Słowo na L

Od czasu zakończenia emisji serialu The L Word  minęły już ponad trzy lata. Trzy lata bez Shane, Bette, Tiny, Alice, bez Kit, Heleny, Max, Dany i Jodi. Trzy lata bez upiornej Jenny Schecter, którą sama najchętniej utopiłabym w basenie. Trzy lata bez kobiet, które kochały, tęskniły, pożądały, pieprzyły się, rozmawiały, zdradzały i piły.

Oczywiście, The L Word miał masę wad. Pokazywał niemal wyłącznie lesbijki piękne, bogate, świetnie wykształcone i niewiarygodnie seksowne. Niektórzy twierdzili, że serial ma spełniać męskie fantazje erotyczne. Całość zanadto przypominała operę mydlaną. Bohaterowie znikali bez śladu, a dziury w fabule były tak wielkie, że pomieściłyby Titanica. No i Dana. Nie zapominajmy o Danie.

Ale z drugiej strony był to pierwszy i jedyny chyba dotąd serial w historii telewizji, skupiający się wyłącznie na kobietach. Wszystkich kobietach, niezależnie od koloru skóry, zawodu, stanu cywilnego i wieku. Pokazywał, że kobiety mają prawo do fantazji erotycznych i życia seksualnego niezależnie od tego, czy mają lat dwadzieścia, czy sześćdziesiąt. Udowadniał, że dziewczyny mogą przyjaźnić się ze sobą i ta przyjaźń może je wzmacniać, a nie osłabiać. A przede wszystkim pokazywał, że kobiety mogą być silne, mądre i wykształcone, i że nie muszą za to przepraszać. Że mogą zajmować wysokie stanowiska i mieć w głębokim poważaniu szklany sufit. Mówił, że emocje to nic złego, a kierowanie się nimi w życiu nie jest oznaką głupoty i słabości, ale dojrzałości i rozsądku. Pokazywał kobiety, które walczyły o siebie i swoich bliskich, i które tę walkę wygrywały.

Od zakończenia The L Word nie pojawił się żaden inny serial, który tak dobrze ilustrowałby, co to znaczy być kobietą i jak wspaniałe potrafimy być. Dlatego mimo wszystko tęsknię za Shane, Bette, Tiną, Alice, Kit, Heleną, Max, Daną i Jodi, a nawet za upiorną Jenny Schecter.

Najbardziej podejrzane pary showbiznesu

Uwaga. Tekst plotkarski do bólu. Jak rodem z Pudelka. A co, nie wolno mi?

Przeglądając wczoraj IMDB, trafiłam na tę wiadomość. Wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Wiadomo, że po początkowej fali zachwytów, o Glee ostatnio pisze się głównie krytycznie. Dlatego romans między Leą Michelle a Corym Monteithem wydaje się być częścią kampanii promocyjnej, chociaż oczywiście mogę się mylić i aktorów faktycznie połączyło szczere, choć raczej nietrwałe uczucie.

Tajemnicą poliszynela jest, że część aktorskich par to nie tyle szczęśliwi zakochani, co szczęśliwi zakontraktowani. „Schodzą się”, żeby promować film, uciszyć plotki o homoseksualizmie, zrobić wokół siebie nieco szumu albo dobre wrażenie po tym, jak po raz kolejny zjechała ich prasa. Nic tak nie sprzedaje plotkarskich gazet jak śluby i pogrzeby, a że na własnym pogrzebie ciężko jest zarobić, lepiej zdecydować się na ślub, a przynajmniej z hukiem zerwane zaręczyny. Korzystają na tym wszyscy –  gwiazdy, dziennikarze i spragnieni sensacji czytelnicy. Nie ukrywam, że też zdarzało mi się zastanawiać, które pary showbiznesu rzeczywiście się kochają, a które są ze sobą z innych powodów. Oto najbardziej moim zdaniem podejrzane pary Hollywood.

Tom Cruise i wszystkie jego żony (oraz dziewczyny)

Prawdopodobnie nie ja jedna uważam, że Tom Cruise jest zakamuflowanym gejem. Wydaje się, że kobiety wzbudzają w nim tyle emocji, co w moim kocie deser truskawkowy z polewą czekoladową.

J. Lo i Ben Affleck

Nawet najgorętszy romans nie byłby w stanie uratować dramatycznie złego filmu, jakim był Gigli. Biorąc pod uwagę, że dziś oboje są już od dawna w innych związkach, pewnie nikt nawet nie pamięta, że kiedyś byli parą, ale ja widziałam Gigli i już nigdy tego nie zapomnę.

Kristen Stewart i Robert Pattinson

Miliony fanek wampirzej sagi czekało na wiadomość o romansie tej pary. Niestety, Kristen Stewart jest mocno drewnianą aktorką. Rolę zakochanej w Pattinsonie też gra wyjątkowo nieprzekonująco.

Alicja Bachleda i Colin Farrell

Życie prywatne Colina Farrella wydaje się składać głównie z burd wywołanych pod wpływem. Romans z Bachledą, młodą, niewinną aktorką z egzotycznego kraju miał chyba nabić mu odrobinę punktów sympatii. Ale raczej nie wyszło.

Oraz nagroda specjalna.

Brad Pitt i Angelina Jolie

Nie twierdzę, że się nie kochają. Ale ten romans jest tak genialnym posunięciem marketingowym, że aż dziw, że nikt go nie wymyślił.

Macie swoje typy?

Igrzyska śmierci czyli przegląd prasy

Zamiast notki o Catching Fire i Mockingbird, do której chwilowo kompletnie nie mam natchnienia, będzie przegląd prasy związany z Igrzyskami (głównie w wersji filmowej). Plus dodatkowo kilka innych stron, które plączą się po linkowni i nie chcą się odczepić.

Ginger Haze – Świetny blog rysunkowy. Znajdziecie na nim nie tylko obrazki związane z Hunger Games, ale też na przykład BROTR. I mnóstwo fanartu Avengersowego 🙂

How it should have ended. The Hunger Games – Jeśli nie znacie filmów Hishe, polecam zapoznanie się. Niektóre są naprawdę doskonałe. A ta końcówka wyjątkowo prawdziwa.

Fictional Food – Tu znajdziecie przepisy na jedzenie związane nie tylko z Hunger Games, ale też ogólnie ze światem fantastyki i gier (na przykład niesamowite torty z Rośliny vs Zombie).

Clothes on Film – Tym razem recenzja The Hunger Games od strony wizualno-kostiumowej.

I bonus:

Jim Hines, pisarz fantasy, pozuje. Tutaj ustawia się w pozach, które przyjmują kobiety na okładkach książek. A tutaj w pozach, które przyjmują mężczyźni.

Koci naukowcy z lat 60. Podbijają świat i kosmos.

Kobietą grać chcę. Aeth bardzo fajnie pisze w ogóle, a już szczególnie o tym, dlaczego chciałaby grać w cRPGi kobiecą postacią.