Zapełnić pustkę

Muszę się wam do czegoś przyznać. Oszukiwałam. Pisałam o filmie Take This Waltz Sarah Polley jako o przykładzie dobrego filmu opowiedzianego z perspektywy kobiecej, wiedząc, o czym on jest, kto go wyreżyserował i kto napisał scenariusz, ale samego filmu nie widziałam. Aż do wczoraj. I całe szczęście, że wreszcie go zobaczyłam, bo był to najlepszy film, jaki obejrzałam w tym roku.

Dlaczego w ogóle po niego sięgnęłam? Śledzę karierę reżyserki i autorki scenariusza, Sarah Polley, od czasu, kiedy wystąpiła u Isabelle Coitex w dwóch filmach – Moje życie beze mnie i Życie ukryte w słowach. Nie są to filmy bez wad, ale pokazują ludzi w sposób absolutnie uroczy – jakby byli z natury dobrzy. Wydawało mi się, że Polley może podzielać ten pogląd na świat. A ponieważ sama zawsze chciałam w to wierzyć, starałam się sięgać po jej filmy. Dość niedawno odkryłam, że sama zabrała się za reżyserię i postanowiłam nadrobić zaległości (Away From Her czeka na lepsze, mniej depresyjne czasy).

TakeThisWaltz-2

Take This Waltz to kameralny film, opowiadający o młodej kobiecie, która pewnego dnia odkrywa, że nie jest szczęśliwa ze swoim mężem i wikła się w romans z sąsiadem (według opisu dystrybutora Margo „żyje w szczęśliwym małżeństwie”, ale moim zdaniem to nadinterpretacja). Główna bohaterka to taka „neurotyczna osobowość naszych czasów” – rozchwiana, emocjonalna, zalękniona, podatna na wpływy dziewczyna. Gra ją doskonale Michelle Williams, tworząc postać, z którą trudno jest sympatyzować, która irytuje swoim rozmemłaniem, niedojrzałością, lolitkowatym urokiem. Irytuje, ale myślę, że wielu z nas ma w sobie taką Margo – dziecinną postać, która chciałaby, żeby rzeczy zawsze układały się po jej myśli i której wydaje się, że jeśli będzie wystarczająco długo płakać, wszechświat wysłucha jej  i wreszcie będzie mogła być szczęśliwa. Margo chce mieć wszystko na raz i zdaje się nie rozumieć, że dorosłość to sztuka wyboru. Z jednej strony obawia się „bycia pomiędzy”, z drugiej – tkwi wiecznie zawieszona w jakimś nieokreślonym oczekiwaniu. Na lepsze czasy, na miłość jak z bajki, na szczęście.

Wbrew pozorom Take This Waltz nie jest jednak filmem o miłości, a w każdym razie nie wyłącznie o niej. Ciekawa jest mnogość interpretacji, na jaką natknęłam się, czytając recenzje już po obejrzeniu filmu. Jedni piszą, że to film o rozpadzie związku. Inni, że o poszukiwaniu siebie. Jeszcze inni, że o monotonii albo o potrzebie zdrady, nieuniknionej w małżeństwie. Wszystko to prawda – można powiedzieć, że jest to film o zakochaniu w takiej samej mierze, w jakiej jest to film o rozstaniu. Ale dla mnie Take This Waltz to przede wszystkim film o pustce, którą wielu z nas w sobie nosi (może nawet wszyscy). Pustce, której nie da się niczym wypełnić – miłością, alkoholem ani seksem. Trzeba nauczyć się z nią żyć i dopiero wtedy ma się szansę na szczęście. Bohaterka wydaje się zupełnie nieświadoma faktu, że taką pustkę w sobie ma i popełnia raz za razem te same błędy. Dopiero ostatnia scena filmu pozwala przypuszczać, że rzeczywiście dojrzała.

Michelle-Williams-and-Seth-Rogen-in-Take-This-Waltz

Przy okazji film rozprawia się z pewną kliszą, która wyjątkowo mnie irytuje, a która jest wszechobecna w kinie amerykańskim. Chodzi mianowicie o przekonanie, że kiedy na horyzoncie pojawi się nowy, wspaniały Ktoś, należy bezwzględnie porzucić obecnego i gonić za ułudą idealnej miłości. Bo przecież mamy do niej prawo. Nie cierpię tego motywu. Take This Waltz pokazuje, co taka pogoń nam daje, ale i co nam zabiera. Bez oceniania, stawania po którejkolwiek ze stron, pokazuje „za” i „przeciw”.

Wielką siłą filmu jest niezwykły, oniryczny wręcz klimat. Dzięki zastosowaniu filtrów wzmacniających kolor poszczególne sceny zmieniają się w niezwykły kalejdoskop barw, przez co mamy wrażenie, że to, co przytrafia się Margo, jest jakby nierzeczywiste. Wszystko podszyte jest jakąś melancholią późnego lata, jeszcze gorącego i pełnego barw, a jednocześnie już zabarwionego nadchodzącą jesienią. Momentami miałam wrażenie, że oglądam baśń, przypowieść bardziej niż realną opowieść o życiu konkretnych ludzi. Mniej więcej do połowy filmu zastanawiałam się zresztą, czy bohaterka przypadkiem nie wyobraziła sobie tego całego Daniela i czy on w ogóle istnieje. Coś w nim wydawało się bowiem zbyt dobre, żeby mogło być prawdziwe – pojawiał się zawsze tam, gdzie była ona, obserwował ją, niezauważany przez nikogo innego. Był jak odpowiedź na jej prośby, których nie ośmieliła się sformuować nawet w myślach.

Nie będę się upierać, że Take This Waltz to idealny film. Wręcz przeciwnie, miejscami był chropowaty, kilka scen mi się nie podobało. Inne natomiast były doskonałe, jak scena w kawiarni czy na karuzeli, tak pełne napięcia seksualnego, że można kroić je nożem, znacznie bardziej erotyczne niż jakiekolwiek sceny rozbierane. Kilka metafor było może nieco zbyt dosłownych (kurczak!). Niektórzy narzekali, że autorka zanadto wykłada kawę na ławę i najważniejsze rzeczy mówi wprost, ale dla mnie ten film nie był tak całkiem wprost i o ile zdołałam się zorientować, w internecie interpretacje poszczególnych scen bywają naprawdę krańcowo różne, więc trudno tu mówić o dosłowności. Myślę, że ten film odbiera się przede wszystkim emocjami i jeśli ktoś nie ma w sobie tych emocji, nie ma szans go polubić.

take this waltz 1

Michelle Williams i reszta obsady sprawdzili się moim zdaniem świetnie, nawet Seth Rogen, który wyjątkowo jest zupełnie zwykłym facetem. Obsadzenie go w roli Lou było ze strony Polley ryzykownym posunięciem, ale okazało się trafione. Podobnie sprawdza się Sarah Silverman w roli siostry Lou, walczącej z nałogiem alkoholiczki. Chociaż to głównie z jej udziałem nakręcono nieliczne sceny o wydźwięku humorystycznym, nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z postacią dramatyczną, a wszystko dzięki świetnemu występowi aktorki.

A wracając do początku wpisu – owszem, jeśli mowa o udanych z feministycznego punktu widzenia bohaterkach, uważam, że Margo taką bohaterką jak najbardziej jest. Czy ją polubiłam? Niekoniecznie, choć jednocześnie jej walka z samą sobą była mi bardzo bliska. Niemniej Margo reprezentuje pewien typ wrażliwości i postrzegania świata, który rzadko ma okazję zaistnieć na ekranie, a który przecież wśród kobiet często się zdarza. I nie chcę tutaj nikogo obrażać ani prezentować postawy ageistycznej, ale wydaje mi się, że Take This Waltz nie jest filmem dla nastolatków, ani nawet dla dwudziestolatków. Chociaż jego bohaterowie mają koło trzydziestki, w rzeczywistości targetem tego filmu wydają mi się ludzie nieco starsi, dla których dylemat „ciągnąć dotychczasowy związek czy zaryzykować wszystko dla czegoś kompletnie nowego” naprawdę staje się dramatycznym życiowym wyborem. A przecież dziesięć lat wcześniej odpowiedź na to pytanie wydawała im się oczywista. Ale to było wtedy, kiedy świat był jeszcze czarno-biały. Dziś wszystko tonie w szarości, która u Sarah Polley ma takie piękne, nasycone kolory.

Geena Davis Archery Tricks!

Geena-Davis_510x380

Okej, właśnie oficjalnie zakochałam się w Geenie Davies.

Na wypadek, gdybyście nie wiedzieli, Geena Davies stworzyła Geena Davies Institute on Gender in Media, który prowadzi wielce interesujące badania dotyczące reprezentacji kobiet w mediach. Poza tym jest członkinią Mensy i niemal zakwalifikowała się do amerykańskiej reprezentacji łuczniczek przed Olimpiadą w 2000 roku. Inteligentna, wysportowana, zaangażowana społecznie – czego jeszcze chcieć?

Przy okazji – zaczyna was być coraz więcej i zastanawiam się, czy nie założyć Kaczej Zupie strony na FB. Mogłabym tam spamować linkami do feministycznych tekstów i zdjęciami niekompletnie ubranych ludzi. Co wy na to?

Fantastyko! Co ja mam z tobą zrobić?

Odkryłam niedawno, że mam problem z literaturą fantastyczną. Co jest bardzo smutne, albowiem lubię literaturę fantastyczną. Mój problem z literaturą fantastyczną polega mianowicie na tym, że jest ona jakaś taka mało fantastyczna.

Wiadomo, literatura gatunkowa ma to do siebie, że operuje pewnymi schematami. Czasami mniej lub bardziej świadomie te schematy łamie, a czasami jest tak dobrze napisana, że schematy przestają nam przeszkadzać. Jednak ostatnio tak sobie pomyślałam, że mało jest fantastyki, która naprawdę wybiłaby nas ze schematów myślowych, którymi na co dzień się posługujemy. Zazwyczaj opisywany świat jest jakąś formą tego, co znamy (i przeważnie jest to forma raczej nam bliższa niż dalsza). Poniekąd jest to zasada zrozumiała – w końcu czytać o czymś, czego kompletnie nie rozumiemy, jest mało przyjemnie.

Zemsta_najlepiej_smakuje_na_zimno_-_art_PL_M

Szkoda tylko, że w gatunku, który ma w sobie taki potencjał (piszemy fantastykę! możemy stworzyć wszystko!), rzadko zdarza się coś, co naprawdę różniłoby się od reszty. Pół biedy jeszcze, kiedy zaczynamy czytać książkę, która od początku niczego nie udaje. I tak na przykład nie mam specjalnie pretensji do Joe Ambercombiego, że świat przez niego stworzony nie jest szczególnie rozbudowany i ciut zanadto przypomina ponurą wariację na temat średniowiecza. Chociaż mamy w jego książkach pewne przełamanie schematów (zamiast miłego, przystojnego bohatera-herosa jest banda pchanych rządzą zemsty zwyrodnialców), jego książki nie wychodzą właściwie poza ramy gatunku. Ale to nie szkodzi – w końcu od początku wiemy, na co się pisaliśmy. Znacznie gorzej jest wtedy, kiedy zaczynamy czytać coś, co wydaje się być nowe, świeże, świetnie napisane i w ogóle ach!, a potem okazuje się, że czytamy tę samą historię po raz tysiąc pięćset sto dziewięćdziesiąty dziewiąty.

I takie właśnie miałam uczucie, kiedy zaczęłam czytać Pana Lodowego Ogrodu Grzędowicza. Jak mnie ta książka na początku zachwyciła! Połączenie technologii z magią, bohater rzucony w kompletnie nowy świat musi dostosować się do obcych warunków, radzić sobie w kulturze, której nie rozumie i jednocześnie nie dać się zdemaskować. Po prostu cudo. Pierwszy tom czytałam z wypiekami na twarzy (choć im bliżej końca, tym bardziej czułam narastające WTF), każdy kolejny z coraz większym rozczarowaniem. A z czwartego tomu przeczytałam pierwsze 30 stron i leży… A ja jestem wściekła, bo autor zmarnował taki potencjał. Bohater przystosował się do warunków panujących w kompletnie obcym mu świecie tak szybko, jakby wyjechał z Warszawy do Radomia, a świat przedstawiony okazał się być niezbyt wymyślną wersją świata Wikingów i baśniowego Bliskiego Wschodu.

i-pan-lodowego-ogrodu-tom-4

Owszem, pojawiają się jakieś (nawet liczne) nawiązania, tropy literackie, wariacje na temat dzieł sztuki. Fajnie. Ale jednocześnie fabularnie mamy nudę, nudę i jeszcze raz nudę. Biją się, uciekają, biją, wypruwają sobie flaki, gadają z wróżkami (ta wróżka to był gigantyczny strzał w kolano. Serio, tak debilnego pomysłu w literaturze dawno już nie widziałam), znów się biją. I tak w kółko, czyli fantasty najbardziej podstawowego typu. Zero próby pokazania obcych obyczajów, wartości, innej moralności, zero problemów z powodu bycia kimś nie z tego świata. Smutek, bo książka jest naprawdę dobrze napisana, a mimo to bardzo rozczarowuje.

Kompletnie odwrotnie było za to serią Rivers of London Bena Aaronovitcha. Podobnie jak przy książce Grzędowicza zachwyciłam się właściwie od pierwszej strony (no, może od drugiej), tylko tym razem zachwyt z czasem wcale mi nie minął. Wręcz przeciwnie – przeczytałam wszystkie trzy tomy i czekam z niecierpliwością na kolejny (właśnie przy okazji sprawdzania szczegółów odkryłam, że czwarty tom jest dostępny! O radości!). Książki bynajmniej nie są wolne od błędów fabularnych (na przykład nie rozumiem zamiłowania autora do scen pościgu, które może i sprawdzają się w filmach, ale nie w książkach), jednak nie zmienia to faktu, że czyta się je z autentyczną frajdą. Dlaczego? Bo są inne. I nie mam tu bynajmniej na myśli innowacyjnej koncepcji połączenia kryminału z fantastyką (w końcu nie jest taka znowu innowacyjna). Rivers of London, w przeciwieństwie do większości współczesnej literatury fantasy, zamiast kreować inność w wyimaginowanych światach, opisuje obcość w świecie, który nas otacza. Robi to na tyle dobrze, że widzimy tę inność i zaczynamy ją rozumieć, a to trudna sztuka.

rivers-of-london

Naprawdę dobra fantastyka wychodzi poza schematy. Vuko Drakkainen jest dobrze napisaną, dowcipną postacią, ale jednocześnie kompletnie niczym się nie wyróżnia z plejady innych fantastycznych bohaterów. To już Wiedźmin ze swoimi dylematami moralnymi był zdecydowanie ciekawszy, a przecież trudno też powiedzieć, żeby Wiedźmin (przy całym dla niego szacunku i uwielbieniu) szczególnie łamał stereotypy. Tymczasem nawet jeśli mamy do czynienia z bardzo europocentryczną prozą, jak na przykład u Martina, którego świat mocno oparty jest o realia europejskiego średniowiecza, nie musi to być proza banalna. Wręcz przeciwnie, Martin dość dobrze rozprawia się z rozmaitymi mitami dotyczącymi szlachetnego rycerstwa, arystokracji itp., nie mówiąc już o tym, że u niego bohaterami często są ci, którzy w literaturze pojawiają się w najlepszym wypadku na drugim planie jako ciekawe tło.

Ciekawie jest obserwować zmagania bohatera z wrogami, ale jeszcze ciekawej – jego zmagania z samym sobą. Nie wiem, może naprawdę jestem skrzywiona, ale wydaje mi się, że to, co interesujące, prędzej wydarzy się na styku kultur niż w samym środku tego, co tak dobrze znamy.

PS. Celem znalezienia ciekawej ilustracji wpisałam w google hasło „fantasy”. Wyniki niestety zupełnie mnie nie zaskoczyły – co drugi obrazek to wygięta w dziwacznej pozie istota płci żeńskiej w boob plate armor, który nie ma prawa działać, albo co gorsza w ogóle goła. W tle wilki wyjące na tle księżyca i obowiązkowy smok. Czasem się zastanawiam, czy na tym świecie robi się jeszcze cokolwiek dla dorosłych, czy cała produkcja popkulturowa jest skierowana do 14-letnich chłopców. Zresztą może lepiej nie wiedzieć.

Młodzi mordercy

Powiem szczerze – nie jestem wielką fanką filmów krótkometrażowych. Zbyt często mam wrażenie, że czegoś im zabrakło – czasu na rozwinięcie fabuły albo postaci. Wydają się zanadto skupiać na stronie wizualnej, a za mało na treści albo odwrotnie – próbują przekazać refleksje na temat sensu istnienia w zbyt krótkim czasie, przez co sprawiają wrażenie nieco wymuszonych. Są jak przystawka, po której zabrakło głównego dnia.

Ale I Killer jest wyjątkiem od tej reguły. W zaledwie dziesięciu minutach filmu twórcy zawarli wszystko, czego można chcieć – bardzo dobre aktorstwo, rozwiniętą i skończoną historię, ciekawie naszkicowanych bohaterów, świetne zdjęcia, rewelacyjną muzykę. Nie ma w nim ani jednej zbędnej sceny, niczego też nie brakuje. To po prostu doskonały film.