Oczami Katniss

Igrzyska Śmierci miałam przeczytać już dawno. Właściwie wstyd, że dopiero zbliżająca się premiera filmu wreszcie mnie do tego zmusiła. Ledwie zdążyłam (a raczej nie zdążyłam), bo książkę skończyłam w niedzielne popołudnie. Nie będę produkować kolejnej recenzji, bo ich na blogach nie brakuje, ale pozwolę sobie na kilka luźnych uwag. W poniższym tekście występują spoilery.

Niech żyje fandom, w tym wypadku Kate Wheeler (Rat Girl Studios).

  • Jestem zachwycona postacią Katniss. Dziewczyna z łukiem, która ratuje tyłek facetowi i jeszcze niemal z nożem w zębach rusza po lekarstwa dla rannego? Cudownie! Dajcie mi więcej takich. Ponoć to straszna klisza, ale ja naprawdę nie przypominam sobie z literatury (zwłaszcza młodzieżowej) zbyt wielu podobnych postaci kobiecych. Co innego w kinie, ale właściwie wszystkie zostały zagrane przez Angelinę Jolie, więc się nie liczy.
  • Dlaczego ludzie nie lubią Katniss? Nie zauważyłam, żeby była szczególnie niesympatyczna.  Mało wrażliwa, to owszem, ale czyż nie za to kochamy House’a, Sherlocka i innych męskich socjopatów? Wydaje mi się, że w tej niechęci wychodzą jakieś podwójne standardy odnośnie płci. Osobiście czytając powieść wielokrotnie miałam wrażenie, że czułabym i myślała na jej miejscu dokładnie to samo.
  • Pierwszoosobowa narracja, na którą niektórzy narzekają, wydała mi się świetnym wyborem. Doskonale sprawdziła się przy opisywaniu wydarzeń z areny, kiedy nie wiadomo, co się dzieje z pozostałymi uczestnikami igrzysk. A w pozostałych przypadkach nie przeszkadzała. Ale ja czytałam w oryginale, może po polsku byłoby gorzej. Myślę też, że narracja pierwszoosobowa nieprzypadkowo jest tak często spotykana w powieściach z gatunku young adult. Świat nastolatków kręci się wokół nich samych w znacznie większym stopniu niż w przypadku ludzi dorosłych.
  • Zarzuty, że rzeczywistość bohaterki jest zbyt czarno-biała, byłyby uzasadnione, gdybyśmy nie oglądali świata z perspektywy szesnastolatki. Ponieważ jednak nastolatki przeważnie oceniają wszystko bardzo surowo, wydaje mi się to jak najbardziej prawdziwe.
  • Peeta! Porządny, solidny, ciepły chłopak (w sumie niewiele więcej o nim wiemy, ale to nie szkodzi). Nie wampir, nie got, nie superman w ludzkiej postaci. Normalny facet. Kocham normalnych facetów. W literaturze młodzieżowej zdecydowanie ich brakuje. (jak znam życie, to pewnie niestety przegra z Galem. ech.)
  • Nie jestem socjologiem, więc nie wiem, jak igrzyska sprawdziłyby się w rzeczywistości jako instrument represji. Niemniej jednak idea czegoś, co z jednej strony zapewnia ludziom perwersyjną przyjemność, a z drugiej napawa ich ciągłym lękiem i obrzydzeniem, wydała mi się przynajmniej w teorii bardzo sensowna i straszna.
  • Dla dorosłego nie są to może żadne odkrycia, ale sądzę, że z perspektywy młodego odbiorcy sposób pokazania telewizji, pytanie o nasze umiejętności przetrwania poza cywilizacją czy wybory moralne (i nie mówię tu o wyborach na arenie), przed którymi staje bohaterka, muszą robić duże wrażenie (na mnie do pewnego stopnia też zrobiły).

Naprawdę szkoda, że w dzisiejszych czasach nikogo już nie stać na ilustrowanie książek.

Ale żeby nie było tak całkiem różowo, kilka rzeczy, które mi się nie podobały.

  • Trójkąt miłosny? Naprawdę? Po co ten Gale był w ogóle potrzebny? Dylematy odnośnie Peety byłyby w moim odczuciu równie prawdziwe i bez niego. W ogóle nie cierpię trójkątów miłosnych w literaturze YA. Są one zawsze trójkątami pozornymi, bo od razu wiadomo, który facet jest tym właściwym, w dodatku przeznaczonym bohaterce przez Los i Inne Siły Sprawcze. Ten drugi jest tylko na doczepkę, żeby opóźnić Nieuniknione, a mnie jest go zawsze szkoda, choćby był nie wiem jaką pierdołą.
  • Brakowało mi wahania w działaniu Katniss, chwili załamania. Dziewczyna parła do przodu jak czołg, nie tracąc czasu nawet na odrobinę refleksji nad swoją sytuacją. Być może człowiek nastawiony na przetrwanie rzeczywiście zachowywałby się podobnie jak ona – bądź co bądź nie raz już zaglądała śmierci w oczy. Ale czytelnik nie i może należałoby wykonać jednak drobny ukłon w jego stronę.
  • Liczyłam na to, że lepiej poznamy pozostałych uczestników igrzysk. Aż się prosiło o to, żeby dać im imiona, twarze, charaktery, a tym samym uczynić ich śmierć jeszcze trudniejszą do zniesienia. Być może autorka sama miała z tym problem – ja na jej miejscu na pewno bym go miała. Ale może w takim razie powinna była napisać jednak inną książkę…

Teraz mogę spokojnie wybrać się do kina. Już cieszę się też na kolejne tomy, chociaż wieść niesie, że są dużo słabsze. Ale nie szkodzi. Igrzyska Śmierci i tak są jedną z najlepszych powieści młodzieżowych, jakie czytałam w ostatnich latach i bardzo się cieszę, że wreszcie po nie sięgnęłam.

PS. Najlepsze fandomowe ilustracje Igrzysk Śmierci znajdziecie tutaj. Warto zajrzeć, niektóre są naprawdę doskonałe.


Pan jest nagi w filmie.

Uwaga – nie polecam czytać tego wpisu w pracy!

Lubię oglądać nagich ludzi. Nagich mężczyzn zresztą też. Ten wpis jest komplementarny do tekstu Zwierza o nagich mężczyznach w kinematografii. Zwierz na obrazki się nie odważył, moim zdaniem niesłusznie.

Czy nagi mężczyzna rzeczywiście jest śmieszny? Wszystko zależy od ujęcia. (nawiasem mówiąc, moja miłość do Cumminga wzrosła przynajmniej pięciokrotnie odkąd zobaczyłam to zdjęcie)

Ewan McGregor nie wstydzi się niczego. Pewnie dlatego, że jest Szkotem, a przecież powszechnie wiadomo, że to banda dzikusów z dziwnym akcentem.

Kiedy mężczyzna sika na ekranie, tabu upadają z gigantycznym hukiem.

Nagi tyłek Clooney’a wstrząsnął Hollywood, chociaż widać go było na ekranie może przez dwie sekundy.

Czy człowiek, który tak wygląda, może pokazać się w filmie nago na poważnie? Chyba nie. (pytanie, czy zapewniono tym kaczuszkom terapię po wstrząsie) (w ogóle to one wyglądają na doklejone Photoshopem)

Za to Ryan Kwanten spokojnie mógłby się obejść bez tego ręcznika.

Niektórzy rozbierają się, żeby coś udowodnić (że nie są już nastoletnim czarodziejem na przykład). Poza tym ponoć nagość można dziś częściej zobaczyć w teatrze niż w kinie. Może czas znów zacząć chodzić.

I co? Chyba nie taki penis straszny, jak go malują?

Ciemna strona L.A.

Kiedy myślimy o Los Angeles, przychodzą nam do głowy przede wszystkim Hollywood i Bel Air. Tymczasem Miasto Aniołów to nie tylko przemysł filmowy, blichtr i splendor. To także osiemdziesiąt innych dzielnic zamieszkanych nie tylko przez bogatych białych, ale również Afroamerykanów, Latynosów i azjatów. W tych dzielnicach przestępczość kwitnie, a ich mieszkańcy często bardzo wcześnie stają przed wyborem – dołączyć do gangu, czy przez resztę życia klepać biedę? To właśnie przede wszystkim w takim środowisku rozgrywa się akcja Southland – jednego z najlepszych seriali policyjnych, jakie zdarzyło mi się oglądać.

Skupia się on (przynajmniej w pierwszych sezonach) na pracy trzech zespołów policyjnych – detektywów Bryanta i Moretty z wydziału do spraw gangów i narkotyków, detektywów Clarke i Adams z West Bureau i, co jest nowością w tym gatunku, mundurowych policjantów patrolowych – oficera trenującego świeżaków, Johna Coopera, i Bena Shermana, który właśnie skończył akademię policyjną. Serial poniekąd jest proceduralem, ale nietypowym – w każdym odcinku są przynajmniej trzy sprawy, a czasem znacznie więcej. Nie znajdziemy tutaj klasycznego whodunit. Zbrodnie są tak zwyczajne, jak to tylko możliwe bez zanudzenia widza. Czasem od razu wiadomo, kto jest sprawcą, problemem jest raczej znalezienie go w prawie 4 milionowym  mieście. Mamy więc ofiary pojedynków gangsterskich, zabójstwa w afekcie, włamania, które poszły nie tak, wypadki samochodowe. Oprócz tego zobaczymy mnóstwo codziennej pracy policyjnej – wizyt u skłóconych członków rodzin, polowań na prowadzących pod wpływem alkoholu, wypełniania wniosków, wydzwaniania do laboratorium, żeby przysłali wyniki sekcji zaraz, a nie za dwa miesiące i składania sprawozdań z użycia broni.

Brzmi nudno? Być może, ale zupełnie takie nie jest. Po pierwsze za sprawą rewelacyjnego aktorstwa. W obsadzie znaleźli się Ben McKenzie, Michael Cudlitz, Shawn Hatosy, Regina King, Kevin Alejandro, a w czwartym sezonie również Lucy Liu. Po drugie, scenariusze poszczególnych odcinków pisane są naprawdę sprawnie i odpowiednio balansują pomiędzy akcją, scenami dramatycznymi i obyczajowymi (a tych ostatnich nie brakuje). Po trzecie, jest to produkcja wyjątkowo autentyczna, kręcona w dzielnicach Los Angeles, które dotąd rzadko można było zobaczyć w telewizji. Miejscami przypomina mi rewelacyjnego Pitbulla, choć nie jest aż tak przygnębiająca (może dlatego, że bycie amerykańskim policjantem wydaje się jednak łatwiejsze niż polskim, chociażby ze względów finansowych). I wreszcie po czwarte, Southland to nie tylko szóstka głównych bohaterów, ale również szereg fantastycznych (choć czasem nieziemsko irytujących, jak oficer Dewey albo żona Bryanta) postaci drugoplanowych, wątków pobocznych i dramatycznych epizodów.

Na koniec ciekawostka. Serial powstał jako produkcja stacji NBC, ale został zdjęty z ramówki dość szybko, po siedmiu odcinkach, chociaż nakręcono ich trzynaście. Southland „uratowała” stacja TNT, która odkupiła format. Pierwsze siedem odcinków wyemitowano ponownie jako sezon pierwszy, a kolejne sześć jako sezon drugi. Dopiero trzeci sezon w całości wyprodukowało TNT, decydując się na przesunięcie ciężaru gatunkowego historii ze spraw policyjnych na losy bohaterów. Była to zresztą moim zdaniem najmniej udana seria. Obecnie emitowany sezon czwarty ma mieć dziesięć odcinków. Ponownie skupiono się na pracy policyjnej, zawężając wątki osobiste, co wyszło produkcji zdecydowanie na dobre. Na razie wszystko wskazuje na to, że ten sezon nie będzie ostatni.

Jeśli jeszcze go nie widzieliście, naprawdę serdecznie polecam. Tym bardziej, że ma świetną czołówkę. Wykorzystano w niej autentyczne archiwalne zdjęcia policyjne, dotyczące najważniejszych spraw z historii policji miasta (m.in. sprawy Czarnej Dalii i Nocnego Łowcy).

Pierwsze dwa sezony wydano na DVD i są dostępne w języku polskim.