Wigilia Wszystkich Świętych

Lubicie Halloween? Ja bardzo. Zupełnie mi nie przeszkadza, że to „nie nasze zwyczaje”, „przeszczepione święto” oraz „komercja”. Jestem geekiem! Kocham wydawać pieniądze na nikomu niepotrzebne gadżety.

Ale w tym roku jakoś niespecjalnie mam ochotę świętować na wesoło. Zbyt wiele było pożegnań. Mam wrażenie, że to nie przystoi. Dlatego dzisiaj zamiast nawiedzonych obrazków i jengi z czaszką kilka moich ulubionych kartek z postsecret*. Mam nadzieję, że wam się spodobają.

*Jeśli jeszcze nie znacie tego serwisu, koniecznie tam zajrzyjcie. Ludzie z całego świata (chociaż głównie ze Stanów) przysyłają swoje sekrety na pocztówkach. Sekrety bywają zaskakujące, wstrząsające, a czasem zupełnie zwyczajne. Warto.

Okularnice

Men seldom make passes
At girls who wear glasses.

Dorothy Parker (1937)

Ten życiowy dwuwiersz przypomina nam smutne czasy, kiedy okulary uważano za dodatek bezwzględnie ujmujący kobiecie urody. Albowiem zgodnie z obowiązującym stereotypem, białogłowa winna mieć głowę tyleż jasną, co pustą, przestronną i nieskalaną żadną myślą. Na szczęście najnowsze badania pokazują, że istnieją mężczyźni lubiący dziewczyny świadome, że kwas cytrynowy i dezoksyrybonukleinowy to niezupełnie to samo. A zatem czasy się zmieniają, a kobieta w okularach zaczyna być postrzegana nie tylko jako inteligentna, ale jeszcze w dodatku atrakcyjna. Nie wierzycie? Zobaczcie sami.

Zooey Deschanel, The New Girl

Anna Torv, Fringe

Gillian Anderson, The X Files

Felicia Day, The Guild

Meryl Streep

Shay Mitchell, Pretty Little Liars

Jennifer Beals + Marlee Matlin, The L Word

Megan Fox

Cate Blanchett

Kate Beckingsale

A nie mówiłam?

Baśnie i nieśmiertelni bracia Grimm

Czy wspominałam już, że jestem absolutną fanką komiksów z serii Baśnie? Jeśli jeszcze ich nie znacie, koniecznie nadróbcie zaległości, bo dzieło Billa Willinghama (i kilku świetnych rysowników, m.in. Marka Buckinghama i Steve’a Leialoha) to idealna propozycja dla miłośników popkultury.

Seria opiera się na prostym pomyśle – co by było, gdyby postacie z bajek mieszkały w naszym świecie? Mamy więc Królewnę Śnieżkę na stanowisku zastępcy burmistrza, Wilka Okrutnie Złego w roli szeryfa oraz bajkową menażerię ukrywającą się na olbrzymiej farmie gdzieś pod Nowym Jorkiem.

Do tego masa miodnej zabawy konwencjami, ukrytych tropów, odkrywania bohaterów na nowo. W dodatku pięknie narysowana. Jednym słowem – cudo.

Od dawna marzę, żeby ktoś to wreszcie przerobił na serial. Bardzo żałuję, że w HBO nie siedzi wielki fan Baśni, który mógłby zachęcić producentów do działania. Przez moment wydawało się, że moje marzenia chociaż raz się spełnią. Niestety, koniec końców wygląda na to, że jednak serialu się nie doczekam. Najpierw za scenariusz ponoć wzięła się stacja NBC, potem przejęło ją ABC (ale może to i lepiej, skoro NBC znane jest jako Nothing But Cancelations). Gdzieś po drodze oryginalna fabuła Fables ustąpiła miejsca „nowej historii”, skupiającej się na perypetiach Królewny Śnieżki i jej potomstwa. Zmieniono tytuł na Once Upon a Time. Z trailerów zaś widać, że niewiele zostało nie tylko z oryginalnego pomysłu, ale również z klimatu komiksu.

Chociaż w rolach głównych zobaczymy m.in. Roberta Carlyle’a oraz Ginnifer Goodwin, nie spodziewam się fajerwerków. Całość zapowiada się dość dziecinnie. To raczej kolejne The Vampire Diaries niż nowe True Blood.

Tymczasem w ogóle wygląda na to, że postaci z baśni zastąpiły wampiry w rankingu najpopularniejszych fantastycznych stworzeń roku. Kolejna produkcja dziejąca się za siedmioma górami i siedmioma lasami to Grimm. Ma to być serial kryminalny, którego główny bohater odkrywa, że na świecie roi się od rozmaitych, mniej lub bardziej groźnych fantastycznych stworzeń. Wkrótce dowiaduje się, że jest potomkiem braci Grimm i stąd jego niezwykłe wizje, które okazują się być rzeczywistością.

Tu klimat jest nieco bardziej mroczny, ale i tej produkcji wydaje się brakować lekkości komiksowej opowieści.

W dodatku, żeby było jeszcze śmieszniej, w Hollywood powstają jednocześnie dwie kolejne wersje historii o Śnieżce. W Snow White and the Huntsman główną rolę zagra Kristen Stewart, a Złą Królową – Charlize Theron.

W drugim filmie, który nie ma jeszcze tytułu, w Złą Królową dla odmiany wcieli się Julia Roberts, a w Śnieżkę – Lily Collins.

Ogólnie wygląda na to, że producentom filmowym pokończyły się pomysły na kolejne filmy. No cóż. Pożyjemy, zobaczymy. Choć nie liczyłabym zanadto na żyli długo i szczęśliwie

Doktorze House, pójdę za panem wszędzie, czyli o ewolucji bohatera serialowego

Uwaga. W tekście występują spojlery dotyczące seriali Grey’s Anatomy, House, Bones i Castle. 

Nadszedł najprzyjemniejszy moment w kalendarzu każdego serialomaniaka – czas jesiennych premier. Po mniej lub bardziej spektakularnych finałach te powroty oznaczają często zmiany… albo, co gorsza, ich brak. Podobno widzowie nie lubią, kiedy bohaterowie zanadto się zmieniają. A szkoda, bo najciekawsze seriale to właśnie te, w których bohater przeszedł metamorfozę.

Przed scenarzystami serialowymi stoją nie lada wyzwania. Muszą pogodzić (oczywiście w imię oglądalności) dwa sprzeczne trendy – bohaterowie mają dojrzeć, stać się lepszymi i szczęśliwszymi ludźmi (nie ma to jak happy end), a jednocześnie pozostać wciąż tymi samymi osobami (bo widz najbardziej kocha to, co już zna. Inaczej nie oglądałby seriali, tylko jak kulturalny człowiek chodził do kina). Nic dziwnego, że często kiepsko im to wychodzi. Najgorzej te wysiłki wypadają przy serialach proceduralnych, a najlepiej – przy sitcomach. Zapewne dlatego, że w przypadku komedii nie ma zbyt dużej potrzeby zmian. Bądź co bądź jej bohaterowie to prawie zawsze postaci przerysowane, karykaturalne. Jednak nawet tutaj od czasu do czasu trzeba wykazać się pomysłowością – aktorzy się starzeją i mniej więcej po czwartym sezonie nie wypada już tego nie zauważać. Na szczęście (dla scenarzystów) bohaterowi sitcomu wystarczy znaleźć nową pracę albo dziewczynę i już znowu może być śmiesznie.

Dokładnie odwrotnie dzieje się w przypadku seriali proceduralnych. Zasada niby taka sama – główni bohaterowie powinni być mocni i wyraziści, a przy tym koniecznie zabawni, akcja też przebiega w każdym odcinku wedle tego samego schematu. Problem polega na tym, że w przypadku seriali proceduralnych mamy uwierzyć, że tacy ludzie jak jego bohaterowie istnieją naprawdę. Nie mogą ograniczać się do odgrywania zabawnych gagów. Muszą mieć tzw. życie. No więc mają – scenarzyści wymyślają im niechciane ciąże, byłych mężów-psychopatów, śmiertelne choroby, z których tylko cudem udaje im się wyzdrowieć i tym podobne. W natłoku tych okropieństw (z tajemniczego powodu urozmaicenia fabuły prawie zawsze są jak rodem z koszmaru. Może jednak happy się tak świetnie nie sprzedaje) każdy normalny człowiek wpadłby co najmniej w depresję. Ale ponieważ widzowie nie lubią zmian, po bohaterach te wszystkie traumatyczne wydarzenia spływają jak woda po kaczce.

W efekcie mamy takie kwiatki jak w Grey’s Anatomy – główna bohaterka przeżyła w ciągu kilku lat: śmierć matki, śmierć macochy, chorobę alkoholową ojca, śmierć najlepszego przyjaciela, ciężką chorobę współlokatorki i poronienie. Nie wspominając o strzelaninie w szpitalu, kradzieży serca, quasi próbie samobójczej i jeszcze kilku innych atrakcjach. Przeciętna istota ludzka wylądowałaby po takiej dawce emocji w szpitalu psychiatrycznym. Ale nie Meredith – jej stalowym nerwom wystarczyło kilka sesji na kozetce u psychologa, żeby była jak nowa. A podobno taka z niej mimoza.

Sytuacja staje się jeszcze bardziej absurdalna, kiedy mamy do czynienia z parą głównych bohaterów, którzy, co powszechnie wiadomo, są sobie przeznaczeni, ale za żadne skarby nie można ich ze sobą połączyć w parę, ponieważ wtedy serialowi grozi natychmiastowy Efekt Moonlightning. Wychodzi jednak na to, że widzowie kochają być zwodzeni. Scenarzyści Castle czy Bones stają na głowie, żeby uniknąć rozładowania chemii między bohaterami, wymyślając idiotyzmy w rodzaju ciąż-niespodzianek (nie ma to jak złapać bohaterów na dziecko), a tymczasem oglądalność wciąż rośnie! Zaiste, jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe.

Jedynym bohaterem, który zupełnie się nie zmienia i wbrew pozorom jest to całkiem uzasadnione psychologiczne, jest Hank Moody z Californication. Po świecie chodzi cała masa takich buców jak Moody, którzy odpowiedzialnością za niepowodzenia życiowe obarczają wszystkich, tylko nie siebie, z upodobaniem popełniają na okrągło te same błędy, a potem jęczą byłym żonom/kochankom/kobietom, jacy to są nieszczęśliwi. Muszę powiedzieć, że przez pierwsze trzy sezony te jego ciągłe porażki były nawet zabawne, jednak im dalej w las, tym bardziej mnie ta niezmienność irytuje, mimo psychologicznego prawdopodobieństwa.

Ale wróćmy do tytułowego doktora House’a. Otóż jest to bohater, który w założeniu miał być postacią typową dla seriali proceduralnych – zabawnym, choć antypatycznym typem, którego perypetie trochę przerażają, a trochę uczą widza, że niefajnie jest być niefajnym. Jego rozwój nie miał zajmować zbyt wiele czasu antenowego – w końcu w proceduralach najważniejsze są sprawy, nie relacje między bohaterami. Producenci House’a zrobili jednak pewien błąd – do roli chamskiego doktora zatrudnili genialnego Hugh Lauriego. W efekcie to jedna z najlepiej zagranych ról w historii amerykańskiej telewizji publicznej. House jako bohater już dawno przerósł swój serial i zwyczajnie dusi się w szpitalnej scenerii. Stąd między innymi porażka sezonu siódmego, w którym scenarzyści nieudolnie starali się zamknąć bohatera ponownie w czterech ścianach Princeton‑Plainsboro. Jego związek z Cuddy był niewykorzystaną przez scenarzystów szansą. Zamiast skupić się na tym, co i tak już się dokonało za sprawą świetnego aktora – na przemianie bohatera – usiłowali tej zmiany za wszelką cenę uniknąć, produkując w efekcie jednej z najnudniejszych i najmniej prawdziwych sezonów w historii. Tymczasem ten serial to nie pacjenci – to bohater. Za Housem pójdziemy wszędzie – do szpitala psychiatrycznego, do więzienia, uciekniemy z nim na Karaiby, zamieszkamy w śmietniku. Biorąc pod uwagę wskaźniki oglądalności, które mimo przeniesienia serialu na mniej atrakcyjną godzinę wciąż prezentują się całkiem nieźle, można więc powiedzieć, że House przechytrzył scenarzystów własnego serialu – zmienił się mimo ich najszczerszych chęci, żeby tego uniknąć i udowodnił, że widzowie wciąż go kochają.

Może więc warto zaufać bohaterom i nie bać się zmian?