Co na prezent – luty 2017

Dla tych, których nie było tu w zeszłym miesiącu, wyjaśniam – „Co na prezent” to przegląd nowości wydawniczych z danego miesiąca. Są to w większości pozycje, których nie czytałam ani nie miałam w ręku, także nie ręczę za to, że faktycznie okażą się dobre i ciekawe. Tekst podzielony jest na zapowiedzi dla dużych (dorosłych) i małych (dzieci, również tych wewnętrznych). Miłej lektury (i zakupów).

Dla dużych

________________________________________________________________________

okladka-200

Totalnie nie nostalgia – Memuar Wanda Hagedorn, Jacek Frąś
Wydawnictwo: Kultura gniewu

Autobiografia w formie komiksowej. Tematyka (dorastanie w PRL) i fakt, że autorka komiksu mieszka aktualnie za daleką granicą, przywodzą na myśl (nielubianą przeze mnie) Marzi. Jednocześnie też przecież dorastałam w tamtej rzeczywistości, poza tym ciekawa jestem bardzo wątków feministycznych. Recenzje rewelacyjne. Na rynku od stycznia.

________________________________________________________________________

silwer-3

Silver, trzecia księga snów Kerstin Gier
Wydawnictwo: Media Rodzina
Tłum. Agnieszka Hofmann

„Trylogia czasu” tej autorki to jedna z najfajniejszych serii młodzieżowych, jakie czytałam w ostatnich latach. Ta o snach nie jest aż tak dobra (czytam właśnie drugi tom), ale na tyle lekka, ciepła, sympatyczna i przyjemna, że na pewno doczytam do końca. A poza tym ma ładne okładki.

________________________________________________________________________

big_obywatel_kane_bd_ocard_3d

Obywatel Kane
Reż. Orson Welles

Czy to rzeczywiście najlepszy film w historii kina? Trudno powiedzieć, jednak nie ulega wątpliwości, że jeden z najważniejszych. Właśnie wyszedł ponownie na DVD i Blue-Ray, więc jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zobaczyć, to teraz może.

________________________________________________________________________

pic2642988

The Others

Przyznaję – pewnie nigdy w tę grę nie zagram. Po pierwsze – jest bardzo droga, po drugie – wściekle skomplikowana. Ale bardzo podoba mi się mroczny, ponury klimat i pomysł na rozgrywkę, gdzie jedna osoba gra przeciwko drużynie (lubię gry kooperacyjne i o niskiej losowości). W dodatku nie jest wcale taka długa, przynajmniej według twórców. Może jak dzieci dorosną, uda mi się gdzieś dorwać. Niedawno pojawiła się w polskiej wersji językowej.

Dla małych

________________________________________________________________________
brummnahula-przod

Pan Brumm na Hula Hula Daniel Napp
Wydawnictwo: Bona
Tłum. Elżbieta Zarych

Bardzo lubię serię książek o Panu Brummie, sympatycznym niedźwiedziu, i jego przyjacielu, malutkim Kaszalocie. Jest zabawna, niegłupia i pomysłowo zilustrowana. Dobra propozycja dla najmłodszych.
Wiek: 3+

________________________________________________________________________

wilki_grill_draft

Wilki z Nowego Meksyku William Grill
Wydawnictwo: Kultura Gniewu
Tłum. Agata Napiórska

Komiks etnograficzno-ekologiczno-przyrodniczy. Zdobył na całym świecie górkę nagród. Piszą o nim na Brain Pickings. Przepięknie ilustrowany. A jeśli ktoś jest zainteresowany wilczą tematyką, to jako dorosłe uzupełnienie polecam „Wilk zwany Romeo” Nicka Jansa, o sytuacji wilków współcześnie, na Alasce i w Kanadzie.
Wiek: 9+

________________________________________________________________________

www_bankrut1

Bankrut

Nasza Księgarnia wkracza na rynek gier planszowych. Wśród pierwszych propozycji wydawnictwa pojawiła się gra autorstwa Reinera Knizia, niemieckiego projektanta gier, m.in. bardzo popularnych na naszym rynku Pędzących Żółwi. Gra jest niedługa (ok. 30 minut), a rozgrywka nietypowa, bo gracze muszą handlować ze sobą jednocześnie. Zapowiada się przyjemna gra imprezowa.
Wiek: 8+

„Przez las” Emily Carroll

przez-las

Kiedy zapowiedź „Przez las” pojawiła się na fejsbukowej stronie Są komiksy dla dzieci (którą nawiasem mówiąc polecam wszystkim interesującym się tematyką dziecięcych komiksów, trafiają tam zapowiedzi i recenzje większości wychodzących w Polsce pozycji, a od czasu do czasu również przecudne gify), od razu wiedziałam, że ją kupię. Otwierałam książkę z pewną obawą – tym razem oczekiwania miałam wysokie – ale nie zawiodłam się. Z pełną odpowiedzialnością mówię – idźcie i kupujcie ją wszyscy, albowiem jest cudna jak pierwsze zielone listki na drzewach po długiej zimie.

przez-las-ii

Wszystkie grafiki w tekście pochodzą z „Przez las” autorstwa Emily Carroll.

„Przez las” to powieść graficzna dla nastolatków i dorosłych. Zawiera pięć opowiadań grozy oraz wstęp i zakończenie. Każda historyjka jest skończoną całością, narysowaną w nieco innym stylu. Pierwsze trzy klimatem nawiązują do baśni, czwarte – do powieści gotyckich gdzieś z pogranicza Edgara Allana Poe i Daphne du Maurier, a piąte to czysty horror, ciekawie wykorzystujący motyw industrializacji i… macierzyństwa. Autorka, Emily Carroll, błyskawicznie zdobyła popularność, kiedy jej internetowy komiks Jego twarz cała we krwi (można go przeczytać również na stronie autorki) w Halloween 2010 roku rozprzestrzenił się wirusowo w mediach społecznościowych. Od dzieciństwa zafascynowana baśniami, zaczęła tworzyć krótkie komiksy grozy i umieszczać je na stronie internetowej, aż w końcu zainteresowali się nią wydawcy i zaproponowali stworzenie antologii. Jeśli chodzi o prace w internecie, to ciekawym przykładem jest opowiadanie Margot’s Room, które ma cechy interaktywne – historię czytelnik składa sobie sam, klikając na różne przedmioty w pokoju tytułowej bohaterki.

emily-carroll-ii

Ale wracając do „Przez las” – wszystkie opowiadania mają otwarte zakończenia, co daje fantastyczne pole do interpretacji. W „Domu sąsiada” mamy więc wariację na temat Czerwonego Kapturka, którą odczytać można zarówno jako opowieść o odchodzeniu, jak i o relacjach siostrzanych. Moje ulubione „Dłonie pani są zimne” to fantastyczny retelling baśni o Sinobrodym, a jednocześnie opowieść o dojrzewaniu i zazdrości, które każe nam się zastanowić, kto tutaj właściwie jest katem, a kto ofiarą. „Jego twarz cała we krwi” to historia o tchórzostwie i zawiści, bardzo wyraźnie inspirowana baśniami braci Grimm (również w warstwie wizualnej). Najsłabsza fabularnie „Moja przyjaciółka Janna” jest całkiem zgrabną metaforą przyjaźni, a przez wielu uważane za najlepsze „Rodzinne gniazdo” daje się intepretować na tyle różnych sposobów, że nawet nie będę zaczynać. Zresztą już sam tytuł jest wieloznaczny. Strach przed lasem ma wiele przyczyn. Z jednej strony jest w nim coś pierwotnego, powiązanego z lękiem przed ciemnością i żyjącymi w lesie drapieżnikami. Jednocześnie często zapominamy o tym, że las sam z siebie nie jest groźny, ale dla nas, uzależnionych od cywilizacji, taki się staje. Nie umielibyśmy w nim przetrwać, nie potrafilibyśmy nawet znaleźć drogi, chociaż dawniej posiadaliśmy tę zdolność. Fakt, że akcja większości opowiadań rozgrywa się w czasach, kiedy człowiek i las byli sobie bliżsi, nadaje im dodatkowy wymiar.

emily-carroll

O ile fabuła, mimo swojej wieloznaczności, może pozostawiać w niektórych przypadkach nieco do życzenia (widać, że prace pochodzą z różnych okresów i autorka uczy się, jak prowadzić historię), o tyle wizualnie jest to rzecz po prostu cudowna. Carroll przepięknie splata tekst z obrazem (zwłaszcza widać to w „Dłonie pani są zimne”, gdzie tekst stanowi jednocześnie mocny element ilustracji) i fantastycznie operuje kolorami. Jej prace budzą skojarzenia m.in. z japońskimi drzeworytami. Dawno nie miałam w ręku komiksu, który byłby tak piękny. Niektóre kadry można by po prostu wyciąć i powiesić na ścianie bez żadnych zmian.

Na koniec chciałam jeszcze dodać, że ja się przeważnie boję horrorów i staram się ich raczej w swoim życiu unikać. Co rzekłszy, stwierdzam, że dawno się tak dobrze nie bawiłam przy lekturze czegokolwiek, strasznego czy nie. „Przez las” to po prostu czysta radość.

Wydawnictwo Entliczek
Tłum. Marta Bręgiel-Benedyk

Co na prezent – styczeń 2017

Ruszam z nowym cyklem (mam nadzieję). Będzie to przegląd nowości wydawniczych: książki, komiksy, dvd, gry planszowe itp. z danego miesiąca. Czasem na pewno będę opisywać interesujące starsze rzeczy, ale postaram się umieszczać głównie zapowiedzi. Są to w większości pozycje, których nie czytałam ani nie miałam w ręku, także nie ręczę za to, że faktycznie okażą się dobre i ciekawe. Tekst podzielony jest na zapowiedzi dla dużych (dorosłych) i małych (dzieci, również tych wewnętrznych).

Dla dużych

____________________________________________________________________

okladka-200Miss Marvel. Niezwykła, tom 1, G. Willow Wilson, rys. Adrian Alphona
tłum. Anna Tatarska
wyd. Egmont

Kamala Khan, muzułmańska nastolatka z Jersey, nagle staje się superbohaterką. Autorką scenariusza jest kobieta, G. Willow Wilson. Komiks stał się głośny jakiś czas temu ze względu na kontrowersyjną (dla fanowskiego betonu) tematykę. Później obsypano ją statuetkami i pewnie dzięki temu doczekaliśmy się polskiego tłumaczenia.

_____________________________________________________________________

large_holiday

Lady Day śpiewa bluesa, Billie Holiday, William Dufty
tłum. Marcin Wróbel
wyd. Czarne

Billie Holliday to postać, której chyba nie trzeba nikomu specjalnie przedstawiać, tyleż fascynująca, co tragiczna. Wydana 50 lat temu biografia artystki wreszcie trafiła na polski rynek. Tłumaczył Marcin Wróbel, co jest gwarancją dobrej jakości tekstu.

_____________________________________________________________________

pressroom-materialy-0-spojrzenia_pakiet_1_2_film_dvd_2d

Spojrzenia (Looking)
reż. Andrew Haigh
produkcja HBO

Uroczy, cudowny serialik, połyka się go za jednym posiedzeniem. Pisałam o nim więcej tutaj. Dwa sezony można od niedawna kupić na DVD. [Tylko co to za tragiczna okładka]

_____________________________________________________________________

sabotazysta

Sabotażysta
wyd. G3

Nie jest to bardzo nowa gra, ale robi ostatnio furorę w moim towarzystwie, więc postanowiłam się podzielić. Świetna gra imprezowa, można ją rozegrać szybko albo trochę dłużej (zależy, na ile tur się umówimy). Dość duża losowość, ale mnóstwo frajdy z kooperacji. Nie jest może piękna, ale bardzo miodna. Najlepiej gra się od pięciu osób wzwyż.

 

 

Dla małych

____________________________________________________________________

okladka-450

Seria Sisters Christophe Cazenove, William Maury
tłum. Maria Mosiewicz
wyd. Egmont

Sisters to seria krótkich, zabawnych komiksów o dwóch siostrach i ich codziennym życiu. Muszę powiedzieć, że pierwszy tom serii podszedł mi umiarkowanie, mimo że sama miałam młodszą siostrę, więc przynajmniej w teorii przygody bohaterek powinny mi być bliskie. Ale starsze dziecko zareagowało entuzjastycznie i zażądało kolejnych części, więc postanowiłam dać drugą szansę. W księgarniach niedawno pojawił się tom 5.

Wiek: 6+

____________________________________________________________________

75921539_kiwi-lec-nielocie-lec_700x726_ffffff_scl

Kiwi – leć, nielocie, leć
Wyd. Egmont
Kolejna nie-taka-bardzo-nowa nówka. Gra zręcznościowa, przypominająca odrobinę dawne „pchełki”. Gracze muszą trafić do pudełka żetonami, w dodatku w określonej kolejności. Zabawa jest niezła, bo wcale nie jest łatwo. Nie polecam, jeśli ma się ambitne maluchy, trudno im będzie wygrać, zwłaszcza na początku.

Wiek: 5+

____________________________________________________________________

315971_ewolucja-wedlug-calpurnii-tate_722

Ewolucja według Calpurnii Tate Jacqueline Kelly
tłum. Katarzyna Rosłan
wyd. Wydawnictwo Dwie Siostry

Calpurnia Tate ma jedenaście lat i chciałaby zostać przyrodniczką, ale w realiach Teksasu 1899 roku te marzenia wydają się być tylko głupimi mrzonkami. Polecam, bo mam słabość do książek o rezolutnych małych dziewczynkach i do amerykańskiego Południa. I do robaków też.

Wiek: 9+

Musierowicz w wersji LGBTQ, czyli „Fanfik” Natalii Osińskiej

fanfik-natalia-osinska

Uwaga – recenzja pełna spojlerów

Po „Fanfiku” Natalii Osińskiej nie spodziewałam się zbyt wiele. Domyślałam się ze względu na tytuł, że zawiera przewrotne elementy, ale ponieważ zabawy konwencjami literackimi kończą się w tym kraju zazwyczaj wielką smutą, oczekiwania miałam raczej niskie. Tymczasem spotkało mnie bardzo pozytywne zaskoczenie. Na taką książkę jak „Fanfik” czekałam od lat i szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będę miała okazję ją przeczytać (po polsku i w naszych realiach).

W tym kraju jest tylko jedna królowa powieści młodzieżowych i, czy nam się to podoba czy nie, imię jej Małgorzata Musierowicz. Dlatego oceniając „Fanfik”, nie możemy się do Musierowicz nie odnieść. Tym bardziej, że przynajmniej początkowo struktura powieści wydaje się bardzo podobna. Miejscem akcji również jest Poznań, ale nie hipsterskie Jeżyce, tylko bliżej nieokreślone blokowiska. Natalia Osińska pisze ze swadą i dużym poczuciem humoru, umieszcza w narracji punkt widzenia rodzica, co również jest charakterystyczne dla Jeżycjady. Wydawca nie odżegnuje się od tej literackiej serii, biorąc pod uwagę identycznie niemal skomponowaną okładkę. Fabuła odbiega jednak od jeżycjadowej w ogromnym stopniu. Jeśli już miałabym porównywać z kimś Osińską pod względem tematyki, bliżej byłoby jej chyba do Siesickiej, w której książkach i opowiadaniach tematy społeczno-obyczajowe stanowią lwią część fabuły, często ważniejszą od nastoletniego romansu. Pewnie jednak najłatwiej postawić ją obok Rainbow Rowell, Johna Greena czy innych amerykańskich pisarzy YA, którzy nie obawiają się poruszać kontrowersyjnych tematów. Ale nawet u nich bohaterowie LGBTQ pojawiają się rzadko, a powieści o tej tematyce pozostają raczej na marginesie rynku wydawniczego.

Historia Tosi zaczyna się jak wiele innych książek młodzieżowych – mamy pozbawioną poczucia własnej wartości bohaterkę, która walczy z depresją i wrażeniem kompletnego wyobcowania. Rzeczywistość – i tu dochodzimy do rozbieżności z przeciętną powieścią YA – udaje jej się znieść jedynie wtedy, kiedy jest na prochach. Gdy te pewnego dnia się kończą, Tosia odkrywa osobliwą prawdę – że nie jest wcale Tosią. Jest Tośkiem, narwanym chłopcem o wybujałym ego i słabości do skórzanej odzieży. „Fanfik” to historia przede wszystkim o poszukiwaniu tożsamości. Gdy Tosiek po raz pierwszy patrzy na siebie w lustro i pojmuje, kim naprawdę jest, zaczyna podróż, która bynajmniej nie kończy się na ostatniej stronie książki. Wydaje mi się, że tylko pozornie mamy tu do czynienia z opowieścią „branżową”. Pytania „kim jestem?”, „na ile jestem dziewczyną?” zadaje sobie na pewnym etapie dojrzewania bardzo wiele z nas (w imieniu panów wolałabym się nie wypowiadać), a odpowiadamy na nie bardzo różnie. Dlatego też podoba mi się, że autorka nie daje czytelnikowi jasnych odpowiedzi. Tosiek nie jest na razie ani dziewczyną, ani chłopakiem. Jest sobą. W przyszłości pewnie będzie „kimś”, ale nie teraz. I to prawo do bycia istotą nie w pełni określoną jest piękne.

Kolejną rzeczą, którą w recenzjach uznano za kontrowersyjną, a która mnie się podobała, jest cukierkowe zakończenie. Tak, Tosiek śpiewająco dał sobie ze wszystkim radę. Tak, rodzina zastanawiająco szybko pogodziła się z jego przemianą. Tak, błyskawicznie znalazł ukochanego. Ale mnie się takie zakończenie podoba z trzech powodów. Po pierwsze, daje nadzieję wszystkim tym, którzy zmagają się z podobnymi problemami i pokazuje, że nie jesteśmy skazani na porażkę. Po drugie, taki scenariusz nie jest niemożliwy. Nie w każdej szkole pracują psychole, nie do każdej chodzą buce, nie wszyscy rodzice są ograniczeni. Znacznie więcej jest w społeczeństwie osób nienormatywnych, niż może się z pozoru wydawać. Jest też wielu ludzi, których to po prostu nie obchodzi, bo mają własne zmartwienia i cudze mało ich interesują. Czy Tosiek mógłby dostać w mordę na ulicy? Pewnie tak, ale niekoniecznie – wygląda przecież po prostu jak młody, ładny chłopiec, więc dlaczego mieliby się go czepiać obcy? Nie każda historia LGBTQ musi się źle skończyć, chociaż tak nam wmawiają media. I tu przechodzimy płynnie do powodu trzeciego – to zakończenie normalizuje sytuację. Pokazuje, że to nic takiego, po prostu jedna z możliwych dróg. Czy jest ciężko? Jest. Ale czy to znaczy, że człowiek o nieokreślonej tożsamości płciowej nie ma prawa do życia, do szczęścia? Ma je jak najbardziej. Autorka bardzo ładnie uniknęła tej kliszy fabularnej pod tytułem „obcy musi źle skończyć”. Otóż nie musi. Tacy „obcy” żyją w tym kraju, mają rodziny, dzieci, są szczęśliwi. I tak powinno być.

Czego mi zabrakło? Fizyczności. Nie uważam, żeby jej brak stanowił poważną wadę, konwencja powieści jest taka, że Tosiek, zachwycony nowo nabytym poczuciem, że się odnalazł, nie zwraca specjalnej uwagi na ciało, i ja to przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza. Ale gdyby jego historia ciągnęła się dłużej, autorka musiałaby odpowiedzieć na trudne pytania – czy Tosiek akceptuje swoje ciało w obecnej postaci, czy je odrzuca? Pojawiłaby się kwestia Leona i tego, jak on odbiera ten układ. W ogóle Leon jest bardzo ciekawą postacią i szkoda, że nie widzimy chociaż części opowieści z jego punktu widzenia, bo dla niego to musiała być ciekawa i jednocześnie bardzo trudna sytuacja. W którym momencie zakochał się w Tośku? W jaki sposób go postrzega? Jak te wydarzenia wpłynęły na jego poczucie tożsamości? Przecież nie jest tak, że osoby LGBTQ nie mają problemów z tożsamością tylko dlatego, że przyjęły na klatę fakt, że są „inne”. Osoba homoseksualna, tak samo jak heteroseksualna, może mieć duży problem w sytuacji, gdy zakochuje się w kimś o nieokreślonej tożsamości płciowej.

Przeczytałam opinie, że „lewica pieje nad tą książką”, nachalnie ją propaguje i w ogóle, a przecież nie jest wcale taka dobra. Ja też pieję, mimo, że mam świadomość niedoróbek warsztatowych. Polska obyczajowa literatura dla młodzieży opisuje tylko bardzo wąski wycinek rzeczywistości. Powiem więcej, ta współczesna zbyt często przywodzi na myśl pisane na zamówienie produkcyjniaki (np. powieści Ewy Nowak, które kojarzą mi się z fabularyzowanymi odpowiedziami na pytania z działu „Poradź się psychologa”, brrr), gdzie pięć obowiązkowych składników (dziewczyna, niska samoocena, szkoła, rodzice, miłość) miesza się w różnych proporcjach, dodaje trochę ozdobników (rozwód, seks, nadwaga, przemoc) i gotowe. Pomijając już przeciętne wykonanie tych powieści, nastolatki miewają też zgoła inne problemy. Bywają homo, bi lub aseksualne. Bywają prześladowane ze względu na pochodzenie, wygląd, status społeczny. Zmagają się z anoreksją, depresją, rakiem, niepełnosprawnością. Czy łatwo jest napisać książkę w konwencji powieści młodzieżowej, która by serio traktowała te problemy? Z pewnością nie. Tym bardziej doceniam Osińską, która dobrze poradziła sobie z tematem, mimo że jej powieść jest debiutem.

Wracając na koniec do Musierowicz – otóż pamiętam dawne forum fanów Małgorzaty Musierowicz, gdzie w pewnym momencie pojawiły się obrazoburcze fanfiki do Jeżycjady. Przez moment nawet myślałam, że Osińska również je czytała (albo nawet była autorką co niektórych). W pewnym sensie „Fanfik” jest właśnie taką opowieścią na bazie słynnej poznańskiej serii. Bohaterowie Osińskiej są uwspółcześnioną wersją bohaterów Jeżycjady – tak samo porządni, mądrzy wewnętrzną mądrością wziętą nie wiadomo skąd, oczytani i kulturalni. Tylko postawiono ich w zupełnie innych realiach i sprawdzono, co zrobią.

Jakoś dali sobie radę.

Piękni panowie się kochają

Nie, to nie będzie wpis o Yuri on Ice. To będzie tylko czysto rozrywkowe zestawienie teledysków o miłości między mężczyznami. Ocenionych w pluszowo-jednorożcowo-tęczowej skali, bo czemu by nie.

Troye Sivan Youth

Troye taki młody, słodki i niewinny. Teledysk oceniam na trzy pluszowe misie i dwa jednorożce.

Matt Alber End of the world

Panowie tak pięknie tańczą! I ten pocałunek! Trzy jednorożce i tęcza.

The Last Shadow Puppets Miracle Aligner

Duży plus za włoskie inspiracje i budowanie napięcia. Ale końcówka nieco rozczarowuje. Daję tylko dwa pluszowe misie.

Take That Do what you like

Dobra, tak naprawdę ten teledysk nie zawiera panów, którzy się kochają. Ale zawiera półnagich mężczyzn w srebrnych slipach, którzy obrzucają się galaretką, a to przecież prawie to samo, prawda? Jednorożec i cztery tęcze!

Year & Years Desire ft. Tove Lo

Is it desire? Or is it love? Hm, trudno powiedzieć. Może obejrzę jeszcze raz. Trzy tęcze.

Macklemore and Ryan Lewis featuring Mary Lambert Same Love

Nie dość, że ładne, to jeszcze z przesłaniem. Dwa misie, dwa jednorożce i jedna tęcza.

Steve Grand All-American Boy

Oczy sarenki i złamane serce. Cztery pluszowe misie.

Joey Graceffa Don’t Wait

Bajki, w których zamiast księżniczki są dwaj książęta? Pewnie że tak. Dużo jednorożców.

The Knife Pass This On

Dobra, wrzucałam ten teledysk z pięć milionów razy, ale on jest po prostu najlepszy. Nawet tęczy już mi na niego zabrakło.

Nie pytaj, co 2017 może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla 2017

9045243332_c8d5964500_c

Grafika na licencji CC autorstwa: ffaalumni.

Dzisiaj będzie smętnie i moralizatorsko. Koniec roku to czas podsumowań i postanowień. 2016 dał nam wszystkim zdrowo popalić. Problem w tym, że głównie na odległość – bo i jaki wpływ mieliśmy na fakt, że zmarł Alan Rickman czy na wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych? W takiej sytuacji człowiek czuje głównie smutek i bezsilność. Nic dziwnego, że pod koniec roku facebookowe ściany zalały głównie życzenia, żeby 2016 już się wreszcie skończył.

Jednak patrząc na te teksty, odniosłam trochę wrażenie, że patrzymy na sprawę ze złej strony. Mamy wobec 2017 postawę nieco roszczeniową – modlimy się (metaforycznie), żeby był dobry i zagwarantował nam pomyślność i spokój ducha, niczym jakieś pomniejsze bóstwo. A przecież to, czy będzie dobry, w dużej mierze zależy od nas samych. A konkretnie – od tych, którzy nas otaczają. Podobnie z postanowieniami noworocznymi – chcemy być ładniejsi, szczuplejsi, czasami mądrzejsi, i rzucić nałogi. Wielu ludzi postanawia, że będzie lepiej traktować siebie samego. Ja również się do tej grupy zaliczam. Ale znów – skupiamy się głównie na sobie. I to jest w sumie bardzo egoistyczne.

Żyjemy w dziwnym przekonaniu, kreowanym głównie przez media i serwisy społecznościowe, że człowiek człowiekowi wilkiem. Zwłaszcza ostatnio, zwłaszcza w Polsce, w której ludzie podzielili się na lewaków i „prawdziwych patriotów”, stojących po dobrej i złej stronie barykady (oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia). W tym roku spędziłam sporo czasu za granicą, wśród zupełnie obcych sobie ludzi, na pomocy których musiałam do pewnego stopnia polegać i zdałam sobie sprawę, że ich życzliwość jest dla mnie zaskoczeniem. Dlaczego spodziewamy się po obcych najgorszego? Bo tak nam podpowiadają gazety, w których pisze się tylko o morderstwach, wojnach i głupocie rodzaju ludzkiego. Rzadko kiedy mamy szanse poczytać o sukcesach, dobroci, życzliwości. A przecież ona istnieje. Ludzie codziennie sobie pomagają, uśmiechają się do siebie i dbają o siebie nawzajem na milion różnych sposobów.

I dlatego postuluję, żebyśmy w 2017 zamiast o sobie, myśleli o innych.

Sposobów na to, żeby komuś pomóc, jest bardzo wiele. Najłatwiejszym jest chyba przekazanie pewnej sumy pieniędzy na konto takiej czy innej fundacji. Potrzebujących jest mnóstwo. Można pomagać ludziom, na przykład ofiarom wojny w Syrii czy konfliktu na Ukrainie, za pośrednictwem PCK lub PAH (za ich pośrednictwem możemy również pomóc ofiarom suszy w Somalii czy zorganizować obiad dla polskich dzieci). Można wziąć udział w zbiórkach pieniędzy w serwisach w rodzaju siepomaga.pl i dać odrobinę nadziei ludziom chorym na nowotwory i inne ciężkie choroby. Można pomóc zwierzętom. Ja na przykład stosunkowo często wpłacam niewielką kwotę na konto Fundacji Igliwiak, która jest miejscem z tragicznym PR-em, ale jednocześnie człowiek, który ją prowadzi, jest wyjątkowo zdeterminowany, żeby pomagać jeżom.

Jeśli ktoś woli przeznaczyć swoje pieniądze na bardziej wzniosłe cele, na przykład promocję kultury, to serdecznie polecam patronite.pl i wsparcie naszych współblogerów, na przykład Kiciputka, Zwierza Popkulturalnego czy Mistycyzm Popkulturowy. W tym wypadku wystarczy naprawdę kilka złotych miesięcznie, żeby komuś ułatwić i umilić życie.

A co w sytuacji, kiedy ktoś nie ma pieniędzy? Wtedy można służyć czasem. Praca w wolontariacie niekoniecznie oznacza trwałe zobowiązania. Można pomagać rozmaitym fundacjom z doskoku, od czasu do czasu coś tłumacząc, udzielając się przy organizacji konkretnego wydarzenia lub służąc poradą. Chwilowo mam własne, bardzo absorbujące małe dzieci, ale kiedy trochę podrosną, chciałabym zaangażować się w projekt Big Brother Big Sister, który polega na stworzeniu relacji mentorskiej z dzieckiem o podobnych zainteresowaniach, ale z biedniejszego środowiska. Podobnych możliwości jest mnóstwo. Warto udzielać się w lokalnych NGOsach albo chociażby we wspólnocie mieszkaniowej. To okazja, żeby poznać sąsiadów, zmienić na lepsze najbliższe otoczenie, pomóc komuś, a kiedyś, być może, również skorzystać z pomocy.

A jeśli ktoś nie ma ani czasu, ani pieniędzy? Postarajmy się po prostu być dla siebie milsi – powiedzmy komplement obcej osobie, powstrzymajmy się od sarkastycznej uwagi, uśmiechajmy do ludzi w metrze. Niekoniecznie codziennie, ale – częściej niż dotychczas. Już samo to sprawi, że będzie nam lepiej, milej i mniej smutno.

I właśnie tego nam wszystkim życzę w 2017.

PS. Piszę to wszystko również dlatego, że w wyniku nieszczęśliwego wypadku jeden z moich sąsiadów stracił w Sylwestra cały dobytek. Jest to człowiek, który wiele robił dla lokalnej społeczności – organizował imprezy sportowe, zajęcia dla dzieci, angażował się w działalność organizacji pozarządowych. I to wszystko się w pewnym sensie opłaciło. Ludzie, którzy poznali go przy tej czy innej okazji, słyszeli o jego działaniach, zbierają dla niego i jego rodziny rzeczy, organizują zbiórkę pieniędzy. Warto być życzliwym dla innych i żyć w świecie, gdzie inni nam pomogą. Tylko tyle i aż tyle możemy dla siebie zrobić.

„Hilda” Luke’a Pearsona oraz dla kogo właściwie są książki dla dzieci

hilda_1okladka-640x946

Obiecałam kiedyś na FB recenzję serii komiksów o Hildzie Luke’a Pearsona. Obiecałam też, że napiszę, dla kogo właściwie powstają książki dla dzieci. A ponieważ jestem ostatnio z braku czasu nadzwyczaj ekonomiczna, zrobię to w jednym, wspólnym wpisie.

Zacznijmy od komiksu. Seria o Hildzie została wymyślona i stworzona przez Luke’a Pearsona, brytyjskiego ilustratora i rysownika. Dotychczas po polsku, nakładem wydawnictwa Centrala, ukazały się cztery tomy – Hilda i troll, Hilda i nocny olbrzym, Hilda i ptasia parada oraz Hilda i czarna bestia (liczę na to, że kolejny tom, Hilda and the Stone Forest, również pojawi się u nas w najbliższym czasie). Główna bohaterka to na oko ośmioletnia, niebieskowłosa dziewczynka, a świat, w którym rozgrywają się jej przygody, jest mocno zainspirowany (przynajmniej w pierwszych tomach) skandynawskim folklorem. Pojawia się w nim szereg magicznych stworzeń, takich jak trolle, skrzaty, olbrzymy, przypominające skrzyżowanie psa z chmurą latające puchy, gadające ptaki i wiele innych. Również krajobraz – wysokie góry, drewniane chatki – przywodzą na myśl norweskie fiordy. Sama Hilda jest dziewczynką odważną i niezależną, ciekawą świata i wszystkiego, co na nim żyje. Stale pakuje się w kłopoty, a przy tym pozostaje osobą empatyczną i wrażliwą na cudze problemy.

hilda-i-troll

Plansza z komiksu Hilda i troll, ©Luke Pearson.

Treść komiksów ma formę przygodową, ale każdy tom niesie ważne przesłanie. Młody czytelnik razem z Hildą uczy się, że stereotypy są często fałszywe, a działania, które podejmujemy ze strachu, mogą prowadzić do cudzego cierpienia. Dowiaduje się też, że nie ma czynów bez konsekwencji, a niektóre z nich są nieodwracalne. To też opowieści o tolerancji dla inności – wielu niezrozumianych bohaterów okazuje się przy bliższym poznaniu ciekawych i sympatycznych. Hilda jest także feministyczna, w tym znaczeniu, że płeć bohaterki nie ma absolutnie żadnego wpływu na bieg wydarzeń. Nie dzieje się w tych historiach ani jedna rzecz, która mogłaby się przytrafić tylko chłopcu albo tylko dziewczynce. Chwała Luke’owi Pearsonowi, że zdecydował się narysować komiks o dziewczynce, bo przeważnie tego typu „uniwersalne” postacie są jednak chłopcami.

Podsumowując, to świetna seria komiksów. Skąd zatem wątpliwość, kto właściwie jest jej adresatem? [Przy okazji: używam tu terminów „książka” i „komiks” w sposób wymienny. Usprawiedliwiam się faktem, że książki dla dzieci, zwłaszcza najmłodszych, często są ilustrowane tak bogato, że stosunek tekstu do obrazka wypada podobnie jak w komiksie. Zdaję sobie sprawę, że są to inne formy wyrazu, ale na użytek wpisu pozwolę sobie zignorować ten fakt.] Otóż książki dla dzieci to wyjątkowa dziedzina literatury, którą tworzy ktoś zupełnie inny niż jej domyślny odbiorca. Dzieci nie piszą same dla siebie. Książki dla nich piszą dorośli, wydają dorośli, recenzują dorośli i nagradzają dorośli. To dorośli decydują, co jest warte przekazania. Podejmując decyzje wydawnicze, redaktorzy raczej nie konsultują się z dziećmi odnośnie rozpatrywanych propozycji (co zresztą moim zdaniem rodzi pewne problemy natury etycznej). Dlatego, inaczej niż przy „normalnej” literaturze, książki te mają podwójnego odbiorcę. Wielu dorosłych kupuje i czytuje książki dla dzieci, chociaż sami dzieci nie posiadają, często czując się przy tym trochę głupio. Książki dla dzieci traktuje się przy tym jak niepoważną dziedzinę literatury. Wiążą się z tym różne konsekwencje, czasem przykre, jak na przykład fakt, że pisarze książek dla dzieci znacznie mniej zarabiają.

hilda_2_3

Plansza z komiksu Hilda i nocny olbrzym, ©Luke Pearson.

Ale wracając do dzieci – pół biedy, jeśli pisane i wydawane przez dorosłych książki im się podobają, choć czasem zdarza się, że to, co przez dorosłych odbiorców uznawane jest za „pięknie ilustrowaną powieść dziecięcą”, w dzieciach budzi głównie przerażenie (jak ja nienawidziłam w dzieciństwie książek ilustrowanych przez Stasysa Eidrigeviciusa). A zatem czym będzie „dobra książka dla dzieci”? Dla kogo ona ma być dobra? Czy to książka, która podoba się dzieciom? Młodzi czytelnicy mają jeszcze nie do końca wyrobiony gust. Często podobają im się rzeczy hałaśliwe, błyszczące i tandetne. Fakt ten wykorzystywany jest przez wydawców, którzy uważają, że w związku z powyższym można im wcisnąć byle co. Listę grzechów w tym temacie opisuje Paulina Małochleb w tekście „Dziesięć najgorszych książek dziecięcych”.

No dobrze, czyli z jednej strony mamy książki nazbyt ambitne, poruszające tematy tak trudne w sposób tak wyrafinowany, że przeciętne dziecko niewiele z nich skorzysta (dorosły tak samo, bo dla niego temat zostaje z kolei potraktowany zbyt błaho). Na drugim biegunie mamy tandetną sieczkę bez pomysłu, od której gwałtownie spada iloraz inteligencji. Dlaczego więc uważam, że Hilda jest dobra? Jakie kryterium stosuję? Według mnie dobra książka dla dzieci to taka, która spełnia trzy bardzo ogólne warunki. Po pierwsze, podoba się dzieciom, co oznacza, że dzieci chętnie do niej wracają, przeglądają ją sobie same, nawet jeżeli rodzic nie ma czasu im czytać (oczywiście mowa o młodszych dzieciach), ogólnie – chcą ją mieć w pobliżu (mój syn na przykład śpi z ulubionymi książkami). To, że książka podoba się dzieciom, wynika przeważnie z kombinacji wielu elementów – dostosowanego do wieku języka i tematyki, ciekawych, wieloznacznych ilustracji, w których za każdym razem można odkryć coś nowego, interesującej historii, bohaterów, z którymi można się identyfikować (chociaż dzieci nie myślą w ten sposób, im też przecież niektórzy bohaterowie są bliżsi niż inni), poczucia humoru, które do nich trafia i tak dalej.

hilda3pp_7

Plansza z komikus Hilda i ptasia parada, ©Luke Pearson.

Po drugie, jest to książka, która podoba się rodzicom. Przy czym nie jest to wcale takie jednoznaczne stwierdzenie, jak może się wydawać. Niektórzy rodzice lubią książki, mające wartość edukacyjną. Dlatego wyżej będą cenili pozycje, powiedzmy, popularnonaukowe czy zaznajamiające dzieci z jakąś konkretną tematyką. Wielu rodziców jest fanami historii z morałem. Osobiście wolę otwarte zakończenia, będące raczej punktem wyjścia do rozmowy na dany temat. Ale nie dyskwalifikuję opowieści z morałem. Dobra książka może mieć morał, jednak nie on jest wyznacznikiem jej jakości, tak samo jak nie jest nim wartość naukowa. Książka, która podoba się rodzicowi to taka, w której znajdzie on też coś dla siebie. Może to będą piękne ilustracje. Może ciekawy bohater drugoplanowy, niepokojąco przypominający jego samego. Może wciągająca historia. W każdym razie dobra książka to taka, do której rodzic zwyczajnie lubi wracać, tak samo jak jego dziecko.

I wreszcie trzecie, wynikające trochę z drugiego – dobra książka to taka, która rośnie razem z dzieckiem. I wróćmy tutaj na chwilę do przykładu Hildy. Mój ulubiony tom to „Hilda i nocny olbrzym”. Tak się składa, że jest to również ulubiony tom mojego syna. Dzisiaj najbardziej przyciągają go interesująca historia i zabawne obrazki. Ale już za dwa, trzy lata zacznie doceniać gry słowne, które się w nim pojawiają. Kolejne dwa i będzie w stanie wyłapać nawiązania do skandynawskiej mitologii. Zrozumie pewnie także, że jest to opowieść o stracie i zmianach, które nas dotykają. Za sześć lat trafi do niego wątek relacji dziewczynki z matką, a za dziesięć lat doceni być może piękny, choć melancholijny wątek miłosny. Myślę, że jest duża szansa, że Hilda zostanie z nim na długo, może nawet na całe życie. Jeśli nie jako komiks, to jako element, z którego w mikroskopijnej części zbudował swoją tożsamość.

hilda-i-czarna-bestia

Plansza z komiksu Hilda i czarna bestia, ©Luke Pearson.

I myślę, że oto właśnie chodzi w dobrych książkach dla dzieci. Każdy z nas ma inne upodobania. Nie możemy zdecydować, że nasze dziecko będzie lubiło fantasy, choć oczywiście jest duża szansa, że je polubi, jeśli my sami je lubimy. Są książki, które mnie się podobają, a mój syn za nimi nie przepada. Nie znaczy to, że są złe. Po prostu akurat nie trafiają w jego gust. Może do niektórych dorośnie, a może nie. Ma do tego prawo. Ale najlepsze książki dla dzieci mają pewną uniwersalną wartość, a jest nią szacunek dla odbiorcy i wiara w niego. I w tym chyba leży sekret dobrej książki dla dzieci – że swojego czytelnika traktuje poważnie, niezależnie od tego, w jakim jest wieku.