Co dziś musi człowiek kulturalny?

Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, co właściwie musi w dzisiejszych czasach człowiek kulturalny. Rozmawiałyśmy z grubsza o tym niedawno u Myszy i przypomniało mi się – kiedyś przecież sądziłam, że wiem. Było to w miarę jasne – człowiek kulturalny musi czytać, bywać, oglądać, wiedzieć, znać i orientować się.

człowiek kulturalny

(plakat bardzo niekulturalnie ukradziony stąd)

Hm. Tylko właściwie co musi czytać, oglądać, wiedzieć i znać, gdzie bywać i w czym się orientować? Jakieś dziesięć lat temu odpowiedź na to pytanie wydawała mi się prosta. Oczywiście musi czytać klasykę literatury, bywać w kinie Muranów, oglądać filmy sprzed 1980 roku (zwłaszcza Bergmana), wiedzieć, kto to był Millais, znać najważniejszych polskich reżyserów teatralnych i orientować się, czy grają Bacha w hali Banacha.

Tylko że dzisiaj wcale nie wydaje mi się to już takie oczywiste. Po pierwsze, mam rosnący problem z tzw. klasyką i kanonem. Pisała o tym kiedyś fabulitas, we wpisie, który polecałam dawno temu, więc przypominam. Bardzo się z nią zgadzam. Otóż pojęcia „klasyka” czy „kanon” zbyt często okazują się równoznaczne z „europocentryczny”, „męski”, „biały”. Nie to, żeby to było źle. W końcu nie da się ukryć, że ostatnie 2000 lat historii kulturalnej Polski i okolic stworzyli głównie biali, europocentryczni mężczyźni. Tylko że po przeczytaniu X książek i zobaczeniu X do kwadratu filmów podejmujących tematykę z tego punktu widzenia trochę mi się już znudziło.

I teraz pytanie – czy muszę nadrabiać wciąż nieobejrzane 8 i pół Felliniego oraz Tramwaj zwany pożądaniem? Czy mogę jako człowiek kulturalny zamiast tego z lubością odkrywać nowy gatunek filmowy z zupełnie innego zakątka świata, na przykład kino Bollywood?

No dobrze, ale Bollywood jeszcze można jakoś wytłumaczyć. Można powiedzieć, że to spotkanie z Obcym, otwarcie się na nowe horyzonty, próba zrozumienia innej kultury. Od biedy można się w ten sposób usprawiedliwić. Ale co, jeśli nie chce mi się czytać Iana McEwana, Kazuo Ishiguro oraz Franzena i zamiast tego wolę czytać Zew Księżyca  Patricii Briggs? Albo Pana Lodowego Ogrodu Grzędowicza zamiast Lodu Dukaja? Czy przestaję być człowiekiem kulturalnym w momencie, gdy sięgam po literaturę, powiedzmy sobie szczerze, nieszczególnie rozwijającą?

I tu pojawia się mój drugi problem – czy istnieje jakaś baza utworów, powyżej której można sobie powiedzieć „dobra, już się naczytałam ambitnej literatury, teraz mogę sobie spokojnie czytać chłam i to mnie nie degraduje kulturalnie”? A może żeby można było uznać się za kulturalnego, trzeba ciągle i ciągle tę klasykę, dramaty rozmaite, poważne i smutne? Czy trzeba się ciągle rozwijać, żeby nie zacząć się zwijać?

A co z komiksami? Czy człowiek kulturalny czytuje komiksy, czy omija je z daleka?

Czy chodzi do teatru? (Ja już od lat w zasadzie nie chodzę.)

Ogląda wystawy malarstwa, a może fotografii? (I kiedy to wszystko robi?? Przecież tego się nie da ogarnąć!!)

A czy człowiek kulturalny na przykład czytuje fan fiction? Przecież fan fiction to już najgorsza najgorszość. Nie dość, że pisują je przeważnie ludzie umiarkowanie utalentowani, to jeszcze jest to małpowanie z tzw. żyjących pisarzy. To się nie mieści w żadnym kanonie wiedzy człowieka kulturalnego. A jednak. Uważam, że ktoś, kto nie wie, co to jest fan fiction i nigdy żadnego nie czytał, nie wie czegoś bardzo istotnego o świecie kultury.

Mam wrażenie, że podział na ludzi kulturalnych i niekulturalnych w dobie internetu zaczyna być coraz bardziej niejasny. Nie mówię już nawet o tym, że zdecydowanie zanikł podział na rzeczy, które „wypada” albo „nie wypada” zobaczyć i dziś już właściwie nikt się nie wstydzi, wyznając znajomym, że poszedł na nowego Iron Mana (i mu się podobało!). Natomiast możliwości realizowania się kulturalnie rozszerzyły się tak bardzo, że nie wiadomo już dziś, co jest kanonem. Jak bowiem ocenić „kulturalnie” człowieka, który na przykład jara się meksykańskimi serialami o nastolatkach? Słucha eskimoskiego popu albo chińskiego indie rocka?

I tu przechodzimy do mojego trzeciego problemu – często nie jesteśmy w ogóle w stanie ocenić danego zjawiska w kategoriach kulturalne/niekulturalne, bo brakuje czasu, żeby się z tym wszystkim zapoznać. Ogrom materiału do analizy już dawno przerósł możliwości pojmowania normalnego człowieka  i nawet sami przed sobą nie możemy udawać, że kiedyś to wszystko nadrobimy.

A jednak ta klasyczna definicja wciąż odbija się czkawką. Może dlatego, że właściwie nie ma nowej (to znaczy na pewno jest jakaś stworzona przez naukowców na użytek ich badań współczesnej kultury, tylko że ona nie przedostała się do głównego nurtu). Mam nie po raz pierwszy wrażenie, że żyjemy w czasach kolosalnego przeobrażenia, które sprawi, że człowiek nie będzie już tym, czym był wcześniej. I właściwie wszystkie stare definicje można wyrzucić do kosza. One już się nie sprawdzają.

Macie pomysł, jak to właściwie jest z tym człowiekiem kulturalnym? Jakieś własne definicje? Uważacie, że jednak powinno się to czy tamto i właściwie to jest proste, oczywiste i dlaczego ja tego nie widzę? Bo ja to mam chyba tylko mnóstwo pytań i bardzo niewiele odpowiedzi.

Beautiful people

Nie jest dobrze. Jestem przeziębiona i boli mnie głowa. Od tygodnia nie mogę dokończyć rozgrzebanego tekstu o ludziach kulturalnych, bo mi się literki sensownie nie chcą składać. W dodatku mimo ewidentnej niedyspozycji muszę tłumaczyć potwornie głupią powieść (o której chyba popełnię wpis, jak już ją skończę i przejdzie mi katar). Dlatego dzisiaj zamiast tekstu będzie głównie wizja.

Rose Leslie

Nie mogę oderwać oczu od Rose Leslie w Grze o Tron. Naprawdę podziwiam Jona, że zdołał opierać się jej tak długo. Ja z pewnością bym tyle nie wytrzymała.

Rihanna Stay

Czy już pisałam, że mam dramatyczną słabość do Rihanny? Nie? No cóż. I’m not even sorry.

0912-DE-FEJG-04

Jake. Z brodą. À la poeta przeklęty. Your argument is invalid.

Jennifer LawrenceOd czasu premiery Avatara niebiescy ludzie nie kojarzą się już tylko ze smerfami. I to jest piękne.

ben mckenzieOglądacie Southland? Nie? A powinniście.

ian somerhalder

Dla niego niemal oglądam Pamiętniki Wampirów. Poza tym jego rola w Lost była stanowczo zbyt krótka.

rutina wesleyDo premiery szóstego sezonu True Blood zostały tylko trzy tygodnie. Chciałabym powiedzieć, że nie będę już tego oglądać, bo zrobiło się strasznie głupie. Ale potem zobaczyłam to zdjęcie.

Nie wiem, jak wy, ale ja poczułam się ciutkę lepiej.

W obronie tych, co sobie śpiewają

Hugh-Laurie

Przeczytałam w numerze Wprost z ubiegłego tygodnia bardzo zły tekst, dotyczący kariery Hugh Lauriego (właściwie przeczytałam kilka bardzo złych tekstów, zarówno we Wprost jak i w Newsweeku. Zwłaszcza ten drugi wydał wyjątkowo słaby i zajeżdżający brukowcem numer. Wstyd, panie Lis). Autorka stawia w nim tezę, że Hugh Laurie popełnił straszliwy błąd, porzucając aktorstwo i przerzucając się na śpiew. Sugeruje również, że doktor House powinien przestać się błaźnić, bo przecież nie umie śpiewać, i wrócić grzecznie tam, gdzie jego miejsce – do telewizji.

Muszę powiedzieć, że mocno wkurzył mnie ten tekst. Nie dlatego, że jestem wielką fanką Hugh Lauriego albo jego śpiewu. Nie dlatego, że nagminne nazywanie „doktorem Housem” aktora o długim i różnorodnym dorobku uważam za gruby nietakt ze strony dziennikarza kulturalnego. I nawet nie ze względu na brzydki język, pełen niejasnych insynuacji – a to, że Lauriemu kasa wylewa się uszami i odbiło mu z tego bogactwa, a to, że aktor serwuje na swoich koncertach nieświeże dowcipy, a w ogóle to niby utalentowany, a taki głupi, skoro nie chce dalej grać w tefał. Najbardziej zirytowało mnie to, że autorka tekstu ocenia, w czym Laurie się aktualnie może albo nie może realizować.

Hugh Laurie wydaje mi się mocno skomplikowanym człowiekiem. Pod maską uroczego, zabawnego, kulturalnego Anglika-intelektualisty kryje się człowiek niesamowicie wrażliwy i, co częste w podobnych przypadkach – smutny. Nie żałosny, ale podszyty melancholią. Zresztą nie jest tajemnicą, że aktor cierpiał na depresję i (jak chyba każdy człowiek cierpiący na tę chorobę) do dziś odczuwa konsekwencje.

I oto ten człowiek śmiał przestać zajmować się czymś, czym był już wyraźnie zmęczony. Postanowił zająć się czymś, co aktualnie kocha. Skandal.

W dodatku jeszcze okazuje się, że ludzkość śmie przychodzić na jego koncerty i kupować jego płyty! Doktora House’a płyty! A przecież to nie jest bluesman, tylko aktor! Zgroza i dramat!

Serio, przychodzi mi do głowy około miliona nazwisk ludzi, którzy nagrywają płyty, chociaż nie umieją śpiewać. Niektórzy nawet podbijają listy przebojów i dostają za swój brak umiejętności prestiżowe nagrody.

Może i wykonania Lauriego nie są wybitne. Tylko co z tego? Facet robi to, co kocha i w dodatku robi to lepiej niż masa innych ludzi, choć nie tak świetnie jak niektórzy. Nie sądzę, żeby miał ambicję zrewolucjonizować scenę bluesową. Jakoś mam wrażenie, że on po prostu siedzi sobie i śpiewa, a ludzie się cieszą i on się w związku z tym też cieszy.

Można oceniać jego płytę, można oceniać jego karierę. Ale siedzieć i smędzić, że po co on porzucił Hałsa, skoro mu to dało miliony? Naprawdę, przy całej mojej dobrej woli NIE ROZUMIEM, dlaczego pani Gromnickiej to tak strasznie przeszkadza, że ktoś jest zadowolony. Uwaga, pojadę teraz złośliwością – być może kluczem do sprawy jest pierwsze zdanie tekstu „W idealnym świecie wszyscy powinniśmy mieć takie same szanse. Każdy z nas w marzeniach jest piłkarzem, aktorem czy tancerką, ale zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne.”. Sądzę, że może być tak, że pani Gromnicka chciałaby być Hugh Lauriem, ale że talentu jej nie starczyło, to chociaż się powyzłośliwia w czasopiśmie opinii.

Poniżej wrzucam link do Hugh Lauriego śpiewającego sobie radośnie jeden kawałek. Patrzcie – tak wygląda człowiek szczęśliwy.

Top 10 ulubionych filmów

Dzisiaj ulubiony typ wpisu wszystkich blogerów – zestawienie! W dodatku podwójnie ulubiony, bo zestawienie o mnie! I moich preferencjach! Nic lepszego w blogosferze niż pisanie o sobie samym nie wymyślono. A zatem przejdźmy do ad remu, jak mawiała Joanna Chmielewska. Dzisiaj będzie dziesiątka moich ulubionych filmów. A żeby było ciekawiej, wygrzebałam z archiwum swoją starą listę ulubionych filmów. Gust mi nieco ewoluował, ale nie tak znowu bardzo.

10 moich ulubionych filmów (stan na rok 2006). Kolejność, o ile mnie pamięć nie myli, nieistotna.

1. Trylogia Władca Pierścieni Peter Jackson

2. Upadłe anioły i Chunking Express Kar Wai Wong

3. Zagubiona autostrada David Lynch

4. Całkowite zaćmienie Agnieszka Holland

5. The Million Dollar Hotel Wim Wenders

6. Między Słowami Sofia Coppola

7. Niebezpieczne Związki Stephen Fears

8. Stalker Andriej Tarkowski

9. Rybka Zwana Wandą Charles Chrichton

10. Brokeback Mountain Ang Lee

Hm, cóż mogę powiedzieć. Same dobre filmy, nie da się ukryć. Nie ma wśród nich żadnej zasadniczej kichy. Ale, ale. Od roku 2006 jakoś tak wyszło, że większości z tych filmów ani razu nie widziałam. Zatem trudno powiedzieć, żeby wciąż były moje ulubione, skoro ich nie oglądam. Poniżej więc nowa, poprawiona dziesiątka moich ulubionych filmów. Tym razem z opisami, bo czym byłaby dziesiątka bez subiektywnych uwag?

10 moich ulubionych filmów (stan na rok 2013). Kolejność wciąż nieistotna.

Trylogia Władca Pierścieni Peter Jackson

Lotr

Obejrzałam całkiem niedawno ponownie wersję podwójnie, potrójnie czy może poczwórnie rozszerzoną i stwierdzam, że chociaż efekty specjalne nieco się zestarzały, to wciąż jest  doskonałe kino rozrywkowe, a Gandalf nieustająco wymiata.

Zagubiona Autostrada David Lynch

Nie wiem, dlaczego akurat Zagubiona Autostrada, a nie Dzikość Serca czy Blue Velvet. Pewnie dlatego, że obejrzałam ją w młodym wieku i mam do tego filmu Lyncha największy sentyment. A może po prostu lubię filmy, z których nic nie rozumiem.

Całkowite Zaćmienie Agnieszka Holland

total-eclipse-original

Obejrzałam ten film, kiedy miałam 15 lat i zdefiniował on moje poglądy na życie na co najmniej następną dekadę. Teraz boję się obejrzeć go ponownie, bo może mnie powalić infantylizm moich młodzieńczych pragnień. W każdym razie gdzieś w głębi duszy wciąż trochę chciałabym zostać XIX-wiecznym poetą przeklętym.

The Million Dollar Hotel Wim Wenders

Wim-Wenders-The-Million-Dollar-Hotel-film-still-2000

Ten film ma najlepszy soundtrack w historii (i tylko w tej odsłonie jestem w stanie słuchać U2). Jest to też przykład mojego ulubionego gatunku filmowego – filmu o smutnych odklejeńcach, których nikt nie rozumie, nawet oni sami.

Brokeback Mountain Ang Lee

brokeback-mountain

Gdyby zrobić listę filmów, na których najbardziej w życiu płakałam, ten film byłby na pierwszym miejscu. Nie jestem w stanie podać racjonalnych przyczyn, dla których zrobił na mnie takie wrażenie. Odebrałam go wyłącznie emocjami, chociaż oczywiście potrafię powiedzieć, dlaczego to był bardzo dobry film. Ale jednak emocje wzięły górę. Czytałam również opowiadanie i uważam, że też  jest świetne, chociaż zupełnie inne, bo Annie Proulx pisze oszczędnym, suchym stylem.

Pusty dom Ki-duk Kim

3iron

Uwielbiam filmy, w których bohaterowie nie mówią. Już kiedyś pisałam o tym, że nie przepadam za przegadanymi filmami, wolę historie opowiedziane obrazem. Dlatego nie jestem fanką Allena. Tak czy inaczej – Pusty Dom to jest piękny, cudny i wspaniały film o dziwnych ludziach, których nikt nie rozumie, nawet oni sami. I o miłości. I o znikaniu. Obejrzyjcie go.

Życie ukryte w słowach Isabel Coixet

the_secret_life_of_words

W filmach Coixet nawet najbardziej zwyczajni ludzie mają swoją ciekawą historię, kryją swoje tajemnice. Ten sposób widzenia rzeczywistości jest mi bardzo bliski. Za to najbardziej ją lubię. I jeszcze za to, że jej filmy dają nadzieję. Mimo wszystko.

Survive Style 5+ Gen Sekiguchi

Obiecuję, że to będzie najbardziej pojechany film, jaki w życiu widzieliście. Mogłabym spróbować go opowiedzieć, ale po prostu się nie da. Zobaczcie go koniecznie.

Memento Christophen Nolan

memento

Prawda jest taka, że uwielbiam filmy Nolana i sposób, w jaki nabiera widza. Nie przeszkadzają mi dziury w logice, ani nawet dziwaczne podejście do postaci kobiecych. Podobały mi się wszystkie, włącznie z Bezsennością. Ale Memento był pierwszym jego filmem, jaki widziałam. W dodatku zaczęłam go oglądać jakoś potwornie późno, kiedy właściwie miałam już iść spać, na telewizorze wielkości pięści i w fatalnej jakości. Obejrzałam do końca i przez dłuższy czas nie mogłam się otrząsnąć. Przerażający, smutny, świetny film.

Stalker Andriej Tarkowski

Gdybym miała zabrać jeden film na bezludną wyspę i oglądać go wciąż i wciąż, to byłby chyba ten film. Może bym go wreszcie zrozumiała.