Półtora metra metalowego koguta czyli przegląd prasy

Jakoś tak się składa, że nie bardzo wierzę w blogrolle. Przede wszystkim dlatego, że ku swojemu wielkiemu żalowi nie mam czasu czytać tych wszystkich blogów, które bym chciała. W dodatku jeszcze czasem zdarza mi się czytywać artykuły na rozmaitych portalach, przez co tego czasu robi się jeszcze mniej. Tak więc umieszczanie blogrolla na moim blogu byłoby tylko i wyłącznie przyłączaniem się do kółka wzajemnej adoracji, a nie rzeczywistym polecaniem czegokolwiek, co w tej sytuacji uznałabym zwyczajnie za nieuczciwe. W związku z powyższym blogrolla chwilowo umieszczać nie będę, natomiast nie oznacza to, że obędzie się bez internetowych polecanek. Postanowiłam nadać im formę przeglądu prasy. A zatem – miłej lektury.

And that’s why you should learn to pick your battles – The Bloggess to Madonna internetu, a jej wpis o półtorametrowym metalowym kogucie, którego nabyła mężowi w prezencie na 15 rocznicę ślubu sprawił, że płakałam cicho rzewnymi, radosnymi łzami. Jeśli jeszcze go nie znacie, przeczytajcie koniecznie.

Coffee Table of the Gods – To wprawdzie nie tekst, tylko ogłoszenie z Craigslist, ale przeczytawszy je żałuję, że nie pochodzę z Minneapolis.

Grimace enjoys a weekend getaway at his Malibu beach house – Powiem tylko, że Grimace jest fioletowy. I włochaty. Jest też gwiazdą, która nie może opędzić się od paparazzich. A Tada’s Revolution to po prostu cudowna strona.

I dla odmiany coś po polsku:

Solanka z tysiącem młodych – Jeśli jeszcze nie gotowaliście, koniecznie powinniście to zrobić z Cthulhu.

Nerdowskie rozrywki – O złych, bardzo złych i tragicznie złych okładkach książek fantasy.

Mrau w stylu noir, czyli „Blacksad” Zacka Snydera – I co z tego, że film nie istnieje, skoro tak fajnie się go oglądało.

Noś futerko z Alcide’a

Przeglądając sieć w poszukiwaniu nowej koszulki wyrażającej moją skomplikowaną osobowość (i przynależność rodową), natrafiłam na kolejne zagłębie osobliwości. Producenci filmowi, chcąc zareklamować serial w sposób nietypowy, wspinają się na wyżyny pomysłowości w wymyślaniu gadżetów. Czasami są to zarazem wyżyny idiotyczności. Oto kilka gadżetów serialowych, które wydały mi się szczególnie chybione.

Torebki inspirowane Alcidem i Erickiem

Jestem w ostateczności w stanie zrozumieć torebki inspirowane Sookie, Lafayettem i klubem Fangtasia, ale torebka Ericka i Alcide’a? W dodatku ta inspirowana Alcidem jest obszyta futerkiem. Czy tylko mnie kojarzy się to z obdzieraniem wilka ze skóry? Ponieważ torebki zrobiła słynna firma Hammit, ich ceny wahają się od 395 do 585 dolarów. Wyłącznie dla ekstremalnych snobów.

Napój Tru Blood

Hello? Czy to jest gadżet dla ludzi faktycznie oglądających ten serial? Chyba tylko dla obdarzonych słabą pamięcią, albo takich, na których groźba Pretend you’re one of us, and I’ll kill you nie robi najmniejszego wrażenia. Czyli idiotów. Ciekawe, co jest następne w kolejce hitów sprzedażowych? V?

Dexter Bąblogłowy

Umieść na desce rozdzielczej samochodu bąblogłowego seryjnego mordercę o miękkim sercu, a już nigdy nie będziesz czuć się samotnie w dalekiej podróży. W ostateczności możesz wybrać któregoś z pozostałych bohaterów serialu.

Ubranie dla psa z The Real L Word

Ubranko dla psa to dziwny wynalazek. Różowe ubranko dla psa jest jeszcze dziwniejszym wynalazkiem. Różowe ubranko dla psa z logo reality show o lesbijkach z Los Angeles jest jednym z najbardziej absurdalnych wykorzystań kawałka bawełny, o jakich słyszałam.

Tyle producenci serialowi. Ale mamy jeszcze dwie nagrody specjalne.

Lalki z Fringe

Pamiętacie z dzieciństwa papierowe laleczki, które można było ubierać w wycięte z kartonu ubranka? Ktoś wykorzystał ten pomysł i stworzył laleczki Olivii, Waltera i Petera z serialu Fringe. Olivię można nawet ubrać w fartuch laboratoryjny, który nosiła jako Belly. Pomysł tak geekowaty w swojej naturze, że aż fantastyczny.

Gadżety z Twilight

Zdawało mi się, że saga Zmierzch jest sama w sobie tak niedorzeczna, że nic, co wymyślą producenci, aby ją promować, nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Byłam w błędzie.

Majtki Jeszcze Bliżej Edwarda

WTF? Seriously, WTF???

Wibrator Penis Wampira

(Prawdę mówiąc myślałam, że ten ostatni gadżet to fałszywka zrobiona przez złośliwych antyfanów, ale nie. Możecie go naprawdę kupić, np. tutaj.)

Zima idzie

Boję się zimy. Jest podstępna i zła i tylko czyha, żeby zaatakować. Popatrzmy – dopiero co świętowaliśmy letnie przesilenie, a już za chwilę będziemy musieli zmieniać czas na zimowy. Niesie ze sobą wszystko, co najgorsze – ciemności, zimno, konieczność spania w dresie, oglądania swoich i cudzych włosów spod czapki, zanik życia towarzyskiego i święta Bożego Narodzenia (brr). Może ma i jakieś plusy typu ładnie padający śnieżek, ale te plusy niech nie przesłaniają nam minusów. Zresztą ładnie padający śnieżek jest dobry przez dwa tygodnie w roku – na nartach. W pozostałym czasie jest absolutnie nieprzydatny.

Tak czy inaczej, po tym wstępie chyba nie zdziwi was, że moi znajomi chóralnie uznali, iż najwyraźniej pochodzę z rodu Starków. Tym bardziej, że hasło „zima idzie” głoszę nieustannie mniej więcej od połowy sierpnia. Bardzo mnie to ucieszyło, w końcu to zacny ród, a że jestem nieodrodnym dzieckiem popkultury, postanowiłam swoją przynależność natychmiast wyrazić za pomocą odpowiedniej koszulki. Weszłam więc czym prędzej do HBO Store i znalazłam coś takiego.

Ta też bardzo mi się podoba.

Poza sklepem HBO również można znaleźć coś ciekawego.

Najbardziej podoba mi się to logo, ale niestety nigdzie nie znalazłam go w postaci koszulki. (Przy okazji – jeśli w nią klikniecie, będziecie mieli od razu elegancką tapetę na pulpit.)

Proszę o dowolną z powyższych na tę cholerną Gwiazdkę.

Glee is the new black

Ten tekst jest polemiką z tekstem Zwierza Popkulturalnego (tak, wiem, moja polemika ze Zwierzem to jak polemika podwórkowego filozofa z Kartezjuszem), więc jeśli ktoś go nie zna, może do niego najpierw zajrzeć. Ale nie musi – piszę po prostu o tym, że moim zdaniem drugi sezon Glee jest ok.

Na początek może o tym, w czym się ze Zwierzem zgadzamy – pierwszy odcinek Glee dla mnie również był prawie jak objawienie. Zabawny, absurdalny, kiczowaty i jeszcze w dodatku śpiewany. Po prostu – to, co w popkulturze tygryski lubią najbardziej. Ale dalszy ciąg sezonu nie powalił mnie na kolana. Owszem, było kilka świetnych momentów (np. drużyna rugby tańcząca do Single Ladies), ale ogólnie trochę byłam rozczarowana – cały ten galimatias na linii Quinn-Finn-Rachel-Puck ani trochę mnie nie obchodził, a absurdalny czar pierwszego odcinka gdzieś się jakby zagubił. A już cały wątek z ciążą był skrajnie idiotyczny. Ale ponieważ oglądałam Glee towarzysko, bez większego bólu dotarłam do końca sezonu.

Tymczasem drugi sezon co i rusz zaskakuje mnie na plus. Pojawiło się kilka świetnych wątków, takich jak romans Puckermana z Zizes czy historia Kurta i Karofsky’ego. Nie brakuje interesujących, niebanalnych bohaterów, którzy w pierwszym sezonie stanowili tylko tło dla perypetii romansowych wiadomej czwórki. Moimi ulubienicami w tym sezonie są trener Beiste oraz Brittany, która kupiła mnie kompletnie w scenie toczenia nosem kulki spaghetti. Knucie Sue zeszło szczęśliwie na drugi plan, a smutny romans Emmy z trenerem Tanaką został zakończony raz a dobrze. Muzycznie też jest moim zdaniem fajnie, mimo, że mniej jest starych kawałków. Pojawia się za to sporo zabawnych lub wręcz prześmiewczych nawiązań do popkultury i tak na przykład odcinek z Justinem Bieberem uważam za naprawdę udany. Oczywiście są też minusy – poziom odcinków bywa nierówny, zwłaszcza na początku sezonu. Bohaterów zrobiło się zbyt wielu, przez co akcja posuwa się do przodu w ślimaczym tempie i czasami nie starcza czasu ekranowego dla wszystkich. Mimo wszystko ten sezon jest ciekawszy niż pierwszy.

Najbardziej kontrowersyjnym aspektem drugiego sezonu są oczywiście wątki dydaktyczno-edukacyjne. Są one jednak poprowadzone ciekawie i bez zadęcia. Wypadają naprawdę nieźle na tle innych seriali młodzieżowych, gdzie wybryki młodzieżowe się ignoruje (albo wręcz gloryfikuje, jak picie i knucie w Gossip Girl) lub pokazuje się „właściwe wybory” w sposób tak nachalny, że aż ciężki do przełknięcia. Twórcom Glee udaje się wybrnąć z tematu. Poza tym uważam, że to świetnie, że serial będący na topie porusza wątki, których inni boją się tknąć, np. homoseksualnego seksu młodzieży czy otyłości. To właśnie dzięki takim akcjom coś się zmienia w społeczeństwie, które ma wreszcie szanse zobaczyć, że młody gej nie ma rogów i czarciego ogona, a przyznanie się do bycia lesbijką często oznacza codzienne zmaganie się z odrzuceniem i szykanami rówieśników. (Nawiasem mówiąc argument, że wątek romansowy Kurta i Blaine’a nie jest dobrym kierunkiem rozwoju, bo romanse szybko się nudzą, jest absurdalny – toż ten serial romansami stoi. Czuję lekki smrodek homofobiczny jednak.) Nie każda nastolatka ma pewność siebie Zizes, a przecież wiele z nich, przynajmniej w USA, gdzie 70% społeczeństwa cierpi na nadwagę, może się z nią z łatwością identyfikować. Fajnie zobaczyć na ekranie kogoś, kto wygląda „jak Ameryka” i w dodatku nic sobie z tego nie robi.

Jeśli zaś chodzi o promocyjne działania okołoserialowe, to również w nie robią na mnie większego wrażenia. Informacja o spin offie nie potwierdziła się. Każda stacja telewizyjna próbuje dzisiaj zarobić na gadżetach związanych ze swoimi serialami. Jestem przekonana, że gdyby Dexter był musicalem, też doczekalibyśmy się koncertów, może nawet w 3D, zwłaszcza że Amerykanie kochają The Real Thing i każde większe zjawisko popkulturowe przerabiają na reality show. Poza tym trzeba przyznać, że aktorzy z Glee bardzo ciężko pracują na swój sukces – nie tylko grają, tańczą i śpiewają, ale jeszcze jeżdżą w trasy koncertowe. Mają za to u mnie dodatkowego plusa.

Tak czy inaczej, myślę, że ten serial może nas jeszcze niejednokrotnie zaskoczyć, i to w pozytywny sposób. I nie mogę się doczekać początku trzeciego sezonu.