Zamiast spamu #6

Dzisiejszy odcinek spamu sponsorują literki L, G, T oraz B.

jenny shimizu

Zapozowała dla was Jenny Shimizu, czyli była dziewczyna Angeliny Jolie.

A oto kulturalno-queerowy przegląd prasy.

I jeszcze kilka linków z cyklu „lifestyle”.

 

Zwiastun drugiego sezonu Orange is the new black już w sieci. Oj, nie mogę się doczekać!

 

I na koniec jeszcze mój ulubiony, choć nienowy, queerowy teledysk.

Dwa słowa w obronie Wesa Andersona

Trafiłam niedawno w sieci na dość zaskakujące z mojego punktu widzenia artykuły. Dotyczyły one filmów Wesa Andersona i zarzutów, jakie stawiają mu krytycy. O ile zarzuty w rodzaju „w jego filmach kochają się nowojorscy hipsterzy” uważam za tak idiotyczne, że nie ma co o nich gadać (tak jakby reżyser mógł mieć wpływ na to, kto będzie kochał jego filmy), o tyle pozostałe dwa punkty, jak mi się wydaje, wymagają dwóch słów komentarza.

sign_closeup_0

Zarzut pierwszy: Wes Anderson robi filmy, które są zbyt wesandersonowate

Zaiste, Wes Anderson to reżyser o niezwykle charakterystycznym stylu. Jego filmy są tak specyficzne, że wystarczy zobaczyć 1,5 minuty zwiastuna, żeby nie mieć wątpliwości, o czyj film chodzi. Czy można to potraktować jako zarzut? Moim zdaniem zupełnie nie i absolutnie w żadnym wypadku. Dlaczego? Bo gdyby Anderson zaczął robić filmy w innym stylu, to nie byłyby filmy Andersona. Są reżyserzy, którzy dobrze się czują we wszystkich tematach i stylach (chociaż zazwyczaj jednak w niektórych lepiej niż w innych). Są sprawni rzemieślnicy, którzy zrobią i komedię i dramat, a my wyjdziemy z kina zadowoleni. I są jednostki tak specyficzne i tak utalentowane, że zamiast mierzyć się z otaczającą nas rzeczywistością, tworzą na styku tej rzeczywistości i świata własnej fantazji kino wyjątkowe. Do takich reżyserów należy m.in. Tim Burton, Quentin Tarantino czy David Lynch. Czy to oznacza, że uważam ich kino za wybitne? Niekoniecznie. Robią filmy lepsze i gorsze. Ale zmuszanie ich, żeby nagle robili obyczajowe, realistyczne dramaty o porzuconych dzieciach albo komedie romantyczne jest pomysłem absurdalnym. Gdyby zaczęli robić takie kino, przestaliby być sobą. (Oczywiście zawsze znajdą się wyjątki od reguły. W końcu Prosta Historia Lyncha jest bardzo dobrym filmem.)

Zresztą wystarczy się zastanowić, co by było, gdybyśmy nagle od pisarzy zaczęli wymagać, żeby sprawdzali się w każdym gatunku i każdej stylistyce, zamiast tworzyć doskonale dopracowane, ale jednak własne światy. Dlaczego z reżyserami miałoby być inaczej?

grand-1

Zarzut drugi: W filmach Wesa Andersona jest za dużo białych mężczyzn hetero z klasy średniej.

I oto jest argument, z którym naprawdę mam problem. Bo pokazuje, co tak naprawdę jest nie tak z naszą kulturą. Otóż postulat, żeby w filmach Andersona pojawiało się więcej kobiet z marginesu albo, dajmy na to, czarnoskórych farmerów-gejów, wydaje mi się absurdalny do bólu. Dlaczego człowiek, który jest białym, czterdziestoletnim mężczyzną, wywodzącym się z klasy średniej, o bardzo specyficznym sposobie patrzenia na świat, miałby nagle robić filmy dajmy na to o indiańskiej niewidomej samotnej matce? Ani go ten temat nie interesuje, ani nie jest indiańską niewidomą samotną matką. Zapewne w związku z tym nie ma szans zrobić dobrego filmu o indiańskiej niewidomej samotnej matce. Dlaczego miałby porzucić to, co robi dobrze i zacząć robić kompletnie coś innego? W imię politycznej poprawności? Tylko że problem nie polega na tym, że Wes Anderson, Tim Burton, David Fincher i Woody Allen nie robią filmów, w których występowaliby ciemnoskórzy Amerykanie albo indiańskie kobiety. Oni nie muszą robić o tym filmów, jeśli nie chcą i się na tym nie znają. Problemem jest to, że ludzie, których te tematy interesują, którzy mają odpowiednie doświadczenie i pochodzenie, nie mogą zrobić na ten temat dobrych filmów, bo nikt im nie daje szansy. Dlaczego filmy o kobietach robiły w Hollywood klapę raz za razem? Bo pisali je i reżyserowali faceci. Którzy nie mieli pojęcia, co to znaczy być kobietą. Którzy nie potrafili napisać dobrego scenariusza z dobrymi rolami żeńskimi. Dopiero jak wpuszczono kobiety-scenarzystki do telewizji i pozwolono im robić seriale, to się okazało, że można stworzyć ciekawą, interesującą postać kobiecą, która przyciągnie widza, zresztą obojga płci (co nie znaczy, że mężczyzna nie może napisać interesującej postaci kobiecej i odwrotnie. Tylko że jednak jest mu zazwyczaj nieco trudniej). I dopiero teraz w Hollywood powoli zaczynają się uczyć, że jak w kinie postać kobieca jest interesująca, to można o niej zrobić i blockbuster.

Nie chodzi o to, żeby siedzącym w Hollywood czy innym przemyśle filmowym białym facetom po 60-tce kazać robić filmy politycznie poprawne. Naprawdę, o osobie, która kazałaby Andersonowi robić zaangażowany film o walce Afroamerykanów o prawo do studiowania na uniwersytetach, powiedziałabym, że chyba upadła na głowę. Czy z tego mógłby wyjść dobry film? Nie, nie i jeszcze raz nie. A nawet gdyby wyszedł z tego dobry film, to nie byłby film o walce Afroamerykanów o prawo do studiowania na uniwersytetach. Bo Anderson nie robi kina zaangażowanego. I nie ma w tym nic złego. Można nie być zaangażowanym i robić dobre filmy. Nie każdy ma siłę, możliwości i umiejętności, żeby się angażować. Czy jest fajnie, jeśli dobry, uznany reżyser staje się reżyserem zaangażowanym? Pewnie, że tak. Ale to nie jest wyznacznikiem jego wartości artystycznej. Nie chodzi o to, żeby zmusić obecnie działających reżyserów do robienia filmów zaangażowanych. Chodzi o to, żeby ludzie, którzy chcą pokazać inny świat niż tylko świat białych mężczyzn z klasy średniej, też mogli to zrobić. Niekoniecznie w sposób zaangażowany i walczący. Po prostu. Bo reprezentacja ma znaczenie, ale tylko wtedy, kiedy jest dobrą, uczciwą reprezentacją, a nie jej namiastką. Namiastki niczego nie zmienią, a tylko umacniają stereotypy (doskonałym przykładem takich namiastek są filmy większości Amerykanów i Europejczyków o Afryce. Ale to temat na inny, długi post).

A oto linki do wspomnianych wyżej artykułów.

Why do we hate to love Wes Anderson

The Wes Anderson Aesthetic

 

Kilka słów o Grawitacji

Uwaga – tekst zawiera dokładne omówienie filmu, więc jeśli go nie widzieliście, nie czytajcie.

GRAVITY

Grawitację Cuarona chciałam zobaczyć głównie z tego powodu, że cały świat dziwił się, jak to możliwe, że film, w którym jedna baba przez półtorej godziny unosi się w próżni, mógł dostać tyle nominacji do Oscara. Nie wiem czemu byłam przekonana, że będzie to film niesamowicie smutny. Może dlatego, że z trailera wywnioskowałam, iż faktycznie Sandra Bullock będzie przez półtorej godziny samotnie dryfować przez ciemny kosmos, co okazało się nie do końca prawdą. W filmie jest jednak sporo akcji i napięcia. Zdaje się, że (co zupełnie mi umknęło) był nawet reklamowany jako thriller. Wiele recenzji pod tym kątem zresztą film oceniało (Hitchcock w kosmosie itp.). Nie jest to zresztą opinia nieuzasadniona. Faktycznie, nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mocno obgryzałam na filmie paznokcie. Reżyserowi doskonale udało się stworzyć obraz nieprawdopodobnie wprost klaustrofobiczny, posługując się najszerszą możliwą przestrzenią.

tumblr_mujerkQrzO1r0vrb6o1_500

Ale czy to sprawia, że filmowi naprawdę należy się Oscar? Czytając recenzje, zauważyłam, że widzowie dzielą się zasadniczo na dwie kategorie. Jedna grupa twierdzi, że Grawitacja to niezapomniane widowisko, które zapiera dech w piersiach i ze względu na techniczną perfekcyjność jak najbardziej zasługuje na najwyższe pochwały. Druga zaś twierdzi, że ludzie tak w kosmosie nie latają, a poza tym w filmie zapomniano dodać fabułę. I tak naprawdę widziałam tylko pojedyncze głosy, które zwracają uwagę na fakt, że ten film bynajmniej nie jest tylko pustą, wizualną wydmuszką. Dla mnie Grawitacja to bowiem przede wszystkim film o żałobie, depresji i procesie zdrowienia.

gravity-set-image-sandra-bullock-462x600

Człowiek, który nigdy nie przeżył depresji, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jakie to właściwie jest uczucie. Jednak ktoś, kto ma za sobą ten stan, wie doskonale, że pod pewnymi względami przypomina on właśnie dryfowanie w przestrzeni kosmicznej. Po pierwsze – nie wiadomo, gdzie góra, a gdzie dół. Leci się gdzieś, właściwie nie wiadomo po co. Woła się w przestrzeń „Czy ktoś mnie słyszy?”, ale dźwięk nie rozchodzi się w próżni, więc nikt nie ma prawa go usłyszeć. Działa się na autopilocie – człowiek wstaje rano, jedzie do pracy, wykonuje jakieś czynności, ale tak naprawdę go nie ma. Idzie tam, gdzie go popchną. Jest mu wszystko jedno.gravity-sandra-bullock-set-image

I tak właśnie dzieje się z bohaterką filmu. Wprawdzie podejmuje ona jakieś działania (niektóre nawet ekstremalne, jak lot w kosmos), ale wszystkie mają na celu jedynie zminimalizowanie bólu. Ryan jest dla mnie osobą, która tak bardzo bała się swojego cierpienia, że uciekła od niego najdalej, jak to możliwe – w przestrzeń kosmiczną. Jednak nawet tam nie była w stanie pozbyć się bólu po stracie córeczki. I dlatego na początku, gdy ją poznajemy, wydaje się osobą bierną, powolną, niepozbieraną. Po prostu część niej w ogóle nie ogarnia otaczającej jej rzeczywistości. Doskonale symbolizują to sceny, kiedy bohaterka dryfuje w przestrzeni kosmicznej, ciągnięta na linie przez Kowalskiego. Jej sterowność jest żadna, jej możliwość działania – kompletnie sparaliżowana. Jedyne, co może zrobić, to patrzeć bezradnie na kolejne trupy i wrzeszczeć.

Sytuacja zmienia się w momencie, gdy Ryan zostaje sama. I tutaj znów mamy scenę symboliczną, kiedy niemal naga bohaterka przybiera embrionalną pozycję w bezpiecznym łonie stacji kosmicznej. Dla mnie to jest właśnie moment, w którym reżyser pokazuje całkowitą bezbronność swojej bohaterki. To jest moment, kiedy Ryan chciałaby odciąć się od wszystkiego, co się wokół niej dzieje, zniknąć, wrócić w stan słodkiego niebytu. I to jest też moment, kiedy siła nawyku rozkazuje jej iść dalej.

gravity-alfonso-cuaron-george-clooney-set-image-600x421

Jednak prawdziwy sprawdzian woli życia Ryna nadchodzi dopiero później. Scena w kapsule ratunkowej jest znacznie bardziej oczywista w swojej wymowie – chociaż bohaterce wydaje się, że się poddała, podświadomość każe jej – teraz już aktywnie – walczyć o życie. Czy do głosu dochodzi tutaj jedynie instynkt samozachowawczy? Myślę, że nie. Czynników, które umożliwiają ludziom życie po stracie jest znacznie więcej i sprawa jest bardziej skomplikowana. Tak czy inaczej, Ryan postanawia walczyć o swoje życie. Jednocześnie podejmuje decyzję, że nie chce już dłużej wegetować. Chociaż smutek jest czymś, co nigdy jej nie opuści, znajduje siłę, żeby żyć dalej.

Kolejne sceny pokazują, że wyjście z depresji nigdy nie jest łatwe. Chociaż najtrudniejszy krok został wykonany, droga do normalności często prowadzi przez piekło. Ryan musi pozbyć się całego ciążącego jej bagażu. Dopiero wtedy będzie mogła chwiejnie stanąć na nogach. Przestaje bezładnie dryfować w przestrzeni. Z początku może być słaba, ale wie, że przeżyła ten koszmar i wreszcie może samodzielnie pójść do przodu.

Nie wiem, czy opowiedzenie historii o żałobie było zamysłem reżysera, czy udało mu się to tylko przypadkiem. Skłaniam się raczej ku opinii, że nie był to do końca przemyślany element fabuły. Ale nawet jeśli tak, nie po raz pierwszy zdarzyło się, że ktoś nakręcił film, który okazał się większy niż suma wszystkich jego części składowych.

I to jest właśnie w kinie najpiękniejsze.

Kiedy byliśmy młodzi

Kiedy myślę o pierwszych dwóch latach moich studiów, to wyglądały one właśnie tak. Fakty co prawda były inne, ale emocje – ta mieszanina euforii, niepewności, depresji – te same. Jakieś straszliwie intensywne emocjonalne więzi, po których potem nie zostawał ślad. I to światło, ciepłe światło wczesnej jesieni i późnych czerwcowych wieczorów.

Seville

The First

 Lowland Fell

 Zastanawiam się, dlaczego temat wczesnej dorosłości jest tak bardzo eksplorowany w kinie. Czy to świadczy o niedojrzałości twórców? Czy powody są natury, nazwijmy to, estetycznej – młodych ludzi uważa się za ładniejszych, więc wybacza im się, nawet jeśli robią rzeczy, które wymykają się definicji „normy”? A może powrót do momentu formowania się naszych osobowości jest tak fascynujący dlatego, że w gruncie rzeczy i wbrew temu, co sami chcielibyśmy na swój temat myśleć, nigdy nie jesteśmy do końca ukształtowani?

Zamiast spamu #5 i gender bender w bonusie

Dawno nie było gender bender. A tu taki piękny Daniel Craig.

Daniel-Craig-2

Dawno też nie było przeglądu literatury.

Zastanawialiście się kiedyś, kim bylibyście w świecie fantastycznym? Bo ja na przykład wiele razy. Możecie się dowiedzieć, kim bylibyście w świecie D&D. Test jest zabójczej długości (127 pytań), ale rezulataty satysfakcjonujące.

W kinach można też obejrzeć już Grand Budapest Hotel, więc na zakończenie ciekawostka – filmy Andersona cechuje m.in. bardzo częste wykorzystanie symetrii (nawiasem mówiąc, dobrze wykorzystać symetrię w filmie to jest wielka sztuka). Co udowadnia film poniżej.