Dick lit, czyli jak sprzedać książkę

Pamiętacie, jak Geena Davis powiedziała, że jeżeli filmowych bohaterek będzie przybywać w dotychczasowym tempie, osiągniemy równość za jakieś 700 lat? To dotyczy nie tylko filmu. Odnoszę wrażenie, że w kulturze permanentnie robimy krok do przodu, a potem dwa kroki w tył, przynajmniej w temacie równego traktowania płci. Ostatnio doskonałym przykładem tego zjawiska jest tak zwany chick noir. „Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins i „Zaginiona dziewczyna” (Gone Girl) Gillian Flynn to dwa wydawnicze hity, na tyle popularne, że doczekały się ekranizacji. Wyznaczają też one nowy trend w literaturze kryminalnej. Akcja powieści rozgrywa się w tak zwanych normalnych rodzinach, jej bohaterowie mieszkają na przedmieściach, pochodzą z klasy średniej. Wyróżnia je tematyka, osnuta najczęściej wokół dramatów rodzinnych, rozpadających się związków, toksycznych relacji. Zbrodniarz nie jest przypadkowy, nie ma seryjnych morderców, czyhających w krzakach za domem. Morderstwa popełniają główni bohaterowie. Charakterystycznym elementem jest też niewiarygodny narrator, którego relacji wydarzeń z różnych powodów nie możemy zaufać.

Emily-Blunt-Girl-on-the-Train

Emily Blunt gra zaniedbaną (!), grubą (!!) i brzydką (!!!) Rachel z „Dziewczyny z pociągu”. No, ale założyli jej rękawiczki bez palców, więc od razu sprawia wrażenie osoby patologicznej.

Brzmi ciekawie, prawda? No właśnie, a do tego książki owe są bardzo często pisane przez kobiety i kobiety są również głównymi bohaterkami. Wydawcy, oprócz posługiwania się neutralnym płciowo pojęciem „domestic thriller” („thriller domowy”), ukuli na ich określenie termin „chick noir”. Zapewne po to, żeby na skomplikowanym rynku wydawniczym wskazać drogę zbłąkanym kobietom, spragnionym dobrej literatury kryminalnej. Mogłyby bowiem nie zauważyć, że oto wreszcie powstało coś specjalnie dla nich, pomyśleć, że te kryminały czytują również mężczyźni, i w związku z tym nie dotknąć ich nawet długim kijem (jeszcze by się zaraziły jakąś chorobą weneryczną! lub genderem).

Nie chce mi się pisać o tym, że mężczyźni oczywiście również te książki czytują, nieświadomi być może, że oto dotknęli literatury stworzonej dla gąsek (jak stwierdziła pewna dziennikarka, słowa „chick” w odniesieniu do kobiet nie używa się od jakichś 60 lat). Gdyby było inaczej, seksistowskie ze swojej natury Hollywood z pewnością nie zabrałoby się za tworzenie ekranizacji, bo przecież wiadomo, że kobiety nie chodzą do kina, więc nie ma sensu robić dla nich filmów.

gone girl

Opatrzmy mroczny thriller etykietką ze słowem „kurczak” w nazwie, na pewno się lepiej sprzeda.

Ale chciałabym napisać o czymś innym. Mianowicie kobiety stanowią większość nie tylko wśród osób z wyższym wykształceniem. Stanowią również większość czytelników książek. Od lat. Wyniki te potwierdzają wszystkie badania. Kobiety kupują też więcej książek. I to nie tylko romansów. Wszystkich książek. W tym również kryminałów. A zatem, moi państwo, idiotyzmem jest tworzenie szufladki z napisem „chick lit”. To jakby tworzyć zabawki z etykietką „for children”, strzelanki z napisem „FPS for boys” albo samochody „dla ludzi”.

Wydawcy najwyraźniej nie znają własnego rynku. Kobiety już są zainteresowane, nie trzeba kierować do nich kampanii reklamowych. Rynek jest nasycony i ciężko pozyskać nowego czytelnika. Dlatego księgarze powinni raczej zastanowić się, jak sprawić, by po literaturę sięgnęło więcej mężczyzn. Myślę, że najlepszym pomysłem byłyby zmiany w obrębie marki. „Dramat”, „literatura obyczajowa” – to brzmi nudno. Żaden nowoczesny mężczyzna, który znalazł właśnie chwilę wolnego pomiędzy pracą, siłownią, a pomaganiem żonie w pracach domowych, i mógłby ją spędzić na obcowaniu z (pop)kulturą, nie będzie tego czytał. Taka nazwa po prostu go nie zachęci. Tu trzeba czegoś świeżego, odkrywczego, co przekona osobę płci męskiej, że oto właśnie trafiła na pozycję idealną dla siebie.

Aby pomóc zagubionym wydawcom, przygotowałam kilka propozycji przebrandowania istniejących dotychczas gatunków.

Dick lit – Lekka i przyjemna literatura z akcentami humorystycznymi, poświęcona typowo męskim problemom ze znalezieniem pracy, lojalnych kumpli i najbliższego browaru. Przykłady: Potop, Wielki Gatsby, Paragraf 22, Obsługiwałem angielskiego króla.

Cocketry – Rymowane historyjki z morałem, poruszające tematy, na których mężczyźni znają się najlepiej, czyli kwestie filozofii, miłości, honoru i przyzwoitości. Przykłady autorów: Adam Mickiewicz, Dante, Lord Byron.

Bratwurst book – Przewodnik po niezrozumiałym i obcym terenie, jakim dla mężczyzny jest kuchnia. Dzięki kilku kuchcikom, którzy jakimś cudem dokonali niemożliwego i są w stanie odróżnić szybkowar od szatkownicy, droga ta okazuje się łatwiejsza. Przykłady kuchcików: Jamie Oliver, Heston Blumenthal, Gordon Ramsay.

Science friction – To, co mężczyźni lubią najbardziej – dużo seksu… w kosmosie. Plus maszyny, roboty i śrubki! Przykłady: Nowy wspaniały świat, Solaris, Diuna.

Mantasy – Niektórzy mężczyźni też lubią książki o elfach i krasnoludach! Dlatego powstał gatunek mantasy. Jego głównym bohaterem jest przeważnie mężczyzna, z którym ponoć łatwiej się panom identyfikować. Ten gatunek tworzony jest też zazwyczaj przez męskich autorów, dzięki czemu bohaterowie są prawdopodobni charakterologicznie i emocjonalnie. Przykłady: Pieśni lodu i ognia, Eragon, Ziemiomorze (wprawdzie autorką jest kobieta, ale nie przesadzajmy, nie można mieć wszystkiego).

Bong adult – Budująca literatura dla dojrzewających chłopców, z której dowiedzą się, czym powinni się kierować w życiu i jakie stawiać przed sobą cele. Przykłady: Buszujący w zbożu, Gra Endera, Władca much.

Jak widzimy, te w ogóle nie stereotypizujące i nie degradujące nowe, chwytliwe i adekwatne do treści nazwy dla istniejących już gatunków literackich z pewnością pomogą w podniesieniu wyników sprzedaży.

13 thoughts on “Dick lit, czyli jak sprzedać książkę

  1. Science friction sprawiło, że oplułam monitor (a do tej pory myślałam, że tylko tak się mówi…). Przyjmij moje wyrazy uznania za doskonały wpis :-). Właściwie nie wiem, co dodać: kwestia literatury „dla kobiet” denerwuje mnie od bardzo dawna (kiedyś nawet starałam się to ująć w notce) — w ogóle to, o czym piszesz, czyli takie podziały „to dla kobiet”, „to dla mężczyzn” są coraz powszechniejsze (te męskie jogurty!) i nie umiem przeniknąć, skąd się to wzięło.

  2. Dick lit i cocketry- przyjmij, prosze, gratulacje. Dawno juz sie tak nie usmialam. Chociaz w podtekscie nie powinno nam byc raczej zbytnio do smiechu…
    Dla mnie zarówno termin jak i gatunek chick lit sa po prostu obrazliwe. Problem w tym, ze ma bardzo wiele fanek. I to jest straszne.

    • Bardzo dziękuję 🙂
      Odkąd przeczytałam „Reading the romance” Radway, już nie uważam chick litu za obraźliwy i trochę rozumiem, skąd tyle fanek, ale nazwa jest wyraźnie degradująca.

  3. Na bogów, nie. Nie chcę czytać takich rzeczy. I bez tego czytam książki. Aczkolwiek nie wiem jak bardzo trzeba się doszukiwać seksu w Solaris czy Diunie. Przecież to zupełnie nie o tym. 😀
    Marketing książek od dawna leży i kwiczy. 😛

    • No więc jakby o to chodzi, że do gatunku „chick lit” kwalifikuje się książki, które są zupełnie „nie o tym”. Wiele lat nie chciałam tknąć końcem palca „Przeminęło z wiatrem” właśnie dlatego, że miałam skojarzenia z ckliwymi romansami. I jakież było moje zdumienie, kiedy się okazało, że to książka o strategiach przetrwania, konfliktach kulturowych, upadku pewnych wartości, no o masie rzeczy ogólnie, a tego romansu jest tam jak na lekarstwo. Ale łatka „chick litu” została przyklejona i koniec.

      • Aha, ja tam nie przywiązuję uwagi do etykietek ani ich zakresu. Nie wiem jak z tą łatką chick litu, ale i tak nie jestem zainteresowany czytaniem tego czy jakiś innych „bestsellerów”. Wrzucanie w nieodpowiednie etykietki to nie tylko domena speców od marketingu książek. Pamiętam jak japońskie „Shall We Dansu?” dostało od HBO etykietkę „komedii”. O.o Przy okazji, polecam.

      • Widzisz, „bestseller” też jest jakąś łatką 🙂 Myślę, że bardzo łatwo przegapić dobrą książkę tylko dlatego, że nam się wydaje, że nie jest dla nas.

      • Bestseller też jest łatką, po prostu ja nie wierzę w te wszystkie szumne zapewnienia speców od promocji, że oto ósmy cud świata, sprzedany gdzieś tam w iluś tam milionach egzemplarzy, bo te miliony nie świadczą o jakości. „Miliony much…” 😉 Nawet nie wiesz ile świetnych książek przegapiłaś, bo były wydane lata temu i o nich nie usłyszałaś w zalewie tych nowości którymi się ekscytuje tylu blogerów. Argument o przegapianiu książek nie jest zbyt sensowny, bo i tak się zawsze coś przegapi. 😛

      • W takim razie jaki postulujesz sposób dobierania lektury, skoro łatki nie, wyniki sprzedaży nie i zachwyty blogerów też nie? 🙂

  4. Pingback: Blogolektury #1 – multikulturalny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s