Arkadia pełna książek

Czy słyszeliście kiedyś o Shirley Jackson? Albo o Craig Rice? Jeśli nie, to nie przejmujcie się zanadto. Żadna z tych autorek nie znalazła się w gronie szacownych twórców Wielkiej Literatury, a ich nazwisk próżno szukać na listach Najlepszy Powieści XX wieku. Mimo to, a może właśnie z tego powodu, ich powieści znajdują się na innej liście – mojej osobistej liście książek ulubionych i takich, do których chętnie wracam. Zajmują wysokie miejsca na liście pozycji, które poprawiają humor, leczą chandrę oraz doły o niewielkiej intensywności i nieznanym pochodzeniu. Nadają się idealnie na ponure listopadowe wieczory i na chwile, kiedy nie mamy ochoty na poważniejszą literaturę.

shirley jackson

Shirley Jackson. Jeśli macie ochotę zobaczyć, jak wyglądały opisywane domy opisywane w jej powieściach, polecam zajrzeć tutaj.

Zacznijmy od Shirley Jackson, amerykańskiej pisarki, która znana jest przede wszystkim z pisanych przez siebie horrorów. Jednak ja najbardziej lubię jej inne, nietypowe powieści – Życie wśród dzikusów i Poskramianie demonów. Są to powieści luźno oparte na wydarzeniach z życia autorki, początkowo publikowane jako felietony czy też opowiadania w rozmaitych amerykańskich pismach dla gospodyń domowych. Shirley Jackson była matką czwórki dzieci (tytułowych dzikusów i demonów), współwłaścicielką rozwalającego się domu w niewielkim miasteczku w stanie Vermont, żoną męża-profesora oraz opiekunką bliżej nieokreślonej liczby psów i kotów. O swoim życiu pisze z humorem i swadą, prezentując się jako osoba ciepła i sympatyczna, acz wiecznie lekko zmęczona i zagubiona (co nie dziwi nikogo, kto ma choć jedno dziecko). Jej dzieci są bohaterami licznych dykteryjek, które ubawią zarówno osoby nie posiadające potomstwa (choć pewnie będą czytały o ich wyczynach z lekkim niedowierzaniem), jak i te, które progeniturę posiadają (te ze współczuciem i zrozumieniem pokiwają tylko głowami). Żeby nie być gołosłowną, przytoczę wam tu dwa krótkie fragmenty tekstu:

„Nowy kombinezon był brązowy, miał futrzane nauszniki i kiedy prezentowałam Barry’ego ojcu i rodzeństwu w tym stroju, uświadomiłam sobie nagle, że odtąd moje przedpołudnia będą długie, ciche i puste. Zapytałam męża, czy zdaje sobie sprawę z faktu, że od jedenastu lat w naszym domu zawsze znajdowało się jedno małe dziecko i to przez cały boży dzień, na co on odpowiedział, że owszem, zdawał sobie z tego sprawę i to nawet bardzo dobrze i że jedenaście lat to bardzo długo, i że tak ciężki wyrok otrzymuje się tylko za handel godnościami kościelnymi albo za ciężkie okaleczenie ciała.” Poskramianie demonów, str. 135, Warszawa 1980

I jeszcze jeden:

„Ale ponieważ w naszym domu i tak panuje nieustanny rozgardiasz, nikt nie przejmuje się sprawą imion. Od niedawna Laurie buntuje się przeciwko zdrabnianiu jego imienia i żąda, żeby mówić do niego albo Laurence, albo Sir. Kiedy nastała Sally, nadaliśmy jej imię Sara, które pozostało wkrótce zdrobnione na Sally, ale naraziło nas na kłopoty z powodu Sally Ellenoy, więc w rezultacie mówiło się na nią Mała, a na tamtą Sallyellenoy. Mała okazało się doskonałym imieniem, bo trudno się pomylić, co również dotyczy imienia Pies dla psa, na którego Mała woła Hauhau, Laurence Trigger, a pani Ellenoy przeważnie Dziecko. Ponieważ nasze koty są identyczne, wołamy na nie przeważnie Kitty. Ja osobiście używam dwóch nazwisk. Utwory literackie podpisuję nazwiskiem panieńskim, a tak na co dzień legitymuję się nazwiskiem męża. A mój mąż, do którego odzywamy się wszelkimi odmianami słowa ojciec, reaguje na nie wszystkie bezbłędnie, począwszy od Pappy, a na Da skończywszy. Ostatnio zaimponował mi przytomnością umysłu, bo zareagował nawet, kiedy Jannie zwróciła się do niego per szanowny panie Ellenoy.” Życie wśród dzikusów, str. 101-102, Warszawa 2002

Obydwie książki są doskonale przetłumaczone przez Mirę Michałowską, a samo wgłębienie się w przekład dostarcza pewnej przyjemności, zwłaszcza kiedy porówna się naszą wiedzę o USA z wiedzą, którą posiadała tłumaczka w latach 80-tych. To samo dotyczy zresztą książki Róże pani Cherington Craig Rice, którą z kolei równie świetnie przetłumaczyła Maria Skibniewska. Smaczki te dotyczą nomen omen głównie kwestii kulinarnych. W Poskramianiu demonów występuje na przykład „narodowe” danie amerykańskie, zwane gorącymi parówkami. Człowiek dopiero po dłużej chwili orientuje się, że musi chodzić po prostu o hot-dogi. Natomiast w Różach pani Cherington bohaterowie zajadają się sandwiczami, które, kiedy czytałam książkę w połowie lat 90-tych, wyobrażałam sobie jako wyborne, choć bliżej nieokreślone smakołyki, podczas gdy dzisiaj wiem, że owe sandwicze to po prostu kanapki.

craig_rice_Time1

Craig Rice była swojego czasu tak popularna, że znalazła się na okładce The Time. Jej książki stanowiły realną konkurencję dla powieści Agathy Christie.

A skoro już jesteśmy przy Różach Pani Cherington, to może teraz dwa słowa o Craig Rice. Była to poczytna autorka powieści kryminalnych, nazywana nawet czasem „Dorothy Parker powieści detektywistycznych”. Czy rzeczywiście jej powieści były takie dobre, nie mam pojęcia, bo żadnej poza Różami nie czytałam (zdaje się zresztą, że na polski przetłumaczono zaledwie jedną inną jej pozycję, a i w Stanach stosunkowo ciężko je dostać). Róże pani Cherington są również pozycją nietypową w jej dorobku, bo przeważnie pisała dla dorosłych, natomiast bohaterami Róż jest trójka rodzeństwa – Diana, April i Archie – którzy postanawiają pomóc matce, autorce kryminałów, w zyskaniu popularności poprzez rozwiązanie tajemnicy popełnionej w sąsiednim domu zbrodni. I tutaj zresztą pojawia się wątek na poły autobiograficzny, ponieważ Georgiana Ann Randolph Craig, kryjąca się pod pseudonimem Craig Rice, podobnie jak jej bohaterka zaczynała jako dziennikarką i miała trójkę dzieci (dwie córki i syna).

Oprócz ciekawej intrygi i zabawnych bohaterów książka, podobnie zresztą jak książki Shirley Jackson, ma jeszcze dodatkową zaletę – opisuje dawno już nieistniejący świat amerykańskiej prowincji lat 40-tych i 50-tych. To świat, w którym butelka coca-coli kosztuje pięć centów, lodówki stoją na werandach, mleko i jajka przynoszą do domu mleczarze, a głównym zajęciem dzieci jest gra w baseball i taplanie się w błocie. W domach bohaterów zalegają stosy książek i komiksów, bo telewizor, nawet jeśli stoi już w salonie, nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Ten wypełniony książkami, dziećmi i zwierzętami świat wydaje się z naszej perspektywy pewnego rodzaju rajem utraconym. To czas, kiedy życie było proste, ludzi stać było na zakup olbrzymiego domu bez konieczności brania kredytu na pięćdziesiąt lat, lata były długie i upalne, a zimy śnieżne i słoneczne (jeśli nie mieszkało się w Kalifornii). Nie ukrywam, że i do mnie ten obrazek przemawia, chociaż przecież za nic w świecie nie chciałabym mieszkać w czasach, kiedy główną rola kobiety było zajmowanie się domem i dziećmi, nawet jeśli przy okazji była poczytną pisarką. Widać to wyraźnie w powieściach Jackson, o której wiemy, że publikowała powieści i opowiadania, ale główny ciężar odpowiedzialności za dom znajdował się zdecydowanie na jej głowie. To jej mąż siedzi zamknięty w gabinecie, pracując cały dzień, to jemu nie należy przeszkadzać, to on wygłasza uwagi w rodzaju „jak ty wychowujesz te dzieci”, mimo że ma wolny zawód i podobnie jak żona większość czasu spędza w tym samym budynku co owe dzieci. Kiedy Jackson przy takim układzie miała jeszcze czas pisać powieści, tego doprawdy nie wiem. I chociaż książka jest oczywiście fikcją literacką, myślę, że relacje pomiędzy bohaterami opisane zostały mniej więcej prawdziwie – po prostu tak wtedy było, że kobiety swoje ambicje mogły realizować niejako ukradkiem, przy okazji, o ile w ogóle mąż im na coś takiego pozwalał.

Nieco inaczej wyglądała sytuacja Rice, która mimo dużej rotacji mężów (miała ich co najmniej czterech) zdecydowanie sama zarabiała na swoje utrzymanie. Wydawała w intensywnych okresach swojej twórczości dwie, nawet trzy powieści rocznie, do tego również opowiadania. Jej książki były ekranizowane, nagrywano na ich podstawie słuchowiska, pisała też scenariusze filmowe. Jednak Rice za swój sukces zapłaciła ogromną cenę – podobnie jak bohaterowie większości jej powieści, piła za dużo i popadła w alkoholizm. Z wiekiem przyplątały jej się również inne problemy ze zdrowiem i w efekcie zmarła w wieku zaledwie czterdziestu dziewięciu (a może pięćdziesięciu jeden, zależy od źródła) lat. Również Shirley Jackson zmarła młodo na zawał serca – miała tylko 48 lat. Przez lata cierpiała z powodu rozmaitych problemów psychicznych, brała również leki, które mogły przyczynić się do jej śmierci (nie mówiąc już o tym, że paliła jak smok). W jakiś sposób wydaje mi się to symptomatyczne, że obie zmarły tak młodo. Owszem, niezdrowy tryb życia niewątpliwie się do tego przyczynił, ale wydaje mi się, że był on raczej efektem sytuacji, w jakiej się znalazły, niż przyczyną problemów. Może to tylko zbieg okoliczności, a może zabiło je coś więcej – presja oczekiwań społecznych, którym nie były w stanie sprostać, niemożność znalezienia dla siebie właściwego miejsca w świecie, frustracja. Szkoda, że jako pisarki gatunkowe nie miały szans trafić do annałów historii światowej literatury i dziś są właściwie zapomniane. Zwłaszcza Rice pozostaje dziś niedoceniona, nawet w rodzinnych Stanach, chociaż książki jej kolegów po piórze z tamtego okresu, również autorów kryminałów, są wciąż wydawane i omawiane.

Mimo te niezbyt optymistycznej konkluzji polecam serdecznie lekturę Życia wśród dzikusów, Poskramiania demonów i Róż pani Cherington. Można kupić je wyłącznie na allegro, bo od lat nie były wznawiane (Róże miały w ogóle chyba tylko jedno wydanie) i kosztują grosze, a naprawdę warto mieć je w domu, bo to ten rodzaj książek, do którego chce się wracać.

Samotni w wielkim mieście

Znacie to uczucie, gdy zaczynacie oglądać serial, nie robiąc sobie wielkich nadziei, że wam się spodoba,  w trakcie oglądania kolejnych odcinków zdajecie sobie sprawę, że popadliście w lekką obsesję, aż wreszcie w okolicach finału sezonu macie ochotę potrząsać znajomymi i wrzeszczeć „dlaczego nikt poza mną tego nie ogląda?? Ja muszę o tym z kimś POROZMAWIAĆ!”? Nie? Hm. W każdym razie dokładnie tak miałam z serialem Looking, niedawno wyemitowanym przez HBO.

looking

Looking, jak sama nazwa nie wskazuje, opowiada o trzech umiarkowanie młodych gejach, mieszkających w San Francisco. Patrick i Agustín są przyjaciółmi z czasów studiów i wspólnie wynajmują mieszkanie (choć nie są parą), a do ich grona często dołącza również starszy o dziesięć lat Dom. Czas upływa bohaterom na pracy, imprezowaniu i mniej lub bardziej romantycznych randkach. Pozornie wydają się dość stabilni i poukładani – Patrick spełnia się w dobrze płatnej pracy, Agustin w związku, a Dom, który wkrótce skończy czterdzieści lat, ma wrażenie, że doskonale wie, jak potoczy się dalej jego życie (choć nie jest to szczególnie optymistyczna wizja). Ale, jak się wkrótce okazuje, to wszystko tylko pozory. Każdy z trzech bohaterów przechodzi wewnętrzny kryzys, a my dowiadujemy się, że odkrywanie siebie nie jest zarezerwowane jedynie dla nastolatków.

I tutaj przechodzimy do tematu, który poruszyłam w poprzednim poście, czyli do realizmu emocjonalnego. Kiedy zaczynałam oglądać serial, myślałam, że z jego bohaterami nie będę mieć wiele wspólnego. W końcu ani nie jestem mężczyzną, ani gejem, ani nie mieszkam w San Francisco. Tymczasem nastąpił u mnie syndrom, który nazwałam roboczo „fenomenem pozornego nieuczestniczenia”, czyli oglądałam serial z przekonaniem, że mnie to w ogóle nie dotyczy, po czym kiedy zorientowałam się w połowie sezonu, że owszem, jak najbardziej mnie dotyczy, byłam już tak mocno zanurzona w emocjonalny świat postaci, że przeżywałam serial bardziej niż jakikolwiek inną produkcję, której byłabym targetem (po prostu nie zdążyłam postawić bariery).

looking 2

Zatem okazało się, że w serialu realizmu emocjonalnego jest na kopy, i tego ogólnego, i osobistego. Po pierwsze, serial należy do rzadkiej kategorii produkcji o trzydziestolatkach, którzy zachowują się adekwatnie do swojego wieku. Po drugie (co zawsze zresztą podejrzewałam), okazuje się, że myślący, wrażliwi mężczyźni nie różnią się specjalnie w swoim postrzeganiu rzeczywistości od myślących, wrażliwych kobiet. Fantastycznie się zresztą ogląda tych bohaterów m.in. dlatego, że są w różnym wieku i widać po nich, jak bardzo zmienił się świat przez ostatnie kilkanaście lat. Dom, najstarszy z całej trójki, pozuje na „prawdziwego faceta” – niedostępnego macho. Ma problem z emocjami (przyczynił się zresztą do tego niefortunny związek sprzed lat), nie potrafi o nich rozmawiać i stara się ich do siebie nie dopuszczać. To człowiek, który przez dużą część swojego życia musiał ukrywać się ze swoja orientacją i nie mógł liczyć na to, że mama przyjmie ją do wiadomości, pogłaszcze go po główce i przejdzie nad faktem do porządku dziennego. Młodsi bohaterowie zachowują się już inaczej. Na ich tożsamość w bardzo niewielkim stopniu wpływa fakt, że są homoseksualni. Są mężczyznami, mieszkańcami dużego miasta, mają przyjaciół, pracę, hobby i to przede wszystkim determinuje ich życiowe wybory, a nie fakt, że wolą chłopaków. Bardzo odświeżający jest również fakt, że nie mają problemu, by mówić o tym, co czują. Nie wstydzą się, że zrobili z siebie idiotów i, podobnie jak stereotypowe przyjaciółki, dzwonią do siebie, żeby poskarżyć się po nieudanych randkach.

Istnieje jeszcze jeden powód, dla którego serial tak przyjemnie mi się oglądało. Jak wie każdy miłośnik fanfiction spod znaku slash, wszelkiego rodzaju opisy związków pomiędzy osobami tej samej płci czyta się/ogląda ciekawe ze względu na aspekt niejasnej relacji władzy. To zadziwiające, jak bardzo zachowania ekranowych par heteroseksualnych są zrytualizowane i jak często obserwując ich perypetie przylepiamy etykietki – „ofiara”, „podrywacz”, „wykorzystujący”, „wykorzystywana”, „drań”, „dziwka” itp. W momencie, kiedy wzajemne awanse czynią sobie osoby tej samej płci, nagle sprawy przestają być jasne. Kto kogo powinien podrywać w metrze? Czy jeśli bohater wsadzi dumę do kieszeni i pójdzie spotkać się z chłopakiem, który go wcześniej podrywał, to uczyni go słabym? Kto jest ofiarą w związku, w którym jeden z partnerów inicjuje trójkąt? Kto jest ofiarą w przypadku, gdy szef i podwładny lecą na siebie? Wszystkie nasze wyobrażenia na temat tego, jak powinno być, momentalnie okazują się nieadekwatne. I to każe zastanowić się nad naszym wyobrażeniem związków i perypetii wśród osób różnej płci (zwłaszcza tej pokazywanej na ekranach). Bardzo lubię to ćwiczenie umysłowe, które polega na zamianie płci partnerów na przeciwną i próbie wyobrażenia sobie, jak inaczej odbierana byłaby dana sytuacja. Looking daje aż nadto materiału do przemyśleń.

looking 3

Tempo serialu jest powolne, zdecydowanie bliżej mu do Mad Men niż chociażby do The L Word. Jednak warto dać mu szansę, nawet jeśli na początku czujemy się trochę znużeni, bo im dłużej oglądamy, tym bardziej zyskują bohaterowie, a finał sezonu (w którym sprawy gwałtownie przyspieszają) jest po prostu doskonały. Na całość składa się szereg drobnych, ale znaczących scen, jak ta, w której Frank i Agustin zastanawiają się, czy wyjść na miasto, czy obejrzeć film w domu, ta, w której Patrick i Richie rozmawiają w planetarium czy ta, w której Dom wybiera się na lunch z Lynnem. Do tego mamy cudowne nawiązania do lat 90-tych, które wzbudzą nostalgię w sercu każdego trzydziestolatka, świetną muzykę i plejadę dobrze zarysowanych postaci drugoplanowych. Jeśli zatem jesteście wielbicielami ciekawych postaci, niespiesznej akcji, pięknych zdjęć i nie boicie się konfrontacji z innością, serdecznie polecam wam Looking.

O realizmie emocjonalnym

Ostatnio coraz więcej pojawia się w prasie tekstów próbujących tlumaczyć, dlaczego ludzie oglądają seriale. Teorii jest wiele – bo czują się samotni, bo inaczej nie mają o czym rozmawiać ze znajomymi przy piwie, bo mają niski poziom inteligencji i nie są w stanie skupić się na ambitnych filmach albo książkach. Możecie się domyśleć, co uważam na temat tych teorii (podpowiem tylko, że nie jest to nic pochlebnego). Co nie oznacza, że temat mnie nie nurtuje. To, że seriale interesują mnie często bardziej niż filmy odkryłam już dosyć dawno, bo z dziesięć lat temu. Wtedy moda na seriale dopiero się zaczynała, a ja pochłaniałam kompulsywnie kolejne sezonu X-Files, nie wiedząc do końca, po co i dlaczego to robię. I właściwie do tej pory się zastanawiam. Z jednej strony ma to moim zdaniem silny związek z rolą opowieści w naszym życiu, o czym zresztą trochę pisałam w tym tekście. Ale jest też inny aspekt serialu, który wydaje mi się bardzo pociągający. Jest nim skupienie na emocjach.

Widzicie, wydaje mi się, że film i serial w swojej „czystej” formie (czyli sprzed roku 2000. Oczywiście mocno upraszczam) miały mocno różne założenia. Film (pomijam kino czysto komercyjne) miał zachwycić widza formą, dopracowaniem, intelektualną treścią. Serial był natomiast emocjonalnym bagienkiem, gdzie widz mógł, zupełnie ignorując zasady prawdopodobieństwa czy formę, taplać się w uczuciach Leoncia do Isaury, Blake’a Carringtona do kolejnych żon i dzieci oraz Ralpha de Bricassarta do swojej sutanny. Serial był dla filmu tym, czym fan fiction dla literatury. Pozwalał nie zastanawiać się, czy aktorzy dobrze grają, czy sceneria jest odpowiednio dopracowana, czy zdjęcia są ładne. Wrażenia estetyczne oczywiście są ważne, ale nie najważniejsze w naszym życiu. Natomiast uczucia to mięcho istnienia. Bez miłości, przyjaźni, nienawiści, zazdrości nie moglibyśmy żyć.

Niewolnica Isaura, Dynastia czy Ptaki ciernistych krzewów były takimi hitami w Polsce moim zdaniem właśnie dlatego, że dawały emocje, których jako gatunek ludzki jesteśmy tak bardzo spragnieni. Oczywiście, ponieważ poziom prawdopodobieństwa tych produkcji był, powiedzmy sobie, umiarkowanie wysoki, w pewnym momencie nastąpiło rozszczepienie zjednoczonej dotąd widowni. Ta bardziej snobistyczna i inteligentna, wstydząc się, że dała się złapać na ckliwe sentymenty, porzuciła telenowele. Dla drugiej zaczęto robić masowo polskie seriale typu Klan, M jak Miłość i Złotopolscy (oczywiście tej pierwszej grupie dalej zdarzało się oglądać telenowele, ale oficjalnie nimi gardzili). I tak pewnie tkwilibyśmy sobie w tej dychotomii do dziś, gdyby na początku lat dwutysięcznych ktoś się nie połapał, że można zrobić serial, który nie tylko da widzom to, czego pragną – emocje – ale także zrobi to na takim poziomie, że inteligentni ludzie nie będą się już mieli czego wstydzić. I taka właśnie jest moja diagnoza społeczna – że ludzie oglądają seriale, bo uwielbiają emocje.

Tak, ale dlaczego w takim razie jedni uwielbiają Breaking Bad, a inni Vampire Diaries? Czy oni aby na pewno chcą tego samego? Dla wyjaśnienia, jak to się dzieje, przyda się bardzo termin, na który ostatnio natrafiłam przy czytaniu tekstów dotyczących badań nad mediami i który błyskawicznie uporządkował mi rzeczywistość w odpowiednie szufladki. Termin ten to „realizm emocjonalny”. Co to pojęcie oznacza? Otóż film czy serial, który uznajemy za realny emocjonalnie to taki, który widzom wydaje się „życiowy”. Ale nie życiowy w sensie podobny do otaczającej nas rzeczywistości. Życiowy w znaczeniu „prawdziwy uczuciowo”. W głównych rolach może wystąpić małżeństwo niebieskich ludzi z rogami na czołach, podróżujących kosmiczną tratwą na najdalsze planety galaktyki, ale my uznamy to za całkiem prawdopodobne, jeśli będą kłócić się identycznie jak nasi sąsiedzi za ścianą. Właśnie realizm emocjonalny odpowiedzialny jest za to, że ludzie pokochali Star Trek, Doktora Who czy Dallas. Te seriale spełniają warunek uczuciowego prawdopodobieństwa.

Dobrze, powiecie, ale to wciąż nie tłumaczy, dlaczego jedni lubią Breaking Bad a inni Vampire Diaries. Otóż moim zdaniem (to już moja własna interpretacja), realizm emocjonalny można z grubsza oceniać na dwóch poziomach, ogólnym i osobistym.

Z poziomem ogólnym będziemy mieli do czynienia wtedy, kiedy mówimy o wewnętrznej spójności świata przedstawionego. Weźmy za przykład Grę o Tron. Bohaterowie serialu mają doświadczenia skrajnie różne od naszych. Cierpią głód, ból, przeżywają stratę, walczą o władzę na poziomach, o jakich większość z nas nie ma zielonego pojęcia. Ale jednocześnie są po pierwsze napisani wiarygodnie w kontekście świata przedstawionego, a po drugie są spójni. Każdy bohater ma jakiś zestaw cech. Może ewoluować, ale nie zmieni się z łajdaka w bohatera i odwrotnie. A jak wynika z naszego doświadczenia, tacy właśnie są ludzie. Najczęściej ani dobrzy, ani źli, zaplątani w swoje wybory, zmęczeni życiem. Oceniamy zatem poziom realizmu emocjonalnego serialu jako wysoki, chociaż pokazuje nam uczucia, których być może na co dzień nie doświadczamy.

Z poziomem osobistym mamy zaś do czynienia wtedy, kiedy sami przeżyliśmy coś podobnego do tego, z czym zmagają się bohaterowie naszego ulubionego serialu. I tutaj posłużę się przykładem serialu Skins. Moje lata nastoletnie zdecydowanie nie przypominały sielanki z The O.C. Znacznie bardziej przywodziły na myśl właśnie emocjonalny pieprznik, w którym tkwili bohaterowie Skins. Dlatego oceniałam ten serial nie tylko pod kątem, czy jest on emocjonalnie spójny, ale też odczułam go bardzo głęboko na poziomie osobistym. Serial stał się moim ulubionym, bo miałam wrażenie, że widzę odegrane na ekranie własne przeżycia.

Oczywiście, nie każdy ma na tyle dobry dostęp do swoich emocji, żeby zidentyfikować powód, dla którego ogląda dany serial, jako „osobisty”. Niektórzy czują się poruszeni, ale nie potrafią powiedzieć dlaczego. Istnieje też wiele powodów, dla których akurat dany serial wyda nam się emocjonalnie realistyczny, a inny nie. Nasza ocena danego serialu w dużej mierze będzie wypadkową cech naszego charakteru, naszych preferencji, tego, co nam się w życiu przydarzyło, jak postąpiliśmy w danej sytuacji itp. Dlatego jedni przyznają się tylko do tego, że oglądają Breaking Bad, który jest spójny na poziomie ogólnym, a inni nie będą mieli problemu, żeby przyznać się do oglądania Vampire Diaries, który wprawdzie nie jest szczególnie spójny pod względem ogólnym, ale za to porusza nuty dla nich osobiste i przez to wydaje im się realistyczny. Nie mówiąc już o tym, że jeden będzie skłonny zawiesić niedowierzanie w przypadku serialu policyjnego, inny tylko w przypadku s-f, bo po prostu lubią akurat te gatunki. Wiadomo, ludzie są różne. Ale moim zdaniem czynnik emocjonalnego prawdopodobieństwa ma kluczowe znaczenie. Inaczej nie jesteśmy w stanie zrozumieć ani pokochać bohaterów, a bez tego nie będziemy potrafili na dłuższą metę zaangażować się w żadną produkcję.

 

PS. Ponieważ odnoszę ostatnio wrażenie, że zamiast mózgu mam sałatę, wyrażam niniejszym nadzieję, że udało mi się powyżej przeprowadzić względnie logiczny i zrozumiały wywód.

PS. 2. Miałam połączyć ten wpis z recenzją Looking, ale trochę za bardzo mi się rozrósł, więc sałaciana recenzja Looking będzie wkrótce w oddzielnym wpisie.