Żyj krótko, umieraj pięknie

Podobno instynkt samozachowawczy nakazuje nam trzymać się życia za wszelką cenę. Ale czasami nachodzą człowieka autodestrukcyjne myśli. Żeby tak skoczyć z mostu. Przebiec przed rozpędzonym samochodem. Napić się wódki z gwinta. Zapalić.

Jak oni pięknie palą. Ja nie palę, ale jak na nich patrzę, to natychmiast mam ochotę popędzić do kiosku po fajki. Zatruć się trochę. Umrzeć trochę.

A potem potańczyć.

Z innej strony świata: XXY

Chyba każdy wielbiciel sztuki filmowej przechodzi moment kryzysu, spowodowany zmęczeniem, znużeniem, znudzeniem. Ta sama forma, ten sam styl, ten sam język, ci sami aktorzy.

Wychowaliśmy się głównie na kinie hollywoodzkim, ewentualnie francuskim, brytyjskim i polskim. Kino europejskie bywa świetne formalnie, nawet doskonałe. Kino hollywoodzkie stanowi znakomitą rozrywkę. Ale ani jedno ani drugie nie jest świeże. Rzadko ma się wrażenie, że oto, oglądając je, dotarło się w jakiś sposób do krańców naszej wiedzy i dotknęło czegoś nowego.

Z czasem to uczucie – że wciąż widzi się wariację na ten sam temat – zaczyna przeszkadzać w odbiorze. Trzeba odpocząć.

Jeśli ktoś z was również odczuwa coś podobnego, proponuję ucieczkę w inne rejony świata (ale jeśli nie, mimo wszystko bardzo taką wyprawę polecam). Na pierwszy rzut ekranu – do Argentyny.

xxy

XXY to rewelacyjny argentyński dramat, wyreżyserowany w 2007 roku przez  Lucíę Puenzo. Opowiada historię Alex, która ma piętnaście lat i jest chłopcem. A może dziewczyną. Właściwie nie wiadomo. Nie wiedzą tego lekarze ani rodzice, ani sam/a Alex. Tymczasem nadchodzi moment, kiedy Alex musi zdecydować, bo nie da się żyć w społeczeństwie, nie będąc ani mężczyzną, ani kobietą. Przecież nie chce być wynaturzeniem, odmieńcem, dziwadłem. A może jednak?

XXY jest nie tylko filmem o płci, rolach społecznych i dramacie bycia „pomiędzy”. To także wspaniała opowieść o dorastaniu, pierwszych seksualnych fascynacjach, rodzicielskiej miłości, akceptacji i poczuciu własnej wartości. Piękna wizualnie, świetnie zrealizowana i zagrana. I wbrew pozorom – niemal optymistyczna.

Pod każdym względem warto.

Gdzie moja historia?

Uwaga – wpis zawiera spojlery dotyczące seriali takich jak Homeland, Dexter, Grey’s Anatomy, House, Nurse Jackie i Californication

Natknęłam się ostatnio w sieci na nie najnowszy, ale za to bardzo ciekawy artykuł dotyczący finału pierwszego sezonu Homeland. Autor stawia w nim tezę, że Nicolas Brody powinien był zginąć. Wydaje się, że ma rację – gdyby twórcy zdecydowali się na uśmiercenie Brody’ego, zapewniliby sobie automatycznie miejsce w historii telewizji. Jednak tego nie zrobili, przez co zamiast odcinka rewelacyjnego, dostaliśmy zaledwie bardzo dobry. Pytanie – dlaczego nie zdecydowali się na ten krok? Oczywiście z przyczyn komercyjnych – grający Brody’ego Damian Lewis po pierwsze jest gwiazdą, a po drugie to właśnie na jego fantastycznym aktorstwie opiera się dużej mierze sukcesu serialu. Gdyby jego zabrakło, część widzów by odeszła. Być może nie udałoby się pozyskać nowych. Producenci nie chcieli ryzykować.

brody

Śmierć Brody’ego byłaby szalenie kontrowersyjna, a jednocześnie zapewniłaby serialowi Homeland miejsce w historii telewizji.

Z mojego punktu widzenia – wielka szkoda i to mimo, że Damiana Lewisa uwielbiam, a śmierć Brody’ego z pewnością mocno bym przeżyła. Jednak bardziej cierpię nie wtedy, gdy tracę ulubionego bohatera, a kiedy traci cała historia.

Po przeczytaniu artykułu zaczęłam się zastanawiać, jakie inne seriale mogłyby zyskać, gdyby wprowadziły w fabułę dramatyczne zmiany i doszłam do smutnych wniosków. Pytanie powinno raczej brzmieć „jakie seriale nie zyskałyby, wprowadzając w fabułę dramatyczne zmiany”, bo te, którym wyszło by to na dobre, można by wymieniać i wymieniać. Na myśl przychodzi chociażby Hank Moody, który w pierwszych dwóch sezonach Californication był całkiem zabawny, ale od trzeciego wzwyż jego wieczna niedojrzałość stała się po prostu niestrawna. Dexter, którego historia moim zdaniem powinna dążyć w jednym z dwóch kierunków – ujarzmienia mrocznej strony albo całkowitego przejścia na złą stronę mocy – a która tymczasem dryfuje kompletnie donikąd. Doktor House – przy odrobinie wysiłku mógł stać się jedną z najlepszych (i wciąż zabawnych) opowieści o egoizmie, samotności, depresji, odkupieniu i zmianie w amerykańskiej publicznej telewizji. Tymczasem skończył się tak, że właściwie wolę o tym nie pamiętać. I tak dalej, i tak dalej.

hank-moodyWieczny chłopiec Moody daje się znieść tylko przez pierwsze dwa sezony, potem coraz częściej mamy ochotę go udusić.

Zmiana jest koniecznością, jeśli chcemy stworzyć dobrą historię. Kiedy scenarzysta najgłupszego nawet hollywoodzkiego filmu siada do scenariusza, wie, że jego historia powinna dzielić się na trzy części. Pierwsza to przedstawienie bohatera. Druga – rozwinięcie, czyli faza, w której bohater doświadcza czegoś, co powoduje przemianę. I wreszcie zakończenie, gdzie zamyka się wszystkie wątki. Tymczasem scenarzyści serialowi uparcie i z premedytacją utykają w pierwszej części – ciągle od nowa przedstawiają bohaterów, usiłując wmówić nam, że żadne wydarzenia nie są w stanie ich zmienić.  Właśnie z tego powodu ludzie, których poznaliśmy w pierwszym sezonie Grey’s Anatomy, a którzy od tamtej pory musieli kilkakrotnie poradzić sobie ze śmiercią najbliższych, strzelaninami, niechcianymi ciążami, katastrofami lotniczymi i nie wiadomo czym jeszcze, wciąż zachowują się jak niedojrzali dwudziestokilkulatkowie.

nurse-jackie

Pomysły na seriale Doktor House i Siostra Jackie były bardzo podobne, co widać nawet po plakatach, ale wykonanie okazało się skrajne różne.

Oczywiście wiadomo, że ciężko jest prowadzić bohatera, jeśli nie wiemy, ile jeszcze czasu będziemy to robić. Być może będziemy pracować przy danym serialu osiem lat, a może zamkną nam go w połowie pierwszego sezonu. Wydaje się jednak, że gdyby oglądający wiedzieli, że historia dokądś zmierza, chętniej by przy niej pozostali (ale mogę też całkowicie się mylić). Tym bardziej, że to da się zrobić. Właśnie to obserwuję, nadrabiając czwarty sezon fantastycznego serialu Nurse Jackie. Główna bohaterka to zaplątana w gigantyczną sieć kłamstw lekomanka. Zamiast, jak to zazwyczaj bywa, patrzeć, jak cudem udaje jej się wybrnąć z najgorszych tarapatów, widzimy, jak zaplątuje się coraz bardziej, aż w końcu musi ponieść konsekwencje wcześniejszych wyborów. Być może dojrzeje, wyjdzie z tego mądrzejsza i silniejsza, ale na razie musi upaść na dno. I chwała twórcom serialu za to.

Pierwszy wniosek z moich rozważań jest więc taki – wszystkie seriale powinny mieć od początku zaplanowaną skończoną liczbę odcinków i sezonów. Inaczej z czasem bohaterowie mają tendencję do zmieniania się w karykatury samych siebie. Brytyjczycy zresztą praktykują od dawna ten model telewizji i całkiem nieźle na tym wychodzą.

Drugi wniosek zaś jest mało optymistyczny. Był taki moment, kiedy wydawało się, że seriale amerykańskie mogą dorównać kinu (jeśli chodzi o kino hollywoodzkie, to rzeczywiście – chyba nawet zdołały to zrobić), zarówno pod względem jakości, jak i popularności – produkcje nabrały głębi, bohaterowie stali się ciekawi, historie wydawały się dokądś prowadzić. Ten moment już minął. Okazuje się, że scenarzyści i producenci serialowi wciąż jeszcze powinni się od twórców filmowych sporo nauczyć.