Glee is the new black

Ten tekst jest polemiką z tekstem Zwierza Popkulturalnego (tak, wiem, moja polemika ze Zwierzem to jak polemika podwórkowego filozofa z Kartezjuszem), więc jeśli ktoś go nie zna, może do niego najpierw zajrzeć. Ale nie musi – piszę po prostu o tym, że moim zdaniem drugi sezon Glee jest ok.

Na początek może o tym, w czym się ze Zwierzem zgadzamy – pierwszy odcinek Glee dla mnie również był prawie jak objawienie. Zabawny, absurdalny, kiczowaty i jeszcze w dodatku śpiewany. Po prostu – to, co w popkulturze tygryski lubią najbardziej. Ale dalszy ciąg sezonu nie powalił mnie na kolana. Owszem, było kilka świetnych momentów (np. drużyna rugby tańcząca do Single Ladies), ale ogólnie trochę byłam rozczarowana – cały ten galimatias na linii Quinn-Finn-Rachel-Puck ani trochę mnie nie obchodził, a absurdalny czar pierwszego odcinka gdzieś się jakby zagubił. A już cały wątek z ciążą był skrajnie idiotyczny. Ale ponieważ oglądałam Glee towarzysko, bez większego bólu dotarłam do końca sezonu.

Tymczasem drugi sezon co i rusz zaskakuje mnie na plus. Pojawiło się kilka świetnych wątków, takich jak romans Puckermana z Zizes czy historia Kurta i Karofsky’ego. Nie brakuje interesujących, niebanalnych bohaterów, którzy w pierwszym sezonie stanowili tylko tło dla perypetii romansowych wiadomej czwórki. Moimi ulubienicami w tym sezonie są trener Beiste oraz Brittany, która kupiła mnie kompletnie w scenie toczenia nosem kulki spaghetti. Knucie Sue zeszło szczęśliwie na drugi plan, a smutny romans Emmy z trenerem Tanaką został zakończony raz a dobrze. Muzycznie też jest moim zdaniem fajnie, mimo, że mniej jest starych kawałków. Pojawia się za to sporo zabawnych lub wręcz prześmiewczych nawiązań do popkultury i tak na przykład odcinek z Justinem Bieberem uważam za naprawdę udany. Oczywiście są też minusy – poziom odcinków bywa nierówny, zwłaszcza na początku sezonu. Bohaterów zrobiło się zbyt wielu, przez co akcja posuwa się do przodu w ślimaczym tempie i czasami nie starcza czasu ekranowego dla wszystkich. Mimo wszystko ten sezon jest ciekawszy niż pierwszy.

Najbardziej kontrowersyjnym aspektem drugiego sezonu są oczywiście wątki dydaktyczno-edukacyjne. Są one jednak poprowadzone ciekawie i bez zadęcia. Wypadają naprawdę nieźle na tle innych seriali młodzieżowych, gdzie wybryki młodzieżowe się ignoruje (albo wręcz gloryfikuje, jak picie i knucie w Gossip Girl) lub pokazuje się „właściwe wybory” w sposób tak nachalny, że aż ciężki do przełknięcia. Twórcom Glee udaje się wybrnąć z tematu. Poza tym uważam, że to świetnie, że serial będący na topie porusza wątki, których inni boją się tknąć, np. homoseksualnego seksu młodzieży czy otyłości. To właśnie dzięki takim akcjom coś się zmienia w społeczeństwie, które ma wreszcie szanse zobaczyć, że młody gej nie ma rogów i czarciego ogona, a przyznanie się do bycia lesbijką często oznacza codzienne zmaganie się z odrzuceniem i szykanami rówieśników. (Nawiasem mówiąc argument, że wątek romansowy Kurta i Blaine’a nie jest dobrym kierunkiem rozwoju, bo romanse szybko się nudzą, jest absurdalny – toż ten serial romansami stoi. Czuję lekki smrodek homofobiczny jednak.) Nie każda nastolatka ma pewność siebie Zizes, a przecież wiele z nich, przynajmniej w USA, gdzie 70% społeczeństwa cierpi na nadwagę, może się z nią z łatwością identyfikować. Fajnie zobaczyć na ekranie kogoś, kto wygląda „jak Ameryka” i w dodatku nic sobie z tego nie robi.

Jeśli zaś chodzi o promocyjne działania okołoserialowe, to również w nie robią na mnie większego wrażenia. Informacja o spin offie nie potwierdziła się. Każda stacja telewizyjna próbuje dzisiaj zarobić na gadżetach związanych ze swoimi serialami. Jestem przekonana, że gdyby Dexter był musicalem, też doczekalibyśmy się koncertów, może nawet w 3D, zwłaszcza że Amerykanie kochają The Real Thing i każde większe zjawisko popkulturowe przerabiają na reality show. Poza tym trzeba przyznać, że aktorzy z Glee bardzo ciężko pracują na swój sukces – nie tylko grają, tańczą i śpiewają, ale jeszcze jeżdżą w trasy koncertowe. Mają za to u mnie dodatkowego plusa.

Tak czy inaczej, myślę, że ten serial może nas jeszcze niejednokrotnie zaskoczyć, i to w pozytywny sposób. I nie mogę się doczekać początku trzeciego sezonu.

One thought on “Glee is the new black

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s