Wszyscy moi nieistniejący przyjaciele

Na pewno chociaż raz słyszeliście w życiu następujące zdanie: „on/a traktuje bohaterów serialowych jak żywych ludzi”.  I jestem gotowa się założyć, że to nie miał być komplement. Wręcz przeciwnie, podobne zdania przeważnie wypowiadane są z mieszaniną politowania i rozbawienia. I z odrobiną wyższości. W końcu człowiek cywilizowany, wykształcony, na poziomie, doskonale odróżnia fikcję od rzeczywistości i wie, że kiedy ginie Rysiek z Klanu, to nikt tak naprawdę nie zginął, więc czym tu się przejmować. Prawda?

everything you can image

Otóż moim zdaniem nieprawda, a przynajmniej nie do końca. Owszem, rozum wie, że Rysiek, a raczej aktor odtwarzający jego rolę, żyje i ma się świetnie. Ale emocje to zupełnie inna sprawa. Nasi ulubieni bohaterowie mają uczucia, wspomnienia, pragnienia, plany na przyszłość. Widujemy ich częściej niż niektórych członków własnych rodzin, nieraz lepiej ich przy tym znając. Towarzyszą nam przez wiele lat. Dlaczego mielibyśmy nie czuć się im bliscy? Tylko dlatego, że nigdy nie widzieliśmy ich na żywo? Phi.

Opowieść (a przecież czym jest serial, film czy książka, jeśli nie opowieścią właśnie) jest jednym z podstawowych narzędzi, dzięki którym poznajemy świat. Potrzeba opowiadania jest tak stara jak ludzkość. To dzięki opowieści dokonywał się postęp technologiczny. Z opowieści dowiadujemy się, co jest dobre, a co złe, jak należy postępować, co nam się opłaci, a co nie bardzo. Jesteśmy ewolucyjnie przystosowani do traktowania opowiadań zupełnie serio – jako źródła informacji o świecie. Dzisiaj wprawdzie myślenie mityczne zastąpiła telewizja, ale nasz mechanizm odbioru opowieści pozostaje taki sam. Zresztą sami nieustannie tworzymy narracje dotyczące naszego życia, życia naszych znajomych, przyjaciół, nieznajomych. Plotka to rodzaj opowieści, w dodatku często z morałem. Według mnie nie ma większego znaczenia, że znamy z widzenia panią Halinkę, która jest bohaterką straszliwej opowieści pod tytułem Mąż rzucił ją dla przedszkolanki dziecka. Tylko pozornie pani Halinka jest z naszego punktu widzenia bytem realnym – w końcu przeważnie nasze kontakty ograniczają się do powiedzenia sobie „dzień dobry” w osiedlowym warzywniaku. W rzeczywistości rodzaj naszych relacji sprowadza ją raczej do roli celebrytki – kogoś, o czyich planach, marzeniach i charakterze nie mamy pojęcia, kto znany nam jest jedynie z wyglądu i właśnie z owej mrożącej krew w żyłach lokalnej gawędy. Pełni w naszym życiu taką samą rolę, jak bohater filmu, serialu czy książki.

Dla mnie w zdaniu „on/traktuje bohaterów serialowych jak żywych ludzi” nie ma nic złego. Tym bardziej, że, powiedzmy sobie szczerze – przecież o to właśnie chodzi, żeby coś poczuć, oglądając. Jeśli film czy książka są dobre, emocje są prawdziwe. Na tym polega w dużej mierze odbiór fikcji – na przepuszczeniu jej przez filtr emocji. Inna sprawa, że różne rzeczy poruszają różnych ludzi. Jedni „zawieszają niedowierzanie” już w przypadku Klanu. Innym potrzeba trochę więcej „wyrafinowania” i wzruszają się dopiero przy Mad Men. Jednak nie ma się co łudzić, że ci, którzy oglądają Mad Men, są lepsi niż oglądający Klan. Mechanizm pozostaje ten sam.

A zatem tak, nie wstydzę się przyznać – wiele fikcyjnych postaci stawało się w pewnym momencie moimi przyjaciółmi. Znaleźli się w tej grupie ludzie skrajnie różni – przedsiębiorca pogrzebowy z Los Angeles, uzdolniony, choć z czasem coraz bardziej zagubiony chirurg i starszy, lekko szalony naukowiec, który uwielbiał słodycze. Jest tam też uzależniona od leków przeciwbólowych pielęgniarka, seksowna detektyw z firmy prawniczej i wiele innych osób. I naprawdę mi smutno, gdy któryś z moich nieistniejących przyjaciół odchodzi, czy to dlatego, że umiera, czy też dlatego, że kończy się serial. A boli to zwłaszcza wtedy, kiedy owa postać odchodzi nagle, nie wyczerpawszy swoich fabularnych możliwości. Wtedy myśli się o tych wszystkich fikcyjnych marzeniach i planach, których realizacji już nigdy nie zobaczymy na ekranie.

Mam do was prośbę. Pozwólcie przyjaciołom kochać swoich fikcyjnych przyjaciół. Pozwólcie im się smucić, kiedy ci przyjaciele odchodzą. W końcu wszyscy należymy do jednego, globalnego, wyimaginowanego plemienia.

 

PS. Wpis ten popełniony został ku pamięci fikcyjnego bohatera, ale nie napiszę jakiego, bo może ktoś jeszcze nie wie, a nie chcę robić spojlerów. Proszę również o brak spojlerów w komentarzach w razie, jakby ktoś się domyślał, o kogo mi chodzi.

Mój manifest patriotyczny

Ze smutkiem, ale bez zdziwienia obserwuję ostatnio powracanie (właściwie po raz kolejny) do kolejnego narodowego mitu – bohaterów powstańczej Polski z okresu drugiej wojny światowej. Do kin trafiają kolejne filmy, w których, jak to określiła Agnieszka Wiśniewska w Krytyce Politycznej, piękni i młodzi ludzie umierają w slow motion. Dlaczego mnie to nie dziwi? Bo jest to temat tak nośny medialnie, że jego przejście do strefy mitu wydaje się nieuniknione. Piękni, młodzi, inteligentni, a do tego gotowi do ostatecznych poświęceń, pełni wiary w przyjaźń i ojczyznę, waleczni, bohaterscy i odważni. Jak tacy bohaterowie mogliby nie trafić do kin? Można powiedzieć, że są jak stworzeni przez popkulturę.

Naprawdę chciałabym, żeby ten film nie okazał się tylko piękną wydmuszką.

Skąd zatem smutek? To chyba oczywiste – bo jest to jedno wielkie kłamstwo. I nie mówię wcale o tym, że ci piękni i odważni wcale nie byli tacy piękni ani tacy odważni. Byli. Może nie wszyscy i nie zawsze, ale byli. Tylko że w Powstaniu Warszawskim (wokół którego warstwa mitologiczna od kilku lat narasta w tempie wręcz niepokojącym), a przede wszystkim w samej II wojnie światowej ginęli nie tylko młodzi, piękni i pełni ideałów. Ginęli też ludzie starsi, kobiety, niemowlęta. A przede wszystkim, ginęli nie tylko Polacy, ale również, a raczej przede wszystkim, Żydzi. Którzy, o czym się dzisiaj bardzo wygodnie zapomina, też byli Polakami. Zajmowali często w społeczeństwie specyficzną pozycję, ale byli niewątpliwie jego częścią, a nie obcą tkanką, bez której zdrowemu społeczeństwu będzie lepiej. Dzisiaj, mam wrażenie, nikt nie traktuje zagłady Żydów jako zagłady części narodu polskiego. A przecież de facto tym właśnie ona była.

kamienie 2

Młodzi, piękni, bohaterscy… nie tylko tacy ludzie ginęli w czasie wojny.

Wszystkie te moje refleksje wzięły się stąd, że wybrałam się na Kamienie na Szaniec. Bardzo rzadko chodzę na filmy wojenne, bo jestem wściekłą pacyfistką. Nie widzę w zabijaniu absolutnie żadnej wartości i żadna siła mnie nie przekona, że wojna jest spoko, bo kwitnie po niej gospodarka, następuje postęp technologiczny, czy co tam jeszcze za argumenty wysuwają jej zwolennicy. Gdyby to ode mnie zależało, nigdy nie byłoby tortur, zabijania ani dyktatur (które w moim wewnętrznym przekonaniu też są rodzajem wewnętrznej wojny, tyle że z własnym narodem). Po prostu zjawisk tych nie rozumiem, a patrzenie na ich ofiary sprawia mi ogromny ból, bo za bardzo się z nimi (czasem wręcz fizycznie) identyfikuję. Dlatego do wszelkiego kina wojennego podchodzę z ogromnym dystansem i najczęściej go unikam. Kina o bohaterach wojennych – bo gloryfikacja „ginięcia za ojczyznę” budzi we mnie nieprzyjemny odruch zgrzytania zębami, a kina o koszmarze wojny – bo i tak już jestem przeciwna wojnie, więc nie muszę oglądać cierpień bohaterów, żeby się upewnić w swoich przekonaniach. Nie mam więc zbyt dużego porównania do innych filmów wojennych i chyba to oznacza też, że nie zamierzam iść na kolejne filmy dotyczące powstania i lat wojennych. Chociaż może pójdę, z chęci sprawdzenia, w jakim to kierunku idzie. Tylko czy w ogóle może iść w dobrym?

Wracając jednak do filmu, myślę, że można, a nawet należy, oceniać go na trzech poziomach. Po pierwsze, jako adaptację książki. Jak wszyscy ludzie w pewnym wieku, Kamienie na Szaniec czytałam w liceum. Oczywiście bardzo się wzruszałam i nawet płakałam, bo biedny Rudy, biedny Zośka i w ogóle wszyscy biedni, wojna i źli Niemcy. Jednak moje wspomnienia z czasów lektury są na tyle zatarte, że kiedy sięgnęłam do niej teraz, zdziwiłam się bardzo, że jest to raczej literatura dokumentalna, z kilkoma zaledwie wstawkami fabularyzowanymi. I powiedzmy to sobie szczerze – wartość literacka Kamieni na Szaniec nie jest szczególnie wysoka.  Tak więc zrobienie z tego materiału opowieści musiało być podstawowym zadaniem Glińskiego, a raczej panów Rettingera i Pałysa, który napisali scenariusz. Konflikt na linii dobrzy chłopcy-źli Niemcy nie mógł wystarczyć do tego, żeby stworzyć ciekawy film, więc podokładali inne konflikty, głównie z rodzicami chłopaków i z ich bezpośrednimi przełożonymi. Jestem zdania, że pod tym akurat względem Gliński ze swojej roli wywiązał się nieźle. Udało mu się tchnąć życie w mocno papierowe postacie, widać, że autor starał się zachować na ile się da ducha oryginału, jednocześnie nadając mu formę na tyle atrakcyjną, żeby oglądało się to bez bólu.

kamienie1

Rudy tańczy… i dobrze, bo przecież też był człowiekiem

Druga rzecz to ocena pod względem filmowym. I tutaj nie jest najgorzej. Oceniam film na jakieś siedem w skali dziesięciostopniowej. Rzecz jest bardzo przyzwoicie zagrana, właściwie żadna ze znaczących scen nie trąci fałszem. Tomasz Ziętek jako Rudy początkowo uwodzi zawadiackim uśmiechem, a potem nie daje plamy jako katowana ofiara gestapowskich przesłuchań. Marcel Sabat jako Zośka z niesympatycznego, młodego zarozumialca przeistacza się na naszych oczach w przytłoczonego odpowiedzialnością i dręczonego wyrzutami sumienia dowódcę złożonego z przyjaciół oddziału. Najwięcej zastrzeżeń pojawiło się chyba do pierwszej, teledyskowej części filmu. I rzeczywiście, sprawia ona problem o tyle, że dużo czasu zajmuje zżycie się z bohaterami, którzy migają nam w szybko zmieniających się kadrach. Jest to jednak ze strony reżysera zabieg całkowicie świadomy i w gruncie rzeczy udany. Im bardziej poważne stają się zajęcia młodych żołnierzy, tym bardziej zmienia się charakter zdjęć. Ujęcia stają się dłuższe, filtry – ciemniejsze, a muzyka mniej rozrywkowa. Słoneczna Warszawa, jasne ulice, kolorowe sukienki – to wszystko na naszych oczach szarzeje i gaśnie, wraz z kolejnymi niepotrzebnymi śmierciami.

No właśnie, i tutaj przechodzimy do trzeciego aspektu filmu, który każdy musi ocenić sam, zgodnie z własnymi przekonaniami. Chodzi mi mianowicie o moralną ocenę wydarzeń. Twórcy filmu, inaczej niż autor powieści, uderzają w ponure tony. W opowieści Kamińskiego całe życie harcerzy z Szarych Szeregów było radością. Walczyli, upadali i w końcu umierali z uśmiechem na ustach, zadowoleni, że przyszło im oddać życie za Ojczyznę. W interpretacji Glińskiego sprawa nie jest już wcale taka prosta. Nie brakuje w tej historii bowiem śmierci niepotrzebnych, takich, których można było uniknąć, gdyby… no właśnie, gdyby bohaterowie wykazali się większą dojrzałością, umiejętnościami taktycznymi, gdyby mieli większe doświadczenie, byli uzbrojeni lepiej niż w stare, zawodne trupy, gdyby byli lepiej zorganizowani. W pierwszej chwili, oglądając film, miałam wrażenie, że ten wątek jest za mało rozwinięty, za mało podkreślony, ale po namyśle doszłam do wniosku, że twórcy po prostu nie mogli pójść krok dalej, bo wtedy opowiadaliby już inną historię, a z Rudego i Zośki takimi, jakimi opisał ich Kamiński, nic by po prostu nie zostało. Z drugiej strony jednak pewne wątki irytują – na przykład powszechna głupota dorosłych, którzy jak jeden mąż zachowują się tchórzliwie, nieodpowiedzialnie, szkodliwie wręcz, w przeciwieństwie do walecznych młodych gniewnych z Szarych Szeregów. Nie brakuje też standardowych obrazków tych dobrych, dzielnych Polaków, którzy nie uginają się nawet w obliczu śmierci. A wszyscy Niemcy mają paskudne gęby.

kamienie 3

W filmowym obrazie wydarzeń jest tyle prawdy, ile w zbudowanych do jego nakręcenia dekoracjach – niby wszystko się zgadza, tylko trochę jakby trąci fałszem.

[Na marginesie tylko dodam dosłownie kilka słów o postaciach kobiecych w tym filmie, tradycyjnie biernych i głupich. Dziewczyna Rudego upiera się, że chce chodzić do kina, bo gra jej ukochana Pola Negri. Na drugim planie nieustannie przewijają się polskie prostytutki czy po prostu kobiety, które sypiają z niemieckimi żołnierzami dla kasy. Siostry Rudego i Zośki snują się na marginesie zdarzeń, nie biorąc udziału w walkach, a jedynie w potańcówkach i narzekając, że mają już dość jedzenia ziemniaków. A matka Rudego ma do odegrania tylko jedną, wielce tradycyjną w polskim micie narodowym rolę – matki opłakującej zmarłego syna.]

I teraz pytanie. Czy tę historię dało się nakręcić inaczej? Czy można opowiedzieć historię Rudego i Zośki tak, żeby pokazać koszmar wojny, kolaborację, gwałty, zagładę ludności, zniszczony kraj? Nie, bo wtedy to nie byłaby już ekranizacja tej właśnie powieści. Mam jednak wrażenie, że reżyser trochę taki właśnie film chciał zrobić. Tylko dlaczego w takim razie zabrał się za ekranizację Kamieni na Szaniec? Może powinien był raczej zekranizować Pamiętnik z Powstania Warszawskiego?

I jeszcze jedno pytanie – co pomyślą o Rudym, Zośce i reszcie chłopaków młodzi ludzie? Mnie zwłaszcza ostatnia scena filmu wydała się gorzka (i sądzę, że nieprzypadkowo reżyser zmienił jej wymowę), ale czy tłumnie udający się do kin gimnazjaliści będą się w ogóle nad nią zastanawiać? Czy ktoś z nimi na jej temat porozmawia? Czy zostaną tylko z wrażeniem „złej” (bo innej niż książka) ekranizacji? Pewnie większość z nich wzruszy się losem Rudego, ale czy ktoś opowie im o mniej chwalebnych kartach w polskiej historii? Czy ktoś wyjaśni, że Rudy, Zośka ani Alek nie dożyli nawet Powstania Warszawskiego? I że może to lepiej, bo co stałoby się z ich młodzieńczym idealizmem, gdyby wiedzieli, jak straszliwy los czeka stolicę ich ukochanego kraju? Boję się, naprawdę się boję, że z tych pseudowojennych teledysków młodzi ludzie wyniosą tylko jedną prawdę – że wojna właściwie nie była taka straszna. Nikt im nie pokaże, że w Powstaniu Warszawskim na 150 000 osób zginęło „zaledwie” około 18 000 żołnierzy, czyli tych, którzy mieli możliwość się bronić. Reszta została po prostu zarżnięta jak bydło idące na rzeź i nie miała wyboru. Nie mogła „umierać pięknie”. Mogła umierać tylko tak, jak postanowili niemieccy żołnierze i miała szczęście, jeśli to się stało szybko. Nikt im nie powie, że na 250 szybkich, romantycznych, powstańczych ślubów przypadło tysiące gwałtów na kobietach, młodych dziewczynach, niedojrzałych dziewczynkach. Nikt im nie wyjaśni, że na każdego żołnierza przypadało prawie 13 osób ludności cywilnej, w tym chorzy ludzie w szpitalach, niemowlęta, dzieci. Pamiętnika z Powstania Warszawskiego Białoszewskiego nie ma już dzisiaj na większości list szkolnych lektur. A Kamienie na Szaniec są. Kto im opowie to wszystko po kolejnym seansie pięknej opowieści o młodych patriotach? Zresztą nawet jeśli ktoś im powie – jaką moc mają słowa wobec coraz to nowych obrazów, obchodów i imprez?

powstanie_warszawskie_1944

Taką wizję Powstania Warszawskiego będą mieli młodzi ludzie po obejrzeniu wchodzących w tym roku na ekrany filmów. Ale prawda była znacznie mniej romantyczna.

Wiem, że mój głos w tej dyskusji nie jest niczym oryginalnym i że co roku w okolicach pierwszego sierpnia rozlegają się podobne. Ale mam wrażenie, że z roku na rok są one coraz słabiej słyszalne, traktowane jak pieprzenie starych tetryków, którzy nie rozumieją, jakie to ważne, aby Polak czuł się prawdziwym patriotą i w duchu szykował się na gotowość oddania życia za sprawę. Co jakiś czas boleje się też w mediach nad faktem, że młodzież nie przejawia patriotycznych odruchów, bo gdy ich zapytać, co zrobiliby w przypadku wybuchu wojny, odpowiadają „czym prędzej uciekł(a)bym za granicę”. A niby dlaczego mieliby odpowiadać inaczej? Toż instynkt przetrwania w nich nie zniknął. Nie oznacza to, że są bandą bezdusznych idiotów i że rzeczywiście tak by właśnie zrobili. Ja myślę, że oni po prostu inaczej definiują swój patriotyzm. Wydaje mi się, że ich definicja to „robić swoje i żyć tak, żeby wszystkim było przyjemnie”. I wbrew pozorom to w czasach pokoju najlepsza definicja z możliwych. Bo zakłada, że wszyscy razem budujemy kraj, w którym ludziom dobrze się żyje. Że wspólnym wysiłkiem coś tworzymy i nie musimy budować na zgliszczach, żeby to miało wartość. Że dążymy do tego, aby każdy w tym kraju czuł się dobrze, a nie, żeby ten przywilej miała tylko garstka „prawdziwych patriotów”, których głównym wyznacznikiem jest to, że gotowi są z motyką rzucać się na czołgi. Tak ja pojmuję patriotyzm i myślę, że podobnie pojmuje patriotyzm wielu dzisiejszych gimnazjalistów (do których grona bynajmniej nie należę), chociaż pewnie za nic nie potrafiliby ubrać tego w słowa. I tu wracamy po raz kolejny do Kamieni na szaniec – otóż, co pewnie mało osób pamięta, Kamiński podkreślał nie tylko gotowość harcerzy z Szarych Szeregów do poświęcenia życia. Podkreślał również fakt, że oni właśnie chcieli budować, zachowywać, chronić dziedzictwo i wspólnie pracować dla dobra wszystkich. Dzisiaj „poświęcenie się dla dobra ogółu” jest bardzo mało popularnym hasłem, ale to nie znaczy, że ludzie nie chcą budować. Chcą. I ciągłe powtarzanie, że nasze życie ma wartość tylko wtedy, kiedy jesteśmy gotowi poświęcić je w imię ideałów, jest marnowaniem naszego potencjału i zwyczajną głupotą.

PS. Dyskutowałam z pewnym harcerzem, człowiekiem wychowanym na ideałach obecnych mocno w książce Kamińskiego, odnośnie właśnie Kamieni na Szaniec. On twierdził, że demontaż narodowych mitów, pokazywanie ludzkiej twarzy bohaterów jest bardzo szkodliwe, bo sprawia, że czujemy się gorsi jako naród. Uważam, że jest dokładnie odwrotnie – im więcej czasu upłynęło od wojny, im mniej żyje ludzi, którzy rzeczywiście ją pamiętają, tym bardziej potrzebne jest nam rozbieranie narodowych mitów. Bo Bohaterowie to już mają do siebie, że żyją długo po śmierci ludzi, którzy nosili ich imię i nazwisko. Ale o tym, że w wojnie ginęli w sposób straszny prawdziwi ludzie, a nie Idee i Bohaterowie – o tym wszyscy zdają się błyskawicznie zapominać. Dużo łatwiej jest wtedy dać przyzwolenie na kolejną wojnę. I to dopiero jest tragedia.

Powrót do przeszłości

Mam ostatnio straszliwą fazę na oglądanie teledysków. Robię przeglądy starych klipów, szukam nowych i w ogóle grzebię się w temacie, znajdując mnóstwo cudownych rzeczy. A ponieważ dzisiaj Jon Hamm obchodzi 43 urodziny, wrzucam wam nowy teledysk Aimee Mann z jego udziałem.

Co jest najzabawniejsze w tym teledysku? Że to odtworzenie klipu, który Aimee Mann jako część zespołu ‚Til Tuesday nagrała w 1985 roku.

Zalała was lata nostalgii? Ach, te obciachowe lata 80-te…

Pudełko czekoladek

„Życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co ci się trafi” – ten cytat z (miernej zresztą) książki Winstona Grooma o Forreście Gumpie dzięki filmowi stał się jednym z najbardziej ogranych frazesów na świecie. Chociaż nie zgadzam się, że akurat życie przypomina pudełko czekoladek (już prędzej Fasolki Wszystkich Smaków – od czasu do czasu nie można nie trafić na taką o smaku rzygów albo gluta), są rzeczy, które naprawdę  je przypominają. Na przykład powieści Diany Wynne Jones z serii „Światy Chrestomanciego”.

Chrestomanci___portrait_by_TheCarli

Autorka: TheCarli.

W tym miejscu pragnę podziękować Rusty Angel, która nieustannie podrzuca mi nowe, fantastyczne książki do czytania i która w październiku zeszłego roku zorganizowała miesiąc z książkami tejże autorki. Na tamten miesiąc się niestety nie załapałam, bo zdążyłam przeczytać tylko „Zaczarowane życie” , a zabrakło mi weny na porządną notkę i czasu na przeczytanie czegoś jeszcze. Zresztą samo „Zaczarowane życie” w oderwaniu od innych powieści z serii nie wydało mi się niczym wyjątkowym – owszem, ciekawe, owszem, dobrze napisane, przeczytałam w jeden dzień (w końcu krótkie), ale żeby zaraz się rozpisywać? Niekoniecznie. Na szczęście swojej przygody z panią Wynne Jones nie zakończyłam. W bibliotece stała na półce cała seria, więc przy oddawaniu pierwszej jakoś tak z rozpędu wypożyczyłam następną i… dopiero odkryłam geniusz autorki.

W tym miejscu należy powiedzieć dwa słowa o fabule. Otóż tytułowy Chrestomanci to nadzwyczaj potężny czarodziej o dziewięciu żywotach, który posiada zdolność przemieszczania się pomiędzy równoległymi wszechświatami. Wszechświaty te powstają w chwili, kiedy gdzieś dochodzi do ważnego wydarzenia, mogącego potoczyć się na dwa możliwe sposoby. Każde zakończenie istnieje w innym wszechświecie. W efekcie wszystkie różnią się od siebie, niektóre bardziej niż inne. W jednych istnieje magia, w innych nie ma jej zupełnie. W niektórych ludzie jeżdżą samochodami, w innych wyłącznie konno. W pewnych istnieją Alpy Angielskie, a w innych Włochy wciąż są zlepkiem rywalizujących ze sobą królestw i tak dalej. Każda z książek cyklu rozgrywa się w innym świecie i ma innych bohaterów – łączy je tylko osoba Chrestomanciego. I to jest właśnie w serii „Światy Chrestomanciego” najwspanialsze. Nigdy nie wiadomo (wracając do porównania z czekoladkami), na jaki świat trafi się w następnej odsłonie ani kiedy pojawi się w nim Chrestomanci. Wiadomo tylko jedno – z pewnością będzie to świat wspaniały.

chrestomanci___one_size_by_chira_chira

Chrestomanci i Konrad z Losu Konrada. Autor: Chirart.

Kolejne tomy serii odsłaniają przed nami różne, ale równie smakowite historie. Diane Wynne Jones ma wybitny talent do portretowania postaci dziecięcych. Autorzy powieści młodzieżowych zbyt często mają tendencję do idealizowania swoich bohaterów, starając się raczej stworzyć wzory, do których należy dążyć, niż postaci z krwi i kości. Tymczasem bohaterowie serii o Chrestomancim często wydają się z pozoru nawet zbyt zwyczajni – bywają małostkowi, egoistyczni, zadufani w sobie, a nawet kłamliwi. Ale dzieci to w końcu trochę młodsi dorośli. Widzą świat, który je otacza i stosują się do zasad, jakie w nim panują. A że żaden ze światów opisanych w serii nie jest idealny, to i dzieci nie są w nim wyidealizowane. Nie zmienia to faktu, że kiedy przychodzi co do czego, okazują się mądrzejsze, lepsze i zdolniejsze, niż im samym się wydawało. Chrestomanci pełni w tych powieściach rolę idealnego dorosłego – wierzy w ich możliwości, daje kredyt zaufania, ale przede wszystkim – wkracza wtedy, kiedy sprawy stają się dla dzieci zbyt skomplikowane. To kolejna rzecz, która bardzo mi się w powieściach Jones podoba – że dzieci mają dać sobie radę z problemami na swoim poziomie. Nie muszą ratować świata, łapać straszliwych przestępców, pokonywać potężnych magów (a przynajmniej nie są przy tym zdane same na siebie). Muszą zmierzyć się z wrednymi rówieśnikami, dogadać z rodzeństwem, uczyć się, ale przede wszystkim poznać swoje możliwości i nauczyć panować nad umiejętnościami. Czyż nie jest to doskonała metafora procesu dorastania?

Wszystko to sprawia, że książki z serii „Światy Chrestomanciego” czyta się po prostu świetnie. Straszliwie żałuję, że zostały mi już tylko dwie. Na szczęście istnieją jeszcze inne książki autorki (choć już się obawiam, że będzie ich za mało). W każdym razie i wam również serdecznie polecam, bo to jedna z najlepszych serii dla dzieci i młodzieży, jaką czytałam.

PS. Czy interesowałby was tekst z recenzjami współczesnych powieści młodzieżowych? Trochę tego przeczytałam ostatnio i tak się zastanawiam – może jakaś jedna zbiorcza notka…?

PS. 2. Niespodziewanie stuknęło temu blogu trzy lata pod moją nieobecność. Kto by się spodziewał.