Gender bender – wersja świętująca

Byłam przekonana, że mój skromny tekścik o Fochu zostanie przeczytany przez nieliczne jednostki (przecież nawet nie było w nim zdjęć!), po czym zginie w pomroce dziejów. Tymczasem, ku mojemu zaskoczeniu, piszące dla portalu dziennikarki nie tylko skomentowały mój tekst, ale nawet wdały się z nim w polemikę na łamach serwisu. Poczułam się doceniona, dlatego dzisiaj w ramach świętowania kolejny gender bender. Tym razem w wykonaniu Josepha Gordona-Levitta, który sam o sobie mówi „jestem feministą”.

jgl2Joseph Gordon-Levitt jako tragiczna francuska pokojówka. Źródło.

Wszystko, tylko nie foch

Macie ulubione polskie słowo? Nie potrafiłabym wybrać jednego (imponderabilia! predestynacja! sempiterna! szuja!) , ale za to nie miałabym problemu ze słowem, którego najbardziej nie cierpię. Tym słowem jest FOCH.

FOCH oznacza wszystko, czego nienawidzę w relacjach międzyludzkich. Jest to słowo, które dyskredytuje jednocześnie obydwie strony konfliktu, wyraża olbrzymią pogardę, nieuzasadnione pretensje i kompletny brak szacunku dla drugiej osoby. Kiedy słyszę „on/a strzeliła focha”, mam ochotę natychmiast opuścić pomieszczenie (z trudem powstrzymując się od wrzasku). Foch przenosi dowolny konflikt na poziom stereotypów. Foch udowadnia każdemu, że jest idiotą. Foch zmienia dorosłych, myślących ludzi w zwalczające się nawzajem obozy i sprawia, że porozumienie między nimi staje się niemożliwe.

Dlatego też wieść, że dziewczyny, które założyły Bachora (pismo tendencyjne w treści, ale ładnie odbrązowujące mit rodzicielstwa jako kwintesencji szczęścia), pod banderą Agory ruszają z serwisem o nazwie Foch.pl, miałam bardzo mieszane uczucia. I można powiedzieć, że słusznie – Foch okazał się serwisem, którego z mojego punktu widzenia zupełnie nie chce się czytać.

Latami czekałam na czasopismo dla kobiet, które nie byłoby Claudią, gdzie nie królowałyby przepisy na wielopiętrowe serniki, stustronicowe rozkładówki pełne ciuchów i teksty w stylu „Co zrobić, gdy on kocha, ale jest żonaty”. Na inteligentny magazyn, który traktowałby kobiety jak istoty myślące, interesujące się innymi sprawami niż tylko gospodarstwo domowe i romanse. Foch.pl zdaje się w założeniu być skierowany do takich właśnie kobiet. Tylko wykonanie nieco szwankuje.

Pomijam już język, jakim ten portal jest pisany. Język, którzy jest w porządku, kiedy pisze się prywatny blog, ale którego naprawdę nie powinno się używać w prasie. Ale rozumiem. Załoga Focha to mają być nasze fumfelki, tylko trochę bardziej wygadane i lepiej piszące. OK. Jakoś to przeżyję.

Czego natomiast przeżyć nie mogę, to tego, że Foch, portal z założenia mający wyjść poza proste podziały męskie-żeńskie, zupełnie z nich wyjść nie może. Mam wrażenie, że powstał, aby pomieścić bezmiar frustracji dziennikarek i współczesnych kobiet (być może zresztą tak właśnie było, biorąc pod uwagę nazwę). Miał być miejscem, w którym kobieta może sobie ponarzekać na rzeczywistość, bezpieczną przestrzenią, gdzie nie trzeba przeglądać się w męskim spojrzeniu, gdzie można być sobą. Tyle że zamiast prawdziwej rewolucji dał nam coś, co doskonale mieści się w starych, znanych (patriarchalnych) ramach. Z jednej strony niby mamy wynurzenia o Lenie Dunham i stawianie tezy, że można nie mieć dzieci i być szczęśliwym. Ale z drugiej są teksty w rodzaju „baba, a zna się na polityce”, list, w którym matka radzi córce, aby w przyszłości nie goniła za facetami, bo pułapka nie goni za myszą, „rewolucyjny” poradnik „jak wyglądać dobrze, kiedy ma się gruby tyłek” (niby ok, każdy ma prawo do grubego tyłka, ale jednak trzeba by go odpowiednio ubrać, żeby nie bił po oczach wrażliwych współobywateli). Niby niewiele o makijażu (w końcu współczesne kobiety nie muszą się pacykować, żeby być wartościowe), ale w tekście o postanowieniach noworocznych jest o tym, żeby się malować dłużej i lepiej (!). Niby nie jest to Claudia, ale jednak tekst o gasnącym pożądaniu w związku musi być. Nawet jeśli udaje przewrotny.

I tak jakoś kuleje ta rewolucja. Mam nieodparte wrażenie, że autorki i czytelniczki tego portalu chciałyby pierdolnąć wszystko, trzasnąć drzwiami i wyjść. Ale nie mają odwagi, więc wciąż biorą na siebie większość obowiązków domowych, grzecznie się malują, chociaż robią to kosztem snu, pracują na dwa etaty i próbują zadowolić męską część tego świata. Tylko że temu wszystkiemu towarzyszy koszmarna wściekłość na rzeczywistość i właśnie ów gigantyczny foch. Ale z focha zupełnie nic nie wynika, bo foch nigdy nie prowadzi do porozumienia. Foch jest pasywno-agresywną formą negowania zastanego porządku rzeczy. Foch nie jest buntem, udaje bunt. Foch jest manipulacją, po której obu stronom konfliktu zostaje w ustach niesmak.

Co ciekawe, gdybym na Foch trafiła dziesięć lat wcześniej, pewnie łykałabym go jak młody pelikan. Ale dzisiaj jestem w zupełnie innym miejscu. Świat poszedł do przodu. Ja poszłam do przodu. Zbyt dużo przeczytałam, zbyt wiele wiem. Mam też do dyspozycji zagraniczne portale, gdzie autorki i autorzy nie muszą strzelać fochów, żeby ludzie chcieli ich czytać. Mogą po prostu powiedzieć, co myślą. W tym świetle zawartość Focha jest zwyczajnie zbyt miałka i banalna, żebym miała ochotę tam wracać.

Wciąż więc czekam na ten magazyn „dla siebie”. I coraz bardziej myślę, że się nie doczekam, bo z magazynów „dla kobiet”, w dowolnej formie, chyba po prostu już wyrosłam.

Samotni w kinie – łączcie się!

Zwierz napisał ostatnio tekst  o tak zwanych Ladies Night w kinach. Jest to wpis mądry i dobry, z którego wynikła równie ciekawa dyskusja. Przy okazji pojawił się też wątek, który mnie  nieco zaskoczył, bo myślałam, że to marginalna kwestia, a tymczasem okazuje się, że wielu ludzi ma ten problem. Chodzi mianowicie o samotne wypady do kina.

cinema alone

Dotychczas żyłam w przeświadczeniu, że ludzie dzielą się z grubsza na dwie kategorie:

  1. Tych, którzy (w dużym uproszczeniu) chodzą do kina, bo to dobra towarzyska rozrywka. Lubią się spotkać z przyjaciółmi, coś fajnego obejrzeć, zjeść popcorn i niejako przy okazji obejrzeć film.
  2. Tych, którzy uwielbiają kino jako takie i filmy jako takie. W związku z tym nie mają problemu, żeby iść do kina samotnie, bo przecież najważniejszy jest film, więc po co im właściwie towarzystwo?

Ale okazuje się, że byłam w tak zwanym mylnym błędzie. Otóż, jak się dowiedziałam z komentarzy pod Zwierzowym wpisem, istnieje całkiem spora grupa ludzi, którzy sami do kina nie chodzą z rozmaitych powodów. I w ten sposób przegapiają ważne filmy, które chcieliby zobaczyć. Jest to perspektywa dla mnie niesamowicie smutna, więc postanowiłam te osoby przekonać, iż do kina jak najbardziej można chodzić samemu (praktykuję ten zwyczaj od lat), a w dodatku czasami jest to znacznie przyjemniejsze niż seans w towarzystwie.

Na początek chciałabym rozwiać dwie wątpliwości, przez które ludzie boją się zaryzykować samotny seans. Otóż, wbrew powszechnemu przekonaniu, jednostka udająca się samotnie do kina nie pada natychmiast ofiarą ostracyzmu. Osobiście nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek ktokolwiek na mnie dziwnie spojrzał, ale po pierwsze, mieszkam w dużym mieście, gdzie jednak ludzi chyba mało co już dziś dziwi, a po drugie – zawsze mam minę radosną i wesołą, bo przecież idę do kina! Więc chyba nikt nie ma odwagi w obliczu mojej rozradowanej mordy robić mi jakichś uwag. Czyli – do kina samotnie, ale z dumnie podniesioną głową!

Po drugie zaś, nie jest prawdą, że w kinie aż roi się od zboczeńców i ekshibicjonistów, którzy tylko czyhają, żeby nas zaatakować. Jak czytam, że seanse typu Kino Na Obcasach zorganizowane są dla „bezpieczeństwa kobiet”, to mi się scyzoryk w kieszeni otwiera. Jest to argument z cyklu, że kobiety dla własnego bezpieczeństwa nie powinny wychodzić z domu po zmroku, powinny za to nosić burki, żeby nie prowokować potencjalnych gwałcicieli i morderców. Akurat kino jest obiektem monitorowanym, z ochroną i pracownikami dostępnymi niemal na każde skinięcie. Ewentualnego natręta łatwo się pozbyć (nie, żebym kiedykolwiek na jakiegokolwiek trafiła), choć wydaje mi się, że prędzej spotkamy jakiegoś w komunikacji miejskiej (to, i owszem, kiedyś mi się przydarzyło).

A zatem – nie ma się czego bać, trzeba ruszać do kina! Dla nieprzekonanych przygotowałam jeszcze listę powodów, dla których kino w wersji solo jest lepsze od wersji w duecie, albo nie daj borze grupie.

  1. Można kupić kubełek popcornu (żelek, czekoladek, nachosów) i zjeść go w całości.
  2. Nikt nie komentuje ci nad uchem każdego zwrotu akcji.
  3. Można udawać krytyka filmowego, bo wiadomo, że oni zawsze chodzą sami do kina.
  4. Można sobie solidnie popłakać i nikt tego nie skomentuje.
  5. Można wyjść w połowie, jeśli film jest nudny.
  6. Można zostać do końca na filmie, z którego chcieliby wyjść wszyscy twoi znajomi.
  7. Ma się tylko dla siebie podłokietniki z OBU stron.
  8. Można uniknąć zgniłego kompromisu (ja chcę zobaczyć Nimfomankę, druga osoba chce zobaczyć Hobbita, więc w ramach kompromisu idziemy na 47 Roninów).
  9. Można się spóźnić 20 minut i ominąć całe reklamy, a i tak z pewnością znajdzie się dla nas zupełnie niezłe miejsce.
  10. W ogóle można usiąść na miejscu, które NAM pasuje, nawet jeśli to będzie pierwsze miejsce po prawej stronie w trzecim rzędzie.

Generalnie, aby samotne wyjście do kina było jak najprzyjemniejszym doznaniem, należy trzymać się następujących zasad: chodzić do kina w tygodniu, najlepiej przed południem, żeby uniknąć ciągnących się w nieskończoność reklam, mas prychających nam za kołnierz i otwierających kolejne puszki z piwem i/lub wybierać tzw. kina studyjne, gdzie bilety są tańsze, jest mniej ludzi i wszyscy są zbyt uprzejmi, żeby się dziwić.

Dzięki temu ci, którzy chodzą do kina przed południem w tygodniu, mogą doświadczyć wyjątkowego przeżycia, jakim jest siedzenie w dwudziestorzędowej sali całkowicie samotnie (na przykład na horrorze).

Czego i wam życzę.

Serialowe podsumowanie roku 2013 – wersja feministyczna

Był to rok obfitujący nie tylko w interesujące premiery, ale również w ciekawe, dobrze skonstruowane postacie kobiece. Czyżby coś się naprawdę miało w popkulturze zmienić…?

Tym razem bez miejsc w rankingu, bo bardzo ciężko mi było ocenić stopień “sfeminizowania” tych produkcji.

Siostra Jackie

nurse-jackie ohara

Od pięciu lat konsekwentnie opowiada historie kobiet mocno nieidealnych, ale kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem…

Gra o Tron

women-of-westeros

Można się spierać, czy los pokazanych w serialu bohaterek jest w jakikolwiek sposób reprezentatywny dla dzisiejszych kobiet. Ale nie ulega wątpliwości, że serial pokazuje mnóstwo pełnoprawnych, doskonale napisanych kobiecych postaci. I mimo, że Westeros rządzą mężczyźni, kobiety też tam istnieją – i to w proporcji przynajmniej pół na pół.

Top of the Lake

2633653-high_res-top-of-the-lake.jpg

Nie umieściłam tego serialu na liście najlepszych, bo właściwie to mini-serial, jednorazowa produkcja (szkoda!). Ale tutaj jak najbardziej powinien się znaleźć, bo jest zrobiony przez kobiety, zagrany przez kobiety i opowiada o kobietach. W sposób piękny, ciekawy i mroczny, czyli tak, jak lubię najbardziej.

The Fosters

the-fosters

Niedysfunkcyjna rodzina, stworzona przez dwie kobiety? Tego chyba jeszcze w telewizji nie było. Ogląda się bardzo przyjemnie, mimo lekkiego smrodku dydaktycznego.

The Killing

sarah linden

Uwielbiam Sarah Linden, jej swetry, podejście do pracy, do miłości, do przyjaźni, do życia. Jest klasycznym zmęczonym życiem, skłonnym do nałogów, zatraconym w pracy detektywem, jak przed nią Kurt Wallander czy John Rebus, a przy tym jest kobietą. I to jest piękne.

Orphan Black

orphan black

Nie jedna, nie dwie, nie trzy, ale siedem głównych bohaterek! Miejsce w rankingu całkowicie zasłużone.

Masters of Sex

EPISODE 111

Zaskakujące, że serial dziejący się w latach 50-tych, kiedy, że posłużę się słowami Bena Aaronovitcha „dziewczyn jeszcze nie wynaleziono”, tak wiele miejsca poświęca kobietom. Niemal każdy odcinek spełnia zasadę Bechdel, a w dodatku pojawił się w nim jeden z najlepszych wątków pokazujących kobiecą przyjaźń, jaki kiedykolwiek widziałam w telewizji.

The Fall

Hill Street Blues

Najbardziej feministyczny kryminalny serial w historii telewizji. Więcej o nim pisałam tutaj.

The Good Wife

alicia kalinda diane

Izka Pe na blogu Popkultulove napisała, dlaczego kobiety w The Good Wife są fajne. I miała rację.

Orange Is The New Black

orange-is-the-new-black1

Nie tylko obsada serialu składa się niemal wyłącznie z kobiet. Nie tylko pokazuje on pełen przekrój społeczny. Nie tylko jego bohaterki są złożonymi, fascynującymi postaciami. Nie tylko przełamuje stereotypy. Ale w dodatku jest zabawny, straszny i cholernie wciągający. A zrobienie serialu niemal wyłącznie o kobietach, który jest oglądany i chwalony w równym stopniu przez obie płcie, to już nie taka prosta sprawa. Miałam problem z ułożeniem w kolejności pozostałych seriali, ale jedno nie ulega wątpliwości – Orange Is The New Black to najbardziej feministyczny serial roku.