Co na prezent – marzec 2017

Dla tych, którzy czytają tekst pierwszy raz, wyjaśniam – „Co na prezent” to przegląd nowości wydawniczych z danego miesiąca. Są to w większości pozycje, których nie czytałam ani nie miałam w ręku, także nie ręczę za to, że faktycznie okażą się dobre i ciekawe. Tekst podzielony jest na zapowiedzi dla dużych (dorosłych) i małych (dzieci, również tych wewnętrznych). Miłej lektury (i zakupów).

­ Dla dużych

________________________________________________________________________

Marie Brennan Historia naturalna smoków
Tłum. Dorota Żywno
Wyd. Zysk i S-ka

Fikcyjne wspomnienia lady Trent, znanej smokolożki, która zrewolucjonizowała swoją dziedzinę wiedzy. Akcja powieści rozgrywa się w świecie budzącym skojarzenia z wiktoriańską Anglią, również pod względem obyczajowym. Podobno w treści jest mało smoków, ale i tak zapowiada się ciekawie.

________________________________________________________________________

Rupi Kaur Miód i mleko
Tłum. Anna Gralak
Wyd. Otwarte

Rupi Kaur znana jest głównie z tego, że opublikowała w sieci swoje zdjęcie z menstruacyjną plamą na piżamie. Ta kanadyjska artystka hinduskiego pochodzenia nie tylko rysuje i fotografuje, ale również pisze wiersze. Jej pierwszy tomik, „Miód i mleko”, opowiada o kobiecości, fizyczności, ale też o trudnych tematach – wychowaniu w opresyjnej rodzinie i doświadczeniu przemocy. Czytałam w sieci jej pojedyncze utwory i chociaż nie nazwałabym ich doskonałymi, z pewnością warto je znać. Mam tylko nadzieję, że tłumaczka stanęła na wysokości zadania.

________________________________________________________________________

Jesse Jacobs Miesiąc miodowy na safari
Tłum. Agata Napiórska
Wyd. Kultura Gniewu

Psychodeliczny trip i satyra na turystykę w jednym, a wszystko w odcieniu wściekłej zieleni? Biorę. Na pewno nie będzie to standardowa lektura. Poza tym mam skojarzenia z Herzogiem i jego bohaterami-szaleńcami w dżungli, a to zawsze plus.

________________________________________________________________________

Niepewne
Autorka: Issa Rae

Zupełnie przegapiłam ten serial, a wygląda na bardzo ciekawy. Oparty jest o produkcję webową Awkward Black Girl, dostępną na YouTube. Opowiada o doświadczeniach współczesnych Afroamerykanek, zahacza o tematy rasizmu, ale w komediowej formule.

________________________________________________________________________

Tajemnicze Domostwo
Wyd. Portal Games

Mam słabość do historii kryminalnych, ale nie trafiłam jeszcze na grę planszową, w której rozwiązywanie zagadek dorównywałoby przyjemności czytania powieści. Może tym razem się uda? Tajemnicze Domostwo według sieciowych recenzji przypomina połączenie Dixitu z Cluedo. Znam obydwie te gry i je lubię, więc chętnie spróbuję.

 

Dla małych

________________________________________________________________________

Maria Skłodowska-Curie Justyna Styszyńska
Wyd. Widnokrąg

Maria Skłodowska-Curie to pierwsza książka z serii Idol. Prezentuje ona sylwetki ludzi, którzy wnieśli znaczący wkład w światową naukę, sztukę albo kulturę. Wewnątrz znajdziecie ćwiczenia aktywizujące, propozycje eksperymentów naukowych, naklejki. Jednym słowem wszystko, co może zainteresować dzieci w pewnym wieku tak ważną postacią. Strasznie mi się podoba ten pomysł. Książka jest też bardzo fajnie ilustrowana przez autorkę.
Wydawnictwo przygotowuje kolejną pozycję, będzie dotyczyła Fridy Kahlo.

Wiek: 7+

________________________________________________________________________

Jane, lis i ja, Fanny Britt, ilustracje: Isabelle Arsenault
Tłum. Małgorzata Janczak
Wyd. Kultura Gniewu

Helena to jedenastolatka, której wciąż dokuczają rówieśniczki. Ucieka więc od codzienności do świata
„Jane Eyre” (bratnia dusza!). Powszechny problem w nietypowym ujęciu, plus piękne ilustracje.

Wiek: 10+

________________________________________________________________________

Pingolo
Wyd. Fox Games

Propozycja dla najmłodszych, czyli memory w wersji z pingwinkami i ich jajkami. Z mojego doświadczenia wynika, że młodsze dzieci wolą raczej gry kooperacyjne, bo nie lubią przegrywać, ale ponieważ im młodszy gracz, tym lepiej mu idzie w pamięciówki, ta propozycja może się nieźle sprawdzić.

Wiek: 4+

A teraz, kochane dzieci, pocałujcie Hannah w d…

Gdyby w 2009 roku ktoś mi powiedział, że będę jeszcze kiedykolwiek pisać o Miley Cyrus, to bym go chyba śmiechem zabiła. Ponurym, gorzkim śmiechem zresztą. Hannah Montana, disneyowskie wcielenie Miley, było jednym z głównych powodów, dla których zrezygnowałam z pracy w prasie dziecięcej. Nie mogłam znieść pustoty i głupoty, którą na co dzień musiałam serwować dzieciom za pośrednictwem magazynu Hannah Montana, idiotycznych chichotów bohaterki serialu, piosenek prostych jak konstrukcja cepa, a przede wszystkim samej Miley – nadpobudliwej, nadekspresyjnej brzyduli, która w każdym kolejnym odcinku ładuje się w coraz głupsze i bardziej obciachowe sytuacje. Przy Hannah Montana komiksy W.I.T.C.H., inny popularny w tamtym czasie produkt Disneya, były szczytem wyrafinowania i pomysłowości, a filmy Pixara to po prostu kultowe arcydzieła.

Miley Cyrus jako Miley Stewart aka Hannah Montana (jak widzicie, bohaterka miała na imię tak samo jak aktorka, żeby widz jeszcze bardziej utożsamiał ze sobą te dwie postacie), fot. Getty Images, Copyright: Disney Enterprises, Inc

Co mnie w takim razie skłoniło do napisania tego tekstu? Otóż w przeciwieństwie do reszty świata, obserwowałam poczynania dorastającej Miley nie tyle z rosnącym obrzydzeniem, co najpierw z mściwą satysfakcją, potem zainteresowaniem, a w końcu autentycznym podziwem. Konsekwencja, z jaką Miley niszczy Hannah Montanę nosi znamiona nie tylko odcięcia się od niepasującego jej już wizerunku, ale niemal zemsty. Jakiś czas temu wrzucałam tutaj tekst, którego pewnie nikt z was nie przeczytał, więc go streszczę. Jego tytuł to „Miley Cyrus is punk as fuck”, a autor stawia tezę, że Miley jest najbardziej punkową artystką ostatniego dziesięciolecia. Zgodnie z jego wizją Miley ma (posługując się punkową terminologią) na wszystko wyjebane, bo jest bogata i może robić co chce, a komentarze dotyczące jej „niekulturalnych” występów mało ją obchodzą. Myślę, że autor ma bardzo dużo racji, ale jedno się z całą pewnością nie zgadza – Miley nie jest bogata. A w każdym razie nie była w czasie, kiedy grała w serialu. Mistycyzm Popkulturowy niejednokrotnie pisał o tym, jak Disney traktuje swoich rysowników, którzy mimo ogromnej roli w budowaniu sukcesu marki nie mają praw do swoich prac.

Podobnie rzecz ma się z aktorami, zwłaszcza dziecięcymi, dla których disneyowskie role są przeważnie pierwszymi w karierze, przez co mają oni niemal zerową możliwość negocjowania umów. Podpisywane przez nich kontrakty opiewają na stosunkowo niewielkie sumy. Są one również niezależne od ogólnych zysków z produkcji, tymczasem biznes związany z dwoma produktami, Hannah Montana i High School Musical, stanowił w pewnym momencie około 1/3 globalnych zysków korporacji. Hannah Montana to oczywiście nie tylko serial i film pełnometrażowy, ale przede wszystkim ogromny rynek towarów – od koszulek z wizerunkiem Miley, poprzez pościele, kubki, szczoteczki do zębów, balony i talerze. To właśnie licencje na tego typu produkty stanowią gros zysków Disneya, a nie są to bynajmniej licencje tanie (należą do najdroższych na rynku). Miley, podobnie jak rysownicy Disneya, nie ma i nigdy nie miała żadnego finansowego udziału w tych zyskach. Może więc nic dziwnego, że nie chce już być kojarzona z firmą, która wprawdzie dała jej możliwość zaistnienia, ale z drugiej strony po prostu zrobiła ją na szaro.

Dzisiaj Miley w wywiadach mówi wprost, że w pewnym momencie była prawdopodobnie najgorzej zarabiającym członkiem obsady serialu, mimo że jej twarz stała się rozpoznawalna niemalże na całym świecie. Fot.: Sam Emerson, Copyright: Disney Enterprises, Inc

Kolejna ciekawa kwestia, która pojawia się w umowach Disneya z młodocianymi gwiazdami, to tak zwana „klauzula przyzwoitości” (morals clause). Zgodnie z tą klauzulą młodzi artyści nie mogą pić publicznie alkoholu, muszą się przyzwoicie ubierać i generalnie zachowywać się, jak na porządnych obywateli przystało. W efekcie ich wizerunek staje się bardzo „świętoszkowaty” – nie ma w nim miejsca na bunt czy nastoletnie wybryki. W końcu mają stanowić wzór dla dzieci i młodzieży na całym świecie.

Miley mogłaby napisać poradnik pt. „Jak pogrzebać dziecięcą gwiazdę w trzech krokach”.

Między innymi dlatego byli podopieczni Disneya mają później problem z przeistoczeniem się z dziecięcych sław w mniej lub bardziej dorosłych ludzi. Jest to zresztą nagminny problem z gwiazdami, które wcześnie zaczęły karierę (patrz: Justin Bieber albo członkowie rozmaitych boysbandów). Bardzo niewiele z nich jest w stanie w sposób bezbolesny przejść od produkcji dziecięcych do dorosłych. Wynika to m.in. ze znacznie większego społecznego nacisku na konieczność bycia „dobrym przykładem” dla młodszej widowni. Byłe dziecięce gwiazdy są poddawane ogromnej krytyce za wszelkie „dorosłe” zachowania. Nie mogą pić alkoholu ani uprawiać seksu, chociaż już dawno temu skończyły 18 lat. Nie wolno im też w żadnym wypadku być odmiennej orientacji. W efekcie większość z nich boryka się z depresją albo uzależnieniem od substancji psychoaktywnych, a często z jednym i drugim. W stajni Disneya właściwie wszystkie gwiazdki (z wyjątkiem może Hilary Duff) miały po zakończeniu kontraktu jakieś problemy: z narkotykami (chociażby Zac Efron), łamaniem prawa (Debbie Ryan, Shia LaBeouf, Misha Barton, Mitchel Musso i wielu innych), depresją, anoreksją, bulimią i podobnymi chorobami (Demi Lovato, Britney Spears, Lee Thompson Young, który popełnił w końcu samobójstwo), skandalami seksualnymi (Ashley Tisdale, Selena Gomez). Jedną z najsłynniejszych disneyowskich gwiazd, które nie poradziły sobie z presją sławy, jest oczywiście Lindsay Lohan, uzależniona od narkotyków i z wyrokami na koncie. Gwoździem do trumny w przypadku Lindsay okazał się jej związek z dj-ką Samanthą Ronson. Publiczność nie darowała jej romansu z osobą tej samej płci. W podobnej sytuacji zdaje się być Demi Lovato, która w kwestii swojej seksualności robi krok w lewo, dwa kroki w prawo, raz twierdząc, że jest biseksualna, by za chwilę się z tego stwierdzenia wycofać. Innym przykładem może być Britney Spears, która miała swego czasu ogromny problem z porzuceniem wizerunku cnotliwej dziewczynki. Do niemożności pogodzenia roli nastolatki z koniecznością przypodobania się dorosłej widowni doszła wrodzona nieśmiałość Britney, która w świetle kamer (poza koncertami) do dzisiaj czuje się wyraźnie nie na miejscu. Ogromna popularność dziewczyny, pod domem której w pewnym momencie nieustannie stało kilkunastu paparazzich, sprawiła że Britney kompletnie załamała się psychicznie i niemal przez dwa lata w ogóle nie wychodziła z domu.

Miley w wywiadach identyfikuje się jako osoba biseksualna, o płynnej tożsamości płciowej.

Tymczasem strategia Miley Cyrus była zupełnie inna. Ona po prostu rozniosła Hannah Montanę na strzępy niemal natychmiast po tym, jak skończył się jej kontrakt. Zamiast próbować spieniężyć poprzedni sukces, zaczęła kompletnie od nowa i to z zupełnie innej strony. Musiała się liczyć z tym, że część fanów po prostu ją odrzuci, a jednak zrobiła to. Nie wiem, na ile jej działanie było świadomą strategią marketingową, bo nie ulega wątpliwości, że Miley nigdy nie była grzeczną dziewczynką – to polityka Disneya sprawiła, że przez tyle lat musiała ukrywać, jaka jest naprawdę. W końcu to ona już w wieku 15 lat pojawiła się w rozbieranej sesji w magazynie Vanity Fair, wrzuciła do sieci swoje zdjęcia, na których niemal całuje się z przyjaciółką i leżała na wpół rozebrana na kolanach swojego chłopaka, a mając lat 17 tańczyła na rurze na rozdaniu Teen Choice Awards. Słynna afera twerkingowa była w pewnym sensie logiczną konsekwencją poprzednich „występów”. Część tych zachowań można zrzucić na karb wieku, ale nie zmienia to faktu, że Miley po prostu nigdy nie była subtelną, ułożoną dziewczynką. A kiedy skończył się jej kontrakt z Disneyem, mogła wreszcie zacząć robić to, na co zawsze miała ochotę.

Coraz więcej gwiazd pokazuje się z nieogolonymi pachami. Czy możemy już mówić o trendzie?

Źródłem kontrowersji jest nie tylko fakt, że Miley zaczynała jako dziecięca gwiazda, chociaż nie ulega wątpliwości, że gdyby pojawiła się na scenie po raz pierwszy jako 21-latka, z pewnością zostałaby odebrana inaczej. Ważne jest również, że tworzy muzykę określaną jako popularną. Chociaż granice tego, co można sprzedać jako pop, przesuwają się z roku na rok (spore zasługi ma tutaj Rihanna, która również zaczynała jako piętnastolatka, ale nigdy nie była stricte dziecięcą gwiazdą, i jej album Good Girl Gone Bad), to wciąż paradoksalnie mocno pruderyjne poletko. Mimo że półnagie tancerki w teledyskach raperów wyśpiewujących teksty o tym kogo, gdzie i jak mocno chcieliby posunąć są poniekąd standardem w branży, śpiewającym artystkom nie pozwala się na wiele. Mają odsłaniać ciało, owszem, ale potem powinny zapewniać swoich fanów, że są grzeczne i miłe, kochają swoje pieski i są wierne swoim chłopakom. Ich ciała muszą wyglądać w sztywno określony sposób, powinny być gładkie i szczupłe, wypukłe i wklęsłe w odpowiednich miejscach.  Nikogo nie interesuje, że Amanda Palmer, wokalistka punkowo-kabaretowego zespołu Dresden Dolls rozbiera się na scenie do goła i nie goli się pod pachami, bo ona należy do alternatywy. Ale włosy i nagie piersi artystki popowej interesują wszystkich, bo łamie zasady panujące w showbiznesie.

W swoich „Backyard Sessions” nagrywała m.in. z Joan Jett i Laurą Jane Grace, transpłciową założycielką punkowego zespołu Against Me! Zyski z inicjatywy przekazała w całości założonej przez siebie Happy Hippie Foundation, fundacji zajmującą się m.in. nieletnimi bezdomnymi i młodymi osobami LGTB.

„Ekcesy” Miley w rodzaju tańca na rurze dwadzieścia lat temu zmiotłyby ją ze sceny popularnej raz na zawsze (no dobra, może nie, w końcu wtedy tworzyła Madonna, ale z drugiej strony Madonna była tylko jedna, teraz „bulwersujących” artystek jest znacznie więcej), dzisiaj przynoszą jej mnóstwo pieniędzy. Może i jest na liście najbardziej znienawidzonych celebrytów, ale jednocześnie jej płyty sprzedają się doskonale, a koncerty wyprzedają się na pniu. Miley nie tylko pogrzebała głęboko koszmarek Disneya, ona jest częścią zmian zachodzących na scenie muzyki popularnej i wiele wskazuje na to, że może być na niej ważną postacią. Bo przy tym, w przeciwieństwie do wielu innych postdisneyowskich gwiazdek, Miley Cyrus ma olbrzymią charyzmę, którą widać było już wtedy, kiedy w wieku dwunastu lat brała udział w przesłuchaniach do roli Hannah.

W 2009 roku w polskich kinach pojawił się pełnometrażowy film Hannah Montana: The Movie, którego przesłanie mnie załamało. Ponieważ pewnie raczej go nie widzieliście, pozwolę sobie go streścić. Otóż fabuła w skrócie przedstawiała się tak, że Hannah Montana czyli Miley Stewart (trzy czwarte żartów serialu opierało się na założeniu, że Miley po założeniu blond peruki staje się nie do poznania i nikt nie wie, że ona to Hannah) zaczyna coraz bardziej gwiazdorzyć i tatuś za karę wysyła ją do rodzinnego Tennessee, by przypomniała sobie, kim jest naprawdę. Tam Miley dochodzi do wniosku, że ma już dość bycia gwiazdą i chce teraz być sobą. W finałowej scenie w trakcie koncertu w rodzinnej miejscowości dziewczyna przyznaje, że Hannah i Miley to ta sama osoba. Publiczność odpowiada, że i tak ją kocha, ale żeby założyła perukę z powrotem, bo oni wolą gwiazdę Hannah, a Miley w sumie mało ich interesuje. I to uchodzi za szczęśliwe zakończenie.

Nie macie pojęcia, jak mnie cieszy, że w prawdziwym życiu Miley Cyrus powiedziała wszystkim, że mogą sobie wsadzić w d… tę perukę.