Serialowe podsumowanie roku 2013

2013 zupełnie niespodziewanie okazał się rokiem premier. Przygotowując listę seriali, które w tym roku najlepiej mi się oglądało, zauważyłam, że są to niemal wyłącznie pozycje nowe. Dla starszych seriali nie był to najlepszy rok. Niektóre z nich (True Blood!) okazały się tak fatalne, że nawet ich nie skończyłam. Inne zaliczyły sezony przyzwoite, ale bez fajerwerków (Nurse Jackie, The Killing, Newsroom). Formuła kolejnych jakby się nieco przejadła i nie zachęca do powrotu (Southland). Tymczasem premiery zaskakują. Nie tylko te skazane na sukces z powodu obsady i reżysera, jak chociażby House of Cards, ale również mniej spektakularne, z mało znanymi aktorami i niezbyt „seksownymi” lokalizacjami. Zresztą, zobaczcie sami.

11. Sleepy Hollow

sleepy hollow

Ciekawe postacie, zakręcone wątki, zabawa konwencją – po prostu dobra rozrywka.

10. The Fosters

Serial o rodzinie nietypowej pod każdym względem wyjątkowo mnie ujął, mimo sporej dawki dydaktyki.

9. Gra o Tron

Stark-Winter-is-Coming

Co tu dużo mówić – serial zrobiony z rozmachem, którego nie sposób nie docenić.

8. House of Cards

house of cards

Podobnie jak Gra o tron – serial tak świetnie skonstruowany, tak rewelacyjnie zagrany, tak dobrze wyreżyserowany, że nie mogło zabraknąć go na tej liście.

7. Justified

FX_Justified_WP_1600x1200_41

Co ja na to poradzę, że mam słabość do amerykańskiej prowincji, Boyda Crowdera i kowbojskich kapeluszy?

6. The Americans

americans

Miałam o nim napisać więcej, ale w końcu jakoś się nie złożyło. A serial wart obejrzenia, przede wszystkim ze względu na rewelacyjnego Matthew Rhysa. Nie wiedziałam, że ten człowiek potrafi tak grać! Poza tym soundtrack jest zaiste fantastyczny.

5. Orphan Black

orphan-black

Nic nie wskazywało na to, że ta produkcja może być dobra. Pozytywne zaskoczenie roku.

4. Masters of Sex

Masters.of_.Sex

Lizzy Caplan ukradła ten show. I chwała jej za to.

3. Orange is the New Black

oitnb

Kobiety! Mnóstwo kobiet! Do wyboru, do koloru! Cudo.

2. The Good Wife

??????????????????????

Jeden z moich najulubieńszych seriali w historii, w tym roku w wyjątkowo udanej odsłonie.

1. The Fall

the-fall-tv-show

Dwa słowa – Stella Gibson.

[Z pewnością wiele osób zauważy brak na liście tegorocznych serialowych  „pewniaków”, czyli Breaking Bad i Hannibala, więc spieszę z wyjaśnieniem – nie oglądam tych seriali. Nie potrafiłam się zdystansować wobec wydarzeń wystarczająco, żeby zaangażować się w akcję. Po prostu obydwa okazały się dla mnie zbyt brutalne.]

Ciąg dalszy nastąpi.

Gender bender

Wiecie co? Im jestem starsza, im więcej czytam, widzę i rozumiem, tym bardziej mam ochotę stać i wrzeszczeć „fuck your stupid beauty standards!”,  zrobić sobie koszulkę z napisem „jestem lewicową feministką”, a na koniec napluć na dziennikarza Frondy. Mam nadzieję, że przemawia przeze mnie neofityzm i niedługo mi przejdzie, bo bardzo nie lubię się angażować.

Tak czy inaczej, ponieważ obraz znaczy więcej niż tysiąc słów, będą zdjęcia facetów w sukienkach, dziewczyn z nieogolonymi pachami i innych obrzydlistw.

Zaczniemy od klasyki.

David-Bowie-wearing-a-dress-e1359386475110

Wszystkim mężczyznom w sukienkach życzę miłego dnia.

„Co ja paczę?” czyli dlaczego właściwie to oglądam (albo nie)

Muszę wam się do czegoś przyznać. Otóż Sherlock Holmes jako taki ani mnie ziębi, ani grzeje. Oczywiście, czytałam książkę. Oczywiście, oglądałam rozmaite ekranizacje. Owszem, lubię wykorzystanie tej postaci w rozmaitych zabawach z widzem. Ale sam Holmes umiarkowanie mnie zachwyca. Wydaje mi się w dużej mierze nadętym, przemądrzałym bubkiem i zazwyczaj nie przepadam za nim jako postacią.

Średnio podobał mi się również najnowszy Sherlock Holmes z Cumberbatchem i Freemanem. Obejrzałam dwa odcinki, z których nic nie zapamiętałam i po namyśle uznałam, że to chyba nie dla mnie. Tym bardziej więc nie sięgałam po Elementary, bo nie dość, że amerykańskie, a więc z definicji gorsze, to jeszcze nakręcone zostało w gatunku, za którym ogólnie nie przepadam – lekkiego kryminału.

elementary

I pewnie dalej bym po niego nie sięgnęła, gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze, po serii ciężkich, dramatycznych seriali kryminalnych i politycznych, których zafundowałam sobie w tym roku iście końską dawkę, miałam ochotę na coś lżejszego. Po drugie, przeczytałam na Hello Tailor tekst o kostiumach w Elementary i nagle ni z tego ni z owego zapragnęłam jeden odcinek obejrzeć.

Ku mojemu wielkiemu zdumieniu jestem właśnie na odcinku ósmym i na pewno na tym nie poprzestanę. Oglądam serial z dwóch powodów – po pierwsze, obserwuję z wielkim upodobaniem kostiumy i scenografię, a po drugie, niemal natychmiast polubiłam bohaterów. Zawsze miałam problem z Watsonem, tym biednym Watsonem, który służy jako tło dla genialnego Holmesa, musi znosić jego impertynencje, świecić za niego oczami i zmieniać całe swoje życie tak, żeby zaspokoić potrzeby swojego przyjaciela, egocentrycznego bubka. Tymczasem niespodziewanie oglądam Elementary przede wszystkim dla Joan Watson. Pewnie nie bez znaczenia jest fakt, że Lucy Liu to w mojej opinii jedna z najpiękniejszych kobiet na świecie. Ale nie dlatego zachwycam się Joan. Podoba mi się to, że jest twarda i chłodna, jak marmur. Nie daje sobą manipulować i nie bierze udziału w głupich gierkach, w które Sherlock próbuje z nią grać. Jednocześnie stara się dotrzeć do niego i zrozumieć go. W tej relacji nie ma ani nadmiernego zachwytu jego geniuszem, ani ubolewania nad brakiem społecznych umiejętności Holmesa (który zresztą, jak się wydaje, jest zdecydowanie mniej upośledzony w tej kwestii od innych jego serialowych odpowiedników). Ten Sherlock słucha Joan. Potrafi przyznać się do błędu. To jest relacja dwójki różnych, ale równych sobie ludzi. I to mi się bardzo podoba. Szalenie podoba mi się również to, że nie zanosi się, żeby Sherlock i Joan kiedykolwiek mieli zostać parą. Mam nadzieję, że tak zostanie.

elementary2

Tak czy inaczej, analizując swoją nagłą sympatię do Elementary, zaczęłam się zastanawiać, co właściwie sprawia, że przy pewnych serialach zostaję, a inne czym prędzej porzucam. Po namyśle doszłam do wniosku, że moje ulubione seriale można podzielić z grubsza na cztery kategorie:

Te, których bohaterów lubię.

Bardzo rzadko oglądam seriale tylko dlatego, że bohaterowie wzbudzają we mnie sympatię. W związku z tym nieczęsto sięgam po produkcje czysto obyczajowe typu Brothers&Sisters, bo z mojego punktu widzenia tam się po prostu nic nie dzieje. Jednak od czasu do czasu pojawia się serial, którego bohaterowie kradną moje serce, chociaż fabuła serialu albo mało mnie interesuje, albo jest wręcz niedorzeczna. W tej kategorii oglądanych przeze mnie seriali znalazły się: The O.C. (do tej pory jak widzę gdzieś Adama Brody’ego, Bena McKenzie, Mischę Barton albo Rachel Bilson to myślę o nich „moje dzieci”, chociaż są to przecież ludzie w moim wieku albo starsi), Fringe, The Fosters, Bunheads, Elementary, The L Word, a z nowszych na przykład (póki co) Sleepy Hollow czy Almost Human.

Te, które mają świetną fabułę.

Prędzej będę oglądać serial, którego głównych bohaterów nie lubię (albo są mi obojętni), ale który ma świetną fabułę, niż odwrotnie. Właściwie w tej kategorii mieści się chyba większość oglądanych przeze mnie seriali. Jednocześnie jest to ten typ serialu, który najłatwiej porzucam – wystarczy, że fabuła zacznie mnie nudzić. Do tej kategorii zaliczyłabym m.in. Downton Abbey, Dextera, House of Cards, Homeland, Rzym, Deadwood czy The Newsroom.

Te, które mają świetną fabułę i bohaterów, których lubię.

Perełki wśród seriali. Przeważnie nie porzucam, bo rzadko się zdarza, że jednocześnie schrzanią się oba elementy. Zazwyczaj jest tak, że kiedy kuleje jedno, człowiek skupia się na drugim i odwrotnie, w ten sposób dociągając do końca. W tej kategorii: Sześć stóp pod ziemią, Justified, Gra o tron, Lost, Mad Men, Rubicon, The Killing, Southland itd.

Te, które należy oglądać.

Bardzo rzadko zdarza się, że oglądam serial, żeby wiedzieć, o czym mówią inni. Najlepszym przykładem jest Doctor Who, który jako taki mnie nie zachwyca. Nie mam też nic przeciwko niemu, lubię jego bohaterów i niektóre odcinki są całkiem niezłe, ale oglądam go przede wszystkim dlatego, żeby rozumieć, co się dzieje w popkulturze i o czym ludzie w sieci gadają. Zdarza się też, że na wyrywki wracam do seriali, które wcześniej porzuciłam, żeby zobaczyć, o co cho (a o czym na przykład przeczytałam w recapach). Do takich seriali należą Glee i Grey’s Anatomy, które gdzieś tam ciągle przewijają się w sferze moich zainteresowań, bo mają wielu ciekawych z mojego punktu widzenia bohaterów (np. kobiecych, non-white i homoseksualnych).

Dość oczywista jest ta typologia, ale założę się, że do każdego podtypu każdy z was mógłby podać zupełnie inne niż moje przykłady. Ciekawa jestem, jak to u was wygląda – które seriale oglądacie dla bohaterów, a które dla fabuły? I które stanowią waszym zdaniem crème de la crème serialowej elity?

Zamiast spamu #3

Odkryłam ostatnio, że coś dziwnego stało się z moim gustem. Oto, kto wydawał mi się najseksowniejszym mężczyzną świata w 1998 roku.

ryan phillipe

A oto, kto wydaje mi się najseksowniejszym mężczyzną świata dzisiaj.

jake gyllenhaal

Widzicie różnicę? Jeśli zaś chodzi o kobiety, zachodzi raczej zależność odwrotna. W 1998 roku najbardziej podobała mi się Zooey Deschanel:

zooey deschanel

A dzisiaj Cate Blanchett.

Cate2

Drogie Bravo, czy powinnam się leczyć?

Tymczasem, rozmaite ciekawostki ze świata seriali:

Trzeci sezon Homeland, choć miejscami mocno niedorzeczny, świetnie mi wchodzi. Nie przeszkadza mi nawet brak Brody’ego, a myślałam, że tylko dla niego oglądam ten serial. Poniższe teksty zawierają spojlery.

Ponadto w internetach:

I na koniec – bardzo podoba mi się Dianna Agron w nowym teledysku The Killers. Zwłaszcza z wąsami.

Swoją drogą, czy tylko ja mam skojarzenia z jedną z moich ulubionych postaci  z The L Word – Ivanem? Hm.

Męskim okiem na życie Adeli

Niektóre filmy umiarkowanie zachwycają w trakcie oglądania, ale im dłużej człowiek myśli o nich po seansie, tym bardziej dochodzi do wniosku, że mu się podobały. Są też takie, które ogląda się całkiem nieźle, a po wyjściu z kina jest się jednak rozczarowanym. Życie Adeli, zdobywca tegorocznej Złotej Palmy w Cannes, należy do tej drugiej kategorii. Niby wszystko gra – mamy pełne, emocjonalne portrety młodych kobiet, zmagających się z uczuciem, dorastaniem, szukaniem swojego „ja”, akceptacją środowiska. A jednak coś mi w tym filmie nie pasowało, trąciło fałszem.

Ale zacznijmy może od tego, co mi się podobało. Przede wszystkim – film zrealizowany jest bardzo sprawnie. Trzy godziny przeleciały błyskawicznie. Mimo dość trudnej w odbiorze formy (niemal wszystkie sceny kręcone są w półzbliżeniu) i zamiłowania reżysera do kontrowersyjnych kadrów, Życie Adeli ogląda się dobrze, przede wszystkim za sprawą rewelacyjnych odtwórczyń głównych ról – Adele Exarchopoulos i Lei Seydoux. Jest to główny powód, dla którego do kina warto pójść, bo dziewczyny tworzą nie tylko doskonałe kreacje aktorskie, ale również uzupełniają się na ekranie w sposób po prostu fantastyczny. Film co prawda na poziomie emocjonalnym umiarkowanie mnie poruszył, ale tego akurat nie uważam za zarzut. Nie każda historia musi rezonować na poziomie uczuć, żeby można było uznać ją za dobrą. Niewątpliwie jest to bardzo dobry film, doskonale przemyślany i świetnie skonstruowany. Ale… oczywiście musi być jakieś „ale”.

życie adeli

Choć nazwane historią miłosną na miarę XXI wieku, Życie Adele  nie miało dla mnie zbyt wielu znamion historii o miłości. Adele i Emmę połączyła przede wszystkim namiętność i pasja. Przez cały film ani przez moment nie odniosłam wrażenia, że te dwie kobiety łączy cokolwiek poza seksem. Owszem, siła tej namiętności była ogromna, tak wielka, że mogła nawet uchodzić za miłość. Ale czy rzeczywiście nią była? O czym one ze sobą rozmawiały? Mamy może ze dwie sceny, w których Emma i Adele nie mówią o seksie ani o swoim związku. W jednej Emma uczy swoją dziewczynę jeść ostrygi, a w drugiej ma do niej pretensję, że jest za mało artystycznie nastawiona do życia. Obie te sceny wskazują na to, że młodzieńcze uczucie, które je połączyło, ma podłoże gdzieś w fizjologii, nie w przysłowiowym pokrewieństwie dusz. Jako takie musi się wypalić, kiedy bohaterki dojrzeją, zdadzą sobie sprawę z własnych upodobań i dzielących je różnic społecznych.

Zastanawiam się, czym ich relacja różniła się od relacji innej pary słynnych filmowych kochanków, Ennisa i Jacka, bohaterów Tajemnicy Brokeback Mountain. Ich związek też przecież opierał się przede wszystkim na seksie. Oni też nie prowadzili ze sobą zbyt wielu znaczących rozmów. Co więcej – Ennis i Jack naprawdę nie potrafili się ze sobą komunikować, inaczej niż Emma i Adele, wygadane, świadome swoich uczuć (choć zagubione) współczesne kobiety. A jednak w przypadku filmu Anga Lee nie miałam wątpliwości, że Ennis i Jack kochają się tak mocno, jak tylko dwoje ludzi może się kochać. Zastanawiające, że w Życiu Adeli brakuje tych drobnych gestów czułości, ukradkowych spojrzeń, które przekonują nas o tym, że bohaterom naprawdę na sobie zależy. Być może jest to zabieg zamierzony. Być może to właśnie chciał pokazać Kechiche – że dwie kobiety mogą tworzyć związek oparty przede wszystkim na namiętności. Chwała mu za to, że w ogóle dał kobietom prawo do przeżywania związku w ten sposób – jako niezwykle silnego seksualnego przyciągania. To się przecież w kinie niemal nie zdarza.

A z drugiej strony mam jednak wątpliwości. Chociaż tytuł, sposób opowiadania historii (brak makijażu czy fryzjera, ostre światło uwypuklające defekty urody), sposób prowadzenia kamery (nieustannie skierowanej na twarz głównej bohaterki, nawet we wstydliwych sytuacjach), wszystko to ma nas przekonać, że mamy do czynienia z czymś autentycznym, z prawdziwym życiem, że oglądamy rzeczywistą Adele, to jednak reżyser wcale nam tej Adele nie pokazuje. Co w takim razie widzimy? Fantazję reżysera na temat życia młodej dziewczyny i bardzo smutną opowieść o tym, że kobietę tworzy mężczyzna, nawet dzisiaj i nawet wtedy, jeśli ta kobieta kocha inną kobietę.

Dlaczego tak myślę? Są to drobne sprawy. Ruch kamery, który pokazuje śpiącą, piętnastoletnią Adele w rozedrgany, erotyczny sposób. Nieustanne aluzje do jej seksualnego apetytu. Ciągnąca się w nieskończoność scena erotyczna (nie mam nic przeciwko tej scenie jako takiej, rozumiem też, dlaczego musiała być ona długa. Czego natomiast nie rozumiem, to czemu była aż tak długa i dlaczego przypominała jednak mocno męskie fantazje). Farmazony dotyczące mistycznej kobiecej seksualności wygłaszane przez, oczywiście, mężczyznę (jak się wydaje, alter ego reżysera). Fakt, że Adele wydaje się istnieć tylko w odniesieniu do innych osób i to paradoksalnie głównie mężczyzn. Chociaż miłością jej  życia jest Emma, a film jest m.in. opowieścią o życiu młodej lesbijki, która odkrywa swoją orientację i próbuje sobie z nią radzić, Adele nie szuka potwierdzenia swojej wartości u kobiet. W sytuacjach kryzysowych, kiedy nie jest pewna siebie, gdy traci grunt pod nogami, zaczyna przeglądać się w męskim spojrzeniu – chłopaka ze szkoły, przypadkowego mężczyzny na przyjęciu, kolegi z pracy. Nawet w relacji z Emmą Adele wchodzi w rolę „typowej” kobietki, potulnej żony, która ugotuje obiad, będzie muzą, ładnie ubierze się na przyjęcie, ale która sama nie istnieje, nie ma nic do powiedzenia, nie ma żadnej wartości poza swoim wyglądem (w końcu przyjaciele Emmy znają ją jako „tę dziewczynę z obrazu”. Chociaż związek dziewczyn trwa kilka lat, wydaje się, że znajomi Emmy nigdy nie rozmawiali z Adele). Adele zatraca się w Emmie do tego stopnia, że chociaż obserwujemy ją przez bite trzy godziny, niewiele potrafimy o niej powiedzieć. Ona nawet nie wychodzi z szafy – nie mówi swojej rodzinie prawdy o tym, kim jest w jej życiu Emma.

Zbyszko Melosik pisze o tzw. męskim oku w ten sposób:

„We współczesnych tekstach kulturowych kobiety prezentowane są najczęściej jako obiekty potencjalnego spojrzenia męskiego (…). W ten sposób w epistemologicznej interakcji między mężczyzną a kobietą posiada on władzę nad image’em kobiety. Jego spojrzenie na kobietę zorientowanie jest na uzyskanie przyjemności oraz swoistego posiadania jej image’u. Konstrukcja spojrzenia obejmuje więc normatywny męski punkt widzenia, a kobiety traktowane są jako obiekty pragnienia męskiego (które każdorazowo zawiera określony zestaw recept odnośnie do preferowanej kobiecej estetyki, począwszy od makijażu i sylwetki, poprzez ubiór, aż do głosu, zapachu i fryzury). (…) Z tej perspektywy patrząca na siebie potencjalnym męskim okiem kobieta doznaje przyjemności w sytuacji, gdy uznaje siebie za obiekt męskiego pożądania.”

Oczywiście, pokazanie, że kobieta nawet będąc związana z inną kobietą nie jest wolna od „męskiego oka” i wciąż podlega ocenie według tych samych standardów, mogło być świadomym zabiegiem reżysera (i wtedy chapeau bas). Ale to, co dzieje się wokół filmu, wydaje się wskazywać, że tak nie było. W wywiadach aktorki odtwarzające główne role wiele razy podkreślały, że reżyser zmuszał je do ciężkiej, upokarzającej pracy. Po kilkanaście godzin dziennie przez kilka tygodni musiały udawać przed kamerami rozkosz, opychać się jedzeniem, kłócić się, płakać i bić, raz za razem odtwarzając te same sceny, ponieważ Kechiche chciał, aby były jak najbardziej „autentyczne”. Teraz, kiedy o tym opowiadają, reżyser grozi im sądem. (Przy okazji – wydaje mi się to spójne z pewną tendencją w relacjach reżyser-aktorka. Wiele razy słyszeliśmy o kobietach, które reżyser doprowadził na skraj załamania nerwowego „dla dobra roli”, „żeby uzyskać autentyczne emocje” itp. Nie przypominam sobie w tej chwili ani jednej podobnej historii dotyczącej relacji reżyser-aktor. Ciekawe, dlaczego tak się dzieje.)

I tu znów różnica pomiędzy Angiem Lee i Abdellatifem Kechiche – ten pierwszy na swoich bohaterów patrzy z czułością, a swoim aktorom pozwala odnaleźć się w historii, mieć swój wkład w to, jak będzie ona wyglądała. Ten drugi, pod pozorem obiektywizmu, po prostu się nad swoimi bohaterkami (i aktorkami) znęca. Paradoksalnie, chociaż Tajemnica Brokeback Mountain jest nakręcona w dużo bardziej poetycki, senny, nierzeczywisty sposób, na poziomie emocji wydaje mi się prawdziwsza. I wszystko to sprawia, że nie wierzę Kechichowi w jego Adele, twór męskiej wyobraźni, a nie prawdziwą kobietę.

O Życiu Adele warto poczytać tutaj:

Wywiad z aktorkami odtwarzającymi główne role.

Problem z Życiem Adeli wg NYTimes.

I zabawny komentarz dotyczący sceny seksu między Adele i Emmą.