Mój manifest patriotyczny

Ze smutkiem, ale bez zdziwienia obserwuję ostatnio powracanie (właściwie po raz kolejny) do kolejnego narodowego mitu – bohaterów powstańczej Polski z okresu drugiej wojny światowej. Do kin trafiają kolejne filmy, w których, jak to określiła Agnieszka Wiśniewska w Krytyce Politycznej, piękni i młodzi ludzie umierają w slow motion. Dlaczego mnie to nie dziwi? Bo jest to temat tak nośny medialnie, że jego przejście do strefy mitu wydaje się nieuniknione. Piękni, młodzi, inteligentni, a do tego gotowi do ostatecznych poświęceń, pełni wiary w przyjaźń i ojczyznę, waleczni, bohaterscy i odważni. Jak tacy bohaterowie mogliby nie trafić do kin? Można powiedzieć, że są jak stworzeni przez popkulturę.

Naprawdę chciałabym, żeby ten film nie okazał się tylko piękną wydmuszką.

Skąd zatem smutek? To chyba oczywiste – bo jest to jedno wielkie kłamstwo. I nie mówię wcale o tym, że ci piękni i odważni wcale nie byli tacy piękni ani tacy odważni. Byli. Może nie wszyscy i nie zawsze, ale byli. Tylko że w Powstaniu Warszawskim (wokół którego warstwa mitologiczna od kilku lat narasta w tempie wręcz niepokojącym), a przede wszystkim w samej II wojnie światowej ginęli nie tylko młodzi, piękni i pełni ideałów. Ginęli też ludzie starsi, kobiety, niemowlęta. A przede wszystkim, ginęli nie tylko Polacy, ale również, a raczej przede wszystkim, Żydzi. Którzy, o czym się dzisiaj bardzo wygodnie zapomina, też byli Polakami. Zajmowali często w społeczeństwie specyficzną pozycję, ale byli niewątpliwie jego częścią, a nie obcą tkanką, bez której zdrowemu społeczeństwu będzie lepiej. Dzisiaj, mam wrażenie, nikt nie traktuje zagłady Żydów jako zagłady części narodu polskiego. A przecież de facto tym właśnie ona była.

kamienie 2

Młodzi, piękni, bohaterscy… nie tylko tacy ludzie ginęli w czasie wojny.

Wszystkie te moje refleksje wzięły się stąd, że wybrałam się na Kamienie na Szaniec. Bardzo rzadko chodzę na filmy wojenne, bo jestem wściekłą pacyfistką. Nie widzę w zabijaniu absolutnie żadnej wartości i żadna siła mnie nie przekona, że wojna jest spoko, bo kwitnie po niej gospodarka, następuje postęp technologiczny, czy co tam jeszcze za argumenty wysuwają jej zwolennicy. Gdyby to ode mnie zależało, nigdy nie byłoby tortur, zabijania ani dyktatur (które w moim wewnętrznym przekonaniu też są rodzajem wewnętrznej wojny, tyle że z własnym narodem). Po prostu zjawisk tych nie rozumiem, a patrzenie na ich ofiary sprawia mi ogromny ból, bo za bardzo się z nimi (czasem wręcz fizycznie) identyfikuję. Dlatego do wszelkiego kina wojennego podchodzę z ogromnym dystansem i najczęściej go unikam. Kina o bohaterach wojennych – bo gloryfikacja „ginięcia za ojczyznę” budzi we mnie nieprzyjemny odruch zgrzytania zębami, a kina o koszmarze wojny – bo i tak już jestem przeciwna wojnie, więc nie muszę oglądać cierpień bohaterów, żeby się upewnić w swoich przekonaniach. Nie mam więc zbyt dużego porównania do innych filmów wojennych i chyba to oznacza też, że nie zamierzam iść na kolejne filmy dotyczące powstania i lat wojennych. Chociaż może pójdę, z chęci sprawdzenia, w jakim to kierunku idzie. Tylko czy w ogóle może iść w dobrym?

Wracając jednak do filmu, myślę, że można, a nawet należy, oceniać go na trzech poziomach. Po pierwsze, jako adaptację książki. Jak wszyscy ludzie w pewnym wieku, Kamienie na Szaniec czytałam w liceum. Oczywiście bardzo się wzruszałam i nawet płakałam, bo biedny Rudy, biedny Zośka i w ogóle wszyscy biedni, wojna i źli Niemcy. Jednak moje wspomnienia z czasów lektury są na tyle zatarte, że kiedy sięgnęłam do niej teraz, zdziwiłam się bardzo, że jest to raczej literatura dokumentalna, z kilkoma zaledwie wstawkami fabularyzowanymi. I powiedzmy to sobie szczerze – wartość literacka Kamieni na Szaniec nie jest szczególnie wysoka.  Tak więc zrobienie z tego materiału opowieści musiało być podstawowym zadaniem Glińskiego, a raczej panów Rettingera i Pałysa, który napisali scenariusz. Konflikt na linii dobrzy chłopcy-źli Niemcy nie mógł wystarczyć do tego, żeby stworzyć ciekawy film, więc podokładali inne konflikty, głównie z rodzicami chłopaków i z ich bezpośrednimi przełożonymi. Jestem zdania, że pod tym akurat względem Gliński ze swojej roli wywiązał się nieźle. Udało mu się tchnąć życie w mocno papierowe postacie, widać, że autor starał się zachować na ile się da ducha oryginału, jednocześnie nadając mu formę na tyle atrakcyjną, żeby oglądało się to bez bólu.

kamienie1

Rudy tańczy… i dobrze, bo przecież też był człowiekiem

Druga rzecz to ocena pod względem filmowym. I tutaj nie jest najgorzej. Oceniam film na jakieś siedem w skali dziesięciostopniowej. Rzecz jest bardzo przyzwoicie zagrana, właściwie żadna ze znaczących scen nie trąci fałszem. Tomasz Ziętek jako Rudy początkowo uwodzi zawadiackim uśmiechem, a potem nie daje plamy jako katowana ofiara gestapowskich przesłuchań. Marcel Sabat jako Zośka z niesympatycznego, młodego zarozumialca przeistacza się na naszych oczach w przytłoczonego odpowiedzialnością i dręczonego wyrzutami sumienia dowódcę złożonego z przyjaciół oddziału. Najwięcej zastrzeżeń pojawiło się chyba do pierwszej, teledyskowej części filmu. I rzeczywiście, sprawia ona problem o tyle, że dużo czasu zajmuje zżycie się z bohaterami, którzy migają nam w szybko zmieniających się kadrach. Jest to jednak ze strony reżysera zabieg całkowicie świadomy i w gruncie rzeczy udany. Im bardziej poważne stają się zajęcia młodych żołnierzy, tym bardziej zmienia się charakter zdjęć. Ujęcia stają się dłuższe, filtry – ciemniejsze, a muzyka mniej rozrywkowa. Słoneczna Warszawa, jasne ulice, kolorowe sukienki – to wszystko na naszych oczach szarzeje i gaśnie, wraz z kolejnymi niepotrzebnymi śmierciami.

No właśnie, i tutaj przechodzimy do trzeciego aspektu filmu, który każdy musi ocenić sam, zgodnie z własnymi przekonaniami. Chodzi mi mianowicie o moralną ocenę wydarzeń. Twórcy filmu, inaczej niż autor powieści, uderzają w ponure tony. W opowieści Kamińskiego całe życie harcerzy z Szarych Szeregów było radością. Walczyli, upadali i w końcu umierali z uśmiechem na ustach, zadowoleni, że przyszło im oddać życie za Ojczyznę. W interpretacji Glińskiego sprawa nie jest już wcale taka prosta. Nie brakuje w tej historii bowiem śmierci niepotrzebnych, takich, których można było uniknąć, gdyby… no właśnie, gdyby bohaterowie wykazali się większą dojrzałością, umiejętnościami taktycznymi, gdyby mieli większe doświadczenie, byli uzbrojeni lepiej niż w stare, zawodne trupy, gdyby byli lepiej zorganizowani. W pierwszej chwili, oglądając film, miałam wrażenie, że ten wątek jest za mało rozwinięty, za mało podkreślony, ale po namyśle doszłam do wniosku, że twórcy po prostu nie mogli pójść krok dalej, bo wtedy opowiadaliby już inną historię, a z Rudego i Zośki takimi, jakimi opisał ich Kamiński, nic by po prostu nie zostało. Z drugiej strony jednak pewne wątki irytują – na przykład powszechna głupota dorosłych, którzy jak jeden mąż zachowują się tchórzliwie, nieodpowiedzialnie, szkodliwie wręcz, w przeciwieństwie do walecznych młodych gniewnych z Szarych Szeregów. Nie brakuje też standardowych obrazków tych dobrych, dzielnych Polaków, którzy nie uginają się nawet w obliczu śmierci. A wszyscy Niemcy mają paskudne gęby.

kamienie 3

W filmowym obrazie wydarzeń jest tyle prawdy, ile w zbudowanych do jego nakręcenia dekoracjach – niby wszystko się zgadza, tylko trochę jakby trąci fałszem.

[Na marginesie tylko dodam dosłownie kilka słów o postaciach kobiecych w tym filmie, tradycyjnie biernych i głupich. Dziewczyna Rudego upiera się, że chce chodzić do kina, bo gra jej ukochana Pola Negri. Na drugim planie nieustannie przewijają się polskie prostytutki czy po prostu kobiety, które sypiają z niemieckimi żołnierzami dla kasy. Siostry Rudego i Zośki snują się na marginesie zdarzeń, nie biorąc udziału w walkach, a jedynie w potańcówkach i narzekając, że mają już dość jedzenia ziemniaków. A matka Rudego ma do odegrania tylko jedną, wielce tradycyjną w polskim micie narodowym rolę – matki opłakującej zmarłego syna.]

I teraz pytanie. Czy tę historię dało się nakręcić inaczej? Czy można opowiedzieć historię Rudego i Zośki tak, żeby pokazać koszmar wojny, kolaborację, gwałty, zagładę ludności, zniszczony kraj? Nie, bo wtedy to nie byłaby już ekranizacja tej właśnie powieści. Mam jednak wrażenie, że reżyser trochę taki właśnie film chciał zrobić. Tylko dlaczego w takim razie zabrał się za ekranizację Kamieni na Szaniec? Może powinien był raczej zekranizować Pamiętnik z Powstania Warszawskiego?

I jeszcze jedno pytanie – co pomyślą o Rudym, Zośce i reszcie chłopaków młodzi ludzie? Mnie zwłaszcza ostatnia scena filmu wydała się gorzka (i sądzę, że nieprzypadkowo reżyser zmienił jej wymowę), ale czy tłumnie udający się do kin gimnazjaliści będą się w ogóle nad nią zastanawiać? Czy ktoś z nimi na jej temat porozmawia? Czy zostaną tylko z wrażeniem „złej” (bo innej niż książka) ekranizacji? Pewnie większość z nich wzruszy się losem Rudego, ale czy ktoś opowie im o mniej chwalebnych kartach w polskiej historii? Czy ktoś wyjaśni, że Rudy, Zośka ani Alek nie dożyli nawet Powstania Warszawskiego? I że może to lepiej, bo co stałoby się z ich młodzieńczym idealizmem, gdyby wiedzieli, jak straszliwy los czeka stolicę ich ukochanego kraju? Boję się, naprawdę się boję, że z tych pseudowojennych teledysków młodzi ludzie wyniosą tylko jedną prawdę – że wojna właściwie nie była taka straszna. Nikt im nie pokaże, że w Powstaniu Warszawskim na 150 000 osób zginęło „zaledwie” około 18 000 żołnierzy, czyli tych, którzy mieli możliwość się bronić. Reszta została po prostu zarżnięta jak bydło idące na rzeź i nie miała wyboru. Nie mogła „umierać pięknie”. Mogła umierać tylko tak, jak postanowili niemieccy żołnierze i miała szczęście, jeśli to się stało szybko. Nikt im nie powie, że na 250 szybkich, romantycznych, powstańczych ślubów przypadło tysiące gwałtów na kobietach, młodych dziewczynach, niedojrzałych dziewczynkach. Nikt im nie wyjaśni, że na każdego żołnierza przypadało prawie 13 osób ludności cywilnej, w tym chorzy ludzie w szpitalach, niemowlęta, dzieci. Pamiętnika z Powstania Warszawskiego Białoszewskiego nie ma już dzisiaj na większości list szkolnych lektur. A Kamienie na Szaniec są. Kto im opowie to wszystko po kolejnym seansie pięknej opowieści o młodych patriotach? Zresztą nawet jeśli ktoś im powie – jaką moc mają słowa wobec coraz to nowych obrazów, obchodów i imprez?

powstanie_warszawskie_1944

Taką wizję Powstania Warszawskiego będą mieli młodzi ludzie po obejrzeniu wchodzących w tym roku na ekrany filmów. Ale prawda była znacznie mniej romantyczna.

Wiem, że mój głos w tej dyskusji nie jest niczym oryginalnym i że co roku w okolicach pierwszego sierpnia rozlegają się podobne. Ale mam wrażenie, że z roku na rok są one coraz słabiej słyszalne, traktowane jak pieprzenie starych tetryków, którzy nie rozumieją, jakie to ważne, aby Polak czuł się prawdziwym patriotą i w duchu szykował się na gotowość oddania życia za sprawę. Co jakiś czas boleje się też w mediach nad faktem, że młodzież nie przejawia patriotycznych odruchów, bo gdy ich zapytać, co zrobiliby w przypadku wybuchu wojny, odpowiadają „czym prędzej uciekł(a)bym za granicę”. A niby dlaczego mieliby odpowiadać inaczej? Toż instynkt przetrwania w nich nie zniknął. Nie oznacza to, że są bandą bezdusznych idiotów i że rzeczywiście tak by właśnie zrobili. Ja myślę, że oni po prostu inaczej definiują swój patriotyzm. Wydaje mi się, że ich definicja to „robić swoje i żyć tak, żeby wszystkim było przyjemnie”. I wbrew pozorom to w czasach pokoju najlepsza definicja z możliwych. Bo zakłada, że wszyscy razem budujemy kraj, w którym ludziom dobrze się żyje. Że wspólnym wysiłkiem coś tworzymy i nie musimy budować na zgliszczach, żeby to miało wartość. Że dążymy do tego, aby każdy w tym kraju czuł się dobrze, a nie, żeby ten przywilej miała tylko garstka „prawdziwych patriotów”, których głównym wyznacznikiem jest to, że gotowi są z motyką rzucać się na czołgi. Tak ja pojmuję patriotyzm i myślę, że podobnie pojmuje patriotyzm wielu dzisiejszych gimnazjalistów (do których grona bynajmniej nie należę), chociaż pewnie za nic nie potrafiliby ubrać tego w słowa. I tu wracamy po raz kolejny do Kamieni na szaniec – otóż, co pewnie mało osób pamięta, Kamiński podkreślał nie tylko gotowość harcerzy z Szarych Szeregów do poświęcenia życia. Podkreślał również fakt, że oni właśnie chcieli budować, zachowywać, chronić dziedzictwo i wspólnie pracować dla dobra wszystkich. Dzisiaj „poświęcenie się dla dobra ogółu” jest bardzo mało popularnym hasłem, ale to nie znaczy, że ludzie nie chcą budować. Chcą. I ciągłe powtarzanie, że nasze życie ma wartość tylko wtedy, kiedy jesteśmy gotowi poświęcić je w imię ideałów, jest marnowaniem naszego potencjału i zwyczajną głupotą.

PS. Dyskutowałam z pewnym harcerzem, człowiekiem wychowanym na ideałach obecnych mocno w książce Kamińskiego, odnośnie właśnie Kamieni na Szaniec. On twierdził, że demontaż narodowych mitów, pokazywanie ludzkiej twarzy bohaterów jest bardzo szkodliwe, bo sprawia, że czujemy się gorsi jako naród. Uważam, że jest dokładnie odwrotnie – im więcej czasu upłynęło od wojny, im mniej żyje ludzi, którzy rzeczywiście ją pamiętają, tym bardziej potrzebne jest nam rozbieranie narodowych mitów. Bo Bohaterowie to już mają do siebie, że żyją długo po śmierci ludzi, którzy nosili ich imię i nazwisko. Ale o tym, że w wojnie ginęli w sposób straszny prawdziwi ludzie, a nie Idee i Bohaterowie – o tym wszyscy zdają się błyskawicznie zapominać. Dużo łatwiej jest wtedy dać przyzwolenie na kolejną wojnę. I to dopiero jest tragedia.

8 thoughts on “Mój manifest patriotyczny

  1. Nie Pola Raksa tylko Pola Negri. Pola Raksa urodziła się już w trakcie wojny.

    Ja uważam, że scenariusz „Kamieni…” był zbyt słaby, aby cokolwiek zdemitologizować w sposób uczciwy – nie tylko historycznie.
    Może taki był cel: pokazanie LO, że to byli tacy sami ludzie jak my, te same problemy, te same emocje i te same hormony. Już pomijam fakt, że raczej się z tym nie zgadzam (jako historyk z wykształcenia, zafascynowany historią mentalności). Po prostu w tak delikatnej sprawie, jak II wś i młode pokolenie biorące w niej udział trzeba uważać, żeby nie przekroczyć pewnej granicy, za którą wojna nabywa cech pop (w negatywnym tego słowa znaczeniu – zakrzywia portret i obyczaje ówczesnych ludzi tylko po to, żeby współczesny widz mógł się z nimi identyfikować).
    Moim zdaniem scenarzyści popełnili ten kroczek za daleko.

    • Przepraszam, mój błąd, już poprawiam.

      Mnie się wydaje, że już za późno, bo właśnie na naszych oczach wojna tych cech pop nabywa i to mnie bardzo smuci.

      A jeśli chodzi o portretowanie ludzi w filmie, to ja rozumiem, że nie da się zrobić filmu tak, żeby widz się jednocześnie z nim identyfikował i żeby rozumiał inną mentalność, ale w związku z tym pytanie – czy w ogóle jest sens robić na ten temat filmy?

      • Pola kontra Pola. Zrozumiałe przejęzyczenie 😉

        Istnieją filmy, które bardzo uczciwie wojnę demaskują, a „wojownikom” i „bohaterom” odbierają pomnikowatość, unikając chwytów pod publiczkę. Tylko wymagają od widza pewnej wiedzy i empatii. Może tu jest jakiś klucz.
        „nie da się zrobić filmu tak, żeby widz się jednocześnie z nim identyfikował i żeby rozumiał inną mentalność” – takie też są, ale raczej trudno je zaliczyć do kinematografii dla mas.Tak mi się przynajmniej wydaje.

      • Tak to jest, jak człowiek zawierzy pamięci, zamiast sprawdzić 🙂

        Tak sobie myślę, że z tą identyfikacją to problem leży w poziomie ogólności. Można obejrzeć film z Buthanu i go dobrze zrozumieć, można obejrzeć film o kibolach z ulicy dalej i go nie zrozumieć. Wszystko zależy, o jakich problemach mówimy.

        Swoją drogą „historia mentalności” to brzmi bardzo ciekawie 🙂

      • A mnie się wydaje, że „Kamienie…” odarły bohaterów z pomnikowości i ubrały je w inną pomnikowość. Naszą, współczesną. Wystarczy spojrzeć na plakaty.

        Polecam historię mentalności 😀

  2. Mam nieco odmienne zdanie na ten temat niż Ty, ale nie o tym chciałam. W swojej wypowiedzi zapytałaś: „Czy zostaną tylko z wrażeniem „złej” (bo innej niż książka) ekranizacji?”. Tak, jestem gimnazjalistką i uważam, że ta ekranizacja jest zła. I nie, nie dlatego, że jest mniej „wyidealizowana” niż książka. Po prostu wychodzę z założenia, że jeśli ktoś tworzy film na podstawie jakiejś książki, pod tym samym tytułem i mianuje go jej ekranizacją, to powinien przynajmniej nie mylić pewnych faktów, jak chociażby riksza. W filmie widzimy scenę, w której Rudy podjeżdża właśnie rikszą i podstępem z pewną kobietą okrada niemieckiego żołnierza. Wszystko fajnie, tylko w książce rikszą jeździł Alek. Innym przykładem jest śmierć Rudego. Umiera w szpitalu, po czym wbiega jego dziewczyna i dalej toczy się akcja. Niby spoko, tylko Rudy do szpitala nie dotarł. Oglądając ten film, chwilami miałam wrażenie, że jego twórcy też czytali książkę. W wieku około licealnym i nigdy później do niej nie wrócili, więc pisali scenariusz „z pamięci”.

    Uważam, że film był całkiem niezły, jednak jako ekranizacja książki wypada beznadziejnie.

  3. „Bo jest to temat tak nośny medialnie, że jego przejście do strefy mitu wydaje się nieuniknione.” – BZDURA! Gdyby ten temat był nośny medialnie, gdyby to było tak „nieuniknione”, to z automatu, powstałoby 15 filmów fabularnych i 5 seriali, już w LATACH 90. Nie masz pojęcia o czym mówisz. Ten, rzekomo tak podchwytywany temat, został wprowadzony do kultury popularnej w wyniku ciężkiej i dobrze przemyślanej pracy pewnych osób, które zbudowały Muzeum PW i mądrze nim kierują, które mozolnie od ponad 20 lat walczą o obecność tego tematu (nie tylko PW ale wysiłku Polski w II WŚ) w mediach, świadomości.
    Gdzie jest serial o dywizjonie 303? Gdzie jest serial o epopei Armii Andersa? Gdzie jest serial o Maczku i jego armii pancernej? Gdzie jest serial o wojnie z Bolszewikami, Powstaniach Śląskich, wojnie o granice? Gdzie jest serial opowiadający o wysiłku Polaków odbudowujących Polskę po I (Gdynia, PZInż, PZL, scalanie państwa…) WŚ? Gdzie jest serial o polskich losach na emigracji od 19 wieku? Gdzie jest serial o „Solidarności”? Gdzie jest serial o Polsce Podziemnej? Powiesz, że jest? JEDEN, całkiem niezły, ale bez rozmachu. To jest bardzo mało! To jest zbyt mało by budować świadomość Polaków i obcych, świadomość tego, czym jest Polska i Polskość. I na koniec tej wyliczanki, gdzie jest serial o Jagiellonach? Miał być.
    Stawiam tezę, że historia Polski, jest kopalnią złota, tylko trzeba robić dobre filmy, od razu z myślą o sprzedaży w świat, bo Polska jest wybitnie interesującym krajem. W ogóle ludzie interesują się historią, przeszłością, tylko trzeba im to podać w odpowiedni, atrakcyjny, sugestywny sposób, tak jak robią to poważne wytwórnie, Spielberg i inni…
    Powiesz, że nie ma pieniędzy? Polska powinna wydać na ten cel rocznie 100 – 200 milionów złotych. Polskę stać na to, wręcz powiem, że nie mamy innego wyjścia, jak łożyć na POLITYKĘ HISTORYCZNĄ i promocję, przez to, co jest po prostu oryginalne, szczególnie polskie. To się zwróci w turystach i OPINII jaką się takim działaniem wypracuje.
    Należy o sobie mówić dobrze i bardzo głośno. Niemcy tak robią, Żydzi tak robią, wszyscy tak robią. Polak dał sobie wmówić, że jego rany są nie tylko bez znaczenia, ale nawet zasłużone.
    Sukcesy wielu seriali historycznych, takich jak o Tudorach, jak ta historia z Turcji i wielu innych, świadczą o tym, że ludzie to lubią.
    Temat Polskości, która rzekomo jest nienormalnością, jest konsekwentnie pomijany, albo obsrywany przez elitę III RP, która wyrosła w PRL. Zgięte karki przed Moskwą, przed towarzyszem sekretarzem, nie chcą się wyprostować. Jest schylanie karku przed wieloma środowiskami żydowskimi i kręcenie pokłosia własnej głupoty.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s