Dwa słowa w obronie Wesa Andersona

Trafiłam niedawno w sieci na dość zaskakujące z mojego punktu widzenia artykuły. Dotyczyły one filmów Wesa Andersona i zarzutów, jakie stawiają mu krytycy. O ile zarzuty w rodzaju „w jego filmach kochają się nowojorscy hipsterzy” uważam za tak idiotyczne, że nie ma co o nich gadać (tak jakby reżyser mógł mieć wpływ na to, kto będzie kochał jego filmy), o tyle pozostałe dwa punkty, jak mi się wydaje, wymagają dwóch słów komentarza.

sign_closeup_0

Zarzut pierwszy: Wes Anderson robi filmy, które są zbyt wesandersonowate

Zaiste, Wes Anderson to reżyser o niezwykle charakterystycznym stylu. Jego filmy są tak specyficzne, że wystarczy zobaczyć 1,5 minuty zwiastuna, żeby nie mieć wątpliwości, o czyj film chodzi. Czy można to potraktować jako zarzut? Moim zdaniem zupełnie nie i absolutnie w żadnym wypadku. Dlaczego? Bo gdyby Anderson zaczął robić filmy w innym stylu, to nie byłyby filmy Andersona. Są reżyserzy, którzy dobrze się czują we wszystkich tematach i stylach (chociaż zazwyczaj jednak w niektórych lepiej niż w innych). Są sprawni rzemieślnicy, którzy zrobią i komedię i dramat, a my wyjdziemy z kina zadowoleni. I są jednostki tak specyficzne i tak utalentowane, że zamiast mierzyć się z otaczającą nas rzeczywistością, tworzą na styku tej rzeczywistości i świata własnej fantazji kino wyjątkowe. Do takich reżyserów należy m.in. Tim Burton, Quentin Tarantino czy David Lynch. Czy to oznacza, że uważam ich kino za wybitne? Niekoniecznie. Robią filmy lepsze i gorsze. Ale zmuszanie ich, żeby nagle robili obyczajowe, realistyczne dramaty o porzuconych dzieciach albo komedie romantyczne jest pomysłem absurdalnym. Gdyby zaczęli robić takie kino, przestaliby być sobą. (Oczywiście zawsze znajdą się wyjątki od reguły. W końcu Prosta Historia Lyncha jest bardzo dobrym filmem.)

Zresztą wystarczy się zastanowić, co by było, gdybyśmy nagle od pisarzy zaczęli wymagać, żeby sprawdzali się w każdym gatunku i każdej stylistyce, zamiast tworzyć doskonale dopracowane, ale jednak własne światy. Dlaczego z reżyserami miałoby być inaczej?

grand-1

Zarzut drugi: W filmach Wesa Andersona jest za dużo białych mężczyzn hetero z klasy średniej.

I oto jest argument, z którym naprawdę mam problem. Bo pokazuje, co tak naprawdę jest nie tak z naszą kulturą. Otóż postulat, żeby w filmach Andersona pojawiało się więcej kobiet z marginesu albo, dajmy na to, czarnoskórych farmerów-gejów, wydaje mi się absurdalny do bólu. Dlaczego człowiek, który jest białym, czterdziestoletnim mężczyzną, wywodzącym się z klasy średniej, o bardzo specyficznym sposobie patrzenia na świat, miałby nagle robić filmy dajmy na to o indiańskiej niewidomej samotnej matce? Ani go ten temat nie interesuje, ani nie jest indiańską niewidomą samotną matką. Zapewne w związku z tym nie ma szans zrobić dobrego filmu o indiańskiej niewidomej samotnej matce. Dlaczego miałby porzucić to, co robi dobrze i zacząć robić kompletnie coś innego? W imię politycznej poprawności? Tylko że problem nie polega na tym, że Wes Anderson, Tim Burton, David Fincher i Woody Allen nie robią filmów, w których występowaliby ciemnoskórzy Amerykanie albo indiańskie kobiety. Oni nie muszą robić o tym filmów, jeśli nie chcą i się na tym nie znają. Problemem jest to, że ludzie, których te tematy interesują, którzy mają odpowiednie doświadczenie i pochodzenie, nie mogą zrobić na ten temat dobrych filmów, bo nikt im nie daje szansy. Dlaczego filmy o kobietach robiły w Hollywood klapę raz za razem? Bo pisali je i reżyserowali faceci. Którzy nie mieli pojęcia, co to znaczy być kobietą. Którzy nie potrafili napisać dobrego scenariusza z dobrymi rolami żeńskimi. Dopiero jak wpuszczono kobiety-scenarzystki do telewizji i pozwolono im robić seriale, to się okazało, że można stworzyć ciekawą, interesującą postać kobiecą, która przyciągnie widza, zresztą obojga płci (co nie znaczy, że mężczyzna nie może napisać interesującej postaci kobiecej i odwrotnie. Tylko że jednak jest mu zazwyczaj nieco trudniej). I dopiero teraz w Hollywood powoli zaczynają się uczyć, że jak w kinie postać kobieca jest interesująca, to można o niej zrobić i blockbuster.

Nie chodzi o to, żeby siedzącym w Hollywood czy innym przemyśle filmowym białym facetom po 60-tce kazać robić filmy politycznie poprawne. Naprawdę, o osobie, która kazałaby Andersonowi robić zaangażowany film o walce Afroamerykanów o prawo do studiowania na uniwersytetach, powiedziałabym, że chyba upadła na głowę. Czy z tego mógłby wyjść dobry film? Nie, nie i jeszcze raz nie. A nawet gdyby wyszedł z tego dobry film, to nie byłby film o walce Afroamerykanów o prawo do studiowania na uniwersytetach. Bo Anderson nie robi kina zaangażowanego. I nie ma w tym nic złego. Można nie być zaangażowanym i robić dobre filmy. Nie każdy ma siłę, możliwości i umiejętności, żeby się angażować. Czy jest fajnie, jeśli dobry, uznany reżyser staje się reżyserem zaangażowanym? Pewnie, że tak. Ale to nie jest wyznacznikiem jego wartości artystycznej. Nie chodzi o to, żeby zmusić obecnie działających reżyserów do robienia filmów zaangażowanych. Chodzi o to, żeby ludzie, którzy chcą pokazać inny świat niż tylko świat białych mężczyzn z klasy średniej, też mogli to zrobić. Niekoniecznie w sposób zaangażowany i walczący. Po prostu. Bo reprezentacja ma znaczenie, ale tylko wtedy, kiedy jest dobrą, uczciwą reprezentacją, a nie jej namiastką. Namiastki niczego nie zmienią, a tylko umacniają stereotypy (doskonałym przykładem takich namiastek są filmy większości Amerykanów i Europejczyków o Afryce. Ale to temat na inny, długi post).

A oto linki do wspomnianych wyżej artykułów.

Why do we hate to love Wes Anderson

The Wes Anderson Aesthetic

 

3 thoughts on “Dwa słowa w obronie Wesa Andersona

  1. Świetny tekst. Anderson robi filmy w swoim własnym stylu, ale to nie oznacza, że estetyka ma u niego rolę nadrzędną wobec treści. To jego historie mnie poruszają. To im podległa jest wystylizowana dekoracja, doprecyzowane w każdym calu ujęcia i ciekawe postacie. Każdy jego film porusza temat więzi międzyludzkich, szczególnie rodzinnych. Dla mnie to są jedne z najciekawszych filmów o więziach pomiędzy rodzicami i dziećmi, czy pomiędzy rodzeństwem. A że to są zazwyczaj białe rodziny z klasy średniej? Tak jak piszesz, na tym się zna i robi to świetnie. Tak jak piszesz, jakby nagle zaczął przedstawiać rodziny latynoskie, wyszłoby średnio prawdziwie. A puenta mojej wypowiedzi polega na tym, że Anderson nie robi filmów andersonowych tylko po to, aby robić filmy andersonowe, ale żeby opowiadać ciekawe historie.

    • Ja też lubię ten motyw melancholijnego, białego dziwaka. Bo sama jestem białym, melancholijnym dziwakiem, nie da się ukryć. Jestem też innymi rzeczami, ale przede wszystkim pewnie tym. I tak, zgadzam się, że Anderson przede wszystkim opowiada ciekawe historie. Ale formę ma na tyle specyficzną, że niektórym już się widać pod nią nie chce szukać treści.

  2. Pingback: Nie wszystko da się zrecenzować, czyli linkowisko (1).* | Oh no, it's suzarro!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s