O realizmie emocjonalnym

Ostatnio coraz więcej pojawia się w prasie tekstów próbujących tlumaczyć, dlaczego ludzie oglądają seriale. Teorii jest wiele – bo czują się samotni, bo inaczej nie mają o czym rozmawiać ze znajomymi przy piwie, bo mają niski poziom inteligencji i nie są w stanie skupić się na ambitnych filmach albo książkach. Możecie się domyśleć, co uważam na temat tych teorii (podpowiem tylko, że nie jest to nic pochlebnego). Co nie oznacza, że temat mnie nie nurtuje. To, że seriale interesują mnie często bardziej niż filmy odkryłam już dosyć dawno, bo z dziesięć lat temu. Wtedy moda na seriale dopiero się zaczynała, a ja pochłaniałam kompulsywnie kolejne sezonu X-Files, nie wiedząc do końca, po co i dlaczego to robię. I właściwie do tej pory się zastanawiam. Z jednej strony ma to moim zdaniem silny związek z rolą opowieści w naszym życiu, o czym zresztą trochę pisałam w tym tekście. Ale jest też inny aspekt serialu, który wydaje mi się bardzo pociągający. Jest nim skupienie na emocjach.

Widzicie, wydaje mi się, że film i serial w swojej „czystej” formie (czyli sprzed roku 2000. Oczywiście mocno upraszczam) miały mocno różne założenia. Film (pomijam kino czysto komercyjne) miał zachwycić widza formą, dopracowaniem, intelektualną treścią. Serial był natomiast emocjonalnym bagienkiem, gdzie widz mógł, zupełnie ignorując zasady prawdopodobieństwa czy formę, taplać się w uczuciach Leoncia do Isaury, Blake’a Carringtona do kolejnych żon i dzieci oraz Ralpha de Bricassarta do swojej sutanny. Serial był dla filmu tym, czym fan fiction dla literatury. Pozwalał nie zastanawiać się, czy aktorzy dobrze grają, czy sceneria jest odpowiednio dopracowana, czy zdjęcia są ładne. Wrażenia estetyczne oczywiście są ważne, ale nie najważniejsze w naszym życiu. Natomiast uczucia to mięcho istnienia. Bez miłości, przyjaźni, nienawiści, zazdrości nie moglibyśmy żyć.

Niewolnica Isaura, Dynastia czy Ptaki ciernistych krzewów były takimi hitami w Polsce moim zdaniem właśnie dlatego, że dawały emocje, których jako gatunek ludzki jesteśmy tak bardzo spragnieni. Oczywiście, ponieważ poziom prawdopodobieństwa tych produkcji był, powiedzmy sobie, umiarkowanie wysoki, w pewnym momencie nastąpiło rozszczepienie zjednoczonej dotąd widowni. Ta bardziej snobistyczna i inteligentna, wstydząc się, że dała się złapać na ckliwe sentymenty, porzuciła telenowele. Dla drugiej zaczęto robić masowo polskie seriale typu Klan, M jak Miłość i Złotopolscy (oczywiście tej pierwszej grupie dalej zdarzało się oglądać telenowele, ale oficjalnie nimi gardzili). I tak pewnie tkwilibyśmy sobie w tej dychotomii do dziś, gdyby na początku lat dwutysięcznych ktoś się nie połapał, że można zrobić serial, który nie tylko da widzom to, czego pragną – emocje – ale także zrobi to na takim poziomie, że inteligentni ludzie nie będą się już mieli czego wstydzić. I taka właśnie jest moja diagnoza społeczna – że ludzie oglądają seriale, bo uwielbiają emocje.

Tak, ale dlaczego w takim razie jedni uwielbiają Breaking Bad, a inni Vampire Diaries? Czy oni aby na pewno chcą tego samego? Dla wyjaśnienia, jak to się dzieje, przyda się bardzo termin, na który ostatnio natrafiłam przy czytaniu tekstów dotyczących badań nad mediami i który błyskawicznie uporządkował mi rzeczywistość w odpowiednie szufladki. Termin ten to „realizm emocjonalny”. Co to pojęcie oznacza? Otóż film czy serial, który uznajemy za realny emocjonalnie to taki, który widzom wydaje się „życiowy”. Ale nie życiowy w sensie podobny do otaczającej nas rzeczywistości. Życiowy w znaczeniu „prawdziwy uczuciowo”. W głównych rolach może wystąpić małżeństwo niebieskich ludzi z rogami na czołach, podróżujących kosmiczną tratwą na najdalsze planety galaktyki, ale my uznamy to za całkiem prawdopodobne, jeśli będą kłócić się identycznie jak nasi sąsiedzi za ścianą. Właśnie realizm emocjonalny odpowiedzialny jest za to, że ludzie pokochali Star Trek, Doktora Who czy Dallas. Te seriale spełniają warunek uczuciowego prawdopodobieństwa.

Dobrze, powiecie, ale to wciąż nie tłumaczy, dlaczego jedni lubią Breaking Bad a inni Vampire Diaries. Otóż moim zdaniem (to już moja własna interpretacja), realizm emocjonalny można z grubsza oceniać na dwóch poziomach, ogólnym i osobistym.

Z poziomem ogólnym będziemy mieli do czynienia wtedy, kiedy mówimy o wewnętrznej spójności świata przedstawionego. Weźmy za przykład Grę o Tron. Bohaterowie serialu mają doświadczenia skrajnie różne od naszych. Cierpią głód, ból, przeżywają stratę, walczą o władzę na poziomach, o jakich większość z nas nie ma zielonego pojęcia. Ale jednocześnie są po pierwsze napisani wiarygodnie w kontekście świata przedstawionego, a po drugie są spójni. Każdy bohater ma jakiś zestaw cech. Może ewoluować, ale nie zmieni się z łajdaka w bohatera i odwrotnie. A jak wynika z naszego doświadczenia, tacy właśnie są ludzie. Najczęściej ani dobrzy, ani źli, zaplątani w swoje wybory, zmęczeni życiem. Oceniamy zatem poziom realizmu emocjonalnego serialu jako wysoki, chociaż pokazuje nam uczucia, których być może na co dzień nie doświadczamy.

Z poziomem osobistym mamy zaś do czynienia wtedy, kiedy sami przeżyliśmy coś podobnego do tego, z czym zmagają się bohaterowie naszego ulubionego serialu. I tutaj posłużę się przykładem serialu Skins. Moje lata nastoletnie zdecydowanie nie przypominały sielanki z The O.C. Znacznie bardziej przywodziły na myśl właśnie emocjonalny pieprznik, w którym tkwili bohaterowie Skins. Dlatego oceniałam ten serial nie tylko pod kątem, czy jest on emocjonalnie spójny, ale też odczułam go bardzo głęboko na poziomie osobistym. Serial stał się moim ulubionym, bo miałam wrażenie, że widzę odegrane na ekranie własne przeżycia.

Oczywiście, nie każdy ma na tyle dobry dostęp do swoich emocji, żeby zidentyfikować powód, dla którego ogląda dany serial, jako „osobisty”. Niektórzy czują się poruszeni, ale nie potrafią powiedzieć dlaczego. Istnieje też wiele powodów, dla których akurat dany serial wyda nam się emocjonalnie realistyczny, a inny nie. Nasza ocena danego serialu w dużej mierze będzie wypadkową cech naszego charakteru, naszych preferencji, tego, co nam się w życiu przydarzyło, jak postąpiliśmy w danej sytuacji itp. Dlatego jedni przyznają się tylko do tego, że oglądają Breaking Bad, który jest spójny na poziomie ogólnym, a inni nie będą mieli problemu, żeby przyznać się do oglądania Vampire Diaries, który wprawdzie nie jest szczególnie spójny pod względem ogólnym, ale za to porusza nuty dla nich osobiste i przez to wydaje im się realistyczny. Nie mówiąc już o tym, że jeden będzie skłonny zawiesić niedowierzanie w przypadku serialu policyjnego, inny tylko w przypadku s-f, bo po prostu lubią akurat te gatunki. Wiadomo, ludzie są różne. Ale moim zdaniem czynnik emocjonalnego prawdopodobieństwa ma kluczowe znaczenie. Inaczej nie jesteśmy w stanie zrozumieć ani pokochać bohaterów, a bez tego nie będziemy potrafili na dłuższą metę zaangażować się w żadną produkcję.

 

PS. Ponieważ odnoszę ostatnio wrażenie, że zamiast mózgu mam sałatę, wyrażam niniejszym nadzieję, że udało mi się powyżej przeprowadzić względnie logiczny i zrozumiały wywód.

PS. 2. Miałam połączyć ten wpis z recenzją Looking, ale trochę za bardzo mi się rozrósł, więc sałaciana recenzja Looking będzie wkrótce w oddzielnym wpisie.

11 thoughts on “O realizmie emocjonalnym

  1. Spieszę zapewnić, że nadzieja nie jest płonna, sałata działa prawidłowo, bo mam wrażenie, że zrozumiałam. 🙂 (Co może też coś mówić o mojej własnej sałacie.)

    Zasadniczo się zgadzam, dodam tylko jeszcze, że moim zdaniem do tego dochodzi czynnik zaprzyjaźnienia, podobnie jak w seriach książkowych. Im dłużej się dane coś ogląda/czyta, tym bardziej to jest „swoje”… Ale to już oczywiście na dalszym etapie, siłą rzeczy nie od pierwszego wejrzenia.

    • Nie wiem czemu twój komentarz znalazł się w spamie i dopiero teraz go znalazłam. Tak, zdecydowanie im dłużej oglądamy, tym bardziej działa ten czynnik zaprzyjaźnienia się z bohaterami. Na to też jest fachowy termin zresztą, ale już znacznie mniej ładny – „parasocial interaction” (sałata nie pozwala mi znaleźć chwilowo dobrego polskiego odpowiednika). Odnosi się to do celebrytów, prowadzących programy typu talk show, a przy serialach również do postaci (bo potrzeba czasu, żeby taka relacja mogła się rozwinąć).

  2. „Teorii jest wiele – bo czują się samotni, bo inaczej nie mają o czym rozmawiać ze znajomymi przy piwie, bo mają niski poziom inteligencji i nie są w stanie skupić się na ambitnych filmach albo książkach.”

    To samo mówili i nadal mówią o ludziach grających w gry video.

  3. Trzy słowa; Six feet under – wszystkie rodzaje realizmu, nawet magiczny. Niestety nikt z moich znajomych nie ogląda tego co ja.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s