Dziesięć powodów, dla których powinniście oglądać The Good Wife

??????????????????????

Uwaga, spojlery!

1. Bo lubi się wszystkich bohaterów

Serio, nie ma chyba w tym serialu bohatera, którego bym nie lubiła (choć bynajmniej nie są bez wad). Najniżej w rankingu plasuje się chyba Peter Florrick, ale z drugiej strony zawdzięczamy mu Eli Golda i wszystkie te polityczne przepychanki, które doskonale się ogląda.

women of good wife

Poza tym ten serial ma nie jedną, nie dwie, ale trzy doskonale napisane, pełnoprawne żeńskie postaci. Każda spełnia na swój sposób definicję silnej kobiety – silnej w znaczeniu pozytywnym, a nie w znaczeniu bycia facetem w spódnicy. Jednocześnie widzimy je też w gorszym momentach, chwilach załamania, płaczące, smutne, zagubione, rozczarowane. Po prostu ludzkie.

2. Bo bohaterowie drugoplanowi są świetni

W rolach drugoplanowych i epizodycznych pojawia się plejada doskonałych aktorów, m.in. Michael J. Fox, Alan Cumming, Amanda Peet, Mamie Gummer, Martha Plimpton, Rita Wilson, Matthew Perry, America Ferrera, Melissa George i masa innych. Nie wiem, czy to zasługa aktorstwa czy scenariusza, ale nieraz osoby mające 10 minut czasu ekranowego potrafią stworzyć postaci zapadające w pamięć mocniej niż główni bohaterowie niektórych seriali. Poza tym – i to jedna z moich ulubionych cech tego serialu – te postacie przewijają się nie przez jeden czy dwa, ale całe pięć sezonów i w najmniej spodziewanym momencie potrafią powrócić. Autentycznie się nieraz czeka na te powroty (Elsbeth Tascioni!), a potem podskakuje radośnie na kanapie, kiedy wreszcie nastąpią.

3. Bo ma cudowne prawnicze potyczki, z których nic nie rozumiem

office

Moja wiedza o prawie wynosi absolutne zero. Powiem więcej – prawo mnie w ogóle nie interesuje, a prawnicze seriale mnie nudzą. Tymczasem The Good Wife potrafi sprawić, że oglądam te ich przepychanki na paragrafy z prawdziwą przyjemnością. Oczywiście, że to nie ma nic wspólnego z prawdziwym prawem. Ale przecież House’a oglądaliśmy nie po to, żeby dowiedzieć się cokolwiek o medycynie i tak samo z The Good Wife – oglądamy, ponieważ cudownie przerzucają się drobnymi złośliwostkami, pojedynkują na podstępy i robią się nawzajem w butelkę. (przy okazji – to jest powód, dla którego porzuciłam Suits. Bo bohaterowie seriali prawniczych powinni w mojej opinii choć od czasu zajmować się prawem, a nie tylko świecić garniturami za milion dolarów i przekonywać nawzajem o własnej zajebistości.)

4. Bo tworzy spójny, realistyczny świat

Wiecie, czego najbardziej nie cierpię w serialach? Wątku siostry głównej bohaterki, która przyjechała na dwa-trzy odcinki, ukradła jej narzeczonego albo pieniądze, została przykładnie ukarana, a potem zniknęła, żeby nigdy więcej nie powrócić (i nikt nawet o niej więcej nie wspomni). W The Good Wife prawie nie ma takich wątków. Jeśli jakaś postać pojawiła się raz, z pewnością powróci. Brat głównej bohaterki może zniknąć na pół sezonu, ale wiemy, że tam jest i że na pewno nie widzieliśmy go po raz ostatni. Co więcej, epizodyczne postacie typu pani, którą zwolnili z biura DA, też potrafi powrócić w zupełnie niespodziewany sposób. To tworzy wrażenie obcowania z prawdziwym światem, gdzie przecież nasi krewni nie znikają, kiedy tylko skończy im się aktualny wątek fabularny w naszym życiu, a ludzie wykonujący ten sam zawód obracają się mniej więcej w tym samym kręgu znajomych, których raz spotyka się częściej, a raz rzadziej, ale jednak nieustająco istnieją.

alicia kalinda diane

Druga sprawa – bohaterowie się zmieniają. Alicia Florrick z pierwszego sezonu to zahukana, cicha szara myszka. Alicia z piątego to świadoma swojej wartości kobieta, która gotowa jest podejmować trudne decyzje i nie będzie siedzieć w kącie i rozpaczać, kiedy coś pójdzie nie po jej myśli. Ale nie tylko główna bohaterka się rozwinęła. Weźmy Cary’ego Agosa, który pokornie zjada swoją humble pie i z przemądrzałego karierowicza staje się naprawdę fajnym facetem. Weźmy Kalindę, która nigdy nie doszła do końca do siebie po kłótni z Alicią. Weźmy Florricka, który pnie się po szczeblach kariery mimo swojej początkowej jakże gównianej sytuacji. Wszyscy oni rozwijają się, zmieniają, uczą, a co najważniejsze, robią to w granicach logiki i prawdopodobieństwa.

5. Bo sezon piąty zwala z nóg

tumblr_mu7vqbj8Xi1qd1s6no1_250 tumblr_mu7vqbj8Xi1qd1s6no5_250 tumblr_mu7vqbj8Xi1qd1s6no2_250tumblr_mu7vqbj8Xi1qd1s6no3_250 tumblr_mu7vqbj8Xi1qd1s6no4_250 tumblr_mu7vqbj8Xi1qd1s6no6_250

I szlag trafił mój OTP buuu.

Sezon czwarty był przyjemny, ale ratingi leciały na łeb na szyję, więc producenci i scenarzyści, przestraszeni wizją kasacji, wspięli się w tym roku na wyżyny swoich możliwości intelektualnych. W efekcie zafundowali nam taki początek piątego sezonu, że wciąż nie mogę pozbierać szczęki z podłogi. Fantastyczny pierwszy odcinek, powolne budowane napięcie i wreszcie odcinek z ostatniej niedzieli, Hitting The Fan, który był chyba jednym z najlepszych odcinków, jakie widziałam w publicznej amerykańskiej telewizji od czasów doktora House’a i Three Stories. Wszystkie układy między bohaterami uległy przetasowaniu i bardzo jestem ciekawa, co teraz z tego wszystkiego wyniknie.

6. Bo jest zabawny

Twórcy doskonale wiedzą, kiedy rozładować atmosferę, wprowadzając element komediowy, przy czym jest to zazwyczaj element komediowy bardzo przyzwoity. Co ciekawe, również bohaterowie mają poczucie humoru, co się paradoksalnie w telewizji szalenie rzadko zdarza.

7. Bo pokazuje przyjaźń w taki sposób, że w nią wierzymy

alicia kalinda

Ten serial pokazuje nie tylko tradycyjną, jedynie słuszną przyjaźń pomiędzy mężczyzną a mężczyzną, ale również przyjaźnie między kobietami. Co więcej, te przyjaźnie nie polegają jedynie na rozmowach o ciuchach i facetach! A już prawdziwym ewenementem jest to, że pokazuje również przyjaźnie między mężczyznami i kobietami, w których a. nie ma żadnych podtekstów erotycznych, b. mężczyzna nie jest gejem ani kobieta lesbijką. Zadziwiające.

8. Bo komentuje bieżące wydarzenia

Coś pojawiło się w nagłówkach wszystkich gazet na świecie? The Good Wife to skomentuje. I to w sposób, który daje do myślenia.

9. Bo to chyba jedyny serial rozrywkowy dla dorosłych

Istnieje trochę seriali, których głównym targetem są ludzie całkiem dorośli (np. Mad Men), ale są one niemal wyłącznie ciężkimi dramatami, od których boli albo głowa, albo dusza. Rozrywkowe seriale zazwyczaj robione są raczej pod młodszą widownię. Tymczasem w przypadku The Good Wife widać, że docelową widownią są ludzie obarczeni rodzinami, dziećmi, hipotekami i kredytami do spłacenia, którzy nie mogą z dnia na dzień porzucić wszystkiego i zacząć życia od nowa (i tak oto z grubsza zdefiniowałam pojęcie dorosłości). Miło się patrzy na bohaterów, którzy podejmują decyzje za pomocą myślenia, a nie porywów serca i którzy miewają chwilę refleksji, zanim zaczną uprawiać z kimś dziki seks w biurowym schowku na szczotki.

10. Bo będziecie się dobrze bawić

The Good Wife

Oczywiście, The Good Wife jest bajką. Bajką o ludziach ustawionych, wpływowych, pięknych, dobrze ubranych i bogatych. Ale ta bajka jest kawałkiem naprawdę doskonale zrealizowanego rozrywkowego kina, gdzie wątki prawnicze, rodzinne, rozrywkowe i polityczne łączą się w doskonale wyważoną, świetnie przemyślaną całość. Pozwala złapać oddech pomiędzy kolejnymi odcinkami ciężkich seriali typu Justified, The Killing czy Mad Men. W tej chwili jest to jedyny serial amerykańskiej telewizji publicznej, który wciąż oglądam (poza Sleepy Hollow, ale to świeżynka, więc nie do końca się liczy). Wszystkie inne dobre seriale albo się pokończyły, albo zepsuły, gdy tymczasem The Good Wife trzyma poziom (a nawet robi się coraz lepsze), a ja czekam na każdy kolejny odcinek.

Soundtrack do życia

moby

Jestem istotą z natury swojej mało entuzjastyczną. W związku z tym, że staram się bardzo usilnie wszystko w życiu odbierać myśleniem i za żadne skarby nie dopuścić do siebie zbyt wielu uczuć (wiadomo, wtedy świat niechybnie by się skończył), jestem beznadziejnym fanem. I nie chodzi o to, że nie rozumiem bycia fanem. Jak najbardziej rozumiem. Nawet bym chciała. Ale nie potrafię. Jestem na przykład na tyle beznadziejnym fanem, że nie czytuję wywiadów z ulubionymi gwiazdami. Nie bywam na tumblr. Nie oglądam wszystkich filmów z aktualnie wielbionym aktorem czy aktorką (próbowałam kiedyś obejrzeć wszystkie filmy z moim Fake Movie Husband, czyli Jakiem Gyllenhaalem, ale trafiłam na Bubble Boy i uznałam, że nie mogę sobie tego robić). Nie gapię się na zdjęcia (dobra, czasem się gapię. Tak z raz do roku). Nie słucham albumów ulubionych artystów zaraz po tym, jak wyszły, chyba, że przypadkiem na nie akurat trafię. Z muzyką to w ogóle mam taki problem, że słucham muzyki, a nie tekstów do tejże. Teksty docierają do mnie dopiero wtedy, gdy jakaś melodia bardzo mi się spodoba, a i to nie zawsze. Więc co ze mnie za fan.

Istnieje wszakże jeden artysta, którego naprawdę uwielbiam. Do tego stopnia, że zdarzało mi się czytać jego pamiętnik w internecie. Byłam też na wszystkich jego polskich koncertach.

Tym artystą jest Moby.

Anegdotka: W 1990 roku spędzałam z rodzicami wakacje na pewnym europejskim (już nie pamiętam, chyba to była Belgia, a może Francja) kempingu. Dzisiaj aż nie chce mi się w to wierzyć, ale ten kemping wydał coś tak absurdalnego, jak własną kasetę z hitami (zapewne zresztą nie mając praw do umieszczonych na niej piosenek). Słuchałyśmy tej kasety namiętnie z siostrą całe wakacje. Wróciłam do niej jakieś dziesięć lat później i ku swojemu zdumieniu odkryłam, że znajduje się na niej pierwszy przebój Moby’ego, czyli Go. Czyli czym skorupka za młodu…

W 1999 roku zobaczyłam w MTV albo na innej Vivie Zwei teledysk do Why does my heart feel so bad i dopadło mnie natychmiastowe „skąd ten facet wie, co ja czuję???”. Tak mi z grubsza zostało do dziś.

Moby to dla mnie nie tylko muzyka. To również kawał życia i wspomnień. Niemal każda piosenka z albumu Play to jakieś wspomnienie. Porcelain – od tego utworu zaczynała się każda studencka impreza. Natural Blues – mój wówczas zaledwie trzyletni brat wpatrywał się z fascynacją w ekran telewizora, chociaż normalnie muzyka dorosłych nie robiła na nim żadnego wrażenia. The Sky is Broken – popłakałam się, kiedy pierwszy raz ją usłyszałam. Z tą piosenką też swoją drogą wiąże się pewna historyjka. Właściwie pierwszy raz usłyszałam ją nie jako utwór na płycie, ale jako motyw przewodni ulubionego odcinka The X-Files, czyli All Things. Odcinek widziałam w telewizji, nie zdążyłam albo nie wpadłam na to, że mogę sprawdzić podczas napisów końcowych, jaki to był utwór (może zresztą napisy zostały po prostu ucięte, już nie pamiętam). Jako że w internecie nie dało się wtedy jeszcze wszystkiego sprawdzić, męczyło mnie tygodniami, co to był za utwór. Minęło zdaje się kilka lat, zanim po raz drugi zobaczyłam ten odcinek i właściwie nie zaskoczyło mnie, że to była ta sama melodia, na której płakałam, kiedy po raz pierwszy odsłuchiwałam ją z kasety.

I tak dalej. In my heart – do dziś pamiętam te ciary na plecach, kiedy po raz pierwszy usłyszałam tę piosenkę w wersji koncertowej na koncercie Moby’ego na Stegnach bodajże w 2002 roku (była na nim dosłownie garstka ludzi, w porównaniu z późniejszymi kilkudziesięcioma tysiącami podczas koncertów na Heinekenie i Orange Warsaw). Niesamowity, przejmujący do szpiku kości głos wykonującej go artystki i obłędna aranżacja sprawiły, że to do dziś mój ulubiony utwór koncertowy. 2005 rok to Hotel i piękne Where you end, które nagrywałam na płytę nowopoznanej kandydatce na przyjaciółkę. Później, w 2008 roku Moby nagrał płytę, która nie zebrała najlepszych recenzji, a która jest jedną z moich ulubionych. Chodzi oczywiście o Last Night, hołd dla lat spędzonych przez muzyka w klubach, gdzie pracował jako DJ (do tej pory zdarza mu się to robić). Ten album jest dla mnie, podobnie jak dla Moby’ego, przypomnieniem czasu, który spędziłam na tzw. clubbingu, czyli jedynie słusznej rozrywce początku lat 2000. Lubię zwłaszcza Sweet Apocalipse – idealną ilustrację emocji towarzyszących człowiekowi po wyjściu z klubu o czwartej nad ranem, tę dziwną mieszankę euforii i zmęczenia.

Potem nadszedł rok 2009 i najsmutniejszy chyba, najtrudniejszy i bardzo osobisty album Wait for Me. I znów tak się złożyło, że idealnie pasował do mojej akurat świeżo odnowionej depresji. Trochę przegapiłam wyciszony, miejski album o samotności, Destroyed, bo akurat byłam życiowo w zupełnie innym miejscu, nadrabiam dopiero teraz. I wreszcie, od niecałego miesiąca słucham Innocents. I znów sama nie wiem, który utwór jest najlepszy. Może niepokojące A case for shame z udziałem Cold Specks i Inyang Bassey? Może bluesowe Don’t Love me? A może A Long Time?

bittorrent is not a crimeLubię Moby’ego nie tylko za jego muzykę. Szalenie podoba mi się na przykład jego podejście do kwestii praw autorskich. Jako jeden z niewielu muzyków namawia do tego, żeby ściągać jego utwory przez Bittorrent, miksować i umieszczać w internecie. Udostępnia też albumy młodym, niezależnym artystom, np. filmowym, którzy chcieliby użyć jego muzyki w swoich dziełach. Niewiele wiem o jego poglądach na życie, przekonaniach czy charakterze (skąd zresztą mogłabym wiedzieć?), ale wzrusza mnie tym, że robi zdjęcia swojej publiczności na każdym koncercie i podpisuje je na przykład „50 000 moich nowych najlepszych przyjaciół”, a pod schodami jego domu w Los Angeles mieszka przez nikogo niepokojona rodzina grzechotników. Wiem, że urządza w piwnicy dyskoteki dla swoich znajomych i grywa dla nich sety. Wrzuca też na FB fotki olbrzymich pająków, komentując: I just found this huge monster on my lawn. I think I’m going to put a saddle on it and ride it to the store.

Co przemawia do mnie w samej muzyce Moby’ego? Nie wiem. Może to, że nawet wesołe utwory podszyte są jakąś melancholią. Może jego charakterystyczny styl, pozwalający rozpoznać nowy kawałek po zaledwie kilku taktach. Może chodzi o to, że podzielam jego zachwyt dla głębokich, niskich, bluesowych wokali.

Ten facet, który mieszka tysiące kilometrów ode mnie i którego nie widziałam nigdy z odległości mniejszej niż kilkadziesiąt metrów, najwyraźniej tworzy po prostu soundtrack do mojego życia.

Zamiast spamu #1

Dwa wpisy w tygodniu! Czy to znaczy, że wreszcie jestę poważnym blogerę?

cute,dog,fashion,ian,somerhalder

Chyba jednak nie. W każdym razie w tym tygodniu czytałam i oglądałam, co następuje:

Postanowiłam też polubić w tym roku jesień i dlatego spędzam dużo czasu, gapiąc się na ładne zdjęcia, jakie można znaleźć na przykład na tym tumblr i z całych sił próbując przekonać samą siebie, że w tym roku nie będę od połowy listopada smętnie gapić się przez okno, przeklinać i odliczać dni do wiosny. Tia.

Poza tym dopadła mnie fala nostalgii za pierwszym pokoleniem Skins. Pewnie tego nie wiecie, ale ten mój wpis, który napisałam jakieś wieki temu, to jeden z najpopularniejszych moich wpisów ever. Nie wiem dlaczego, ale strasznie często ludzie trafiają na niego przez wyszukiwarkę. Widocznie wyjątkowo dobrze posłużyłam się słowami kluczowymi (!).

W każdym razie wszystko to wina tej piosenki, którą od tygodnia oglądam przynajmniej raz dziennie.

Gdybym miała więcej czasu, obejrzałabym dwie pierwsze serie ponownie, ale nie mam , więc tylko oglądam na wyrywki kawałki odcinków.

Nic na to nie poradzę, że kiedy na to patrzę, znów mam 17 lat i w dodatku chyba kocham się w Sidzie. Hm.

I to by było na tyle.

Hej, Sleepy Hollow i Fringe to w istocie ten sam serial!

Coraz bardziej podoba mi się Sleepy Hollow. Pomysł na serial jest tak kretyński, że mógł on być albo absolutnie beznadziejny, albo świetny. Na razie skłaniam się ku tej drugiej opinii. Nie będę pisać o tym, dlaczego serial jest niezły, bo inni napisali już o tym przede mną (m.in. Zwierz, Aeth, Mysza).

6

Co natomiast chciałam napisać, to że mój wewnętrzny fan Fringe (którego finał finałów opłakałam rzewnymi łzami) przy każdym nowym odcinku robi wielkie squee. Albowiem  im dłużej oglądam Sleepy Hollow, tym bardziej dochodzę do wniosku, że Sleepy Hollow i Fringe są tym samym serialem, tylko w nieco odmiennej scenerii. Oto dowody:

  • Clearly, Walter Bishop i Ichabod Crane są tą samą osobą. Obaj przez długi czas funkcjonowali w oderwaniu od rzeczywistości, a nowinki technologiczne są dla nich zaskoczeniem. Poza tym obaj posiadają tajemną wiedzę dotyczącą Obcego Świata, który chce zawładnąć naszym. Poza tym ]są tak samo uroczo nieporadni. (scena z Ichabodem, który opowiada łzawą historię swojego związku pani z helpdesku, była jak żywcem wyjęta z Fringe. Normalnie czekałam, aż Walter wyskoczy z tylnego siedzenia i porwie Ichaboda w objęcia, krzycząc „bracie!”).

5

  • Olivia Dunham i Abbie Mills też są tą samą osobą. Obie wychowywały się bez rodziców, mają młodsze siostry, obie są sztywne, drętwe i trzymają się na dystans. Obie w dzieciństwie przeżyły niezwykłe wydarzenie, które predestynuje je teraz do walki z siłami zła/dziwnymi zjawiskami z innego wymiaru. Abbie tylko nie zdążyła jeszcze dotrzeć do FBI.
  • Szefem we Fringe był sceptyczny lecz sprzyjający bohaterom czarnoskóry Broyles, tutaj szefem jest sceptyczny lecz sprzyjający bohaterom czarnoskóry Irving.
  • We Fringe bazą bohaterów było pełne dziwacznych wynalazków laboratorium, ukryte w piwnicach uniwersytetu, w Sleepy Hollow bazą bohaterów jest pełne dziwacznych artefaktów laboratorium, ukryte w piwnicach posterunku (teraz czekam na odpowiednik krowy. I Astrid. Niekoniecznie w tej kolejności.).
  • Abbie w pierwszym odcinku traci partnera (zgadnijcie, kto jeszcze w pierwszym odcinku stracił partnera, no kto?).
  • Jenny Mills siedzi w zakładzie psychiatrycznym, tak jak Walter, a Abbie bierze ją pod swoją opiekę dokładnie tak, jak Peter wziął Waltera. (Jenny też tak jak Peter jeździła po świecie, zajmując się rzeczami nie do końca legalnymi, ale o ile pamiętam Peter zajmował się raczej przemytem niż walką o wolność, więc nie będę się tutaj upierać). Opowieść o odkupieniu win w rodzinie też rysuje się nam  tutaj dość wyraźnie.

Autorka: Gingerhaze

  • Rozwiązania w stylu „naćpaj się i wejdź do wanny pełnej dziwnej substancji/daj się ugryźć skorpionowi, żeby przejść do krainy snu/podświadomości/pamięci zmarłego” w Sleepy Hollow też zdaje się będą powtarzać się nagminnie.
  • John Noble zagra w Sleepy Hollow! I to sporą rolę. (Może będzie odpowiednikiem Astrid. To byłoby miłe mrugnięcie okiem do widza. Ciekawe, czy pamiętałby własne imię.)

Teraz czekam tylko, aż Roosevelt okaże się postacią na kształt Williama Bella, która w istocie spowodowała cały ten bałagan.

1

2

3

4

(Ukradłam to od Zwierza. Nie mogłam się powstrzymać.)

Jak wiadomo, autorami obydwu seriali są Alex Kurtzman i Roberto Orci, więc te podobieństwa nie powinny dziwić. Mnie one bardzo cieszą, bo być może w związku z tym Sleepy Hollow okaże się serialem, w którym owszem dzieją się fajne i ciekawe rzeczy, ale który ogląda się przede wszystkim dla rewelacyjnych i świetnie zagranych postaci. Oby tak właśnie było.

Zamiast spamu

Przyszedł chyba czas na coś w rodzaju podsumowania opublikowanej niedawno ankiety. Jej wyniki są tyleż przyjemne (jejku, tyle osób mnie czyta!), co przerażające (jejku, tyle osób mnie czyta!). Jest mi ogromnie miło, że aż tylu z was chciałoby czytać moje wypociny również na Facebooku. Jednak ponieważ niemal połowa głosujących albo nie ma FB albo wolałaby stronę G+, postanowiłam póki co spotkać się z wami wpół drogi.

Postaram się raz w tygodniu wrzucać cały ten spam, który w założeniu umieszczałabym na FB, za jednym zamachem tutaj. Będzie to jeden post, wielce nieskoordynowany i chaotyczny, w którym pojawi się to, czym się akurat w danej chwili zachwyciłam. Nie omieszkam zapewne dodawać zdjęć niekompletnie ubranych ludzi, być może nawet uda się rudych. Dla ułatwienia wrzucę go w jedną kategorię pt. Zamiast spamu i będę dodawać numerki przy kolejnych postach. Wtedy ci, co nie lubią spamu, będą sobie mogli po prostu od razu nie czytać.

Myślę też, że co się odwlecze, to nie uciecze i strona FB w końcu też powstanie. Jednak ponieważ jest to kolejna rzecz, o którą trzeba dbać, a ja mam w sumie problem, żeby regularnie pisać tutaj, obawiam się, że może jest to dorzucanie kolejnego kamyczka do i tak zasypanego już ogródka (tak, wiem, ta metafora dotyczy zupełnie czegoś innego). Bez sensu zakładać stronę, jeśli się ją potem zaniedbuje.

Tyle tytułem niezgrabnego wstępu. Zaczynamy z tym spamem.

Linki

Miley Cyrus is punk as fuck. Miałam ochotę napisać coś na obronę Miley, a w sumie to się dość zgadza z moim przekonaniem na temat jej osoby.

Męskie mózgi, kobiece mózgi. Niewiele się różnią.

Fotki z filmów na tle rzeczywistych lokalizacji. Strasznie fajny blog. Na zachętę wrzucam jedno zdjęcie (powiększy się po kliknięciu).

take this waltz photo

Co Natalie Portman myśli o rolach kobiecych. Z grubsza to samo co ja (mam też tyle samo Oscarów co DiCaprio, haha).

Mało popkulturalnie, ale co tam – 23 znaki, że jesteśmy introwerytkami. Ja jestem.

Ponieważ dzisiaj Lena Headey kończy 40 lat, będzie jej zdjęcie. W ubraniu, ale jakby nie do końca.

LenaHeadey_tanktop

Poza tym – wrócił mój ulubiony serial! Piąty sezon The Good Wife zaczął się świetnie. Jeśli jeszcze go nie oglądacie, koniecznie nadróbcie to niedopatrzenie.

Liczę też dni do 22 listopada. Jeszcze tylko 50. Pewnie się rozczaruję, ale i tak nie mogę się doczekać.

Mam nadzieję, że taka forma jest ok. W razie czego zawsze możecie wyżyć się w komentarzach 😉