Naprawdę fantastyczny seks

W sieci znajdują się rzeczy dziwne, bardzo dziwne i naprawdę dziwne. Czasami, kiedy wydaje mi się, że nic mnie już nie może zaskoczyć, wystarczy krótka przebieżka po internecie, żebym znów zrozumiała, jak bardzo się myliłam. Jedną ze stron, dzięki której na nowo odkryłam ogrom ludzkiej kreatywności (głównie w wymyślaniu potrzeb), była strona firmy Bad Dragon.

Marzycie skrycie o bzykanku z wilkołakiem? Smokiem? Morskim potworem? Wasze marzenia już dziś mogą się spełnić! Bad Dragon specjalizuje się w zabawkach erotycznych o wyjątkowych kształtach. Na ich stronie internetowej znajdziecie m.in. macki, smocze waginy, psie i końskie penisy oraz fallusy gryfów. Jest to pierwsza firma na świecie, która oferuje podobny asortyment. Chociaż po sukcesie sagi Zmierzch i Avatara w ofercie niektórych sex-shopów pojawiły się zabawki inspirowane bohaterami tych filmów, wcześniej nie było na rynku producenta nastawionego wyłącznie na miłośników fantasy.

Dzięki szczegółowym opisom istot, które stały się modelami dla dildo, możecie z łatwością wczuć się w klimat. Oto kilka najpopularniejszych postaci:

• Dog Cole – Psi pracownik kuźni, wyposażony w wielki młot (dosłownie i w przenośni).
• Zły Smok Duke – W dzień jest prezesem międzynarodowej agencji modeli, nocą prezentuje swoje wdzięki, zapewniając oglądającym niezapomniane wrażenia.
• Macka – Wyjątkowo miękki i giętki. Charakter ma łagodny, ale wytrwale szuka otworu, w którym mógłby się schować.

Klienci decydują o niemal każdym aspekcie wyglądu wymarzonego dildo – od koloru i kształtu poprzez rozmiar i twardość, aż po obecność dodatków (przyssawki czy lubrykatu). Ceny wahają się od 60 do 200$.

Zaprawdę, internet pełen jest seksu, rzeczy dziwnych i niespodziewanych. Wygląda na to, że jeszcze długo nie zabraknie mi materiału do zaskoczeń.

To co? Lecimy zamawiać?

Harry Potter na miarę XXI wieku

Ledwie fani zdążyli ochłonąć po premierze ostatniej części filmowej sagi, Harry Potter i Insygnia Śmierci, gdy studio Warner Brothers i J. K. Rowling ponownie podgrzali atmosferę. Autorka zapowiedziała powstanie portalu, który umożliwi miłośnikom przygód Harry’ego wzięcie bezpośredniego udziału w jego przygodach. Na stronie Pottermore.com znalazły się również audiobooki oraz e-booki (po raz pierwszy w sprzedaży). Portal po wielu testach został otwarty dla wszystkich i okazał się naprawdę interesującym zjawiskiem.

Zanurzyć się w świecie Harry’ego

Użytkownicy, którzy skorzystali z serwisu, początkowo przeważnie piali z zachwytu. I nic dziwnego – na pierwszy rzut oka robi on piorunujące wrażenie. Pottermore.com to połączenie gry, biblioteki i encyklopedii. Wszystkie informacje o bohaterach, czarach, magicznych przedmiotach i stworzeniach zostały zebrane w jednym miejscu. J. K. Rowling podzieliła się również z czytelnikami masą ciekawostek dotyczących stworzonego przez siebie świata. Jeśli więc ktoś zawsze był ciekawy, jakie rodzaje drewna są najlepsze na różdżkę, kim byli rodzice profesor McGonagall lub skąd wzięły się żaby w Hogwarcie, teraz nareszcie się dowiedział. Na stronie będzie można również przeglądać rozdział po rozdziale poszczególne książki (na razie dostępne są Harry Potter i Kamień Filozoficzny oraz jedenaście rozdziałów Harry’ego Pottera i Komnaty Tajemnic). Każdy rozdział zilustrowano kilkoma pięknymi, interaktywnymi planszami, tzw. momentami. Przedstawiają one sceny z powieści. Użytkownik ma możliwość zagłębienia się w nie i szukania ukrytych elementów. Serwis ma też częściowo charakter społecznościowy – pozwala umieszczać uwagi pod planszami, szukać przyjaciół, pojedynkować się na czary z innymi użytkownikami i prowadzić rozmowy w pokoju wspólnym. Podobnie jak Harry wybierzemy się na ulicę Pokątną, by kupić różdżkę, weźmiemy udział w lekcjach Eliksirów, Zaklęć i Uroków oraz w zawodach o Puchar Domu. Twórcy strony bardzo poważnie podchodzą też do kwestii bezpieczeństwa nieletnich – ich ambicją było stworzenie miejsca pod każdym względem odpowiedniego dla dzieci.

Jednak kiedy minął początkowy zachwyt, wśród użytkowników pojawiły się również krytyczne opinie. Serwis ma kilka niemałych wad. Największą z nich jest brak treści, która przywiązałaby nas do niego na dłużej niż kilka, kilkanaście godzin. Po przejściu przez wszystkie rozdziały książki i rozwiązaniu zagadek (których nie ma tak znowu wiele), zostaje nam potwornie czasochłonne tworzenie eliksirów (warzy się je około 90 minut) i śledzenie silnie moderowanych dyskusji między użytkownikami w pokoju wspólnym. Niewiele jak na portal, który obiecywał wyjątkowe przeżycia. W dodatku twórcy serwisu wciąż mają problemy z wydajnością serwerów i strona często się zawiesza.

Książki inne niż wszystkie

Chociaż Pottermore.com nie jest projektem doskonałym, nie ulega wątpliwości, że to przedsięwzięcie przełomowe. Po raz pierwszy w historii może udać się stworzenie książki interaktywnej z prawdziwego zdarzenia, a czytelnik zmieni się z odbiorcy w uczestnika wydarzeń.

Oczywiście próby tworzenia interaktywnych powieści trwają już od wielu lat. Próbowali wielcy, jak Julio Cortázar, którego Gra w klasy jest jedną z niewielu udanych prób zaangażowania czytelnika w proces czytania. Próbowali też mniej znani, głównie pisarze fantasy. Część czytelników z pewnością zetknęła się z tzw. grami paragrafowymi. To rodzaj jednoosobowej gry, w której czytelnik decyduje, co ma zrobić bohater opowieści. W zależności od tego, jakie rozwiązanie wybierze, kierowany jest do innego paragrafu w książce. Szczyt ich popularności przypadł w Polsce na koniec lat 80-tych i początek 90-tych. Chociaż sił w gatunku próbowali uznani polscy pisarze, m.in. Tomasz Kołodziejczak i Jacek Komuda, stanowił on raczej niszową rozrywkę dla fanów fantastyki.

Dlaczego się nie udało? Papier, który wprawdzie zniesie wszystko, sam w sobie okazał się przeszkodą. Im ciekawsza opowieść, tym więcej potencjalnych rozwiązań. A im więcej rozwiązań, tym więcej stron. W pewnym momencie trzeba więc wybrać między jakością a objętością (nie mówiąc już o cenie). Przeważnie ze stratą dla tej pierwszej. Nic więc dziwnego, że książki tego typu nie zdobyły zbyt dużej popularności.

Teoretycznie wszystko powinno zmienić się wraz z pojawieniem się nowych technologii. Jeśli nie trzeba martwić się ilością stron – wystarczy opublikować historię w internecie – dlaczego książki interaktywne wciąż stanowią niewielki procent rynku i nie ma wśród nich międzynarodowych bestsellerów? Rzeczywiście, pojawiają się już pierwsze próby stworzenia nowej jakości, aplikacje książkowe na iPady czy smartfony, na razie jednak głównie w segmencie książek dla najmłodszych. Tymczasem klikanie w kolorowe obrazki wciąż kojarzy się z zabawą dla dzieci, a nie z poważną czynnością, za jaką mamy czytanie. Problemem pozostaje też treść – skąpa i mocno schematyczna.

Nowy czytelnik, nowe rozwiązania

Dlaczego powstanie serwisu Pottermore może stać się początkiem zmian? Złożyło się na to kilka czynników.

Po pierwsze twórcy Pottermore.com inaczej podeszli do kwestii interaktywności. Do tej pory czytelnik decydował o losach bohaterów. W przypadku sagi o Harrym Potterze okazało się to niemożliwe – bądź co bądź książki już zostały napisane. Stworzenie nowego bohatera to nie najlepszy pomysł w sytuacji, gdy czytelnicy najbardziej kochają Harry’ego. Zdecydowano się więc na inny zabieg. Użytkownik serwisu nie będzie decydować o losach poszczególnych bohaterów, ale może zanurzyć się w ich świecie i razem z nimi przeżywać przygody. W portalu nie brakuje zadań rodem z gier komputerowych, ale równie dużo jest opowieści o stworzonym przez J.K. Rowling świecie oraz rozwiązań mających dać użytkownikowi wrażenie, że przenosi się do innego świata. Mowa chociażby o testach, z którymi trzeba się zmierzyć, aby wybrać różdżkę albo zostać przydzielonym do domu. Portal nie jest przy tym osobnym tworem, ale uzupełnieniem już istniejącej, świetnie napisanej książki. Połączono więc dwa istotne elementy, których do tej pory połączyć się nie udawało – wrażenie uczestnictwa i dobrą literaturę. Jednocześnie znajomość sagi nie jest konieczna, aby z przyjemnością korzystać z serwisu – nic nie stoi na przeszkodzie, żeby (podobnie jak w przypadku filmu) najpierw zostać użytkownikiem portalu, a dopiero potem sięgnąć po sagę o czarodzieju.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że fani Harry’ego Pottera to przede wszystkim ludzie młodzi, otwarci na nowe technologie. Wychowani w epoce iPadów, czytników elektronicznych i smartfonów nie utożsamiają już czynności czytania z koniecznością trzymania w ręku kilkuset sklejonych ze sobą kartek papieru. Nie znaczy to bynajmniej, że czytać nie chcą – po prostu robią to inaczej niż my. Jednocześnie sporą część fanów powieści stanowią osoby dorosłe. Portal ma szansę przyciągnąć dojrzalszych czytelników i stać się pomostem między pokoleniami.

W dzisiejszych czasach granica pomiędzy książką, filmem, a tym, co w sieci, coraz bardziej się zaciera. Właściwie żadne z tych dóbr kultury nie występuje pojedynczo. Prawie zawsze filmowi towarzyszy strona promocyjna, książce – filmiki na YouTube (chociażby te tworzone przez fanów), nie mówiąc już o możliwości kupienia audiobooków, e-booków i obejrzenia filmów w sieci. Internet raz na zawsze zmienił też relacje między autorem a czytelnikami. Aby wypromować swoje powieści, pisarze muszą się dziś porządnie napracować. Tworzą blogi, nagrywają filmy, korzystają z Twittera. Właściwie każda popularna książka prędzej czy później doczeka się ekranizacji, czy to w formie filmu, czy serialu. Wydaje się, że J.K. Rowling świetnie odnajduje się w rzeczywistości nowych mediów. Zawsze też miała duży szacunek dla fanów, uważnie ich słuchała i starała się zaspokoić ich potrzeby. Portal Pottermore powstał właśnie w tym celu, a stworzono go przy użyciu najnowszych technologii. Przy odrobinie wysiłku J.K. Rowling i współpracujące z nią firmy mogą wyznaczyć nowe standardy w świecie popkultury, a Pottermore.com będzie początkiem tej przemiany.

Ten tekst w założeniu miał pójść do druku, ale zamiast tego leżał sobie na moim komputerze i się marnował. Mam nadzieję, że wam się spodobał mimo nieco odmiennej formy.

Do widzenia, pani Anno.

Źródło: TOK FM

Może nie powinnam o tym pisać. Ale chciałabym, żeby wszyscy wiedzieli.

Odeszła Anna Laszuk, dziennikarka radia TOK FM.

Podziwiałam ją za styl pracy, za profesjonalizm. Za to, że potrafiła zachować obiektywizm i nawet z najtrudniejszymi gośćmi rozmawiać z szacunkiem, nie unosząc się. Nie bała się tematów trudnych. Jako jedna z niewielu miała odwagę mówić głośno o swojej orientacji seksualnej. Oceniała ludzi po tym, kim byli, a nie po ich poglądach politycznych. Z każdym chciała się dogadać.

Miała taki ciepły głos.

Tyle jeszcze mogła zrobić.

Do widzenia, pani Anno.

„Nie jestem feministką, ale”, czyli o feministycznym coming oucie

Uwaga – pisząc „feministka” mam na myśli osoby obojga płci. Nie chce mi się kombinować z potworkami typu feminist(k)a, feminista/tka itp.

Raz na jakiś czas przetacza się przez blogosferę mniej więcej ta sama dyskusja (ostatnio u Zwierza – wybacz, Zwierzu, że znów cię w to wciągam – i u Cedro). Ktoś gdzieś użyje niefortunnego sformułowania „nie jestem feministką, ale”. Ktoś inny złapie go za słówka (nie ukrywam, mnie również się to zdarzało), skrytykuje, wytknie logiczne błędy w wypowiedzi. Znajdą się obrońcy obu stanowisk, gorliwi feminiści, kobiety kochające stan uciśnienia, miłośnicy złotego środka oraz cała masa innych indywiduów. Wyprodukują setki postów, z których właściwie nic nie wyniknie. Nie zamierzam tutaj nikogo bronić ani atakować, ale raczej zastanowić się, dlaczego to niewinne z pozoru sformułowanie budzi w ludziach tyle emocji.

Na początek przydałaby się może jakaś definicja. Kim właściwie jest feministka, skoro można się za nią nie uważać z takim zacięciem? I tu stajemy przed pierwszym problemem. Feministką prawie na pewno jest osoba, która uważa się za feministkę. Ale czy tylko? Co z osobą, która zachowuje się jak feministka, głosi poglądy feministyczne, zwraca uwagę na brak równouprawnienia w różnych dziedzinach życia itp.? Moim zdaniem taka osoba, choćby przed każdą swoją feministyczną wypowiedzią zastrzegała „nie jestem feministką, ale”, powinna zostać uznana za feministkę.

 Co o nas świadczy – słowa czy czyny?

Co więcej, jestem zdania, że ktoś, kto używa sformułowania „nie jestem feministką, ale”, właściwie z definicji powinien zostać zakwalifikowany jako feministka. Bowiem następstwem tych słów niemal w stu procentach jest treść feministyczna. Weźmy chociażby Jezus Marię Peszek w ostatnim wywiadzie dla Polityki. Kuriozalnym znalazłam jej wyznanie „nie jestem feministką, ale”, po którym nastąpił szereg wynurzeń niczym z podręcznika feministki. Zatem w czym problem? Dlaczego nie mogła po prostu powiedzieć „jestem feministką i”?

 I czy na pewno potrzebne nam są te wszystkie etykietki?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. „Feministka” to niestety w języku polskim brzydkie, może nawet obraźliwe słowo. Nacechowane wybitnie negatywnie i nie wiem, czy do odzyskania. Większości Polaków kojarzy się z agresją, piskiem, postawą roszczeniową, dziwnym wytworem-potworem ludowej wyobraźni zwanym „babochłopem z wąsami”, a niektórym wręcz z czystym złem. Powiedzenie „jestem feministką” nikomu nie zyskuje sympatii. W towarzystwie takie wyznanie w najlepszym razie spotka się z chłodną obojętnością, częściej jednak zostanie uznane za zaczepkę, wojowniczą deklarację, prowokację do światopoglądowej dyskusji.

Nie ukrywajmy, żeby powiedzieć „jestem feministką”, potrzeba odwagi. Nie każdy na tę odwagę potrafi się zdobyć. Zazwyczaj łatwiej jest tym, którzy i tak są w jakiś sposób wykluczeni z ogółu społeczeństwa – są ateistami, osobami o odmiennej orientacji seksualnej lub pochodzeniu. Oni już się w życiu nasłuchali i obrośli w grubą skórę. Ale przeciętny Kowalski nie przywykł do stwierdzenia „jesteś feministką/ateistką/lesbijką? Niemożliwe, przecież taki dobry z ciebie człowiek”. I nie można go za to winić.

Gdybym tak dostała dolara za każdy raz, kiedy słyszałam to stwierdzenie…

Myślę, że z deklarowaniem się jako feministka jest trochę jak z wychodzeniem z szafy. To proces, którzy zajmuje dużo czasu i walki z sobą samym. Jak się już raz wyjdzie, nie ma odwrotu. Przekroczyło się raz na zawsze pewną granicę. Dlatego tych, którzy już wyszli, irytują inni, którzy mimo ewidentnie feministycznych poglądów wciąż się krygują. Bo oni nie muszą wysłuchiwać obelg na swój temat. Nie muszą bronić swoich poglądów przy każdej okazji. Nie traktuje się ich z lekceważeniem. Ale z drugiej strony doskonale wiemy, że wyjście z szafy nie jest sprawą łatwą ani przyjemną. Nie powinno się nikogo zmuszać do tego, żeby się ujawnił – jako gej, feministka czy wyznawca religii Jedi. Do takich spraw każdy musi dojrzeć w swoim czasie. Niektórzy nie dojrzewają nigdy. Jedni noszą koszulki w tęczę, inni nie powiedzą własnej matce. Każdemu według potrzeb.

(I tak, uważam za feministkę z grubsza każdego człowieka, który nie sądzi, że miejsce kobiety jest w kuchni, który jest zdania, że mężczyzna powinien brać udział w wychowaniu dziecka, każdą kobietę, dla której ważna jest jej praca i która nie sądzi, że jej najważniejszym celem w życiu jest znalezienie sobie męża.)

Niektórzy lubią walczyć o to, co uważają za słuszne. Zasadniczo nie powinno im się tego zabraniać.

W gruncie rzeczy myślę sobie, że to budujące, że tyle osób śmie dziś powiedzieć „nie jestem feministką, ale”. Bo to znaczy, że zauważają pewne zjawiska. A nawet, że mają odwagę o nich pisać. Podobno ludzki mózg nie rozumie słowa „nie”. My, którzy wyszliśmy już z szafy, powinniśmy po prostu to „nie” zignorować, i nie denerwując się czytać dalej.

Z góry przepraszam wszystkich, których tym tekstem obraziłam, wkurzyłam lub w inny sposób spowodowałam ich dyskomfort. Nie to, że planowałam nikogo nie urazić. Przy dyskusjach światopoglądowych to chyba nieuniknione, co nie znaczy, że należy całkowicie ich zaprzestać.