Co w świecie seriali piszczy

Połowa listopada za nami, za chwilę zaczną się serialowe przerwy na thanksgiving, święta, sylwestra itp. Jednym słowem – to idealny moment na drobne podsumowanie.

A jak jest? Tak sobie. Męczy mnie poczucie, że dobre czasy serialowe (takie, kiedy człowiekowi zaczynało brakować dni tygodnia, żeby to wszystko obejrzeć) chylą się ku końcowi. W tym sezonie nie zachwycił mnie żaden z nowych seriali. Stare też jakby w coraz gorszej formie. Gdzie te Losty? Gdzie te House’y? Przecież to nie były ambitne seriale dla wyrafinowanych widzów, a rozrywkę stanowiły doskonałą.

Sponsorem dzisiejszego wpisu jest Joe. Joe usiłuje właśnie dojechać na plan True Blood, które też nie powala, ale ma tę przewagę nad innymi serialami, że występuje w nim Joe. 

Wzorem Rusty postanowiłam podzielić seriale wedle kategorii „oglądalności”.

Zachwycam się:

The Good Wife – nie wiem, co jest w tym serialu, ale kocham go absolutnie każdą komórką swojego ciała. Niby sprawy nie są powalające, bohaterowie nie jakoś szczególnie sympatyczni, tempo rozwoju wydarzeń powolne, ale całość składa się na doskonałą rozrywkę. Jest to jedyny serial, który oglądam natychmiast po tym, jak został wyemitowany, a potem przez tydzień jęczę, że jeszcze nie ma kolejnego odcinka.

The Good Wife ma nie jedną, nie dwie, ale aż trzy silne, pewne siebie bohaterki na wysokich stanowiskach. Serio, żaden inny serial tego nie ma.

Homeland – napięcie nieco siadło w porównaniu z poprzednim sezonem, ale mimo wszystko jest co oglądać. Zachwycam się w tym serialu głównie grą aktorską – Damian Lewis jest po prostu cu-dow-ny! Fangirluję mu z piskiem i wymachiwaniem rączkami. Ale Claire Danes też jest doskonała i ten nowy psychopata z nożem w ręku również niczego sobie.

Kontynuuję:

Fringe – oglądam, ale każdy kolejny odcinek jest coraz większym rozczarowaniem. Amerykańscy scenarzyści chyba nie znają powiedzenia, że serial poznaje się po tym, jak kończy. Mają taki doskonały materiał – ten ponury świat, po raz kolejny utrata dziecka (aż się prosi o jakieś nawiązania do sytuacji Waltera, gdzie one są??), smutek i niemożność porozumienia się – a co z nim robią? Marnują, ot co. Wielka szkoda, bo miałam nadzieję na zakończenie w dobrym stylu.

Kiedyś to był świetny serial, a teraz jest tylko serial.

Downton Abbey – meh. Po prostu meh. Jak oglądam, to nawet nieźle wchodzi, ale treść odcinków zapominam natychmiast po wyłączeniu i niespecjalnie mam chęć na następne.

Nadrabiam:

Mad Men – kończę piąty sezon i już mnie smutek ogarnia na myśl, że będzie ich tylko sześć. Od czasów Six Feet Under nie widziałam serialu, który tak doskonale portretowałby rodzaj ludzki – z jego słabostkami i przywarami, smutkami i żalami, ale i chwilami wielkości. Absolutnie cudowna rzecz i zamierzam poświęcić jej cały post, kiedy już skończę oglądać.

Porzuciłam:

Dexter – ile razy można wałkować to samo? Poza tym wątek dziecka seryjnego mordercy źle działa na moje wrodzone uczucia macierzyńskie.

The Big Bang Theory – odkąd przestał być geekowy, a zaczął być podróbką Przyjaciół, stracił wiele na śmieszności i mi się odechciało.

Nowości:

Hunted – nie za bardzo chcę się wypowiadać, bo widziałam dopiero jeden odcinek, ale na razie zapowiada się nieźle. Najbardziej ujął mnie że tak powiem aspekt feministyczny serialu – bohaterka, która sobie sama buduje ścianę w pokoju i cudowny dialog pomiędzy szefem a jedną z pracownic o tym, jak to „kobiety ze sobą rozmawiają”.

Bohaterka grana przez Melissę George potrafi piłować deski i postawić ściankę z kartongipsu. Jak mogłabym tego nie oglądać??

Revolutionary – znudziło mnie po pierwszym odcinku. Dziury w logice wielkie jak Rów Mariański i klimat serialu dla nastolatków. Błe.

Męczę:

Lip Service – uparłam się, że obejrzę do końca przynajmniej pierwszy sezon i napiszę recenzję, ale słabo mi idzie.

Doctor Who – oglądam, żeby rozumieć, o czym mówią w internecie i poszczególne odcinki zupełnie nieźle wchodzą (ostatnio nie mogłam spać dwa dni po The Empty Child), ale brakuje mi tego efektu „wow”, o którym wszyscy mówią. Ale może jeszcze się doczekam.

Obrazek pożyczony od dziewczyn z Fangirls’ Guide to the Galaxy. Bardzo straszny.

Czekam też z wielkim utęsknieniem na trzeci sezon Mirandy. I tyle.

Ale może jestem w mylnym błędzie i w sieci roi się od doskonałych seriali, których po prostu nie znam? Swoje typy (jeśli macie), podrzucajcie w komentarzach. Jestem spragniona inspiracji…

Zagrajmy w to jeszcze raz

Od jakiegoś czasu rynek gier planszowych na świecie i w Polsce rośnie w błyskawicznym tempie. Jeśli z planszówek kojarzycie jedynie Monopol, Scrabble i ewentualnie Magię i Miecz, najwyższa pora to zmienić. Ciekawych propozycji nie brakuje, a ponura, ciemna jesień to dobry moment, żeby się z nimi zapoznać.

Dlaczego warto sięgnąć po planszówki? Bo to doskonały sposób na spędzenie wieczoru – ze znajomymi albo we dwójkę. Bo można dowiedzieć się ciekawych rzeczy o współgraczach. Bo gry rozwijają i uczą. Bo to wciąga – w pozytywny sposób. Pierwsze spotkanie ze współczesnymi planszówkami może wzbudzić jedynie zachwyt – w porównaniu z grami naszego dzieciństwa są one tak dopracowane i mają tyle możliwości, a ponadto są pięknie wydane i sprytnie pomyślane. Nic dziwnego, że grają w nie dzisiaj niemal wszyscy.

Wszystko to pięknie, ale wyobraźmy sobie, że stajemy przed półką z grami planszowymi w Empiku, albo co gorsza w sklepie z planszówkami, gdzie do wyboru mamy dziesiątki pozycji. Na co się zdecydować? Oto lista sześciu gier, które świetnie sprawdzą się na początek.

Pędzące Żółwie

Bestseller wydawnictwa Egmont. Szybka, banalnie prosta i zabawna. Celem gry jest jak najszybsze dotarcie naszym żółwiem do celu. Zamiast rzucać kostką, wybieramy odpowiednią kartę z puli, co w znacznie większym stopniu pozwala na zaplanowanie strategii. W Pędzące Żółwie mogą grać już pięcioletnie dzieci, co jest jej dodatkową zaletą.

Osadnicy z Catanu

Wydawnictwo Galakta. Można powiedzieć, że od tej gry rozpoczął się boom na planszówki w Polsce. Wszystko dzięki dużej „miodności” i bardzo prostym zasadom. Gra ekonomiczna – celem graczy jest skolonizowanie wyspy Catan. Budują oni drogi, osady i miasta przy pomocy dostępnych surowców. Zwycięzcą zostanie ten, kto jako pierwszy zgromadzi odpowiednią liczbę punktów zwycięstwa. Ponieważ układ pól na wyspie jest losowy, rozgrywka za każdym razem przebiega inaczej i długo się nie nudzi. Dostępnych jest też kilka dodatków, które urozmaicą kolejne partie. Minimalny wiek graczy – około 10 lat.

Kolejka

Polska gra planszowa, która bije rekordy popularności. Wydana przez IPN. Każdy dodruk rozchodzi się jak świeże bułeczki. Świetna, jeśli chcemy pokazać dzieciom realia życia w PRL (lub sami sobie co nieco przypomnieć). Gracze muszą zdobyć wszystkie produkty z wylosowanej listy zakupów, zajmując miejsca w kolejce do odpowiedniego sklepu. Ładnie wydana – na kartach znajdziemy m.in. autentyczne zdjęcia produktów „z epoki”. Minimalny wiek gracza: 12 lat.

Wsiąść do pociągu…

Jedna z najpopularniejszych gier planszowych wydawnictwa Days of Wonder. Znów – proste zasady, możliwość rozegrania wielu niepowtarzalnych rozgrywek. Naszym zadaniem jest poprowadzenie linii kolejowych pomiędzy wybranymi miastami. Zwycięzcą jest ten, kto uzbiera najwięcej punktów za ukończone trasy. Podstawowe wersje to Wsiąść do Pociągu: Europa oraz Ticket to Ride (z mapą USA), ale wyszło również sporo dodatków. Można grać w dwie osoby. Minimalny wiek gracza: 8 lat.

Niagara

Ponownie wydawnictwo Egmont. Świetna propozycja, jeśli chcemy się przekonać, jakie możliwości dają dziś planszówki. Największą atrakcją jest ruchoma plansza, która zmienia się w zależności od tego, co zrobimy. Zasady raczej proste (chociaż nieco trudniejsze niż przy Wsiąść do pociągu lub Osadnikach), grywalność niezła. Sama bardzo ją lubię i często do niej wracam, może dlatego, że od niej zaczynałam. Od 8 lat.

Dixit

Wydawnictwo Hobbity. Gra inna niż wszystkie wyżej wymienione, bo zamiast planowania i strategii mamy pojedynek na skojarzenia. Idealna, gdy chcemy zintegrować grupę. Zasady są banalnie proste – gracze zdobywają punkty za opowiadanie o kartach w sposób, który ułatwi ich zidentyfikowanie. Podoba się wszystkim – od pięcioletnich dzieci, poprzez rodziców i ciocie, aż po dziadków. Piękna graficznie i solidnie wykonana. Najlepiej sprawdza się przy większej liczbie graczy.

***

Jeśli mimo wszystko nie jesteście przekonani, czy gry planszowe to rozrywka dla was, warto odwiedzić którąś z licznych tematycznych imprez. Na większości z nich jest możliwość zagrania na miejscu, a kompetentne osoby doradzą wam, jaką grę wybrać. Aktualną listę imprez znajdziecie m.in. tutaj.

W planszówki można też pograć w wielu knajpach. Listę miejsc, które je udostępniają, znajdziecie np. tutaj.

Dobrej zabawy!