Bo ja nie jestem jak inne

Trafiłam ostatnio na tekst, który niejako mną wstrząsnął. Co jest nieco paradoksalne, bo dotyczy on fandomów, a więc wydawałoby się – tematu lekkiego i przyjemnego. Tymczasem tekst jest z gatunku totalnie dających po psychice i nie mogę przestać o nim myśleć od kilku dni. Możecie go przeczytać tutaj – jest długi i po angielsku, ale naprawdę warto się przez niego przebić. W skrócie – dla tych, którym się bardzo nie chce, albo nie znają języka – dotyczy tego, jak fandom traktuje postaci kobiecie. A jeszcze ściślej, autorka usiłuje zrozumieć(i kawa na ławę wywala kolejne potencjalne powody), dlaczego (niektóre) kobiety w fandomach nienawidzą (niektórych) żeńskich bohaterek. Nie „nie lubią”. Nie „mają w nosie”. Nienawidzą. Piszą wielostronicowe elaboraty na temat swojej nienawiści. Wdają się w pyskówki. Żalą się na forach. Bezlitośnie po nich jeżdżą.

Jako osoba, która generalnie ma problem z przynależeniem do grup społecznych i wykazywaniem entuzjazmu, nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w kwestii fandomów. Ale jako kobieta, która ma kontakt z innymi ludźmi (dość rzadki, ale jednak), a nawet z innymi kobietami, wiem, że to zjawisko nie jest w swojej istocie odosobnione. Gdzieś tam zarejestrowałam mocno nieprzychylny stosunek czytelniczek do postaci Katniss. Mam wrażenie, że Bella nie cieszy się szczególną sympatią żeńskich fanek (co odbija się bardzo na grającej tę rolę Kristen Stewart). Są kobiety, które nie znoszą Hermiony (how is that even possbile??). Ofiarą podobnego traktowania stała się Rihanna, nad którą kobiety znęcają się z upodobaniem godnym lepszej sprawy, ponieważ śmie być ofiarą w toksycznej relacji. Zatem zjawisko to z pewnością nie ogranicza się do fandomu. Powiedziałabym, że jest raczej powszechne.

Czemu ta nienawiść służy? Czemu mamy tak silną potrzebę nienawidzenia tych kobiet – fikcyjnych bohaterek albo celebrytek, których życie z naszego punktu widzenia właściwe również jest kompletną fikcją?

Autorka tekstu wymienia wiele powodów. Że nienawidzimy w nich cech, których nie lubimy u siebie. Że nie lubimy kobiet o cechach społecznie nieakceptowanych (np. wrednych suk mających zero instynktu opiekuńczego). Że jeśli podoba nam się męski bohater, znienawidzimy kobietę, która go skrzywdziła (co ciekawe, to nie działa w drugą stronę – znacznie łagodniej traktujemy facetów krzywdzących kobiety, np. Erica z True Blood. Psy wieszane są na Sookie, że nie rozumie jego wielkiej miłości). Wszystko to jest prawda, ale ja najbardziej chciałabym skupić się na innym aspekcie nienawiści kobiet do siebie nawzajem. W skrócie nazwałabym ten powód „bo ja nie jestem jak inne”.

I tutaj wchodzi mi drugi czytany niedawno tekst, tym razem całkowicie po polsku. Powstał on jako refleksja po warszawskim Marszu Szmat, ale jego przekaz jest jak najbardziej uniwersalny. Otóż mówi on o zjawisku, które nazywa się w socjologii i psychologii podwójnym wiązaniem (ang. double bind). Jest to mechanizm psychologiczny i społeczny, za pomocą którego grupa że tak powiem trzymająca władzę kontroluje zachowania jednostki znajdującej się niżej w hierarchii. Takie podwójne wiązanie może wystąpić pomiędzy rodzicem i dzieckiem, uczniami i nauczycielami, ale także pomiędzy mniejszością i większością etniczną w danym kraju. Wygląda to zazwyczaj tak – grupa dominująca obiecuje, że członek grupy dyskryminowanej stanie się jednym z nich, że będą traktować go jak równą sobie, jeśli spełni taki a taki warunek (np. będzie potulną, miłą kurą domową i strażniczką domowego ogniska). Rzeczona kura domowa warunek spełnia. Wtedy okazuje się, że sam fakt, że spełniła ten warunek, dyskwalifikuje ją całkowicie, świadczy o tym, że do pewnych rzeczy się nie nadaje i nici z równego traktowania. W skrócie – grupa dominująca stawia warunki, których nie można spełnić albo samo spełnienie ich sprawia, że człowiek zostaje dyskryminowany. Świetnym przykładem tutaj mogą być kobiety na stanowiskach kierowniczych. Najpierw twierdzono, że aby kobiety mogły kierować innymi, powinny zachowywać się jak mężczyźni, do czego z pewnością nie są zdolne, bo są zbyt emocjonalne itp. Kiedy już zajęły stanowiska kierownicze i udowodniły, że jak najbardziej są w stanie zachowywać się jak mężczyźni, okazało się, że… kobiety na stanowiskach kierowniczych zachowują się za bardzo jak mężczyźni, tracąc przy tym całą kobiecość, a zatem i wartość. Dalej więc pozostają na pozycji osób dyskryminowanych.

I tutaj wchodzi właśnie owo słynne „bo ja nie jestem taka jak inne kobiety”. Która z nas nie powiedziała kiedyś takiego zdania do sympatycznego kolegi, na którego pozytywnych uczuciach nam zależało? Ja z pewnością tego nie uniknęłam. Czy kiedykolwiek wygłosiłyśmy takie zdanie do koleżanki? Raczej nie. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ to „ja nie jestem taka jak inne” jest właśnie próbą wypełnienia żądania grupy dominującej. Wkupienia się w jej łaski. Sprzedania „swoich” za cenę awansu społecznego. Wybielenia się trochę przez kontrast z innymi „idiotkami, które gadają tylko o ciuchach/ciągle płaczą/siedzą w domu”. Jednym słowem – złapania trochę punktów. Dorównania mężczyznom.

I to właśnie zjawisko odbija się również na odbiorze kultury i jej wytworów. Dlatego bardziej razi puszczanie bąków przez bohaterki Bridesmaids niż przez bohaterów Kac Vegas. Dlatego kobiety nienawidzą Katniss. Dlatego znęcają się nad Rihanną. Bo te bohaterki/celebrytki nie zachowują się tak, żeby zyskać aprobatę mężczyzn. Przynoszą nam ujmę. Przekreślają nasze szanse na zyskanie przychylności wyższej grupy społecznej. Kompromitują nas przed facetami. Nie szanują się. Nie są damami. Nie próbują nawet spełnić stawianych przez mężczyzn wymagań. Wytłumaczeń jest wiele, ale można sprowadzić je do wspólnego mianownika – nie chcą grać wedle męskich zasad. I tym samym stanowią zagrożenie. Mogą sprowadzić na nas wszystkie gniew grupy dominującej. My za to zapłacimy. Lepiej więc szybko zarzec się „ja taka nie jestem”. Może dzięki temu dostaniemy łagodniejszy wymiar kary.

Nie apeluję, żebyśmy wobec tego krzyczały „jestem taka sama jak inne”. Nie chodzi o zamykanie się i obwarowanie w getcie kobiecości (jako takiego również zdefiniowanego przecież przez mężczyzn). Raczej chodzi o to, żeby pamiętać, że cokolwiek byśmy nie zrobiły, i tak w sytuacji podwójnego wiązania jesteśmy na straconej pozycji. Ale można mieć świadomość jego istnienia.  Można próbować określać się nie w opozycji do męskiego świata, męskich bohaterów, ale wobec samych siebie. To jest szalenie trudne, może nawet niemożliwe, bo działamy w systemie naczyń połączonych. Co nie znaczy, że nie powinnyśmy próbować. Za każdym razem, kiedy ogarnie nas fala nienawiści do przedstawicielek własnej płci, zastanówmy się, skąd ona się mogła wziąć i czy naprawdę jest konieczna. Bądźmy ludźmi, a nie przylepionymi do nas łatkami. Również w świecie kultury.

PS. I jeszcze bardzo króciutko o tym, dlaczego kobiety obmawiają, zdradzają i są wrednymi jędzami – specjalnie dla Myszy. Każdy człowiek ma negatywne uczucia. Złość jest najczęściej towarzyszącą nam emocją, której doświadczamy kilka do kilkunastu razy dziennie. Kobieta wychowywana jest tak, żeby nie pokazywać agresji, złości, negatywnych uczuć. Ma być łagodnym aniołem, opiekunką, istotą bierną i cichą. Ale od samych społecznych wymagań nasze złe uczucia nie znikają. Nie możemy dać komuś w pysk – to upleciemy jakąś zgrabną intryżkę, żeby wyszło na nasze. Obmowy, jędzowatość, przysrywanie innym – w ten sposób wyłazi z nas tłumiona agresja.

PS.2. Tekst zrobił na mnie tak duże wrażenie, że niedługo będzie jeszcze drugi post nim inspirowany. Tym razem lżejszy, więc nie zniechęcajcie się moim feministycznym rantem. Następnym razem będzie znacznie milej 😉

20 comments

      • O, właśnie! Jasność spłynęła.
        Od siebie mogę dorzucić jeszcze jeden okaz takiej niechęci (jako ze czasem poruszam się po świecie romansów). Od lat krytycy i czytelniczki zarzucają romansom, że brak w nich silnych, asertywnych kobiet. Kilkanaście lat temu Nora Roberts stworzyła serię „In death” (30+ tomów) z główną bohaterką, dokładnie taką jakiej brakowało gatunkowi – silna, asertywna, ambitna, pracoholiczka, nie zainteresowana typowo kobiecymi zajęciami, ale jak trzeba to i ubrać się umie, umalować i kolację zamówić. I od lat ta postać budzi olbrzymią niechęć czytelniczek. Na jedną sympatyzującą przypada 5 nienawidzących.

        A to „podwójne wiązanie” to ja niebawem wykorzystam w dyskusji w RL :>

      • Ja się jeszcze teraz zastanawiam nad jednym problemem, mianowicie postaci „spełniającej wymogi feminizmu”. Bo dzisiaj nie dość, że postacie kobiece mają się pojawiać, to jeszcze mają być silne, asertywne itp., tak jak napisałaś wyżej o tamtej bohaterce. Ale właściwie każdej bohaterce można w jakimś tam aspekcie zarzucić, że nie jest „wystarczająco feministyczna”. I tak właśnie się dowiaduję, że Hermiona nie jest feministyczna, bo jest przemądrzała i pruderyjna. Albo że Czarna Wdowa nie jest feministyczna, bo nosi obcisłe ciuchy. Do każdej można przyczepić jakąś łatkę, bo każdy ma trochę inne wyobrażenie na temat tego, co ten feminizm ma oznaczać. A przecież nie chodzi o to, żebyśmy były wszystkie toczka w toczkę identyczne – silne, asertywne, Przodowniczki Pracy jak w PRL. Chodzi o to, żeby kobiece uczucia, pomysły na życie i charaktery też miały swoje miejsce w literaturze czy filmie. I już nie ma takiego wielkiego znaczenia, czy to będą silne bohaterki, czy mdławe lelije. Ważne, żeby były pełnokrwistymi bohaterkami, a nie papierowymi wydmuszkami, które służą tylko temu, żeby bohaterowi podbić ego.

        „Podwójne wiązanie” to jest naprawdę coś, co sprawia, że 90% dyskusji, toczących się pod wątkami feministycznymi/o związkach małżeńskich/o mniejszościach, nagle zobaczyłam w zupełnie innym świetle. Zawsze wiedziałam, że coś jest z nimi nie tak, ale nie potrafiłam wyjaśnić, co. Naprawdę, jakby mi klapki z oczu spadły.

  1. Ale mi zafundowałaś ożywczy poranek. Kurczaki, ja się do tej kategorii kobiet troszkę zaliczam, co to nie chcą być takie jak inne, ale z pełną świadomością mogę napisać, że szczególnie nie hejtuję innym kobietom. Czasem mnie co prawda irytują, gdy zamykają się w stworzonej przez mężczyzn „definicji kobiecości” albo [o zgrozo] próbują ulokować mnie w tej kulturze podwójnych standardów [mam tu na myśli te teksty typu „jesteś dziewczynką, to musisz”], ale poza tym są mi całkiem obojętne. Ja w ogóle jestem ogromnym przeciwnikiem dzielenia ludzi ze względu na płeć społeczną, może dlatego, że zawsze miałam problemy z przystosowaniem się do jednej i lubiłam brać coś z „kobiet” i coś z „mężczyzn”, ale żeby tworzyć poematy o nienawiści do kobietach, które staja na drodze mojemu popkulturalnemu ukochanemu „wampirowi”? Jestem zarówno fanką Belli, Cersei czy Hermiony albo mojego ideału „połączonych płci” kapitan Janeway z Voyagera. Z tym, że żadna z tych postaci nie jest odzwierciedleniem jednego człowieka. Każda z nich zbudowana jest na jednej, wyjętej cesze kobiet – i tak Bella jest tą częścią nas co czeka na rycerza na białym koniu i „epic love”, Cersei to ta cecha co to by się chciała buntować i być bardziej „męska”- mieć władzę. Takie dwie strony jednego człowieka, rzadko jednak połączone w jedną postać [w końcu prawdziwi ludzie bywają sprzeczni] dlatego jeśli wewnętrznie sympatyzujemy z tą częścią co to by chciała rządzić, będziemy mocniej hejtowej tej co marzy „by żyć miłością”. No ale nie wiem. Problem to poważny i raczej nie do rozwiązania. Muszę nad tym trochę pomyśleć.
    Nie zmienia to jednak faktu, że konkluzja tekstu jest Bardzo Smutna dla nas dziewczyn…

    • Ależ właśnie o to chodzi, że każda z nas się trochę zalicza do tej kategorii. I każda z nas trochę chce się wyróżniać. W tym polecanym przeze mnie tekscie pada takie stwierdzenie ” I think every woman hates women a little, even the ones who fiercely love women harder just to fight that. This world hates women and we’re part of this world”.
      Chodzi o to, że nie ma „innych kobiet”. Ta masa nie istnieje i to jest fałszywe założenie. Różnimy się między sobą kolosalnie. Tak samo jak mężczyźni. Są ludzie, a nie płcie/mniejszości/kolor skóry. Dlatego mówienie „nie jestem jak inne kobiety” jest fałszywe i prawdziwe równocześnie. No bo nie jestem jak inne kobiety – jestem jedna i wyjątkowa, drugiej takiej nie ma na świecie. Ale jednocześnie każda inna z kobiet też jest jedna i wyjątkowa. Każda ma prawo do swojej historii, swoich błędów i wypaczeń, swoich wad. I do tego, żeby móc oglądać jakieś tam wersje siebie na ekranie kinowym. I powinnyśmy sobie dać to prawo, zamiast uparcie go sobie odmawiać.

  2. A ponieważ to jest część tego świata, nie jest łatwo tak po prostu przestać ich nienawidzić, ale zgadzam się z tym jak i tamtą autorką, że trzeba próbować – przede wszystkim hamując własne nienawistne paplanie, co niestety nie jest łatwe oraz mieć świadomość, że takie zależności występują, To jest mądre stwierdzenie, które trzeba przekazywać nie tylko kobietom obok-dorosłym ale właśnie przede wszystkim tym młodym, czy to wchodzących konkretnie w famdom czy zwyczajnie naszym własnym córkom. Albo może przede wszystkim synom.

  3. to też jest chyba tak, że niechęci mężczyzn wobec innych mężczyzn – istniejącej przecież, namacalnej i codziennej – nadaje się inne znaczenie. Skoro facet uważa innego faceta za idiotę widać ma powód, dziewczyna pewnie po prostu zazdrości tej drugiej czegoś (cycków, faceta, długich włosów?). Poza tym kobiety przyjmują również inną strategię wkradania się w męskie łaski – nie poprzez wyróżnianie się z „morza kobiet” a właśnie poprzez zapewnianie, że pływają w nim z wielką chęcią ;). I wtedy na cześć mężczyzn nowoczesne kobiety sukcesu wygłaszają teksty typu: „teraz zjedzą mnie feministki, ale uważam że kobieta która nie goli nóg nie powinna wychodzić z domu” ;P
    I jeszcze jedno pomyślałam – a propos nienawidzenia postaci (mniej lub bardziej fikcyjnych) – wiele osób chętnie by „ponienawidziło” sobie i całkiem realne osoby, ale nie mają odwagi pluć takim jadem w realu…

    • Oczywiście, nawet jak facet facetowi da w mordę, to widocznie tamten zasłużył. A baby to takie niejasne są… Szkoda, że nikt nie widzi, że muszą być niejasne, bo jakby jedna drugiej przyłożyła w mordę, to świat by się skończył 😉

      Tak, z tymi nowoczesnymi kobietami sukcesu tak właśnie jest, ale to jest ten sam mechanizm, nie? Zawsze chodzi o zyskanie aprobaty, tylko inną metodą. Wtedy dostaje się nagrodę za co innego, ale równie cenną, a może nawet cenniejszą.

      Myślę, że właśnie dlatego nienawidzimy postaci fikcyjne, że to są symbolem różnych żyjących osób, albo nawet nas samych. I dlatego to jest takie groźne i smutne.

  4. Bardzo dobry tekst. Sama rozważam, czy nie napisać czegoś o seksizmie w fandomie generalnie. Jest to dla mnie o tyle ciekawe zjawisko, że mamy tutaj podwójne standardy: z jednej strony na stronach takich, jak tumblr, promowany jest feminizm, równość płci, jest walka z seksizmem, rasizmem, itd., a z drugiej strony te same osoby potrafią bezlitośnie gnębić postacie kobiece za rzeczy, przy których przymykają oko, gdy mamy do czynienia z postacią męską. Właściwie ciężko stworzyć postać kobiecą i nie spotkać się z zarzutem „Mary Sue”, co potwierdza tenże cytat: http://miss-cath.tumblr.com/post/53029324475
    Fascynuje mnie to, jak właściwie takie osoby wynajdują coraz to kolejne argumenty, by usprawiedliwić to, że „nie znoszą postaci kobiecej, ale nie są seksistami”. Otóż uważam, że jest to jakaś forma seksizmu z całą pewnością – ponieważ znaczy to, że brakuje nam wrażliwości w jakimś stopniu na to, że taka sytuacja ma też miejsce w realnym świecie i to nierzadko.
    Ok, postać może być źle napisana, ale jest też całe grono postaci męskich, które są źle napisane. Jeśli natomiast taka osoba mówi, że nie znosi postaci kobiecej, bo „wtrynia mi się w pairing” (a to widzę najczęściej), to bad news: jest to bardzo płytki powód do nienawiści.

  5. Czy sprowadzanie upatrywanie przyczyn „ja nie jestem taka, jak inne” w podwójnym wiązaniu nie jest lekką nadinterpretacją? Wszak każdy człowiek, bez względu na płeć, lubi myśleć i mówić o sobie, jako o kimś wyjątkowym. Każdemu wydaje się, że nie jest takim zwykłym, szarym ludkiem, wyciętym z szablonu. Oczywiście nie neguję wspomnianego zjawiska, tylko się zastanawiam, czy akurat za to też odpowiada.

    • Moim zdaniem nie, bo wszystko zależy od kontekstu. Kiedy myślimy sobie „ależ ta ludzkość to barany, ja jestem inny”, to co innego, niż gdy mówimy „ja nie jestem taka jak inne” do kolegi stojącego obok. W tym pierwszym przypadku utwierdzamy się w naszej wyższości nad ludzkością, co jest naturalne dla każdego człowieka. W drugim próbujemy najczęściej sprostać wymaganiom podwójnego wiązania – jednocześnie udowadniając, że mamy cechy powszechnie uważane za męskie (np. ja nie jestem taka jak inne, świetnie prowadzę samochód), z drugiej wykazując, że jednak jesteśmy takie jak inne (np. mimo to jestem ładna i noszę spódniczkę). Przynajmniej ja to tak widzę.

  6. Bry wieczór. 🙂 Przyniosło mnie tutaj kilka dni temu przez cudze blogrolki i karnawały, ale że ostatnio jestem po uszy w rzeczach czekających na napisanie/przeczytanie/opracowanie, nie bardzo mogłam się odezwać od razu, więc wracam dzisiaj.

    Dzięki za ten tekst, wydaje mi się bardzo celny w wielu punktach. Cała sprawa od dawna wydaje mi się bardzo złożona i psychologiczno-socjologicznie zawikłana jak kłębek wełny w kocim koszyku. Przy tym, moim zdaniem, w tych psycho-soc-mechanizmach rzecz wykracza poza wąsko pojmowaną „kwestię kobiecą” (tak jak „podwójne wiązanie” przynależy do „mentalności niewolnika”, która przejawia się nie tylko w auto-mizoginii). Wydaje mi się, że tu się nakłada wiele, hmm, warstw zjawisk. Na przykład fandomowe hejcenie w ogóle, nie tylko postaci kobiecych (choć w ich przypadku chyba faktycznie szczególnie mocne). Wygląda to tak, jakby ludzie znajdowali sobie nie tylko ulubione postacie do kochania, ale i ulubione do nienawidzenia. Fandom jako poligon dla emocji. Na pierwszy rzut oka taki fan-hejt jest niezrozumiały i wręcz odrażający, ale teraz zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest wentyl bezpieczeństwa. Nie podoba mi się plucie jadem na kogokolwiek, ale masz rację, że ten jad sam z siebie nie zniknie, jeśli już się nazbierał, to gdzieś musi wyciec. Wobec tego, z dwojga złego już lepiej pluć na postać fikcyjną niż na kogoś żywego… Inna sprawa, że to tylko prowizoryczne wyjście i ślepa uliczka na dłuższą metę. Przekierowanie nienawiści nie oznacza jeszcze jej wygaszenia.

    Prosty hejt prostym hejtem, ale wydaje mi się, że prawdziwy kolczasty labirynt zaczyna się tam, gdzie startują te usprawiedliwienia „nie mam nic przeciwko kobietom, ale”. Współczesna kultura bardzo ostro skręciła w kierunku „nie tolerujemy nietolerancji” i „obrażanie jest zbrodnią”. Idea słuszna, jak większość idei u źródła, ale jak się tak rozejrzeć, to mam bardzo niepokojące wrażenie, że idea na naszych oczach staje się kolejnym przykładem na „chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle”. Jak tak śledzę dyskusje na drażliwe tematy – nie tylko feministyczne, ale rasowe, LGBT, etniczne, religijne, generalnie wszelkie, gdzie hejt i nietolerancja znajdują pożywkę – to w tyle głowy coraz natarczywiej mi się plącze jedno skojarzenie: polowanie na czarownice. To bardzo ładnie, że rasiści, mizogini i homofobi dostają czerwoną kartkę, ale śruba została już przykręcona na tyle mocno, że w większości „porządnych” dyskusji (choć w polskim Internecie to wciąż dużo rzadsze) ludzie zabierający głos, zanim przejdą do meritum, najpierw zastrzegają się, że nie są wielbłądami i proszą o wybaczenie na wypadek, gdyby kogoś mimowolnie obrazili tym co za chwilę napiszą, a później i tak są gromieni za niedostateczną prawomyślność przez jakiegoś samozwańczego żandarma. Stopniowo nakręca się piekiełko podejrzliwości, przepraszania z wyprzedzeniem i chodzenia wokół tematu na palcach… aż się w tym wszystkim rozmywają rzeczywiste poglądy i rzeczywisty problem. No bo faktycznie, dobra postać kobieca to w końcu jaka? Czy zastrzeżenie „nie mam nic przeciwko, ale” jest szczere, czy obłudne w danym przypadku? Jest zinternalizowaną mizoginią, czy po prostu niechęcią do konkretnej postaci, która akurat jest kobietą? (Też przecież możliwe i na pewno się zdarza). Pytam retorycznie, bo próbuję pokazać, ile pułapek zastawiamy w takich rozważaniach sami na siebie. Albo gorzej – na współdyskutanta, przez wchodzenie w rolę żandarma. Niepokoi mnie, że stajemy się dla siebie nawzajem policją myśli. Rezultatem jest autocenzura, ludzie sami już w końcu gubią się między swoimi prawdziwymi odczuciami i poglądami, a tymi, które wypada mieć, stąd to zarzekanie, że się wcale a wcale nie myśli niepoprawnie, „ale to i tamto i jednak i poza tym”… A atmosfera sobie cichcem gęstnieje i tracimy na tym wszyscy, paradoksalnie najwięcej ci, którzy jednak cenią namysł i dyskusję zamiast zatykania uszu i ziania hejtem.

    Okropnie długi się ten komentarz robi, ale jeszcze koniecznie muszę dodać, że szczególnie zgadzam się z tym:
    Chodzi o to, że nie ma “innych kobiet”. Ta masa nie istnieje i to jest fałszywe założenie. Różnimy się między sobą kolosalnie. Tak samo jak mężczyźni. Są ludzie, a nie płcie/mniejszości/kolor skóry. Dlatego mówienie “nie jestem jak inne kobiety” jest fałszywe i prawdziwe równocześnie. No bo nie jestem jak inne kobiety – jestem jedna i wyjątkowa, drugiej takiej nie ma na świecie. Ale jednocześnie każda inna z kobiet też jest jedna i wyjątkowa.

    • Tak, słuszna uwaga z tą policją myśli. Mam wrażenie, że jeszcze niedawno wystarczyło, żeby pojawiła się w ogóle jakaś postać kobieca, a wszyscy krzyczeli „hurra! nareszcie jakaś kobieta!”. Ale dziś to już nie wystarczy. Każda jest za mało feministyczna, bo za twarda, za miękka, za bardzo wyzwolona, za mało wyzwolona… I potem człowiek powie „kocham X”, a zaraz na jego głowę zwala się stado sępów, które marudzą, że nie tak, że źle, że nie powinien kochać i tak dalej. W takiej atmosferze ciężko o sympatyczną wymianę myśli.
      Zresztą za każdym razem, kiedy piszę czy mówię coś „feministycznego”, czuję się, jakbym mentalnie szykowała się na wojnę. Nie wiadomo, z której strony spadną ciosy, ale że spadną – to wiadomo.

  7. Nie wiadomo, z której strony spadną ciosy, ale że spadną – to wiadomo.
    O właśnie, masz rację – nie wiadomo z której strony. Przyzwyczailiśmy się kojarzyć fanatyzm z jakąś egzotyczną ultraprawicą i typami obwieszonymi dynamitem, ale okazuje się, że to bardziej typ ludzi niż typ poglądów. Pamiętam jak raz byłam świadkiem dyskusji, gdzie ktoś poprosił o opinię: „piszę powieść, chciałbym tam pewien element ustawić tak a tak; czy jest ryzyko, że to zostanie zinterpretowane jako homofobiczne?”. Dyskusja należała do takich właśnie typowo „porządnych” – duża grupa komentujących (bo wątek wzbudził spore zainteresowanie) tańczyła wersalskiego kontredansa z uprzedzającymi przeprosinami zajmującymi pół każdego postu i generalnie składała się jak scyzoryki, żeby nie popełnić żadnej niezręczności, czyli w rezultacie nie powiedzieć nic konkretnego, za co mogłoby się zostać przyszpilonym. Jednym z bardzo nielicznych wyjątków był chyba najkrótszy post, brzmiący mniej więcej: „Jestem gejem i nie widzę w twoim zamiarze nic, co by mi uwłaczało. Pisz i nie przejmuj się”. Jeszcze coś dodał, że niektórzy teraz już przesadzają z tą obrażalskością. Na to przyszedł trzeci i wsiadł na niego, tu już cytuję prawie dosłownie (choć w przekładzie, bo dyskusja była angielska), bo mi się wryło: „A mnie bardzo niepokoi, że nie jesteś obrażony, bo właśnie powinieneś”. Szczęka mi opadała długo i nie mogła się zatrzymać. Najgorszy u żandarmów jest właśnie ten ton, sugerujący, że mają w kieszeni certyfikat na słuszność i prawo do upominania innych. Stare jak świat lansowanie się jako ostatni sprawiedliwy metodą wynajdywania ułomności u wszystkich naokoło, czyli właśnie klasyczne polowanie na czarownice. Jeśli taki atak przychodzi z własnego obozu (niezależnie od tego jaki to obóz, feministyczny, ultrakonserwatywny, wszystko jedno), to zrozumiałą ludzką reakcją jest spłoszenie i wycofanie, bo trzeba sporej odporności psychicznej, żeby nie pozwolić się wepchnąć w rolę skruszonego grzesznika, który przeprasza albowiem nie wiedział co czyni. Bardzo trudno jest otwarcie sprzeciwić się komuś, kto tak gorliwie wymachuje sztandarem poglądów, które samemu uważa się za słuszne; raczej człowiek walnie się w pierś i będzie mu wstyd, że wygląda jak obłudny zdrajca na tle tamtego, och jakże bezkompromisowo oddanego sprawie (przypuszczam, że to byłaby jakaś część odpowiedzi na często zadawane pytanie: czemu umiarkowana większość nie powstrzymuje garstki hałaśliwych fanatyków, aż w końcu dochodzi do tragedii? szczególnie, że fanatycy naprawdę szczerze wierzą w swoją rację). Ale tamten facet okazał się odporny, bo w średnio wersalskich słowach zaproponował żandarmowi, żeby pilnował swojego nosa zamiast dyktować mu co ma czuć i myśleć.

    A że w sumie odjechałam od tematu wpisu, to spróbuję trochę wrócić. W jednym z moich fandomów jest postać – kobieta – która jest praktycznie stworzona do hejcenia, co też fandom z zapałem czyni – wredna sucz, żeby zdechła, itede. Postać zarobiła na hejt solidnie, bo mocno zaszkodziła dwóm innym, z czego jedna, a raczej jeden, jest głównym bohaterem, a drugi w gruncie rzeczy też nie całkiem świnia, co najwyżej pusty naiwniak. Zarazem jednak ona zniszczyła własne życie i osobiście nie lubię jej interpretować jako wredną sucz, ale chwiejną, pełną bovarystycznych mrzonek, podatną na głupie sugestie (psiapsiółki, która już rzeczywiście jest niezłą małpą), zagubioną… kogoś, kogo może być wręcz żal. Jak widać, trudno ją uznać za „dobrą postać” pod kątem popularnych wymagań feministycznych. I mimo to, uważam ją za dobrą w sensie „dobrze napisaną i zagraną” (ma dwie wersje, literacką i filmową, ale obie dość zgodne). Dlatego, że jest realistyczna, ludzka w tej swojej słabości. Jasne, trudno ją lubić, ale kurczę, nie możemy mieć samych wonder women i wręcz zaszkodziłoby to literaturze i filmowi jako całości. Prawdziwe kobiety są różne, szare myszy obok żelaznych dam. Jakim prawem mamy wykląć te pierwsze? Faceci jako postacie mogą być równie dobrze herosami jak fajtłapami. Kobiety powinny mieć prawo do tego samego i tak jak postacie męskie być oceniane indywidualnie, bez zaciągania na przymusową służbę do wojska ideologii. Sądzę, że jeśli tu i ówdzie trafia się zahukana mysz, słodka idiotka albo bluszczowata firana, to jest OK. Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy idiotki i firany pojawiają się jako obowiązkowa klisza, szczególnie gdy towarzyszy temu przekaz „bądź cicha i bezwonna, to cię zostawimy w spokoju, nie jak te, co się wychylają”. A postać, o której wspomniałam, w ogólnym rozrachunku wypada bardzo feministycznie, bo dowodnie pokazuje, że wzorzec kobiety jako bezmózgiej zwiędłej leliji przynosi nieszczęście każdemu, w tym mężczyznom. Poza tym, na jej tle tym mocniej błyszczą bohaterki pozytywne, inteligentne babki z silnym charakterem i nie bez wrażliwości. No i wreszcie, ona zaczynała jako kobieta, którą stać było na odwagę i własne decyzje – i wtedy była pokazywana jako pozytywna – a zaczęła się staczać, gdy została bluszczem, przy czym jest wyraźnie pokazane, że nikt jej w tę rolę nie wepchnął, sama ją wybrała, bo owszem, miała wybór. Generalnie zmierzam do tego, że moim zdaniem nie ma i nie powinno być czegoś takiego jak „dobra postać” feministyczna. Niech postacie kobiece będą po prostu realistyczne i niech odzwierciedlają rzeczywiste proporcje charakternych dam i nieśmiałych myszy, a także wrednych intrygantek i anielskich dusz. Jak długo żadna nie zacznie stawać się obowiązującym wzorcem do naśladowania, będzie dobrze.

    Dodam jeszcze, że co do hejtu na „silne bohaterki”, to uważam, że niepotrzebną przesadą jest też ten popularny wśród „wyrobionych i oczytanych” pogardliwy hejt na Mary Sue nie jako konkretną daną postać, tylko jako typ. Zgadzam się, że Mary Sue w czystej formie jest zwyczajnie źle napisaną postacią i tworząc własne lepiej unikać marysujczej wszechzajebistości, o ile to nie ma być parodia. Ale zarazem sądzę, że Mary Sue jest normalnym etapem rozwoju odbiorcy i twórcy. Po prostu w pewnym wieku – bez konkretnego przedziału, bo ludzie się różnie rozwijają – do człowieka marysujczość trafia. Młody pryszczaty potrzebuje supermanów i conanów, młoda pryszczata potrzebuje księżniczek i pyskatych królowych szkoły (i conanów też). I młodzi pryszczaci powinni mieć do swoich MS prawo, w filmach, w komiksach, w książkach i wreszcie we własnych straszliwych blogaskach. Pośmiać się można, czemu nie, jak z filmów gdzie potwory mają zamki błyskawiczne na plecach, ale żeby tępić? Lepiej się zastanowić, czemu to tak powszechne i plenne jak dmuchawce, wyrasta ciągle na nowo. Szczególnie w odmianie damskiej – młody ma w popkulturze szeroki wybór „silnych i sławnych menów”, którzy robią same fajne rzeczy – strzelają, fechtują, włamują się do komputerów, wyrywają laski bez specjalnego starania i walą w mordę czarne charaktery, a „siła kobiet” to przeważnie dzielne radzenie sobie całkiem bez faceta, może i satysfakcjonujące dla dorosłych feministek, ale takie raczej średnio atrakcyjne dla dorastającej dziewczyny, bo to ani jednego czarnego charaktera na glebie, trup męski się nie ściele gęsto od samego przejścia (chyba, że się jest czarną charakterką, bo białe charakterki dostają najwyżej jednego przystojniaka, który też je zauważa nie od razu), ani jednej rywalki pognębionej zabójczą ripostą, w sumie nuda… Młoda najczęściej musi sobie napisać „silną i podziwianą WOman” sama. No to pisze jak potrafi. I powiedz jej tu, że to źle zbudowana postać… Przecież ona nie chce postaci dobrze zbudowanej („dobrze” w pojęciu starszego odbiorcy), tylko taką, którą inne postacie podziwiają. Całkiem normalna tęsknota u młodego człowieka, moim zdaniem…

  8. Świetne. Bardzo mi się podobają te przemyślenia. Jednak na pocieszenie dodam, że nie można tej nienawiści przypisywać tylko kobietom. Jako, że czytałam (i czytam) mangi, kiedyś często wchodziłam na różne fora zobaczyć opinie i komentarze dotyczące nowych rozdziałów. Zdziwiłabyś się jak wielu mężczyzn nienawidzi bohaterów i autorów mang. Polecam zajrzeć do tematów dotyczących np. „Naruto”. Bo tam jest tego naprawdę wiele. Tytułowy bohater Naruto znienawidzony (bo odnosi sukcesy, nawraca ludzi i później nawet ci „źli” go popierają, biega za swoim przyjacielem i wszystko mu wybacza, jest naiwny, za dobry i się wygłupia), inny bohater Sasuke znienawidzony (bo chce zemsty i za bardzo cierpi po stracie rodziny, przez to jak przeżywa swoją krzywdę jest uważany za przesadnie emocjonalnego, w dodatku się wywyższa i podoba się prawie każdej dziewczynie (co męskich czytelników denerwuje), zabił paru lubianych bohaterów i po tym jeszcze bardziej został znienawidzony), autor mangi znienawidzony za to co robi z bohaterami i fabułą. „Neon Genesis Evangelion” – męski bohater Shinji mógł liczyć na wiele przepełnionych nienawiścią krytycznych uwag. Griffith z mangi „Berserk” również. I takich przykładów znajdzie się wiele.

    Jeśli chodzi o Harry’ego Pottera to nienawidzony jest bardzo często Ron. W większości internetowych opowiadań to z niego robiono ofiarę losu albo kogoś złego.

  9. Hej, w większosci się zgodzę ale ta nienawiść kobiet do kobiet bierze się też z zazdrości. Mam koleżankę z nadwagą, która często jak widzi zgrabną dziewczynę od razu rzuca” szmata” albo inne określenia. Z resztą sama kiedyś taka byłam. Jak miałam 15 lat mój chłopak (aktualny mąż) powiedział, ze podoba mu się J. Lo, Pamiętam jak potem nie lubiłam tej Bogu ducha winnej kobiety. Przykładów jest na prawdę dużo. Także zazdrość to coś co nas kobiety niestety psuje chyba najbardziej. Ważne, żeby zrozumieć co się w nas dzieje, dlaczego tak jest i z tym walczyć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s