Piękni panowie się kochają

Nie, to nie będzie wpis o Yuri on Ice. To będzie tylko czysto rozrywkowe zestawienie teledysków o miłości między mężczyznami. Ocenionych w pluszowo-jednorożcowo-tęczowej skali, bo czemu by nie.

Troye Sivan Youth

Troye taki młody, słodki i niewinny. Teledysk oceniam na trzy pluszowe misie i dwa jednorożce.

Matt Alber End of the world

Panowie tak pięknie tańczą! I ten pocałunek! Trzy jednorożce i tęcza.

The Last Shadow Puppets Miracle Aligner

Duży plus za włoskie inspiracje i budowanie napięcia. Ale końcówka nieco rozczarowuje. Daję tylko dwa pluszowe misie.

Take That Do what you like

Dobra, tak naprawdę ten teledysk nie zawiera panów, którzy się kochają. Ale zawiera półnagich mężczyzn w srebrnych slipach, którzy obrzucają się galaretką, a to przecież prawie to samo, prawda? Jednorożec i cztery tęcze!

Year & Years Desire ft. Tove Lo

Is it desire? Or is it love? Hm, trudno powiedzieć. Może obejrzę jeszcze raz. Trzy tęcze.

Macklemore and Ryan Lewis featuring Mary Lambert Same Love

Nie dość, że ładne, to jeszcze z przesłaniem. Dwa misie, dwa jednorożce i jedna tęcza.

Steve Grand All-American Boy

Oczy sarenki i złamane serce. Cztery pluszowe misie.

Joey Graceffa Don’t Wait

Bajki, w których zamiast księżniczki są dwaj książęta? Pewnie że tak. Dużo jednorożców.

The Knife Pass This On

Dobra, wrzucałam ten teledysk z pięć milionów razy, ale on jest po prostu najlepszy. Nawet tęczy już mi na niego zabrakło.

Kuebiko, anemoia, saudade, czyli kiedy brakuje słów

autumn

Za każdym razem, kiedy robię naleśniki, z jakiegoś powodu myślę o smażonym kurczaku z powieści Hotel Paradise Marthy Grimes, i czuję… no właśnie co? Nostalgię? Tęsknotę za nieistniejącym światem? Zawsze brakowało mi słowa na określenie tego uczucia. Ale, jak się okazuje, w innych językach istnieją określenia stanów, na które w polskim nie mamy słów. Postanowiłam podzielić się z wami kilkoma, których mi brakowało.

Kuebico
Źródło: The Dictionary of Obscure Sorrows z jęz. japońskiego
Stan zmęczenia wywołany zetknięciem z bezmyślną przemocą

lights-in-the-tree

Fernweh
Źródło: jęz. niemiecki
Pragnienie podróży, tęsknota za czymś odległym, również miejscami, w których się nigdy nie było

Saudade
Źródło: jęz. portugalski
Silne nostalgiczne pragnienie znalezienia się znów blisko kogoś lub czegoś, co kochaliśmy i straciliśmy, a co może nigdy nie powrócić

tumblr_nopnvassr41tl1dl9o1_1280

Ichigo ichie
Źródło: jęz. japoński
Coś w rodzaju “nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”, ale dotyczące ludzi, termin oznaczający, że powinniśmy celebrować każde spotkanie z bliskimi, bo drugi raz się nie powtórzy

Lutalica
Źródło: The Dictionary of Obscure Sorrows z jęz. serbsko-chorwackiego
Poczucie, że nie mieścimy się w szufladkach, do których nas włożono, jakaś część naszej osobowości do nich nie pasuje

Anemoia
Źródło: The Dictionary of Obscure Sorrows
Tęsknota za czasami, w których się nie żyło, za przeszłością, która dawno już minęła

Komorebi
Źródło: jęz. japoński
Światło przesączające się przez liście w lesie

Mangata
Źródło: jęz. szwedzki
Ślad księżyca na wodzie

mangata

Mamihlapinatapei
Źródło: jęz. Yaghan (Ziemia Ognista)
Znaczące spojrzenie, wymieniane w milczeniu przez osoby, które chciałyby coś zacząć, ale się boją

Piękno i dobro – gry paragrafowe online

wehikuł czasuPamiętacie, jak na początku lat 90-tych można było tu i ówdzie dorwać wynalazek zwany grą czy też książką paragrafową? Było to nawet całkiem modne. Chodzi o takie książeczki, w których na koniec strony można było wybrać, co by się chciało dalej zrobić, a książka odsyłała do odpowiedniego paragrafu w zależności od naszego wyboru. Strasznie mi się to podobało. Czytałam ich chyba kilka, jedna z pewnością dotyczyła tematyki morsko-pirackiej. Prawdopodobnie była to książka z serii Wehikuł Czasu, którą widzicie po lewej.

Tak czy inaczej, nie raz myślałam, że internet to idealne medium do tego typu zabaw. Pisałam nawet o tym przy okazji tekstu dotyczącego Pottermore. Ale jakoś nigdy nie znalazłam nic ciekawego w temacie. Aż do przedwczoraj, kiedy przeczytałam bardzo fajny tekst Łukasza z blogu Bobrownia (który zresztą niniejszym serdecznie wam polecam – i tekst, i bloga) dotyczący gier z długą fabułą. W komentarzach zaczęliśmy rozmawiać o tym, co kto lubi w grach i Łukasz, niech mu gwiazdka pomyślności nigdy nie zagaśnie, podrzucił mi link do strony Choice of Games. A tam znajdują się dokładnie takie gry paragrafowe, jakimi się kiedyś zachwycałam, w dużej ilości i rozmaitej tematyce. I w dodatku lepsze, bo jeszcze są statystyki, które się modyfikują w miarę postępu gry i rozmaite achivementy. Część z nich jest płatna, ale są też opcje zupełnie darmowe. Najpierw zagrałam smokiem w Choice of Dragon, próbując uzyskać różne rezultaty. Teraz gram wampirem w Nowym Orleanie. A to dopiero początek.

Poza tym Łukasz podrzucił również linkę do zestawienia gier tekstowych na PCWorld, które zawiera całą długaśną listę podobnych dzieł. Jeśli więc, jako i ja, lubicie podobne zabawy, serdecznie polecam te strony. I wracam do grania.

Czy filmu trzeba się nauczyć? cz. I. Teledysk.

Jakiś czas temu Zwierz Popkulturalny zaproponował blogerom zabawę w stworzenie listy dziesięciu filmów, które powinno się obejrzeć, jeśli chce się dowiedzieć tego i owego o kinie.

Nawet Zwierz nie wie, jak bardzo trafił w moje zainteresowania tym wpisem. Otóż pewnie tego nie wiecie, ale jednym z moich licznych zajęć jest praca w szkole. Zajmuję się prowadzeniem warsztatów filmowych i usiłuję nauczyć piętnastolatki czegokolwiek o filmie. Czegokolwiek. Teraz nastąpi rant edukacyjny, kto nie chce, niech nie czyta, tylko przejdzie od razu do ciągu dalszego.

[rant mode on] Otóż Zwierz w swoim tekście słusznie zauważa, że kina się ludzi nie uczy. W szkole nie ma obowiązkowych zajęć filmowych. Rządzi książka (co, jak sądzę, tylko częściowo spowodowane jest brakiem finansowych możliwości zainstalowania w szkołach rzutników czy tablic multimedialnych) i to literatura uważana jest za jedynie słuszne narzędzie edukacji, źródło piękna, przeżyć estetycznych, patriotycznych oraz wszelakich innych. Oglądanie ekranizacji uważa się za pójście na łatwiznę (nikomu nawet nie przyjdzie do głowy, żeby pokazać, że ekranizacja też może być sztuką, a w nieśmiertelnej rozprawce pt. „Co ci się bardziej podobało – książka czy film?” jedynie słuszną odpowiedzią jest „książka”, a jedynym argumentem, jaki młodzi ludzie potrafią podać, jeśli bardziej podobał im się film, to „bo był krótszy”. I wcale ich za to nie winię), oglądanie filmów ma miejsce na tzw. wolnych lekcjach, czyli zastępstwach albo przy okazji świąt czy innych imprez i niemal nigdy nie jest poprzedzone choćby podstawowymi informacjami z dziedziny filmoznawstwa, takimi jak nazwisko reżysera czy podanie nazwy gatunku. Nie uczy się historii kina niemal w żadnym aspekcie, a elementy wiedzy filmowej, pojawiające się w programie języka polskiego w rodzaju informacji o tym, czym jest kadr, jakie mamy plany filmowe i co to jest scenariusz, siłą rzeczy należą do dziedziny wiedzy abstrakcyjnej, bo jak można tego nauczyć, jeśli nie ma tego jak pokazać?

I wszystko byłoby może w porządku, gdyby było pięćdziesiąt lat wcześniej. Telewizja wtedy była towarem umiarkowanie dostępnym, do kina chodziło się od czasu do czasu i przekaz wizualny docierał do nas z rzadka i w sposób niezbyt inwazyjny. Tylko że od tamtej pory świat dramatycznie się zmienił. Kino ma już szczęśliwie 120 lat. Dawno przestało być tylko sztuką jarmarczną, pustą zabawą (jakieś 100 lat temu mniej więcej). Zresztą nie muszę was o tym przekonywać. Ale nie to jest najważniejsze. Film przestał być dla nas jedynym źródłem wizualnych bodźców. Mamy programy telewizyjne, internet, reklamy, które atakują nas nawet w metrze i autobusie. I zupełnie nie mamy wiedzy, jak to na nas działa, z czym to się je i co z tym zrobić.

Dzieciaki też tego nie wiedzą. Nie znają języka reklamy, nie wiedzą, jak można zmanipulować przekaz telewizyjny czy film dokumentalny. Są podatni na wpływy, łatwo ich wykorzystać. Chłoną wizję świata przekazywaną przez media bezrefleksyjnie i nasiąkają nią często wbrew woli rodziców i nauczycieli, którzy próbują wtłoczyć im do głów, że literatura jest lepsza, ale z góry skazani są na porażkę. Nic w tym zresztą dziwnego – w końcu sami nauczyciele często wiedzy dotyczącej mediów nie mają, a nawet jeśli mają, to nie mają jej kiedy przekazać, bo podstawa programowa, bo brak godzin, bo nie wiadomo, nauczyciel jakiego przedmiotu miałby się tym niby zająć. Dzisiejsza szkoła tak strasznie nie nadąża za rzeczywistością, że aż zęby bolą. [rant mode off]

I właśnie dlatego postanowiłam napisać ten tekst. Rzucam w nim garścią pomysłów, jak można wykorzystać filmy, trailery, reklamy czy teledyski w szkole (i nie tylko).  Bo może ktoś z was jest nauczycielem na stałe albo dorywczo i będzie miał ochotę choć jedną swoją lekcję zużyć, żeby nauczyć młodzież czegoś o świecie mediów. Myślę, że to się może udać na lekcji języka polskiego, angielskiego czy innego języka, WOS-u ,a nawet historii. Gorzej z przedmiotami ścisłymi, ale chylę czapkę z głów przed tym, kto wymyśli, jak przemycić teledysk na lekcji fizyki, żeby to miało sens 🙂 A jeśli nie, to może macie młodsze rodzeństwo, kuzynów, znajomych, którym można podetknąć coś więcej niż tylko standardową sieczkę. Albo którym wyjaśnicie, skąd się wziął jakiś trop, motyw, element. Zawsze to jedna więcej młoda osoba, która zastanowi się nad tym, co widzi.

Postanowiłam zacząć od teledysku. Dlaczego? Po pierwsze, jest to forma atrakcyjna dla młodzieży (która szeroko otwiera oczy, kiedy mówicie „dzisiaj będziemy oglądać teledyski”. Że jak to? Teledyski na lekcji? I to ma być nauka?). Po drugie, teledyski mają to do siebie, że są krótkie i spokojnie można na jednej godzinie lekcyjnej obejrzeć ich nawet kilka. Po trzecie, teledysk często posługuje się metaforą i symbolem, dzięki czemu łatwo o mnogość interpretacji i ciekawą rozmowę.  Historię teledysku znajdziecie bez problemu w internecie.

Co warto jeszcze powiedzieć uczniom? Teledysk to nadzwyczaj pojemna i najbardziej eksperymentalna forma wizualna kultury masowej. W przeciwieństwie do filmu doświadczamy jej na poziomie zmysłowym, nie musi być narracyjna. Teledysku nie musimy rozumieć, wystarczy, że go poczujemy, że wzbudzi nasze emocje. Pod tym względem przypomina sen, ma często oniryczny, nielogiczny charakter. Teledysk to również jedna z najbardziej demokratycznych form wizualnych – mieści w sobie wszystko, od straszliwego kiczu i sztampy po arcydzieła, zwłaszcza że stosunkowo nieźle znosi amatorszczyznę i niskie budżety.

Poniżej całkowicie subiektywna lista dziesięciu teledysków, które moim zdaniem warto pokazać ludziom młodszym od siebie (którzy urodzili się za późno i nie wychowali się jak ja na ciekawych teledyskach puszczanych przez Viva Zwei albo MTV), a jeśli się ich nie zna, zobaczyć samemu. Jedne są łatwiejsze w odbiorze, inne trudniejsze. Część jest mocno brutalnych i mogą się nie nadawać do pokazania na lekcjach, jeśli macie upierdliwego dyrektora, młodzież jest młoda, a rodzice się czepiają. To tylko propozycje, które mają was przekonać, że teledysk też może być sztuką i że warto brać go pod uwagę w dyskusjach o mediach.

Take On Me  A-ha, reż. Steve Barron

Chociaż wśród największych dzieł w dziedzinie teledysku w latach 80-tych wymienia się najczęściej Thriller Michaela Jacksona, wolę ten teledysk. Niemal w ogóle się nie zestarzał (oczywiście jeśli nie patrzeć na ciuchy i fryzury) i wciąż robi wrażenie. Ponadto ma wyraźnie zarysowaną fabułę, więc łatwo go zrozumieć i dobrze się sprawdza, kiedy chcemy opowiedzieć o historii i ewolucji gatunku.

Praise You Fatboy Slim, reż. Spike Jonze

Teledysk, który jednocześnie jest filmem z gatunku mockumentary. Widoczny w nim pokaz taneczny został odegrany przez grupę aktorów na ulicy jednego z amerykańskich miast. Reakcje widzów zostały sfilmowane przez nich samych, nieświadomych, że biorą udział w zaaranżowanej sytuacji.  Liderem grupy tańczących jest sam Spike Jonze, który z wielkim zaangażowaniem odgrywa swoją rolę. Więcej o teledysku możecie przeczytać choćby na Wiki.

Hurt Johny Cash, reż. Mark Romanek

Genialny teledysk, doskonale nadający się do wykorzystania na lekcji polskiego, plastyki, historii sztuki czy angielskiego. Po pierwsze, żeby go zrozumieć, trzeba o nim poczytać, dowiedzieć się, jakich materiałów użyto do produkcji, poznać kontekst – świetne zadanie domowe. Po drugie, jest to cover, warto więc zapoznać się z oryginalną wersją, porównać je i porozmawiać o tym, jak różne treści niosą oba utwory mimo identycznego niemal tekstu. Po trzecie, aż roi się w nim od motywów barokowych, warto więc zwrócić uwagę na zawartą w nim symbolikę.

Rabbit In Your Headlights, UNKLE, reż. Jonathan Glazer

Moim zdaniem to najlepszy teledysk w historii. Zostaje z człowiekiem na zawsze. Przekaz emocjonalny jest tak silny, że uczniowie płaczą na lekcjach 😉 Dobry punkt wyjścia do dyskusji o obłędzie i statusie szaleńca w literaturze, filmie itp.

Pass this on, The Knife, reż. Johan Renck

Dobry punkt wyjścia do dyskusji o stereotypach. Warto powiedzieć uczniom, że zespół pochodzi ze Szwecji i opowiedzieć o tym, jak wygląda tam sytuacja mniejszości narodowych czy seksualnych.

Only You Portishead, reż. Chris Cunningham

Doskonały przykład teledysku nakręconego w onirycznym stylu. Chris Cunningham to perfekcjonista, który w tworzone przez siebie teledyski wkłada całą duszę. Aby nakręcić Only You, bezlitośnie przytapiał odtwórców głównych ról przez tydzień w basenie z wodą. Ale za to efekt jest doskonały – mamy wrażenie, że oglądamy zapis czyjegoś sennego koszmaru, prawa fizyki zawodzą a niebezpieczeństwo jest nieokreślone, lecz jakże realne.

Stress Justice, reż. Romain Gavras

Wyjątkowe zestawienie muzyki z obrazem – teledysk, który bardzo silnie działa na emocje. Kombinacja zgrzytliwych, męczących dźwięków i przerażającej treści sprawia, że mamy ochotę uciec. Jednocześnie dobry punkt wyjścia do dyskusji o kwestiach rasowych, czy problemie imigrantów w krajach europejskich.

Stonehenge Ylvis, reż. Ole Martin Hafsmo

Teledysk z zupełnie innej beczki. Ylvis robi piosenki, które są zamierzoną parodią. W przypadku Stonehenge mamy do czynienia z parodią popowej ballady. Warto pokazać w zestawieniu z teledyskami np. One Direction czy zapomnianego już nieco Babe Take That i wskazać typowe elementy. Dzięki temu łatwo wyjaśnić, jak bardzo te piosenki są generyczne (i teledyski też).

Army of me, Björk, reż. Michel Gondry

Michel Gondry tworzy w swoich teledyskach (i nie tylko, znacie Science of Sleep?) zaskakujące wizualnie światy. Piękne i niepokojące. Björk zaś ma spore zasługi na polu rozwoju sztuki teledysku, więc warto pokazać chociaż jeden z jej klipów dla przykładu.

Time to dance, The Shoes, reż. Daniel Wolfe

Jest sporo teledysków, w których gwiazdy kina występują w nietypowych dla siebie rolach, często pozwalających im przełamać ekranowe emploi. Jake Gyllenhaal tutaj w roli psychopatycznego mordercy. Więcej propozycji teledysków ze znanymi aktorami znajdziecie w świetnym wpisie Myszy.

 

PS. Nie ma na liście teledysków Finchera, Nicola ani innych świetnych reżyserów, nie ma wielu świetnych produkcji Aphex Twin, Massive Attack, Arcade Fire czy Lady Gagi. Mogłabym wymieniać dalej, ale jak dziesięć to dziesięć. Trzeba się jakoś ograniczać.

PS. 2. Ciąg dalszy wpisu prawdopodobnie nastąpi i będzie w nim o filmach krótko i średniometrażowych. Ale nie wiem, kiedy zdołam go dokończyć, bo dostałam pilną robotę, więc pewnie na pisanie dla przyjemności zabraknie już czasu.

O pęknięciach w szklanym suficie.

Można nie przepadać za serialami Shondy Rhimes, można się czepiać, że ta czy tamta bohaterka nie taka silna/fajna/dobra, jak by się mogło z pozoru wydawać, że akcja się wlecze i że wszystko to naciągane (tak jakby faceci zawsze robili tylko świetne seriale z doskonałymi bohaterami, trzymającymi się kupy, świetnie reprezentującymi męski rodzaj itd.).

Ale jedno trzeba jej przyznać – pisać przemowy to ona potrafi.

No popłakałam się.