„Przez las” Emily Carroll

przez-las

Kiedy zapowiedź „Przez las” pojawiła się na fejsbukowej stronie Są komiksy dla dzieci (którą nawiasem mówiąc polecam wszystkim interesującym się tematyką dziecięcych komiksów, trafiają tam zapowiedzi i recenzje większości wychodzących w Polsce pozycji, a od czasu do czasu również przecudne gify), od razu wiedziałam, że ją kupię. Otwierałam książkę z pewną obawą – tym razem oczekiwania miałam wysokie – ale nie zawiodłam się. Z pełną odpowiedzialnością mówię – idźcie i kupujcie ją wszyscy, albowiem jest cudna jak pierwsze zielone listki na drzewach po długiej zimie.

przez-las-ii

Wszystkie grafiki w tekście pochodzą z „Przez las” autorstwa Emily Carroll.

„Przez las” to powieść graficzna dla nastolatków i dorosłych. Zawiera pięć opowiadań grozy oraz wstęp i zakończenie. Każda historyjka jest skończoną całością, narysowaną w nieco innym stylu. Pierwsze trzy klimatem nawiązują do baśni, czwarte – do powieści gotyckich gdzieś z pogranicza Edgara Allana Poe i Daphne du Maurier, a piąte to czysty horror, ciekawie wykorzystujący motyw industrializacji i… macierzyństwa. Autorka, Emily Carroll, błyskawicznie zdobyła popularność, kiedy jej internetowy komiks Jego twarz cała we krwi (można go przeczytać również na stronie autorki) w Halloween 2010 roku rozprzestrzenił się wirusowo w mediach społecznościowych. Od dzieciństwa zafascynowana baśniami, zaczęła tworzyć krótkie komiksy grozy i umieszczać je na stronie internetowej, aż w końcu zainteresowali się nią wydawcy i zaproponowali stworzenie antologii. Jeśli chodzi o prace w internecie, to ciekawym przykładem jest opowiadanie Margot’s Room, które ma cechy interaktywne – historię czytelnik składa sobie sam, klikając na różne przedmioty w pokoju tytułowej bohaterki.

emily-carroll-ii

Ale wracając do „Przez las” – wszystkie opowiadania mają otwarte zakończenia, co daje fantastyczne pole do interpretacji. W „Domu sąsiada” mamy więc wariację na temat Czerwonego Kapturka, którą odczytać można zarówno jako opowieść o odchodzeniu, jak i o relacjach siostrzanych. Moje ulubione „Dłonie pani są zimne” to fantastyczny retelling baśni o Sinobrodym, a jednocześnie opowieść o dojrzewaniu i zazdrości, które każe nam się zastanowić, kto tutaj właściwie jest katem, a kto ofiarą. „Jego twarz cała we krwi” to historia o tchórzostwie i zawiści, bardzo wyraźnie inspirowana baśniami braci Grimm (również w warstwie wizualnej). Najsłabsza fabularnie „Moja przyjaciółka Janna” jest całkiem zgrabną metaforą przyjaźni, a przez wielu uważane za najlepsze „Rodzinne gniazdo” daje się intepretować na tyle różnych sposobów, że nawet nie będę zaczynać. Zresztą już sam tytuł jest wieloznaczny. Strach przed lasem ma wiele przyczyn. Z jednej strony jest w nim coś pierwotnego, powiązanego z lękiem przed ciemnością i żyjącymi w lesie drapieżnikami. Jednocześnie często zapominamy o tym, że las sam z siebie nie jest groźny, ale dla nas, uzależnionych od cywilizacji, taki się staje. Nie umielibyśmy w nim przetrwać, nie potrafilibyśmy nawet znaleźć drogi, chociaż dawniej posiadaliśmy tę zdolność. Fakt, że akcja większości opowiadań rozgrywa się w czasach, kiedy człowiek i las byli sobie bliżsi, nadaje im dodatkowy wymiar.

emily-carroll

O ile fabuła, mimo swojej wieloznaczności, może pozostawiać w niektórych przypadkach nieco do życzenia (widać, że prace pochodzą z różnych okresów i autorka uczy się, jak prowadzić historię), o tyle wizualnie jest to rzecz po prostu cudowna. Carroll przepięknie splata tekst z obrazem (zwłaszcza widać to w „Dłonie pani są zimne”, gdzie tekst stanowi jednocześnie mocny element ilustracji) i fantastycznie operuje kolorami. Jej prace budzą skojarzenia m.in. z japońskimi drzeworytami. Dawno nie miałam w ręku komiksu, który byłby tak piękny. Niektóre kadry można by po prostu wyciąć i powiesić na ścianie bez żadnych zmian.

Na koniec chciałam jeszcze dodać, że ja się przeważnie boję horrorów i staram się ich raczej w swoim życiu unikać. Co rzekłszy, stwierdzam, że dawno się tak dobrze nie bawiłam przy lekturze czegokolwiek, strasznego czy nie. „Przez las” to po prostu czysta radość.

Wydawnictwo Entliczek
Tłum. Marta Bręgiel-Benedyk

Musierowicz w wersji LGBTQ, czyli „Fanfik” Natalii Osińskiej

fanfik-natalia-osinska

Uwaga – recenzja pełna spojlerów

Po „Fanfiku” Natalii Osińskiej nie spodziewałam się zbyt wiele. Domyślałam się ze względu na tytuł, że zawiera przewrotne elementy, ale ponieważ zabawy konwencjami literackimi kończą się w tym kraju zazwyczaj wielką smutą, oczekiwania miałam raczej niskie. Tymczasem spotkało mnie bardzo pozytywne zaskoczenie. Na taką książkę jak „Fanfik” czekałam od lat i szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będę miała okazję ją przeczytać (po polsku i w naszych realiach).

W tym kraju jest tylko jedna królowa powieści młodzieżowych i, czy nam się to podoba czy nie, imię jej Małgorzata Musierowicz. Dlatego oceniając „Fanfik”, nie możemy się do Musierowicz nie odnieść. Tym bardziej, że przynajmniej początkowo struktura powieści wydaje się bardzo podobna. Miejscem akcji również jest Poznań, ale nie hipsterskie Jeżyce, tylko bliżej nieokreślone blokowiska. Natalia Osińska pisze ze swadą i dużym poczuciem humoru, umieszcza w narracji punkt widzenia rodzica, co również jest charakterystyczne dla Jeżycjady. Wydawca nie odżegnuje się od tej literackiej serii, biorąc pod uwagę identycznie niemal skomponowaną okładkę. Fabuła odbiega jednak od jeżycjadowej w ogromnym stopniu. Jeśli już miałabym porównywać z kimś Osińską pod względem tematyki, bliżej byłoby jej chyba do Siesickiej, w której książkach i opowiadaniach tematy społeczno-obyczajowe stanowią lwią część fabuły, często ważniejszą od nastoletniego romansu. Pewnie jednak najłatwiej postawić ją obok Rainbow Rowell, Johna Greena czy innych amerykańskich pisarzy YA, którzy nie obawiają się poruszać kontrowersyjnych tematów. Ale nawet u nich bohaterowie LGBTQ pojawiają się rzadko, a powieści o tej tematyce pozostają raczej na marginesie rynku wydawniczego.

Historia Tosi zaczyna się jak wiele innych książek młodzieżowych – mamy pozbawioną poczucia własnej wartości bohaterkę, która walczy z depresją i wrażeniem kompletnego wyobcowania. Rzeczywistość – i tu dochodzimy do rozbieżności z przeciętną powieścią YA – udaje jej się znieść jedynie wtedy, kiedy jest na prochach. Gdy te pewnego dnia się kończą, Tosia odkrywa osobliwą prawdę – że nie jest wcale Tosią. Jest Tośkiem, narwanym chłopcem o wybujałym ego i słabości do skórzanej odzieży. „Fanfik” to historia przede wszystkim o poszukiwaniu tożsamości. Gdy Tosiek po raz pierwszy patrzy na siebie w lustro i pojmuje, kim naprawdę jest, zaczyna podróż, która bynajmniej nie kończy się na ostatniej stronie książki. Wydaje mi się, że tylko pozornie mamy tu do czynienia z opowieścią „branżową”. Pytania „kim jestem?”, „na ile jestem dziewczyną?” zadaje sobie na pewnym etapie dojrzewania bardzo wiele z nas (w imieniu panów wolałabym się nie wypowiadać), a odpowiadamy na nie bardzo różnie. Dlatego też podoba mi się, że autorka nie daje czytelnikowi jasnych odpowiedzi. Tosiek nie jest na razie ani dziewczyną, ani chłopakiem. Jest sobą. W przyszłości pewnie będzie „kimś”, ale nie teraz. I to prawo do bycia istotą nie w pełni określoną jest piękne.

Kolejną rzeczą, którą w recenzjach uznano za kontrowersyjną, a która mnie się podobała, jest cukierkowe zakończenie. Tak, Tosiek śpiewająco dał sobie ze wszystkim radę. Tak, rodzina zastanawiająco szybko pogodziła się z jego przemianą. Tak, błyskawicznie znalazł ukochanego. Ale mnie się takie zakończenie podoba z trzech powodów. Po pierwsze, daje nadzieję wszystkim tym, którzy zmagają się z podobnymi problemami i pokazuje, że nie jesteśmy skazani na porażkę. Po drugie, taki scenariusz nie jest niemożliwy. Nie w każdej szkole pracują psychole, nie do każdej chodzą buce, nie wszyscy rodzice są ograniczeni. Znacznie więcej jest w społeczeństwie osób nienormatywnych, niż może się z pozoru wydawać. Jest też wielu ludzi, których to po prostu nie obchodzi, bo mają własne zmartwienia i cudze mało ich interesują. Czy Tosiek mógłby dostać w mordę na ulicy? Pewnie tak, ale niekoniecznie – wygląda przecież po prostu jak młody, ładny chłopiec, więc dlaczego mieliby się go czepiać obcy? Nie każda historia LGBTQ musi się źle skończyć, chociaż tak nam wmawiają media. I tu przechodzimy płynnie do powodu trzeciego – to zakończenie normalizuje sytuację. Pokazuje, że to nic takiego, po prostu jedna z możliwych dróg. Czy jest ciężko? Jest. Ale czy to znaczy, że człowiek o nieokreślonej tożsamości płciowej nie ma prawa do życia, do szczęścia? Ma je jak najbardziej. Autorka bardzo ładnie uniknęła tej kliszy fabularnej pod tytułem „obcy musi źle skończyć”. Otóż nie musi. Tacy „obcy” żyją w tym kraju, mają rodziny, dzieci, są szczęśliwi. I tak powinno być.

Czego mi zabrakło? Fizyczności. Nie uważam, żeby jej brak stanowił poważną wadę, konwencja powieści jest taka, że Tosiek, zachwycony nowo nabytym poczuciem, że się odnalazł, nie zwraca specjalnej uwagi na ciało, i ja to przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza. Ale gdyby jego historia ciągnęła się dłużej, autorka musiałaby odpowiedzieć na trudne pytania – czy Tosiek akceptuje swoje ciało w obecnej postaci, czy je odrzuca? Pojawiłaby się kwestia Leona i tego, jak on odbiera ten układ. W ogóle Leon jest bardzo ciekawą postacią i szkoda, że nie widzimy chociaż części opowieści z jego punktu widzenia, bo dla niego to musiała być ciekawa i jednocześnie bardzo trudna sytuacja. W którym momencie zakochał się w Tośku? W jaki sposób go postrzega? Jak te wydarzenia wpłynęły na jego poczucie tożsamości? Przecież nie jest tak, że osoby LGBTQ nie mają problemów z tożsamością tylko dlatego, że przyjęły na klatę fakt, że są „inne”. Osoba homoseksualna, tak samo jak heteroseksualna, może mieć duży problem w sytuacji, gdy zakochuje się w kimś o nieokreślonej tożsamości płciowej.

Przeczytałam opinie, że „lewica pieje nad tą książką”, nachalnie ją propaguje i w ogóle, a przecież nie jest wcale taka dobra. Ja też pieję, mimo, że mam świadomość niedoróbek warsztatowych. Polska obyczajowa literatura dla młodzieży opisuje tylko bardzo wąski wycinek rzeczywistości. Powiem więcej, ta współczesna zbyt często przywodzi na myśl pisane na zamówienie produkcyjniaki (np. powieści Ewy Nowak, które kojarzą mi się z fabularyzowanymi odpowiedziami na pytania z działu „Poradź się psychologa”, brrr), gdzie pięć obowiązkowych składników (dziewczyna, niska samoocena, szkoła, rodzice, miłość) miesza się w różnych proporcjach, dodaje trochę ozdobników (rozwód, seks, nadwaga, przemoc) i gotowe. Pomijając już przeciętne wykonanie tych powieści, nastolatki miewają też zgoła inne problemy. Bywają homo, bi lub aseksualne. Bywają prześladowane ze względu na pochodzenie, wygląd, status społeczny. Zmagają się z anoreksją, depresją, rakiem, niepełnosprawnością. Czy łatwo jest napisać książkę w konwencji powieści młodzieżowej, która by serio traktowała te problemy? Z pewnością nie. Tym bardziej doceniam Osińską, która dobrze poradziła sobie z tematem, mimo że jej powieść jest debiutem.

Wracając na koniec do Musierowicz – otóż pamiętam dawne forum fanów Małgorzaty Musierowicz, gdzie w pewnym momencie pojawiły się obrazoburcze fanfiki do Jeżycjady. Przez moment nawet myślałam, że Osińska również je czytała (albo nawet była autorką co niektórych). W pewnym sensie „Fanfik” jest właśnie taką opowieścią na bazie słynnej poznańskiej serii. Bohaterowie Osińskiej są uwspółcześnioną wersją bohaterów Jeżycjady – tak samo porządni, mądrzy wewnętrzną mądrością wziętą nie wiadomo skąd, oczytani i kulturalni. Tylko postawiono ich w zupełnie innych realiach i sprawdzono, co zrobią.

Jakoś dali sobie radę.

„Hilda” Luke’a Pearsona oraz dla kogo właściwie są książki dla dzieci

hilda_1okladka-640x946

Obiecałam kiedyś na FB recenzję serii komiksów o Hildzie Luke’a Pearsona. Obiecałam też, że napiszę, dla kogo właściwie powstają książki dla dzieci. A ponieważ jestem ostatnio z braku czasu nadzwyczaj ekonomiczna, zrobię to w jednym, wspólnym wpisie.

Zacznijmy od komiksu. Seria o Hildzie została wymyślona i stworzona przez Luke’a Pearsona, brytyjskiego ilustratora i rysownika. Dotychczas po polsku, nakładem wydawnictwa Centrala, ukazały się cztery tomy – Hilda i troll, Hilda i nocny olbrzym, Hilda i ptasia parada oraz Hilda i czarna bestia (liczę na to, że kolejny tom, Hilda and the Stone Forest, również pojawi się u nas w najbliższym czasie). Główna bohaterka to na oko ośmioletnia, niebieskowłosa dziewczynka, a świat, w którym rozgrywają się jej przygody, jest mocno zainspirowany (przynajmniej w pierwszych tomach) skandynawskim folklorem. Pojawia się w nim szereg magicznych stworzeń, takich jak trolle, skrzaty, olbrzymy, przypominające skrzyżowanie psa z chmurą latające puchy, gadające ptaki i wiele innych. Również krajobraz – wysokie góry, drewniane chatki – przywodzą na myśl norweskie fiordy. Sama Hilda jest dziewczynką odważną i niezależną, ciekawą świata i wszystkiego, co na nim żyje. Stale pakuje się w kłopoty, a przy tym pozostaje osobą empatyczną i wrażliwą na cudze problemy.

hilda-i-troll

Plansza z komiksu Hilda i troll, ©Luke Pearson.

Treść komiksów ma formę przygodową, ale każdy tom niesie ważne przesłanie. Młody czytelnik razem z Hildą uczy się, że stereotypy są często fałszywe, a działania, które podejmujemy ze strachu, mogą prowadzić do cudzego cierpienia. Dowiaduje się też, że nie ma czynów bez konsekwencji, a niektóre z nich są nieodwracalne. To też opowieści o tolerancji dla inności – wielu niezrozumianych bohaterów okazuje się przy bliższym poznaniu ciekawych i sympatycznych. Hilda jest także feministyczna, w tym znaczeniu, że płeć bohaterki nie ma absolutnie żadnego wpływu na bieg wydarzeń. Nie dzieje się w tych historiach ani jedna rzecz, która mogłaby się przytrafić tylko chłopcu albo tylko dziewczynce. Chwała Luke’owi Pearsonowi, że zdecydował się narysować komiks o dziewczynce, bo przeważnie tego typu „uniwersalne” postacie są jednak chłopcami.

Podsumowując, to świetna seria komiksów. Skąd zatem wątpliwość, kto właściwie jest jej adresatem? [Przy okazji: używam tu terminów „książka” i „komiks” w sposób wymienny. Usprawiedliwiam się faktem, że książki dla dzieci, zwłaszcza najmłodszych, często są ilustrowane tak bogato, że stosunek tekstu do obrazka wypada podobnie jak w komiksie. Zdaję sobie sprawę, że są to inne formy wyrazu, ale na użytek wpisu pozwolę sobie zignorować ten fakt.] Otóż książki dla dzieci to wyjątkowa dziedzina literatury, którą tworzy ktoś zupełnie inny niż jej domyślny odbiorca. Dzieci nie piszą same dla siebie. Książki dla nich piszą dorośli, wydają dorośli, recenzują dorośli i nagradzają dorośli. To dorośli decydują, co jest warte przekazania. Podejmując decyzje wydawnicze, redaktorzy raczej nie konsultują się z dziećmi odnośnie rozpatrywanych propozycji (co zresztą moim zdaniem rodzi pewne problemy natury etycznej). Dlatego, inaczej niż przy „normalnej” literaturze, książki te mają podwójnego odbiorcę. Wielu dorosłych kupuje i czytuje książki dla dzieci, chociaż sami dzieci nie posiadają, często czując się przy tym trochę głupio. Książki dla dzieci traktuje się przy tym jak niepoważną dziedzinę literatury. Wiążą się z tym różne konsekwencje, czasem przykre, jak na przykład fakt, że pisarze książek dla dzieci znacznie mniej zarabiają.

hilda_2_3

Plansza z komiksu Hilda i nocny olbrzym, ©Luke Pearson.

Ale wracając do dzieci – pół biedy, jeśli pisane i wydawane przez dorosłych książki im się podobają, choć czasem zdarza się, że to, co przez dorosłych odbiorców uznawane jest za „pięknie ilustrowaną powieść dziecięcą”, w dzieciach budzi głównie przerażenie (jak ja nienawidziłam w dzieciństwie książek ilustrowanych przez Stasysa Eidrigeviciusa). A zatem czym będzie „dobra książka dla dzieci”? Dla kogo ona ma być dobra? Czy to książka, która podoba się dzieciom? Młodzi czytelnicy mają jeszcze nie do końca wyrobiony gust. Często podobają im się rzeczy hałaśliwe, błyszczące i tandetne. Fakt ten wykorzystywany jest przez wydawców, którzy uważają, że w związku z powyższym można im wcisnąć byle co. Listę grzechów w tym temacie opisuje Paulina Małochleb w tekście „Dziesięć najgorszych książek dziecięcych”.

No dobrze, czyli z jednej strony mamy książki nazbyt ambitne, poruszające tematy tak trudne w sposób tak wyrafinowany, że przeciętne dziecko niewiele z nich skorzysta (dorosły tak samo, bo dla niego temat zostaje z kolei potraktowany zbyt błaho). Na drugim biegunie mamy tandetną sieczkę bez pomysłu, od której gwałtownie spada iloraz inteligencji. Dlaczego więc uważam, że Hilda jest dobra? Jakie kryterium stosuję? Według mnie dobra książka dla dzieci to taka, która spełnia trzy bardzo ogólne warunki. Po pierwsze, podoba się dzieciom, co oznacza, że dzieci chętnie do niej wracają, przeglądają ją sobie same, nawet jeżeli rodzic nie ma czasu im czytać (oczywiście mowa o młodszych dzieciach), ogólnie – chcą ją mieć w pobliżu (mój syn na przykład śpi z ulubionymi książkami). To, że książka podoba się dzieciom, wynika przeważnie z kombinacji wielu elementów – dostosowanego do wieku języka i tematyki, ciekawych, wieloznacznych ilustracji, w których za każdym razem można odkryć coś nowego, interesującej historii, bohaterów, z którymi można się identyfikować (chociaż dzieci nie myślą w ten sposób, im też przecież niektórzy bohaterowie są bliżsi niż inni), poczucia humoru, które do nich trafia i tak dalej.

hilda3pp_7

Plansza z komikus Hilda i ptasia parada, ©Luke Pearson.

Po drugie, jest to książka, która podoba się rodzicom. Przy czym nie jest to wcale takie jednoznaczne stwierdzenie, jak może się wydawać. Niektórzy rodzice lubią książki, mające wartość edukacyjną. Dlatego wyżej będą cenili pozycje, powiedzmy, popularnonaukowe czy zaznajamiające dzieci z jakąś konkretną tematyką. Wielu rodziców jest fanami historii z morałem. Osobiście wolę otwarte zakończenia, będące raczej punktem wyjścia do rozmowy na dany temat. Ale nie dyskwalifikuję opowieści z morałem. Dobra książka może mieć morał, jednak nie on jest wyznacznikiem jej jakości, tak samo jak nie jest nim wartość naukowa. Książka, która podoba się rodzicowi to taka, w której znajdzie on też coś dla siebie. Może to będą piękne ilustracje. Może ciekawy bohater drugoplanowy, niepokojąco przypominający jego samego. Może wciągająca historia. W każdym razie dobra książka to taka, do której rodzic zwyczajnie lubi wracać, tak samo jak jego dziecko.

I wreszcie trzecie, wynikające trochę z drugiego – dobra książka to taka, która rośnie razem z dzieckiem. I wróćmy tutaj na chwilę do przykładu Hildy. Mój ulubiony tom to „Hilda i nocny olbrzym”. Tak się składa, że jest to również ulubiony tom mojego syna. Dzisiaj najbardziej przyciągają go interesująca historia i zabawne obrazki. Ale już za dwa, trzy lata zacznie doceniać gry słowne, które się w nim pojawiają. Kolejne dwa i będzie w stanie wyłapać nawiązania do skandynawskiej mitologii. Zrozumie pewnie także, że jest to opowieść o stracie i zmianach, które nas dotykają. Za sześć lat trafi do niego wątek relacji dziewczynki z matką, a za dziesięć lat doceni być może piękny, choć melancholijny wątek miłosny. Myślę, że jest duża szansa, że Hilda zostanie z nim na długo, może nawet na całe życie. Jeśli nie jako komiks, to jako element, z którego w mikroskopijnej części zbudował swoją tożsamość.

hilda-i-czarna-bestia

Plansza z komiksu Hilda i czarna bestia, ©Luke Pearson.

I myślę, że oto właśnie chodzi w dobrych książkach dla dzieci. Każdy z nas ma inne upodobania. Nie możemy zdecydować, że nasze dziecko będzie lubiło fantasy, choć oczywiście jest duża szansa, że je polubi, jeśli my sami je lubimy. Są książki, które mnie się podobają, a mój syn za nimi nie przepada. Nie znaczy to, że są złe. Po prostu akurat nie trafiają w jego gust. Może do niektórych dorośnie, a może nie. Ma do tego prawo. Ale najlepsze książki dla dzieci mają pewną uniwersalną wartość, a jest nią szacunek dla odbiorcy i wiara w niego. I w tym chyba leży sekret dobrej książki dla dzieci – że swojego czytelnika traktuje poważnie, niezależnie od tego, w jakim jest wieku.

Outlander, czyli tak pięknie w tej Szkocji

outlander_keyart

Są seriale, po które człowiek sięga, bo mówi się o nich w mediach i wypada mieć opinię i są takie, na które trafia się właściwie przypadkiem. Z Outlanderem właśnie tak było – ktoś o nim napomknął, trafił się dzień, że nic innego do oglądania nie było i… poszło. Potem się dowiedziałam, że serial narobił dość dużo szumu, nazywany był „żeńską odpowiedzią na Grę o tron” i tak dalej, ale kiedy zaczęłam go oglądać, wiedziałam tylko, że opowiada o kobiecie, która podróżuje w czasie. I całe szczęście, bo dzięki temu wchłonęłam go bez wyobrażeń i uprzedzeń, co wyszło mi na dobre z kilku powodów, o których napiszę poniżej.

Ale zacznijmy od początku. Rzeczywiście, Outlander to historia brytyjskiej pielęgniarki Claire, która tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej udaje się z mężem na powtórny miesiąc miodowy do Szkocji. Pobrali się tuż przed wybuchem wojny, a potem przez pięć lat niemal nie widywali – ona pracowała na froncie, on szkolił szpiegów. Ten wyjazd ma być szansą na ponowne odnalezienie się i poznanie, bo przecież przez te pięć lat oboje bardzo się zmienili. Okazuje się, że wciąż łączy ich uczucie i namiętność i wszystko idzie świetnie do momentu, kiedy Claire trafia do kamiennego kręgu w dzień jesiennego przesilenia i cofa się w czasie o 200 lat. W 1743 roku Claire niemal natychmiast ładuje się w tarapaty. W efekcie staje się kimś w rodzaju zakładniczki szkockiego klanu MacKenzie, co skutecznie uniemożliwia jej powrót do kręgu i próbę powrotu do swoich czasów.

Tyle o fabule, bo właściwie wiele więcej nie trzeba. Osią fabularną pierwszego sezonu są podejmowane przez Claire próby dostania się do kamiennego kręgu (jest to zresztą jeden z najlepszych elementów fabuły – dzisiaj zajęłoby jej to najwyżej kilka godzin, bo krąg znajduje się góra kilkadziesiąt mil od zamku MacKenziech, ale tutaj ani dróg, ani samochodów, a na szlaku czyhają rozmaite zagrożenia… – doskonale to pokazuje, jak bardzo świat się skurczył od tamtych czasów) oraz jej stosunki z tubylcami, które zaczynają się od otwartej wrogości, a kończą… no właśnie.

dougal mackenzie

Dougal MacKenzie – jeden z najciekawszych bohaterów serialu.

Serial ma dwie ogromne zalety. Pierwszą jest to, że wszystkie wydarzenia oglądamy z perspektywy Claire i, co wcale nie jest oczywiste, jej oczami. Jest to możliwe dzięki szeregowi zabiegów czysto filmowych. Kamera idzie tam, gdzie bohaterka patrzy i obserwuje to samo, co ona, co czasami daje niemal komiczny efekt odwrócenia ról – tam, gdzie w centrum spodziewalibyśmy się kobiety, znajduje się mężczyzna (zwłaszcza niestandardowo wypadają tu sceny seksu). To też sprawia, że widzimy rzeczy, które zwykle w filmach się nie pojawiają, bo męscy bohaterowie nie są ich częścią. Mamy więc elementy obyczajowe z tak zwanego kobiecego świata, m.in. scenę farbowania wełny w jednej ze szkockich wiosek. Razem z Claire szukamy też sprzymierzeńców w kobietach, a mężczyzn traktujemy z pewną dozą braku zaufania (wysoce wskazane w czasach dzikiego szkockiego patriarchatu). Druga zaleta jest taka, że podobnie jak główna bohaterka, potrzebujemy czasu, żeby rozeznać się w sytuacji. Nie wiemy, kto ma jakie zamiary, kto może być naszym sprzymierzeńcem, a kto wrogiem. Stopniowo rozwijające się relacje między bohaterami są więc najmocniejszą stroną serialu.

Nie obeszło się oczywiście bez wad. Największą z nich jest to, że Outlander ślizga się na krawędzi pomiędzy gatunkami. Momentami uderza w tony dramatyczno-obyczajowe, by za chwilę sięgnąć po rozwiązania jak rodem z powieści łotrzykowskiej. Tak samo z bohaterami – w jednej chwili są skomplikowanymi, pełnokrwistymi postaciami, a za moment zmieniają się w papierowe karykatury samych siebie. Na dłuższą metę to męczy, bo nie wiadomo, w którą konwencję się wczuwać. Liczę, że w następnym sezonie scenarzyści albo zdecydują się na jeden z tych gatunków (jak to się stało np. w przypadku serialu Justified), albo zaczną je ze sobą nieco sprawniej łączyć, bo tym, czego w tej chwili produkcji chyba najbardziej brakuje, jest poczucie humoru. Gdyby te nagłe zmiany klimatu czy też rysujący się gdzieś pod powierzchnią kicz rozładować śmiechem, mrugnięciem oka do widza, serial zdecydowanie by zyskał.

outlander

Może to i romans, ale przyjaźń też jest ważna.

Drugą kwestią, która mnie osobiście mierzi, są seksualne zasadzki, których musi unikać główna bohaterka. Ostatnio gdzieś przeczytałam, że gwałty na ekranie są czymś w rodzaju uniwersalnego symbolu obrzydliwego patriarchatu i prymitywizmu i rzeczywiście coś w tym jest. Wystarczy umieścić w serialu scenę, w której bohater A pragnie zgwałcić bohaterkę B i już wiemy, kto jest szują i szowinistycznym śmieciem. Z drugiej zaś strony czy naprawdę muszę oglądać obnażoną pierś bohaterki, żeby to zrozumieć? Czy nie można tej władzy pokazać w jakiś bardziej subtelny sposób? Shame on you, scenarzyści, że nie chce wam się sięgnąć po bardziej wyrafinowane środki, żeby pokazać, jak ciężko żyło się kobietom w XVIII-wiecznej Szkocji, pod męskimi rządami. Nie jestem historykiem i może się mylę, ale zdaje się, że gwałty bynajmniej nie były w historii tak powszechne, jak się dzisiaj wydaje niektórym zaślinionym, nieletnim wielbicielom fantastyki. Owszem, może w czasach wojny, otwartych konfliktów. Ale w czasach pokoju? (Inna sprawa, że jeszcze niedawno to, co dziś uważamy za gwałt, zupełnie za niego nie uchodziło, ale to temat na osobną dyskusję.) Nie mogę się pozbyć wrażenia, że sceny, w której bohaterka cudem unika zgwałcenia, zostały umieszczone w scenariuszu głównie po to, żeby kazać jej zaświecić cyckiem albo tyłkiem i podnieść oglądalność. Nieładnie. To jest w ogóle temat na osobny post, który mam już zresztą w połowie napisany i może nawet kiedyś go dokończę. W każdym razie, wracając do serialu, na szczęście nie ma tych scen tak dużo, żeby to przeszkadzało w czerpaniu przyjemności z oglądania.

I wreszcie coś, co można uznać za wadę albo nie, zależy, co kto lubi – serial rozkręca się powoli. Dopiero w trzecim odcinku (a każdy trwa godzinę) zaczynamy mieć wrażenie, że akcja nabiera tempa. Niektórych to może zrazić. Wprawdzie nie znaczy to, że wcześniej jest nudno, tylko po prostu zamiast akcji mamy przedstawienie bohaterów. W każdym razie polecam wytrzymać, bo potem robi się coraz ciekawiej. Chyba że kogoś w ogóle nie kręcą Szkoci, góry ani historia, wtedy spokojnie może sobie odpuścić wcześniej.

outlander-first-look-starz

Mężczyzna w spódnicy jest zawsze lepszy niż mężczyzna w spodniach.

A teraz kilka słów o tym, dlaczego dobrze, że nie czytałam o serialu wcześniej. Otóż Outlander jest ekranizacją powieści Obca Diany Gabaldon (wydanej również po polsku, jest to zresztą składająca się z ośmiu części seria), którą wielu określa jako „romans historyczny”. Całe szczęście, że o tym nie wiedziałam, bo pewnie to określenie mocno by mnie zniechęciło. Okazuje się jednak, że w fabułę serialu wpleciono sporo wątków politycznych, historycznych i obyczajowych, i chwała twórcom za to, bo samego romansu mogłabym nie zdzierżyć. Na szczęście z tym romansem też sprawa nie jest wcale taka prosta, jak mogłoby się wydawać.

Ponadto bardzo wielu recenzentów pisało o Outlanderze jako o serialu feministycznym. I znów – gdybym o tym wiedziała, pewnie od początku nastawiłabym się na szukanie tego feminizmu albo dyskredytowanie go. Tymczasem miałam szansę obejrzeć serial bez uprzedzeń i przyjąć go niejako z całym dobrodziejstwem inwentarza. Dzięki czemu stwierdzam, że tak, jest to serial feministyczny, jeśli założyć, że serial feministyczny to taki, którego główną bohaterką jest kobieta. Oczywiście na pewno zaraz się pojawi wobec tej kobiety mnóstwo zastrzeżeń, że niewystarczająco silna albo za bardzo seksowna, albo może za mało seksowna, że za mało sprytna, że nie nosi w torebce giwery, że kocha swojego męża… A tymczasem prawda jest taka, że jest to po prostu serial z dobrze napisaną bohaterką kobiecą, wiarygodną, posiadającą wady i zalety, po prostu ludzką. Myślę, że uczucia i zachowania Claire są w gruncie rzeczy bardzo prawdziwe i gdybym to ja trafiła do XVIII-wiecznej Szkocji, mogłabym zachowywać się bardzo podobnie, czyli czasem głupio, czasem bezczelnie, a czasem bezmyślnie. Kiedyś postulowałam, żebyśmy dążyli do tego, by patrzeć na kobiety po prostu jak na postacie i na to, czy są dobre czy złe, a nie, czy są feministyczne czy niefeministyczne. To samo proponuję tutaj – oceniajmy Claire i fabułę pod kątem tego, czy jest wiarygodna, ciekawa, wciągająca, dobra, a nie pod kątem tej czy innej ideologii.

Tak czy inaczej, Outlander wydaje się idealną propozycją na ponure, grudniowe wieczory. Pozwala przenieść się w piękny świat szkockich gór, niezwykłych strojów z epoki i mężczyzn w spódnicach. Jest wystarczająco lekki, żeby nie dołować i wystarczająco dramatyczny, żeby nie nudzić. Zdecydowanie polecam.

Pettson, Findus i dziesięć kur

Gwiazdka zbliża się wielkimi krokami, a wraz z nią poza przyjemną perspektywą otrzymania mnóstwa mniej lub bardziej wymarzonych prezentów pojawia się ta może nieco mniej przyjemna – ich kupowania. Nie wiem, ilu z was, moi drodzy czytelnicy i czytelniczki, posiada dzieci, zakładam, że pewnie mniejszość. Nie zmienia to faktu, że w życiu większości ludzi jakieś dzieci istnieją, czasem w postaci młodszego rodzeństwa, czasem chrześniaków, siostrzenic i bratanków albo dzieci przyjaciół. A niektórzy z nas bardzo pieczołowicie pielęgnują również swoje wewnętrzne dziecko. Tymże dzieciom wypadałoby często kupić jakiś prezent. Postanowiłam przyjść z pomocą tym z was, którzy dzieci nie posiadają, jak również tym, którzy je mają, a jeszcze nie znają tej serii. Jeśli zastanawiacie się, co nabyć znajomemu dziecku w przedziale wiekowym powiedzmy 4-7 lat (testowy wypadły pozytywnie również przy młodszych dzieciach, a pewnie i niektórym starszym się spodoba), to nie zastanawiajcie się dłużej, tylko natychmiast nabądźcie dowolną książeczkę o przygodach Pettsona i Findusa autorstwa Svena Nordqvista.

pettson_findus

Mądrych książek dla dzieci na naszym rynku wydawniczym naprawdę nie ma zbyt wiele. Mądrych i sympatycznych jest jeszcze mniej. Mądrych, sympatycznych, zabawnych i jeszcze w dodatku pięknie ilustrowanych jest po prostu jak na lekarstwo. A dokładnie takie są książeczki o Pettsonie i Findusie. Ich bohaterowie to mieszkańcy pewnego niewielkiego gospodarstwa gdzieś w Szwecji – kot Findus, staruszek Pettson oraz dziesięć niezbyt rozgarniętych kur. Przynajmniej w warstwie tekstowej. Jeśli bowiem przyjrzymy się ilustracjom, zrozumiemy, że oprócz tego w okolicy swoje domki ma cała masa trolopodobnych, niewielkich stworzeń, zwanych (jak dowiadujemy się w jednej z części) muklami. Pettson, Findus i dziesiątka kur przeżywają przygody tyleż zabawne, co zupełnie zwyczajne. W „Torcie urodzinowym” zabraknie im mąki do ciasta, w „Rwetesie w ogrodzie” zwierzęta sąsiadów zryją świeżo obsiane grządki, a w „Kiedy mały Findus się zgubił” największym wrogiem kota okaże się stary borsuk. Poza tym przyjaciele zajmują się łowieniem ryb, tworzeniem wynalazków, przeganianiem lisów z terenu gospodarstwa i innymi równie ekscytującymi zajęciami. Wszystko to Sven Nordqvist opisuje jednak w sposób niezwykły – z olbrzymim poczuciem humoru i pomysłowością. O ile Pettson to rzeczywiście niemal archetyp zrzędliwego staruszka, o tyle Findus mniej przypomina kota, a znacznie bardziej – małego, niesfornego chłopca. Świat widziany oczami Findusa, a opisany przez Nordqvista, to świat dziecka, które chce wstawać latem o czwartej rano, bo jest już jasno, spędza pół dnia ganiając za kurami, a jednocześnie uważa, że cały świat powinien kręcić się wokół niego i zrobi wszystko, żeby przyciągnąć uwagę Pettsona, jeśli ta akurat zwrócona jest w innym kierunku.

tort urodzinowy

Sven Nordqvist chyba uważa się przede wszystkim za rysownika (jest też autorem ilustracji m.in. do wydanej również u nas serii o przygodach krowy Mamy Mu oraz cudownej książki, o której pisała kiedyś Rusty Angel pt. „Gdzie jest moja siostra?”), ale wyraźnie się nie docenia. Jego książki są bowiem nie tylko przyjemne dla oka czy zabawne, ale są też czymś w rodzaju Wielkiej Literatury – tylko dla maluchów. Bohaterowie nie są papierowi, lecz zniuansowani, mają wady i zalety, popełniają błędy i uczą się od siebie nawzajem, a wszystko to w sposób naturalny, bez dydaktycznego smrodku. Nordqvist traktuje z szacunkiem i empatią nie tylko swoich bohaterów, ale również małoletnich czytelników, pozwalając im wyciągnąć z lektury własne wnioski. Zaskakujący jest sposób, w jaki autor bierze się w książeczkach za całkiem „dorosłe” tematy, na przykład jesiennego spleenu (mój ulubiony „Biedny Pettson”), walki o własną niezależność („Findus się wyprowadza”) czy zazdrości („Minuta koguta”), jednocześnie nigdy nie zmieniając perspektywy na dorosłą, zawsze oferując rozwiązania dostępne dla dziecka i jego wrażliwości. Ten brak dydaktyzmu, patrzenia z góry, jest nadzwyczaj odświeżający. Nordqvist najwyraźniej lubi i rozumie dzieci, co nie jest bynajmniej oczywiste w przypadku autorów książek dla najmłodszych.

biedny-petson

A do tego wszystkiego są jeszcze ilustracje. Cudowne, absurdalne, szczegółowe ilustracje, które można oglądać setki razy i za każdym odkryć coś nowego, zaskakującego, zabawnego. Ilustracje, które pokazują świat jednocześnie dobrze znany i magiczny, niesamowity. Same te ilustracje są wystarczającym powodem, żeby sięgnąć po książki Nordkvista. A przecież jest jeszcze tyle innych.rwetes w ogrodzieFindus 16.tif

kiedy mały findus się zgubił

na biwaku

Rowling w Londynie, czyli o powieściach Roberta Galbraitha

Stosunkowo niewiele piszę o książkach, co jest o tyle paradoksalne, że właściwie zawsze coś czytam. Moim absolutnie ulubionym gatunkiem literackim, którego pochłaniam potężne ilości, i to właściwie od najmłodszych lat, jest kryminał. Zaczynałam od powieści młodzieżowych w rodzaju Pana Samochodzika, Długiego, deszczowego tygodnia  i tak dalej. Potem przeszłam do powieści Joanny Chmielewskiej (pierwsza z nich wpadła mi w ręce na jakichś nudnych wakacjach na Mazurach, był to bodajże „Upiorny legat”, a potem poszło z górki). Dalej była Agatha Christie, płynne przejście do amerykańskich thrillerów prawniczych i medycznych i wreszcie prawdziwe odkrycie – Henning Mankell. To był prawdziwy szał, niemal wyrywaliśmy sobie w domu kolejne tomy. Dlatego też kiedy dowiedziałam się, iż J.K. Rowling, bądź co bądź autorka jednej z moich absolutnie ulubionych serii wydawniczych, wydała pod pseudonimem kryminał, wiedziałam, że na pewno po niego sięgnę.

wolanie-kukulki-b-iext24204120

Robert Galbraith, bo taki właśnie przyjęła pseudonim, jest jak do tej pory autorem dwóch powieści kryminalnych – Wołanie Kukułki i niewydanej jeszcze po polsku The Silkworm, czyli Jedwabnik (premiera 15 września, czyli tuż-tuż). Bohaterami obydwu są Cormoran Strike, prywatny detektyw, były wojskowy, który stracił nogę poniżej kolana w wybuchu miny, oraz jego sekretarka Robin Ellacott. Cormoran ma oczywiście klasyczne dla pewnego typu detektywów problemy natury finansowej i osobistej, chociaż szczęśliwie nie pije za dużo (alkoholizm Johna Rebusa niemal wpędził mnie do grobu). W ogóle obydwie powieści mają dość klasyczną strukturę – Cormoran jest doświadczony, Robin nieopierzona, on jest detektywem, ona sekretarką (chociaż z zadatkami na wspólnika), policjanci są mało kumaci, krąg podejrzanych ściśle ograniczony, podpowiedzi porozrzucane po całej fabule, a rozwiązanie zagadki przynajmniej z założenia zaskakujące. Nie jest to mój ulubiony typ kryminału, zdecydowanie wolę powieści policyjne z zacięciem obyczajowo-społecznym i możliwie jak najwierniejszym odwzorowaniem sposobu pracy stróżów prawa. Jednak te akurat książki zyskały moją zdecydowaną przychylność, a to z dwóch powodów.

Po pierwsze, jeśli jest coś, co Rowling potrafi robić naprawdę dobrze, to tym czymś jest kreowanie świata przedstawionego. W Potterze uwielbiam w końcu nie rozterki nastoletnich czarodziejów i ich dylematy dotyczące dobra i zła, ale całe tło – środowisko, animozje, architekturę, przedmioty codziennego użytku, unikalną dziedzina sportu. To wszystko składa się na cudowny opis nieznanego nam, magicznego świata, który stanowi w mojej opinii największą wartość sagi o Harrym Potterze. Podobnie jest w książkach Galbraitha – autor snuje swoją opowieść niespiesznie, wrzucając całą masę informacji o przedstawianym świecie. W pierwszej powieści odmalowuje z pewnym zacięciem satyrycznym środowisko ludzi związanych z modą, w drugiej – wydawców literatury. Akcja obydwu powieści rozgrywa się w Londynie, który też opisany jest w bardzo plastyczny, żywy sposób. Miejsce akcji w kryminałach często ogrywa rolę dodatkowego bohatera, i tu też do pewnego stopnia tak jest. To miasto kontrastów społecznych, miejsce, gdzie bogaci i biedni tworzą osobne światy, poruszając się w tej samej przestrzeni, ale nigdy nie spotykając. Sam Cormoran łączy w sobie te sprzeczności w bardzo ciekawy sposób.

thesilkworm

Drugą ogromną zaletą są postacie. Cormoran Strike to bohater, którego polubiłam niemal od razu. Robin może nie budzi natychmiastowej sympatii, ale jej postać zdecydowanie ciekawie się rozwija i przyjemnie obserwuje się zmiany, które się w niej dokonują. Do tego dochodzi paleta barwnych postaci drugo- i trzecioplanowych, również bardzo sprawnie odmalowanych. Rowling ma też talent do tworzenia postaci niesympatycznych (i całkowicie różnych od niej, vide piękne sceny, w których Cormoran nie cierpi i nie rozumie dzieci), o których jednak bardzo ciekawe się czyta. Zwłaszcza w The Silkworm takich nie brakuje.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie spojrzała na fabułę pod kątem społeczno-obyczajowym. Brakuje mi nieco bohaterów o kolorze skóry innym niż biały – w końcu to Londyn, z pewnością można by ich tam umieścić na kopy. Po drugie, dotąd akcja rozgrywa się głównie w środowisku ludzi zamożnych (w końcu to raczej ich stać na usługi prywatnego detektywa), potraktowanych jednak z pewnym dystansem. Po trzecie, zastanawia mnie, jak autorka zamierza rozegrać relację Cormoran-Robin, która na razie rozwija się dość stereotypowo. Bardzo zresztą podoba mi się wątek Robin i jej nowo odkrytego powołania do pracy detektywistycznej. Choć nie jest on w żaden sposób nowy (podobny mamy przecież chociażby w Elementary), pewnego powiewu świeżości dodaje mu fakt, że Robin ma jakieś życie osobiste poza pracą i Cormoran nie jest jej jedynym punktem odniesienia w życiu. Bardzo rozbawił mnie też wątek Cormorana, który w sposób całkowicie wyrachowany idzie do łóżka z dziewczyną, żeby wyciągnąć od niej informacje na temat podejrzanych. How very The Americans of you.

Podsumowując, Rowling czy też Galbraith tworzy bardzo sprawnie napisane powieści gatunkowe. Nie są to w żadnym wypadku rzeczy nowe ani zaskakujące, ale jest w nich coś, co sprawia, że nie chce się ich kończyć (i naprawdę bardzo mnie cieszyło, że The Silkworm jest taki gruby). Wiem, że na pewno sięgnę po kolejne tomy i będę sobie dawkować lekturę, bo Londyn Cormorana Strike’a to miejsce, w którym chciałoby się zostać dłużej.

 

Arkadia pełna książek

Czy słyszeliście kiedyś o Shirley Jackson? Albo o Craig Rice? Jeśli nie, to nie przejmujcie się zanadto. Żadna z tych autorek nie znalazła się w gronie szacownych twórców Wielkiej Literatury, a ich nazwisk próżno szukać na listach Najlepszy Powieści XX wieku. Mimo to, a może właśnie z tego powodu, ich powieści znajdują się na innej liście – mojej osobistej liście książek ulubionych i takich, do których chętnie wracam. Zajmują wysokie miejsca na liście pozycji, które poprawiają humor, leczą chandrę oraz doły o niewielkiej intensywności i nieznanym pochodzeniu. Nadają się idealnie na ponure listopadowe wieczory i na chwile, kiedy nie mamy ochoty na poważniejszą literaturę.

shirley jackson

Shirley Jackson. Jeśli macie ochotę zobaczyć, jak wyglądały opisywane domy opisywane w jej powieściach, polecam zajrzeć tutaj.

Zacznijmy od Shirley Jackson, amerykańskiej pisarki, która znana jest przede wszystkim z pisanych przez siebie horrorów. Jednak ja najbardziej lubię jej inne, nietypowe powieści – Życie wśród dzikusów i Poskramianie demonów. Są to powieści luźno oparte na wydarzeniach z życia autorki, początkowo publikowane jako felietony czy też opowiadania w rozmaitych amerykańskich pismach dla gospodyń domowych. Shirley Jackson była matką czwórki dzieci (tytułowych dzikusów i demonów), współwłaścicielką rozwalającego się domu w niewielkim miasteczku w stanie Vermont, żoną męża-profesora oraz opiekunką bliżej nieokreślonej liczby psów i kotów. O swoim życiu pisze z humorem i swadą, prezentując się jako osoba ciepła i sympatyczna, acz wiecznie lekko zmęczona i zagubiona (co nie dziwi nikogo, kto ma choć jedno dziecko). Jej dzieci są bohaterami licznych dykteryjek, które ubawią zarówno osoby nie posiadające potomstwa (choć pewnie będą czytały o ich wyczynach z lekkim niedowierzaniem), jak i te, które progeniturę posiadają (te ze współczuciem i zrozumieniem pokiwają tylko głowami). Żeby nie być gołosłowną, przytoczę wam tu dwa krótkie fragmenty tekstu:

„Nowy kombinezon był brązowy, miał futrzane nauszniki i kiedy prezentowałam Barry’ego ojcu i rodzeństwu w tym stroju, uświadomiłam sobie nagle, że odtąd moje przedpołudnia będą długie, ciche i puste. Zapytałam męża, czy zdaje sobie sprawę z faktu, że od jedenastu lat w naszym domu zawsze znajdowało się jedno małe dziecko i to przez cały boży dzień, na co on odpowiedział, że owszem, zdawał sobie z tego sprawę i to nawet bardzo dobrze i że jedenaście lat to bardzo długo, i że tak ciężki wyrok otrzymuje się tylko za handel godnościami kościelnymi albo za ciężkie okaleczenie ciała.” Poskramianie demonów, str. 135, Warszawa 1980

I jeszcze jeden:

„Ale ponieważ w naszym domu i tak panuje nieustanny rozgardiasz, nikt nie przejmuje się sprawą imion. Od niedawna Laurie buntuje się przeciwko zdrabnianiu jego imienia i żąda, żeby mówić do niego albo Laurence, albo Sir. Kiedy nastała Sally, nadaliśmy jej imię Sara, które pozostało wkrótce zdrobnione na Sally, ale naraziło nas na kłopoty z powodu Sally Ellenoy, więc w rezultacie mówiło się na nią Mała, a na tamtą Sallyellenoy. Mała okazało się doskonałym imieniem, bo trudno się pomylić, co również dotyczy imienia Pies dla psa, na którego Mała woła Hauhau, Laurence Trigger, a pani Ellenoy przeważnie Dziecko. Ponieważ nasze koty są identyczne, wołamy na nie przeważnie Kitty. Ja osobiście używam dwóch nazwisk. Utwory literackie podpisuję nazwiskiem panieńskim, a tak na co dzień legitymuję się nazwiskiem męża. A mój mąż, do którego odzywamy się wszelkimi odmianami słowa ojciec, reaguje na nie wszystkie bezbłędnie, począwszy od Pappy, a na Da skończywszy. Ostatnio zaimponował mi przytomnością umysłu, bo zareagował nawet, kiedy Jannie zwróciła się do niego per szanowny panie Ellenoy.” Życie wśród dzikusów, str. 101-102, Warszawa 2002

Obydwie książki są doskonale przetłumaczone przez Mirę Michałowską, a samo wgłębienie się w przekład dostarcza pewnej przyjemności, zwłaszcza kiedy porówna się naszą wiedzę o USA z wiedzą, którą posiadała tłumaczka w latach 80-tych. To samo dotyczy zresztą książki Róże pani Cherington Craig Rice, którą z kolei równie świetnie przetłumaczyła Maria Skibniewska. Smaczki te dotyczą nomen omen głównie kwestii kulinarnych. W Poskramianiu demonów występuje na przykład „narodowe” danie amerykańskie, zwane gorącymi parówkami. Człowiek dopiero po dłużej chwili orientuje się, że musi chodzić po prostu o hot-dogi. Natomiast w Różach pani Cherington bohaterowie zajadają się sandwiczami, które, kiedy czytałam książkę w połowie lat 90-tych, wyobrażałam sobie jako wyborne, choć bliżej nieokreślone smakołyki, podczas gdy dzisiaj wiem, że owe sandwicze to po prostu kanapki.

craig_rice_Time1

Craig Rice była swojego czasu tak popularna, że znalazła się na okładce The Time. Jej książki stanowiły realną konkurencję dla powieści Agathy Christie.

A skoro już jesteśmy przy Różach Pani Cherington, to może teraz dwa słowa o Craig Rice. Była to poczytna autorka powieści kryminalnych, nazywana nawet czasem „Dorothy Parker powieści detektywistycznych”. Czy rzeczywiście jej powieści były takie dobre, nie mam pojęcia, bo żadnej poza Różami nie czytałam (zdaje się zresztą, że na polski przetłumaczono zaledwie jedną inną jej pozycję, a i w Stanach stosunkowo ciężko je dostać). Róże pani Cherington są również pozycją nietypową w jej dorobku, bo przeważnie pisała dla dorosłych, natomiast bohaterami Róż jest trójka rodzeństwa – Diana, April i Archie – którzy postanawiają pomóc matce, autorce kryminałów, w zyskaniu popularności poprzez rozwiązanie tajemnicy popełnionej w sąsiednim domu zbrodni. I tutaj zresztą pojawia się wątek na poły autobiograficzny, ponieważ Georgiana Ann Randolph Craig, kryjąca się pod pseudonimem Craig Rice, podobnie jak jej bohaterka zaczynała jako dziennikarką i miała trójkę dzieci (dwie córki i syna).

Oprócz ciekawej intrygi i zabawnych bohaterów książka, podobnie zresztą jak książki Shirley Jackson, ma jeszcze dodatkową zaletę – opisuje dawno już nieistniejący świat amerykańskiej prowincji lat 40-tych i 50-tych. To świat, w którym butelka coca-coli kosztuje pięć centów, lodówki stoją na werandach, mleko i jajka przynoszą do domu mleczarze, a głównym zajęciem dzieci jest gra w baseball i taplanie się w błocie. W domach bohaterów zalegają stosy książek i komiksów, bo telewizor, nawet jeśli stoi już w salonie, nie ma zbyt wiele do zaoferowania. Ten wypełniony książkami, dziećmi i zwierzętami świat wydaje się z naszej perspektywy pewnego rodzaju rajem utraconym. To czas, kiedy życie było proste, ludzi stać było na zakup olbrzymiego domu bez konieczności brania kredytu na pięćdziesiąt lat, lata były długie i upalne, a zimy śnieżne i słoneczne (jeśli nie mieszkało się w Kalifornii). Nie ukrywam, że i do mnie ten obrazek przemawia, chociaż przecież za nic w świecie nie chciałabym mieszkać w czasach, kiedy główną rola kobiety było zajmowanie się domem i dziećmi, nawet jeśli przy okazji była poczytną pisarką. Widać to wyraźnie w powieściach Jackson, o której wiemy, że publikowała powieści i opowiadania, ale główny ciężar odpowiedzialności za dom znajdował się zdecydowanie na jej głowie. To jej mąż siedzi zamknięty w gabinecie, pracując cały dzień, to jemu nie należy przeszkadzać, to on wygłasza uwagi w rodzaju „jak ty wychowujesz te dzieci”, mimo że ma wolny zawód i podobnie jak żona większość czasu spędza w tym samym budynku co owe dzieci. Kiedy Jackson przy takim układzie miała jeszcze czas pisać powieści, tego doprawdy nie wiem. I chociaż książka jest oczywiście fikcją literacką, myślę, że relacje pomiędzy bohaterami opisane zostały mniej więcej prawdziwie – po prostu tak wtedy było, że kobiety swoje ambicje mogły realizować niejako ukradkiem, przy okazji, o ile w ogóle mąż im na coś takiego pozwalał.

Nieco inaczej wyglądała sytuacja Rice, która mimo dużej rotacji mężów (miała ich co najmniej czterech) zdecydowanie sama zarabiała na swoje utrzymanie. Wydawała w intensywnych okresach swojej twórczości dwie, nawet trzy powieści rocznie, do tego również opowiadania. Jej książki były ekranizowane, nagrywano na ich podstawie słuchowiska, pisała też scenariusze filmowe. Jednak Rice za swój sukces zapłaciła ogromną cenę – podobnie jak bohaterowie większości jej powieści, piła za dużo i popadła w alkoholizm. Z wiekiem przyplątały jej się również inne problemy ze zdrowiem i w efekcie zmarła w wieku zaledwie czterdziestu dziewięciu (a może pięćdziesięciu jeden, zależy od źródła) lat. Również Shirley Jackson zmarła młodo na zawał serca – miała tylko 48 lat. Przez lata cierpiała z powodu rozmaitych problemów psychicznych, brała również leki, które mogły przyczynić się do jej śmierci (nie mówiąc już o tym, że paliła jak smok). W jakiś sposób wydaje mi się to symptomatyczne, że obie zmarły tak młodo. Owszem, niezdrowy tryb życia niewątpliwie się do tego przyczynił, ale wydaje mi się, że był on raczej efektem sytuacji, w jakiej się znalazły, niż przyczyną problemów. Może to tylko zbieg okoliczności, a może zabiło je coś więcej – presja oczekiwań społecznych, którym nie były w stanie sprostać, niemożność znalezienia dla siebie właściwego miejsca w świecie, frustracja. Szkoda, że jako pisarki gatunkowe nie miały szans trafić do annałów historii światowej literatury i dziś są właściwie zapomniane. Zwłaszcza Rice pozostaje dziś niedoceniona, nawet w rodzinnych Stanach, chociaż książki jej kolegów po piórze z tamtego okresu, również autorów kryminałów, są wciąż wydawane i omawiane.

Mimo te niezbyt optymistycznej konkluzji polecam serdecznie lekturę Życia wśród dzikusów, Poskramiania demonów i Róż pani Cherington. Można kupić je wyłącznie na allegro, bo od lat nie były wznawiane (Róże miały w ogóle chyba tylko jedno wydanie) i kosztują grosze, a naprawdę warto mieć je w domu, bo to ten rodzaj książek, do którego chce się wracać.