Porno XXI wieku, czyli smacznego cz. II

Jak myślicie, po co powstają programy kulinarne? Po to, żeby nauczyć nas czegoś o gotowaniu? Nie. Żebyśmy mogli czerpać z nich inspirację? W żadnym razie. Programy kulinarne powstają głównie po to, żebyśmy mogli pogapić się na jedzenie. Ewentualnie na prowadzącego.

Oglądanie jedzenia przygotowywanego na ekranie telewizora przypomina oglądanie pornografii. Nie możemy go dotknąć, powąchać ani spróbować. Możemy tylko patrzeć. A przy tym zakładamy, że jest ono wspaniałe. W każdym razie lepsze niż cokolwiek, co jesteśmy w stanie sami przygotować.

Spójrzmy chociażby na programy dwójki brytyjskich celebrytów kulinarnych – Gordona Ramseya i Nigelli Lawson. Programy kulinarne Gordona rozgrywają się mniej więcej w takim tempie, jak pościgi w TAXI, skutecznie uniemożliwiając nam nauczenie się czegokolwiek.

Zaś Nigella… Czy ktoś w ogóle jest w stanie powiedzieć, co Nigella gotuje w swoich programach? Ja pamiętam z nich tylko tyle, że robiła coś bardzo pysznego, bo tak seksownie oblizywała łyżkę… Ale czy to było ziemniaczane puree, czy może suflet czekoladowy – nie mam pojęcia.

W tym, że jedzenie stało się pornografią XXI wieku, nie ma zresztą nic dziwnego. Nasz stosunek do jedzenia jest dziś znacznie bardziej skomplikowany niż stosunek do seksu. Tego ostatniego właściwie nikt nam nie zabrania. Wręcz przeciwnie – gazety piszą, jaki jest zdrowy i potrzebny do szczęścia oraz rozwoju osobistego. Oczywiście wciąż funkcjonuje wokół niego masa tabu i stereotypów, ale ogólna tendencja jest raczej taka, żeby seks oswajać i czerpać z niego nieskrępowaną przyjemność. Zupełnie inaczej jest z jedzeniem. Liczba zakazów z nim związanych stale rośnie, a dodatku lista produktów dozwolonych i niedozwolonych ciągle się zmienia. Właściwie nie wiadomo, co jeść, żeby nie narazić się na ostracyzm. Patrzenie na jedzenie stało się więc sposobem kompensacji, a czynność ta poprawia nam humor niemal tak samo, jak zjedzenie czegoś pysznego.

Idealny przykład food porn – tłusty, potwornie kaloryczny hamburger. Takie właśnie obrazki pojawiają się codziennie na stronie FoodPornDaily.Com.

Ale właściwie to miałam o czymś zupełnie innym. Ciężko dziś znaleźć prowadzących, którzy chcą przekazać widzowi jakąś wiedzę. Jeden z niewielu programów, z których można się faktycznie dowiedzieć czegoś o gotowaniu, był prowadzony przez Hestona Blumenthala In Search of Perfection.

Heston Blumenthal jest postacią szalenie barwną. To samouk, który pierwszą płatną pracę jako kucharz dostał dopiero otwierając własną restaurację The Fat Duck, mogącą się dziś poszczycić trzema gwiazdkami Michelina oraz tytułem najlepszej restauracji na świecie. W In Search of Perfection Heston próbuje stworzyć idealne wersje najczęściej jedzonych w Anglii dań (oprócz ryby z frytkami są to również kaczka po pekińsku oraz chicken tikka masala). Wiele z tego, co pokazuje na ekranie, przypomina działania szalonego naukowca. W programie m.in. pompuje kaczkę powietrzem na stacji benzynowej, produkuje czekoladę z bąbelkami przy użyciu zamykanego próżniowo pojemnika i odkurzacza oraz „maluje” nasiona kolendry, kopru i kminu za pomocą puszki po kawie i wiertarki. Ale kupujemy to, bo Heston jest doskonałym gawędziarzem i ma poczucie humoru.

Tym bardziej, że przy okazji z jego programów dowiadujemy się mnóstwa rzeczy o historii przygotowywanych dań, pochodzeniu i właściwościach składników oraz o kulinarnej chemii, która w wykonaniu Hestona niejednokrotnie przypomina magię. Co ciekawe – wszystkie jego eksperymenty można (podobno) powtórzyć w domu.

Pozostałe programy z udziałem Blumenthala (np. cykl Heston’s Feasts) również są ciekawe, ale znacznie mniej nastawione na przekazywanie wiedzy, a znacznie bardziej na „zaczarowanie widza”. Nie zmienia to jednak faktu, że zapałałam do Hestona miłością wielką i gwałtowną po obejrzeniu odcinka Black Forest Gateuax i tak mi do dziś zostało. Moim największym kulinarnym marzeniem jest odwiedzenie The Fat Duck i zjedzenie serwowanego tam posiłku, złożonego z 14 naprawdę odjechanych dań.

Mam nadzieję, że będzie to doświadczenie z pogranicza ekstazy.

***

In Search of Perfection powinno być dostępne na DVD, ale niestety chyba nie jest. Można za to kupić na amazonie książki Hestona, równie ciekawe, choć wymagające większej wyobraźni.

Bulgot rodem z Mordoru, czyli smacznego cz. I

Wakacje… gorące plaże… zimne drinki… piękne, opalone ciała… Tego wszystkiego można doświadczyć, kiedy spędza się urlop gdzieś w tropikach, a nie jak ja nad polskim morzem, gdzie, jak wskazuje doświadczenie, przez połowę czasu pada, a przez resztę mży. Na szczęście wakacje powoli dobiegają końca, więc można z czystym sumieniem wrócić z wojaży i znowu zabrać się do pracy. Postanowiłam powrócić z krótkim cyklem, dotyczącym jedzenia. W końcu idzie zima, należy napaść nasze brzuszki i zebrać niezbędne do przetrwania ponurych miesięcy sadełko.

Zaczniemy jednak przewrotnie od sposobów, w jakie gotować nie należy. To znaczy oczywiście wtedy, kiedy chcemy zjeść efekty naszej pracy w kuchni. Bo jeśli chcemy dobrze się bawić, dużo wypić lub nauczyć szwedzkiego, wszystkie poniższe kanały YouTube serdecznie polecam.

Szwedzki kucharz
Mówi językiem przypominającym bulgot rodem z Mordoru (nie znam szwedzkiego i nie mam pojęcia, czy rzeczywiście wykrzykiwane przez głównego kucharza komendy mają cokolwiek wspólnego z tym z szlachetnym językiem). Rzuca się na niewinnych kolędników. Okrutnie bałagani. Ale efekty jego pracy wydają się całkiem smaczne.

Gotowanie pod wpływem
A gdyby tak do obiadu otworzyć butelkę wina? Może wypić ją w trakcie gotowania? I jeszcze jdeną? I kloejną…? Włścwiee pco kmu obaid…

Tatar z tofu
Szatan, szatan, ciemność, piekło, warzywka z tofu!

Ojcowie w kuchni
Wiadomo, że żaden ojciec nie zastąpi w kuchni prawdziwej Matki Polki. Ale dzięki Robowi Barettowi może przynajmniej spróbować. Przepis podano również w wersji dla upośledzonych operowo.

Kukiełkowo
Szwedzki kucharz z Muppetów to już klasyka. Tym razem w nieco odświeżonej i bardziej muzycznej odsłonie.

W następnej części będzie o ludziach, od których rzeczywiście możemy się nauczyć co nieco o gotowaniu.
Smacznego!

Co to jest?

Oficjalnie nie jest to fan art, ale obrazek ładny. Nawiasem mówiąc, stawiam tutaj odważną tezę, że jeśli do czegoś nie ma fan artu, to znaczy, że nie było naprawdę dobre.

Sto lat po wszystkich postanowiłam zapoznać się z Domem nad Rozlewiskiem Małgorzaty Kalicińskiej. Stosunek do tego typu dzieł mam skomplikowany – z jednej strony gdy wszyscy się zachwycają, ja od razu nie lubię, ale z drugiej – chcę wiedzieć, co piszczy w trawie (odkąd z powodu nielubienia rzeczy popularnych niemalże przegapiłam Harry’ego Pottera, wolę chociaż zajrzeć do różnego rodzaju hitów). Wzięłam więc książkę do ręki i zaczęłam czytać.

I cóż mogę powiedzieć. Nie podoba mi się. Język paskudny (te wszystkie stylizowane na język potoczny „mamciki” i wykrzykniki w co drugim zdaniu doprowadzają mnie do wilkołaczego wycia). Bohaterka denna i irytująca. Główny amant dramatyczny. Historie z życia wsi wesołej niby interesujące, ale podane w jakiś taki łopatologiczny, nieciekawy sposób. Przepisy kulinarne ni przypiął ni wypiął powsadzane do tekstu tylko po to, żeby go „ocieplić”. Poczucia humoru za grosz. Cóż, wbrew zapewnieniom wydawcy nie jest to Rok w Prowansji.

Co ciekawe, o tym, że Dom nad Rozlewiskiem raczej mi się nie podoba, wiedziałam mniej więcej po dwudziestu stronach. Że nie podoba mi się na pewno, byłam przekonana po pięćdziesięciu. Od strony siedemdziesiątej rzucałam brzydkimi wyrazami przy co brzydszych zdaniach, a od setnej zaczęłam w duchu nazywać książkę pieszczotliwie „tym koszmarnym gniotem”. A jednak wciąż czytałam. Przeczytałam połowę i wyjechałam na wakacje, zostawiając powieść w domu. Liczę na to, że do powrotu znajdę jakąś inną ciekawą lekturę i nie będę musiała kończyć.

Co to jest za siła, która pcha człowieka do obejrzenia do końca beznadziejnego filmu, sezonu głupiego serialu, przeczytania idiotycznej książki? Czy chodzi o to, że człowiek, zainwestowawszy już czas i emocje w losy bohaterów, pragnie poznać koniec historii? Czy to tylko moc działania suspensu? Podobno zadania, których nie udało nam się ukończyć, pamiętamy lepiej niż te wykonane. Czasami niemożność porzucenia danej historii opłaca się – książka i serial się rozkręcą, a zakończenie filmu zaskakuje. Jednak przeważnie zostaje nam tylko poczucie straconego czasu i postanowienie, że następnym razem porzucimy gniota w połowie.

Akurat.

PS. Przepraszam za przedłużającą się ciszę, spowodowaną głównie nadmiarem roboty przeplatającym się z okresami wypoczynku na łonie. Obiecuję, że następny wpis pojawi się wkrótce i będzie nieco bardziej rozbudowany.