy niemal natychmiast po tym, jak skończył się jej kontrakt. Zamiast próbować spieniężyć poprzedni sukces, zaczęła kompletnie od nowa i to z zupełnie innej strony. Musiała się liczyć z tym, że część fanów po prostu ją odrzuci, a jednak zrobiła to. Nie wiem, na ile jej działanie było świadomą strategią marketingową, bo nie ulega wątpliwości, że Miley nigdy nie była grzeczną dziewczynką – to polityka Disneya sprawiła, że przez tyle lat musiała ukrywać, jaka jest naprawdę. W końcu to ona już w wieku 15 lat pojawiła się w rozbieranej sesji w magazynie Vanity Fair, wrzuciła do sieci swoje zdjęcia, na których niemal całuje się z przyjaciółką i leżała na wpół rozebrana na kolanach swojego chłopaka, a mając lat 17 tańczyła na rurze na rozdaniu Teen Choice Awards. Słynna afera twerkingowa była w pewnym sensie logiczną konsekwencją poprzednich „występów”. Część tych zachowań można zrzucić na karb wieku, ale nie zmienia to faktu, że Miley po prostu nigdy nie była subtelną, ułożoną dziewczynką. A kiedy skończył się jej kontrakt z Disneyem, mogła wreszcie zacząć robić to, na co zawsze miała ochotę.

Coraz więcej gwiazd pokazuje się z nieogolonymi pachami. Czy możemy już mówić o trendzie?

Źródłem kontrowersji jest nie tylko fakt, że Miley zaczynała jako dziecięca gwiazda, chociaż nie ulega wątpliwości, że gdyby pojawiła się na scenie po raz pierwszy jako 21-latka, z pewnością zostałaby odebrana inaczej. Ważne jest również, że tworzy muzykę określaną jako popularną. Chociaż granice tego, co można sprzedać jako pop, przesuwają się z roku na rok (spore zasługi ma tutaj Rihanna, która również zaczynała jako piętnastolatka, ale nigdy nie była stricte dziecięcą gwiazdą, i jej album Good Girl Gone Bad), to wciąż paradoksalnie mocno pruderyjne poletko. Mimo że półnagie tancerki w teledyskach raperów wyśpiewujących teksty o tym kogo, gdzie i jak mocno chcieliby posunąć są poniekąd standardem w branży, śpiewającym artystkom nie pozwala się na wiele. Mają odsłaniać ciało, owszem, ale potem powinny zapewniać swoich fanów, że są grzeczne i miłe, kochają swoje pieski i są wierne swoim chłopakom. Ich ciała muszą wyglądać w sztywno określony sposób, powinny być gładkie i szczupłe, wypukłe i wklęsłe w odpowiednich miejscach.  Nikogo nie interesuje, że Amanda Palmer, wokalistka punkowo-kabaretowego zespołu Dresden Dolls rozbiera się na scenie do goła i nie goli się pod pachami, bo ona należy do alternatywy. Ale włosy i nagie piersi artystki popowej interesują wszystkich, bo łamie zasady panujące w showbiznesie.

W swoich „Backyard Sessions” nagrywała m.in. z Joan Jett i Laurą Jane Grace, transpłciową założycielką punkowego zespołu Against Me! Zyski z inicjatywy przekazała w całości założonej przez siebie Happy Hippie Foundation, fundacji zajmującą się m.in. nieletnimi bezdomnymi i młodymi osobami LGTB.

„Ekcesy” Miley w rodzaju tańca na rurze dwadzieścia lat temu zmiotłyby ją ze sceny popularnej raz na zawsze (no dobra, może nie, w końcu wtedy tworzyła Madonna, ale z drugiej strony Madonna była tylko jedna, teraz „bulwersujących” artystek jest znacznie więcej), dzisiaj przynoszą jej mnóstwo pieniędzy. Może i jest na liście najbardziej znienawidzonych celebrytów, ale jednocześnie jej płyty sprzedają się doskonale, a koncerty wyprzedają się na pniu. Miley nie tylko pogrzebała głęboko koszmarek Disneya, ona jest częścią zmian zachodzących na scenie muzyki popularnej i wiele wskazuje na to, że może być na niej ważną postacią. Bo przy tym, w przeciwieństwie do wielu innych postdisneyowskich gwiazdek, Miley Cyrus ma olbrzymią charyzmę, którą widać było już wtedy, kiedy w wieku dwunastu lat brała udział w przesłuchaniach do roli Hannah.

W 2009 roku w polskich kinach pojawił się pełnometrażowy film Hannah Montana: The Movie, którego przesłanie mnie załamało. Ponieważ pewnie raczej go nie widzieliście, pozwolę sobie go streścić. Otóż fabuła w skrócie przedstawiała się tak, że Hannah Montana czyli Miley Stewart (trzy czwarte żartów serialu opierało się na założeniu, że Miley po założeniu blond peruki staje się nie do poznania i nikt nie wie, że ona to Hannah) zaczyna coraz bardziej gwiazdorzyć i tatuś za karę wysyła ją do rodzinnego Tennessee, by przypomniała sobie, kim jest naprawdę. Tam Miley dochodzi do wniosku, że ma już dość bycia gwiazdą i chce teraz być sobą. W finałowej scenie w trakcie koncertu w rodzinnej miejscowości dziewczyna przyznaje, że Hannah i Miley to ta sama osoba. Publiczność odpowiada, że i tak ją kocha, ale żeby założyła perukę z powrotem, bo oni wolą gwiazdę Hannah, a Miley w sumie mało ich interesuje. I to uchodzi za szczęśliwe zakończenie.

Nie macie pojęcia, jak mnie cieszy, że w prawdziwym życiu Miley Cyrus powiedziała wszystkim, że mogą sobie wsadzić w d… tę perukę.

Co na prezent – luty 2017

Dla tych, których nie było tu w zeszłym miesiącu, wyjaśniam – „Co na prezent” to przegląd nowości wydawniczych z danego miesiąca. Są to w większości pozycje, których nie czytałam ani nie miałam w ręku, także nie ręczę za to, że faktycznie okażą się dobre i ciekawe. Tekst podzielony jest na zapowiedzi dla dużych (dorosłych) i małych (dzieci, również tych wewnętrznych). Miłej lektury (i zakupów).

Dla dużych

________________________________________________________________________

okladka-200

Totalnie nie nostalgia – Memuar Wanda Hagedorn, Jacek Frąś
Wydawnictwo: Kultura gniewu

Autobiografia w formie komiksowej. Tematyka (dorastanie w PRL) i fakt, że autorka komiksu mieszka aktualnie za daleką granicą, przywodzą na myśl (nielubianą przeze mnie) Marzi. Jednocześnie też przecież dorastałam w tamtej rzeczywistości, poza tym ciekawa jestem bardzo wątków feministycznych. Recenzje rewelacyjne. Na rynku od stycznia.

________________________________________________________________________

silwer-3

Silver, trzecia księga snów Kerstin Gier
Wydawnictwo: Media Rodzina
Tłum. Agnieszka Hofmann

„Trylogia czasu” tej autorki to jedna z najfajniejszych serii młodzieżowych, jakie czytałam w ostatnich latach. Ta o snach nie jest aż tak dobra (czytam właśnie drugi tom), ale na tyle lekka, ciepła, sympatyczna i przyjemna, że na pewno doczytam do końca. A poza tym ma ładne okładki.

________________________________________________________________________

big_obywatel_kane_bd_ocard_3d

Obywatel Kane
Reż. Orson Welles

Czy to rzeczywiście najlepszy film w historii kina? Trudno powiedzieć, jednak nie ulega wątpliwości, że jeden z najważniejszych. Właśnie wyszedł ponownie na DVD i Blue-Ray, więc jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zobaczyć, to teraz może.

________________________________________________________________________

pic2642988

The Others

Przyznaję – pewnie nigdy w tę grę nie zagram. Po pierwsze – jest bardzo droga, po drugie – wściekle skomplikowana. Ale bardzo podoba mi się mroczny, ponury klimat i pomysł na rozgrywkę, gdzie jedna osoba gra przeciwko drużynie (lubię gry kooperacyjne i o niskiej losowości). W dodatku nie jest wcale taka długa, przynajmniej według twórców. Może jak dzieci dorosną, uda mi się gdzieś dorwać. Niedawno pojawiła się w polskiej wersji językowej.

Dla małych

________________________________________________________________________
brummnahula-przod

Pan Brumm na Hula Hula Daniel Napp
Wydawnictwo: Bona
Tłum. Elżbieta Zarych

Bardzo lubię serię książek o Panu Brummie, sympatycznym niedźwiedziu, i jego przyjacielu, malutkim Kaszalocie. Jest zabawna, niegłupia i pomysłowo zilustrowana. Dobra propozycja dla najmłodszych.
Wiek: 3+

________________________________________________________________________

wilki_grill_draft

Wilki z Nowego Meksyku William Grill
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Tłum. Agata Napiórska

Komiks etnograficzno-ekologiczno-przyrodniczy. Zdobył na całym świecie górkę nagród. Piszą o nim na Brain Pickings. Przepięknie ilustrowany. A jeśli ktoś jest zainteresowany wilczą tematyką, to jako dorosłe uzupełnienie polecam „Wilk zwany Romeo” Nicka Jansa, o sytuacji wilków współcześnie, na Alasce i w Kanadzie.
Wiek: 9+

________________________________________________________________________

www_bankrut1

Bankrut

Nasza Księgarnia wkracza na rynek gier planszowych. Wśród pierwszych propozycji wydawnictwa pojawiła się gra autorstwa Reinera Knizia, niemieckiego projektanta gier, m.in. bardzo popularnych na naszym rynku Pędzących Żółwi. Gra jest niedługa (ok. 30 minut), a rozgrywka nietypowa, bo gracze muszą handlować ze sobą jednocześnie. Zapowiada się przyjemna gra imprezowa.
Wiek: 8+

„Przez las” Emily Carroll

przez-las

Kiedy zapowiedź „Przez las” pojawiła się na fejsbukowej stronie Są komiksy dla dzieci (którą nawiasem mówiąc polecam wszystkim interesującym się tematyką dziecięcych komiksów, trafiają tam zapowiedzi i recenzje większości wychodzących w Polsce pozycji, a od czasu do czasu również przecudne gify), od razu wiedziałam, że ją kupię. Otwierałam książkę z pewną obawą – tym razem oczekiwania miałam wysokie – ale nie zawiodłam się. Z pełną odpowiedzialnością mówię – idźcie i kupujcie ją wszyscy, albowiem jest cudna jak pierwsze zielone listki na drzewach po długiej zimie.

przez-las-ii

Wszystkie grafiki w tekście pochodzą z „Przez las” autorstwa Emily Carroll.

„Przez las” to powieść graficzna dla nastolatków i dorosłych. Zawiera pięć opowiadań grozy oraz wstęp i zakończenie. Każda historyjka jest skończoną całością, narysowaną w nieco innym stylu. Pierwsze trzy klimatem nawiązują do baśni, czwarte – do powieści gotyckich gdzieś z pogranicza Edgara Allana Poe i Daphne du Maurier, a piąte to czysty horror, ciekawie wykorzystujący motyw industrializacji i… macierzyństwa. Autorka, Emily Carroll, błyskawicznie zdobyła popularność, kiedy jej internetowy komiks Jego twarz cała we krwi (można go przeczytać również na stronie autorki) w Halloween 2010 roku rozprzestrzenił się wirusowo w mediach społecznościowych. Od dzieciństwa zafascynowana baśniami, zaczęła tworzyć krótkie komiksy grozy i umieszczać je na stronie internetowej, aż w końcu zainteresowali się nią wydawcy i zaproponowali stworzenie antologii. Jeśli chodzi o prace w internecie, to ciekawym przykładem jest opowiadanie Margot’s Room, które ma cechy interaktywne – historię czytelnik składa sobie sam, klikając na różne przedmioty w pokoju tytułowej bohaterki.

emily-carroll-ii

Ale wracając do „Przez las” – wszystkie opowiadania mają otwarte zakończenia, co daje fantastyczne pole do interpretacji. W „Domu sąsiada” mamy więc wariację na temat Czerwonego Kapturka, którą odczytać można zarówno jako opowieść o odchodzeniu, jak i o relacjach siostrzanych. Moje ulubione „Dłonie pani są zimne” to fantastyczny retelling baśni o Sinobrodym, a jednocześnie opowieść o dojrzewaniu i zazdrości, które każe nam się zastanowić, kto tutaj właściwie jest katem, a kto ofiarą. „Jego twarz cała we krwi” to historia o tchórzostwie i zawiści, bardzo wyraźnie inspirowana baśniami braci Grimm (również w warstwie wizualnej). Najsłabsza fabularnie „Moja przyjaciółka Janna” jest całkiem zgrabną metaforą przyjaźni, a przez wielu uważane za najlepsze „Rodzinne gniazdo” daje się intepretować na tyle różnych sposobów, że nawet nie będę zaczynać. Zresztą już sam tytuł jest wieloznaczny. Strach przed lasem ma wiele przyczyn. Z jednej strony jest w nim coś pierwotnego, powiązanego z lękiem przed ciemnością i żyjącymi w lesie drapieżnikami. Jednocześnie często zapominamy o tym, że las sam z siebie nie jest groźny, ale dla nas, uzależnionych od cywilizacji, taki się staje. Nie umielibyśmy w nim przetrwać, nie potrafilibyśmy nawet znaleźć drogi, chociaż dawniej posiadaliśmy tę zdolność. Fakt, że akcja większości opowiadań rozgrywa się w czasach, kiedy człowiek i las byli sobie bliżsi, nadaje im dodatkowy wymiar.

emily-carroll

O ile fabuła, mimo swojej wieloznaczności, może pozostawiać w niektórych przypadkach nieco do życzenia (widać, że prace pochodzą z różnych okresów i autorka uczy się, jak prowadzić historię), o tyle wizualnie jest to rzecz po prostu cudowna. Carroll przepięknie splata tekst z obrazem (zwłaszcza widać to w „Dłonie pani są zimne”, gdzie tekst stanowi jednocześnie mocny element ilustracji) i fantastycznie operuje kolorami. Jej prace budzą skojarzenia m.in. z japońskimi drzeworytami. Dawno nie miałam w ręku komiksu, który byłby tak piękny. Niektóre kadry można by po prostu wyciąć i powiesić na ścianie bez żadnych zmian.

Na koniec chciałam jeszcze dodać, że ja się przeważnie boję horrorów i staram się ich raczej w swoim życiu unikać. Co rzekłszy, stwierdzam, że dawno się tak dobrze nie bawiłam przy lekturze czegokolwiek, strasznego czy nie. „Przez las” to po prostu czysta radość.

Wydawnictwo Entliczek
Tłum. Marta Bręgiel-Benedyk

Co na prezent – styczeń 2017

Ruszam z nowym cyklem (mam nadzieję). Będzie to przegląd nowości wydawniczych: książki, komiksy, dvd, gry planszowe itp. z danego miesiąca. Czasem na pewno będę opisywać interesujące starsze rzeczy, ale postaram się umieszczać głównie zapowiedzi. Są to w większości pozycje, których nie czytałam ani nie miałam w ręku, także nie ręczę za to, że faktycznie okażą się dobre i ciekawe. Tekst podzielony jest na zapowiedzi dla dużych (dorosłych) i małych (dzieci, również tych wewnętrznych).

Dla dużych

____________________________________________________________________

okladka-200Miss Marvel. Niezwykła, tom 1, G. Willow Wilson, rys. Adrian Alphona
tłum. Anna Tatarska
wyd. Egmont

Kamala Khan, muzułmańska nastolatka z Jersey, nagle staje się superbohaterką. Autorką scenariusza jest kobieta, G. Willow Wilson. Komiks stał się głośny jakiś czas temu ze względu na kontrowersyjną (dla fanowskiego betonu) tematykę. Później obsypano ją statuetkami i pewnie dzięki temu doczekaliśmy się polskiego tłumaczenia.

_____________________________________________________________________

large_holiday

Lady Day śpiewa bluesa, Billie Holiday, William Dufty
tłum. Marcin Wróbel
wyd. Czarne

Billie Holliday to postać, której chyba nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać, tyleż fascynująca, co tragiczna. Wydana 50 lat temu biografia artystki wreszcie trafiła na polski rynek. Tłumaczył Marcin Wróbel, co jest gwarancją dobrej jakości tekstu.

_____________________________________________________________________

pressroom-materialy-0-spojrzenia_pakiet_1_2_film_dvd_2d

Spojrzenia (Looking)
reż. Andrew Haigh
produkcja HBO

Uroczy, cudowny serialik, połyka się go za jednym posiedzeniem. Pisałam o nim więcej tutaj. Dwa sezony można od niedawna kupić na DVD. [Tylko co to za tragiczna okładka]

_____________________________________________________________________

sabotazysta

Sabotażysta
wyd. G3

Nie jest to bardzo nowa gra, ale robi ostatnio furorę w moim towarzystwie, więc postanowiłam się podzielić. Świetna gra imprezowa, można ją rozegrać szybko albo trochę dłużej (zależy, na ile tur się umówimy). Dość duża losowość, ale mnóstwo frajdy z kooperacji. Nie jest może piękna, ale bardzo miodna. Najlepiej gra się od pięciu osób wzwyż.

 

 

Dla małych

____________________________________________________________________

okladka-450

Seria Sisters Christophe Cazenove, William Maury
tłum. Maria Mosiewicz
wyd. Egmont

Sisters to seria krótkich, zabawnych komiksów o dwóch siostrach i ich codziennym życiu. Muszę powiedzieć, że pierwszy tom serii podszedł mi umiarkowanie, mimo że sama miałam młodszą siostrę, więc przynajmniej w teorii przygody bohaterek powinny mi być bliskie. Ale starsze dziecko zareagowało entuzjastycznie i zażądało kolejnych części, więc postanowiłam dać drugą szansę. W księgarniach niedawno pojawił się tom 5.

Wiek: 6+

____________________________________________________________________

75921539_kiwi-lec-nielocie-lec_700x726_ffffff_scl

Kiwi – leć, nielocie, leć
Wyd. Egmont
Kolejna nie-taka-bardzo-nowa nówka. Gra zręcznościowa, przypominająca odrobinę dawne „pchełki”. Gracze muszą trafić do pudełka żetonami, w dodatku w określonej kolejności. Zabawa jest niezła, bo wcale nie jest łatwo. Nie polecam, jeśli ma się ambitne maluchy, trudno im będzie wygrać, zwłaszcza na początku.

Wiek: 5+

____________________________________________________________________

315971_ewolucja-wedlug-calpurnii-tate_722

Ewolucja według Calpurnii Tate Jacqueline Kelly
tłum. Katarzyna Rosłan
wyd. Wydawnictwo Dwie Siostry

Calpurnia Tate ma jedenaście lat i chciałaby zostać przyrodniczką, ale w realiach Teksasu 1899 roku te marzenia wydają się być tylko głupimi mrzonkami. Polecam, bo mam słabość do książek o rezolutnych małych dziewczynkach i do amerykańskiego Południa. I do robaków też.

Wiek: 9+

Musierowicz w wersji LGBTQ, czyli „Fanfik” Natalii Osińskiej

fanfik-natalia-osinska

Uwaga – recenzja pełna spojlerów

Po „Fanfiku” Natalii Osińskiej nie spodziewałam się zbyt wiele. Domyślałam się ze względu na tytuł, że zawiera przewrotne elementy, ale ponieważ zabawy konwencjami literackimi kończą się w tym kraju zazwyczaj wielką smutą, oczekiwania miałam raczej niskie. Tymczasem spotkało mnie bardzo pozytywne zaskoczenie. Na taką książkę jak „Fanfik” czekałam od lat i szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będę miała okazję ją przeczytać (po polsku i w naszych realiach).

W tym kraju jest tylko jedna królowa powieści młodzieżowych i, czy nam się to podoba czy nie, imię jej Małgorzata Musierowicz. Dlatego oceniając „Fanfik”, nie możemy się do Musierowicz nie odnieść. Tym bardziej, że przynajmniej początkowo struktura powieści wydaje się bardzo podobna. Miejscem akcji również jest Poznań, ale nie hipsterskie Jeżyce, tylko bliżej nieokreślone blokowiska. Natalia Osińska pisze ze swadą i dużym poczuciem humoru, umieszcza w narracji punkt widzenia rodzica, co również jest charakterystyczne dla Jeżycjady. Wydawca nie odżegnuje się od tej literackiej serii, biorąc pod uwagę identycznie niemal skomponowaną okładkę. Fabuła odbiega jednak od jeżycjadowej w ogromnym stopniu. Jeśli już miałabym porównywać z kimś Osińską pod względem tematyki, bliżej byłoby jej chyba do Siesickiej, w której książkach i opowiadaniach tematy społeczno-obyczajowe stanowią lwią część fabuły, często ważniejszą od nastoletniego romansu. Pewnie jednak najłatwiej postawić ją obok Rainbow Rowell, Johna Greena czy innych amerykańskich pisarzy YA, którzy nie obawiają się poruszać kontrowersyjnych tematów. Ale nawet u nich bohaterowie LGBTQ pojawiają się rzadko, a powieści o tej tematyce pozostają raczej na marginesie rynku wydawniczego.

Historia Tosi zaczyna się jak wiele innych książek młodzieżowych – mamy pozbawioną poczucia własnej wartości bohaterkę, która walczy z depresją i wrażeniem kompletnego wyobcowania. Rzeczywistość – i tu dochodzimy do rozbieżności z przeciętną powieścią YA – udaje jej się znieść jedynie wtedy, kiedy jest na prochach. Gdy te pewnego dnia się kończą, Tosia odkrywa osobliwą prawdę – że nie jest wcale Tosią. Jest Tośkiem, narwanym chłopcem o wybujałym ego i słabości do skórzanej odzieży. „Fanfik” to historia przede wszystkim o poszukiwaniu tożsamości. Gdy Tosiek po raz pierwszy patrzy na siebie w lustro i pojmuje, kim naprawdę jest, zaczyna podróż, która bynajmniej nie kończy się na ostatniej stronie książki. Wydaje mi się, że tylko pozornie mamy tu do czynienia z opowieścią „branżową”. Pytania „kim jestem?”, „na ile jestem dziewczyną?” zadaje sobie na pewnym etapie dojrzewania bardzo wiele z nas (w imieniu panów wolałabym się nie wypowiadać), a odpowiadamy na nie bardzo różnie. Dlatego też podoba mi się, że autorka nie daje czytelnikowi jasnych odpowiedzi. Tosiek nie jest na razie ani dziewczyną, ani chłopakiem. Jest sobą. W przyszłości pewnie będzie „kimś”, ale nie teraz. I to prawo do bycia istotą nie w pełni określoną jest piękne.

Kolejną rzeczą, którą w recenzjach uznano za kontrowersyjną, a która mnie się podobała, jest cukierkowe zakończenie. Tak, Tosiek śpiewająco dał sobie ze wszystkim radę. Tak, rodzina zastanawiająco szybko pogodziła się z jego przemianą. Tak, błyskawicznie znalazł ukochanego. Ale mnie się takie zakończenie podoba z trzech powodów. Po pierwsze, daje nadzieję wszystkim tym, którzy zmagają się z podobnymi problemami i pokazuje, że nie jesteśmy skazani na porażkę. Po drugie, taki scenariusz nie jest niemożliwy. Nie w każdej szkole pracują psychole, nie do każdej chodzą buce, nie wszyscy rodzice są ograniczeni. Znacznie więcej jest w społeczeństwie osób nienormatywnych, niż może się z pozoru wydawać. Jest też wielu ludzi, których to po prostu nie obchodzi, bo mają własne zmartwienia i cudze mało ich interesują. Czy Tosiek mógłby dostać w mordę na ulicy? Pewnie tak, ale niekoniecznie – wygląda przecież po prostu jak młody, ładny chłopiec, więc dlaczego mieliby się go czepiać obcy? Nie każda historia LGBTQ musi się źle skończyć, chociaż tak nam wmawiają media. I tu przechodzimy płynnie do powodu trzeciego – to zakończenie normalizuje sytuację. Pokazuje, że to nic takiego, po prostu jedna z możliwych dróg. Czy jest ciężko? Jest. Ale czy to znaczy, że człowiek o nieokreślonej tożsamości płciowej nie ma prawa do życia, do szczęścia? Ma je jak najbardziej. Autorka bardzo ładnie uniknęła tej kliszy fabularnej pod tytułem „obcy musi źle skończyć”. Otóż nie musi. Tacy „obcy” żyją w tym kraju, mają rodziny, dzieci, są szczęśliwi. I tak powinno być.

Czego mi zabrakło? Fizyczności. Nie uważam, żeby jej brak stanowił poważną wadę, konwencja powieści jest taka, że Tosiek, zachwycony nowo nabytym poczuciem, że się odnalazł, nie zwraca specjalnej uwagi na ciało, i ja to przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza. Ale gdyby jego historia ciągnęła się dłużej, autorka musiałaby odpowiedzieć na trudne pytania – czy Tosiek akceptuje swoje ciało w obecnej postaci, czy je odrzuca? Pojawiłaby się kwestia Leona i tego, jak on odbiera ten układ. W ogóle Leon jest bardzo ciekawą postacią i szkoda, że nie widzimy chociaż części opowieści z jego punktu widzenia, bo dla niego to musiała być ciekawa i jednocześnie bardzo trudna sytuacja. W którym momencie zakochał się w Tośku? W jaki sposób go postrzega? Jak te wydarzenia wpłynęły na jego poczucie tożsamości? Przecież nie jest tak, że osoby LGBTQ nie mają problemów z tożsamością tylko dlatego, że przyjęły na klatę fakt, że są „inne”. Osoba homoseksualna, tak samo jak heteroseksualna, może mieć duży problem w sytuacji, gdy zakochuje się w kimś o nieokreślonej tożsamości płciowej.

Przeczytałam opinie, że „lewica pieje nad tą książką”, nachalnie ją propaguje i w ogóle, a przecież nie jest wcale taka dobra. Ja też pieję, mimo, że mam świadomość niedoróbek warsztatowych. Polska obyczajowa literatura dla młodzieży opisuje tylko bardzo wąski wycinek rzeczywistości. Powiem więcej, ta współczesna zbyt często przywodzi na myśl pisane na zamówienie produkcyjniaki (np. powieści Ewy Nowak, które kojarzą mi się z fabularyzowanymi odpowiedziami na pytania z działu „Poradź się psychologa”, brrr), gdzie pięć obowiązkowych składników (dziewczyna, niska samoocena, szkoła, rodzice, miłość) miesza się w różnych proporcjach, dodaje trochę ozdobników (rozwód, seks, nadwaga, przemoc) i gotowe. Pomijając już przeciętne wykonanie tych powieści, nastolatki miewają też zgoła inne problemy. Bywają homo, bi lub aseksualne. Bywają prześladowane ze względu na pochodzenie, wygląd, status społeczny. Zmagają się z anoreksją, depresją, rakiem, niepełnosprawnością. Czy łatwo jest napisać książkę w konwencji powieści młodzieżowej, która by serio traktowała te problemy? Z pewnością nie. Tym bardziej doceniam Osińską, która dobrze poradziła sobie z tematem, mimo że jej powieść jest debiutem.

Wracając na koniec do Musierowicz – otóż pamiętam dawne forum fanów Małgorzaty Musierowicz, gdzie w pewnym momencie pojawiły się obrazoburcze fanfiki do Jeżycjady. Przez moment nawet myślałam, że Osińska również je czytała (albo nawet była autorką co niektórych). W pewnym sensie „Fanfik” jest właśnie taką opowieścią na bazie słynnej poznańskiej serii. Bohaterowie Osińskiej są uwspółcześnioną wersją bohaterów Jeżycjady – tak samo porządni, mądrzy wewnętrzną mądrością wziętą nie wiadomo skąd, oczytani i kulturalni. Tylko postawiono ich w zupełnie innych realiach i sprawdzono, co zrobią.

Jakoś dali sobie radę.