Piękni panowie się kochają

Nie, to nie będzie wpis o Yuri on Ice. To będzie tylko czysto rozrywkowe zestawienie teledysków o miłości między mężczyznami. Ocenionych w pluszowo-jednorożcowo-tęczowej skali, bo czemu by nie.

Troye Sivan Youth

Troye taki młody, słodki i niewinny. Teledysk oceniam na trzy pluszowe misie i dwa jednorożce.

Matt Alber End of the world

Panowie tak pięknie tańczą! I ten pocałunek! Trzy jednorożce i tęcza.

The Last Shadow Puppets Miracle Aligner

Duży plus za włoskie inspiracje i budowanie napięcia. Ale końcówka nieco rozczarowuje. Daję tylko dwa pluszowe misie.

Take That Do what you like

Dobra, tak naprawdę ten teledysk nie zawiera panów, którzy się kochają. Ale zawiera półnagich mężczyzn w srebrnych slipach, którzy obrzucają się galaretką, a to przecież prawie to samo, prawda? Jednorożec i cztery tęcze!

Year & Years Desire ft. Tove Lo

Is it desire? Or is it love? Hm, trudno powiedzieć. Może obejrzę jeszcze raz. Trzy tęcze.

Macklemore and Ryan Lewis featuring Mary Lambert Same Love

Nie dość, że ładne, to jeszcze z przesłaniem. Dwa misie, dwa jednorożce i jedna tęcza.

Steve Grand All-American Boy

Oczy sarenki i złamane serce. Cztery pluszowe misie.

Joey Graceffa Don’t Wait

Bajki, w których zamiast księżniczki są dwaj książęta? Pewnie że tak. Dużo jednorożców.

The Knife Pass This On

Dobra, wrzucałam ten teledysk z pięć milionów razy, ale on jest po prostu najlepszy. Nawet tęczy już mi na niego zabrakło.

Nie pytaj, co 2017 może zrobić dla ciebie, ale co ty możesz zrobić dla 2017

9045243332_c8d5964500_c

Grafika na licencji CC autorstwa: ffaalumni.

Dzisiaj będzie smętnie i moralizatorsko. Koniec roku to czas podsumowań i postanowień. 2016 dał nam wszystkim zdrowo popalić. Problem w tym, że głównie na odległość – bo i jaki wpływ mieliśmy na fakt, że zmarł Alan Rickman czy na wynik wyborów w Stanach Zjednoczonych? W takiej sytuacji człowiek czuje głównie smutek i bezsilność. Nic dziwnego, że pod koniec roku facebookowe ściany zalały głównie życzenia, żeby 2016 już się wreszcie skończył.

Jednak patrząc na te teksty, odniosłam trochę wrażenie, że patrzymy na sprawę ze złej strony. Mamy wobec 2017 postawę nieco roszczeniową – modlimy się (metaforycznie), żeby był dobry i zagwarantował nam pomyślność i spokój ducha, niczym jakieś pomniejsze bóstwo. A przecież to, czy będzie dobry, w dużej mierze zależy od nas samych. A konkretnie – od tych, którzy nas otaczają. Podobnie z postanowieniami noworocznymi – chcemy być ładniejsi, szczuplejsi, czasami mądrzejsi, i rzucić nałogi. Wielu ludzi postanawia, że będzie lepiej traktować siebie samego. Ja również się do tej grupy zaliczam. Ale znów – skupiamy się głównie na sobie. I to jest w sumie bardzo egoistyczne.

Żyjemy w dziwnym przekonaniu, kreowanym głównie przez media i serwisy społecznościowe, że człowiek człowiekowi wilkiem. Zwłaszcza ostatnio, zwłaszcza w Polsce, w której ludzie podzielili się na lewaków i „prawdziwych patriotów”, stojących po dobrej i złej stronie barykady (oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia). W tym roku spędziłam sporo czasu za granicą, wśród zupełnie obcych sobie ludzi, na pomocy których musiałam do pewnego stopnia polegać i zdałam sobie sprawę, że ich życzliwość jest dla mnie zaskoczeniem. Dlaczego spodziewamy się po obcych najgorszego? Bo tak nam podpowiadają gazety, w których pisze się tylko o morderstwach, wojnach i głupocie rodzaju ludzkiego. Rzadko kiedy mamy szanse poczytać o sukcesach, dobroci, życzliwości. A przecież ona istnieje. Ludzie codziennie sobie pomagają, uśmiechają się do siebie i dbają o siebie nawzajem na milion różnych sposobów.

I dlatego postuluję, żebyśmy w 2017 zamiast o sobie, myśleli o innych.

Sposobów na to, żeby komuś pomóc, jest bardzo wiele. Najłatwiejszym jest chyba przekazanie pewnej sumy pieniędzy na konto takiej czy innej fundacji. Potrzebujących jest mnóstwo. Można pomagać ludziom, na przykład ofiarom wojny w Syrii czy konfliktu na Ukrainie, za pośrednictwem PCK lub PAH (za ich pośrednictwem możemy również pomóc ofiarom suszy w Somalii czy zorganizować obiad dla polskich dzieci). Można wziąć udział w zbiórkach pieniędzy w serwisach w rodzaju siepomaga.pl i dać odrobinę nadziei ludziom chorym na nowotwory i inne ciężkie choroby. Można pomóc zwierzętom. Ja na przykład stosunkowo często wpłacam niewielką kwotę na konto Fundacji Igliwiak, która jest miejscem z tragicznym PR-em, ale jednocześnie człowiek, który ją prowadzi, jest wyjątkowo zdeterminowany, żeby pomagać jeżom.

Jeśli ktoś woli przeznaczyć swoje pieniądze na bardziej wzniosłe cele, na przykład promocję kultury, to serdecznie polecam patronite.pl i wsparcie naszych współblogerów, na przykład Kiciputka, Zwierza Popkulturalnego czy Mistycyzm Popkulturowy. W tym wypadku wystarczy naprawdę kilka złotych miesięcznie, żeby komuś ułatwić i umilić życie.

A co w sytuacji, kiedy ktoś nie ma pieniędzy? Wtedy można służyć czasem. Praca w wolontariacie niekoniecznie oznacza trwałe zobowiązania. Można pomagać rozmaitym fundacjom z doskoku, od czasu do czasu coś tłumacząc, udzielając się przy organizacji konkretnego wydarzenia lub służąc poradą. Chwilowo mam własne, bardzo absorbujące małe dzieci, ale kiedy trochę podrosną, chciałabym zaangażować się w projekt Big Brother Big Sister, który polega na stworzeniu relacji mentorskiej z dzieckiem o podobnych zainteresowaniach, ale z biedniejszego środowiska. Podobnych możliwości jest mnóstwo. Warto udzielać się w lokalnych NGOsach albo chociażby we wspólnocie mieszkaniowej. To okazja, żeby poznać sąsiadów, zmienić na lepsze najbliższe otoczenie, pomóc komuś, a kiedyś, być może, również skorzystać z pomocy.

A jeśli ktoś nie ma ani czasu, ani pieniędzy? Postarajmy się po prostu być dla siebie milsi – powiedzmy komplement obcej osobie, powstrzymajmy się od sarkastycznej uwagi, uśmiechajmy do ludzi w metrze. Niekoniecznie codziennie, ale – częściej niż dotychczas. Już samo to sprawi, że będzie nam lepiej, milej i mniej smutno.

I właśnie tego nam wszystkim życzę w 2017.

PS. Piszę to wszystko również dlatego, że w wyniku nieszczęśliwego wypadku jeden z moich sąsiadów stracił w Sylwestra cały dobytek. Jest to człowiek, który wiele robił dla lokalnej społeczności – organizował imprezy sportowe, zajęcia dla dzieci, angażował się w działalność organizacji pozarządowych. I to wszystko się w pewnym sensie opłaciło. Ludzie, którzy poznali go przy tej czy innej okazji, słyszeli o jego działaniach, zbierają dla niego i jego rodziny rzeczy, organizują zbiórkę pieniędzy. Warto być życzliwym dla innych i żyć w świecie, gdzie inni nam pomogą. Tylko tyle i aż tyle możemy dla siebie zrobić.

„Hilda” Luke’a Pearsona oraz dla kogo właściwie są książki dla dzieci

hilda_1okladka-640x946

Obiecałam kiedyś na FB recenzję serii komiksów o Hildzie Luke’a Pearsona. Obiecałam też, że napiszę, dla kogo właściwie powstają książki dla dzieci. A ponieważ jestem ostatnio z braku czasu nadzwyczaj ekonomiczna, zrobię to w jednym, wspólnym wpisie.

Zacznijmy od komiksu. Seria o Hildzie została wymyślona i stworzona przez Luke’a Pearsona, brytyjskiego ilustratora i rysownika. Dotychczas po polsku, nakładem wydawnictwa Centrala, ukazały się cztery tomy – Hilda i troll, Hilda i nocny olbrzym, Hilda i ptasia parada oraz Hilda i czarna bestia (liczę na to, że kolejny tom, Hilda and the Stone Forest, również pojawi się u nas w najbliższym czasie). Główna bohaterka to na oko ośmioletnia, niebieskowłosa dziewczynka, a świat, w którym rozgrywają się jej przygody, jest mocno zainspirowany (przynajmniej w pierwszych tomach) skandynawskim folklorem. Pojawia się w nim szereg magicznych stworzeń, takich jak trolle, skrzaty, olbrzymy, przypominające skrzyżowanie psa z chmurą latające puchy, gadające ptaki i wiele innych. Również krajobraz – wysokie góry, drewniane chatki – przywodzą na myśl norweskie fiordy. Sama Hilda jest dziewczynką odważną i niezależną, ciekawą świata i wszystkiego, co na nim żyje. Stale pakuje się w kłopoty, a przy tym pozostaje osobą empatyczną i wrażliwą na cudze problemy.

hilda-i-troll

Plansza z komiksu Hilda i troll, ©Luke Pearson.

Treść komiksów ma formę przygodową, ale każdy tom niesie ważne przesłanie. Młody czytelnik razem z Hildą uczy się, że stereotypy są często fałszywe, a działania, które podejmujemy ze strachu, mogą prowadzić do cudzego cierpienia. Dowiaduje się też, że nie ma czynów bez konsekwencji, a niektóre z nich są nieodwracalne. To też opowieści o tolerancji dla inności – wielu niezrozumianych bohaterów okazuje się przy bliższym poznaniu ciekawych i sympatycznych. Hilda jest także feministyczna, w tym znaczeniu, że płeć bohaterki nie ma absolutnie żadnego wpływu na bieg wydarzeń. Nie dzieje się w tych historiach ani jedna rzecz, która mogłaby się przytrafić tylko chłopcu albo tylko dziewczynce. Chwała Luke’owi Pearsonowi, że zdecydował się narysować komiks o dziewczynce, bo przeważnie tego typu „uniwersalne” postacie są jednak chłopcami.

Podsumowując, to świetna seria komiksów. Skąd zatem wątpliwość, kto właściwie jest jej adresatem? [Przy okazji: używam tu terminów „książka” i „komiks” w sposób wymienny. Usprawiedliwiam się faktem, że książki dla dzieci, zwłaszcza najmłodszych, często są ilustrowane tak bogato, że stosunek tekstu do obrazka wypada podobnie jak w komiksie. Zdaję sobie sprawę, że są to inne formy wyrazu, ale na użytek wpisu pozwolę sobie zignorować ten fakt.] Otóż książki dla dzieci to wyjątkowa dziedzina literatury, którą tworzy ktoś zupełnie inny niż jej domyślny odbiorca. Dzieci nie piszą same dla siebie. Książki dla nich piszą dorośli, wydają dorośli, recenzują dorośli i nagradzają dorośli. To dorośli decydują, co jest warte przekazania. Podejmując decyzje wydawnicze, redaktorzy raczej nie konsultują się z dziećmi odnośnie rozpatrywanych propozycji (co zresztą moim zdaniem rodzi pewne problemy natury etycznej). Dlatego, inaczej niż przy „normalnej” literaturze, książki te mają podwójnego odbiorcę. Wielu dorosłych kupuje i czytuje książki dla dzieci, chociaż sami dzieci nie posiadają, często czując się przy tym trochę głupio. Książki dla dzieci traktuje się przy tym jak niepoważną dziedzinę literatury. Wiążą się z tym różne konsekwencje, czasem przykre, jak na przykład fakt, że pisarze książek dla dzieci znacznie mniej zarabiają.

hilda_2_3

Plansza z komiksu Hilda i nocny olbrzym, ©Luke Pearson.

Ale wracając do dzieci – pół biedy, jeśli pisane i wydawane przez dorosłych książki im się podobają, choć czasem zdarza się, że to, co przez dorosłych odbiorców uznawane jest za „pięknie ilustrowaną powieść dziecięcą”, w dzieciach budzi głównie przerażenie (jak ja nienawidziłam w dzieciństwie książek ilustrowanych przez Stasysa Eidrigeviciusa). A zatem czym będzie „dobra książka dla dzieci”? Dla kogo ona ma być dobra? Czy to książka, która podoba się dzieciom? Młodzi czytelnicy mają jeszcze nie do końca wyrobiony gust. Często podobają im się rzeczy hałaśliwe, błyszczące i tandetne. Fakt ten wykorzystywany jest przez wydawców, którzy uważają, że w związku z powyższym można im wcisnąć byle co. Listę grzechów w tym temacie opisuje Paulina Małochleb w tekście „Dziesięć najgorszych książek dziecięcych”.

No dobrze, czyli z jednej strony mamy książki nazbyt ambitne, poruszające tematy tak trudne w sposób tak wyrafinowany, że przeciętne dziecko niewiele z nich skorzysta (dorosły tak samo, bo dla niego temat zostaje z kolei potraktowany zbyt błaho). Na drugim biegunie mamy tandetną sieczkę bez pomysłu, od której gwałtownie spada iloraz inteligencji. Dlaczego więc uważam, że Hilda jest dobra? Jakie kryterium stosuję? Według mnie dobra książka dla dzieci to taka, która spełnia trzy bardzo ogólne warunki. Po pierwsze, podoba się dzieciom, co oznacza, że dzieci chętnie do niej wracają, przeglądają ją sobie same, nawet jeżeli rodzic nie ma czasu im czytać (oczywiście mowa o młodszych dzieciach), ogólnie – chcą ją mieć w pobliżu (mój syn na przykład śpi z ulubionymi książkami). To, że książka podoba się dzieciom, wynika przeważnie z kombinacji wielu elementów – dostosowanego do wieku języka i tematyki, ciekawych, wieloznacznych ilustracji, w których za każdym razem można odkryć coś nowego, interesującej historii, bohaterów, z którymi można się identyfikować (chociaż dzieci nie myślą w ten sposób, im też przecież niektórzy bohaterowie są bliżsi niż inni), poczucia humoru, które do nich trafia i tak dalej.

hilda3pp_7

Plansza z komikus Hilda i ptasia parada, ©Luke Pearson.

Po drugie, jest to książka, która podoba się rodzicom. Przy czym nie jest to wcale takie jednoznaczne stwierdzenie, jak może się wydawać. Niektórzy rodzice lubią książki, mające wartość edukacyjną. Dlatego wyżej będą cenili pozycje, powiedzmy, popularnonaukowe czy zaznajamiające dzieci z jakąś konkretną tematyką. Wielu rodziców jest fanami historii z morałem. Osobiście wolę otwarte zakończenia, będące raczej punktem wyjścia do rozmowy na dany temat. Ale nie dyskwalifikuję opowieści z morałem. Dobra książka może mieć morał, jednak nie on jest wyznacznikiem jej jakości, tak samo jak nie jest nim wartość naukowa. Książka, która podoba się rodzicowi to taka, w której znajdzie on też coś dla siebie. Może to będą piękne ilustracje. Może ciekawy bohater drugoplanowy, niepokojąco przypominający jego samego. Może wciągająca historia. W każdym razie dobra książka to taka, do której rodzic zwyczajnie lubi wracać, tak samo jak jego dziecko.

I wreszcie trzecie, wynikające trochę z drugiego – dobra książka to taka, która rośnie razem z dzieckiem. I wróćmy tutaj na chwilę do przykładu Hildy. Mój ulubiony tom to „Hilda i nocny olbrzym”. Tak się składa, że jest to również ulubiony tom mojego syna. Dzisiaj najbardziej przyciągają go interesująca historia i zabawne obrazki. Ale już za dwa, trzy lata zacznie doceniać gry słowne, które się w nim pojawiają. Kolejne dwa i będzie w stanie wyłapać nawiązania do skandynawskiej mitologii. Zrozumie pewnie także, że jest to opowieść o stracie i zmianach, które nas dotykają. Za sześć lat trafi do niego wątek relacji dziewczynki z matką, a za dziesięć lat doceni być może piękny, choć melancholijny wątek miłosny. Myślę, że jest duża szansa, że Hilda zostanie z nim na długo, może nawet na całe życie. Jeśli nie jako komiks, to jako element, z którego w mikroskopijnej części zbudował swoją tożsamość.

hilda-i-czarna-bestia

Plansza z komiksu Hilda i czarna bestia, ©Luke Pearson.

I myślę, że oto właśnie chodzi w dobrych książkach dla dzieci. Każdy z nas ma inne upodobania. Nie możemy zdecydować, że nasze dziecko będzie lubiło fantasy, choć oczywiście jest duża szansa, że je polubi, jeśli my sami je lubimy. Są książki, które mnie się podobają, a mój syn za nimi nie przepada. Nie znaczy to, że są złe. Po prostu akurat nie trafiają w jego gust. Może do niektórych dorośnie, a może nie. Ma do tego prawo. Ale najlepsze książki dla dzieci mają pewną uniwersalną wartość, a jest nią szacunek dla odbiorcy i wiara w niego. I w tym chyba leży sekret dobrej książki dla dzieci – że swojego czytelnika traktuje poważnie, niezależnie od tego, w jakim jest wieku.

Kuebiko, anemoia, saudade, czyli kiedy brakuje słów

autumn

Za każdym razem, kiedy robię naleśniki, z jakiegoś powodu myślę o smażonym kurczaku z powieści Hotel Paradise Marthy Grimes, i czuję… no właśnie co? Nostalgię? Tęsknotę za nieistniejącym światem? Zawsze brakowało mi słowa na określenie tego uczucia. Ale, jak się okazuje, w innych językach istnieją określenia stanów, na które w polskim nie mamy słów. Postanowiłam podzielić się z wami kilkoma, których mi brakowało.

Kuebico
Źródło: The Dictionary of Obscure Sorrows z jęz. japońskiego
Stan zmęczenia wywołany zetknięciem z bezmyślną przemocą

lights-in-the-tree

Fernweh
Źródło: jęz. niemiecki
Pragnienie podróży, tęsknota za czymś odległym, również miejscami, w których się nigdy nie było

Saudade
Źródło: jęz. portugalski
Silne nostalgiczne pragnienie znalezienia się znów blisko kogoś lub czegoś, co kochaliśmy i straciliśmy, a co może nigdy nie powrócić

tumblr_nopnvassr41tl1dl9o1_1280

Ichigo ichie
Źródło: jęz. japoński
Coś w rodzaju “nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”, ale dotyczące ludzi, termin oznaczający, że powinniśmy celebrować każde spotkanie z bliskimi, bo drugi raz się nie powtórzy

Lutalica
Źródło: The Dictionary of Obscure Sorrows z jęz. serbsko-chorwackiego
Poczucie, że nie mieścimy się w szufladkach, do których nas włożono, jakaś część naszej osobowości do nich nie pasuje

Anemoia
Źródło: The Dictionary of Obscure Sorrows
Tęsknota za czasami, w których się nie żyło, za przeszłością, która dawno już minęła

Komorebi
Źródło: jęz. japoński
Światło przesączające się przez liście w lesie

Mangata
Źródło: jęz. szwedzki
Ślad księżyca na wodzie

mangata

Mamihlapinatapei
Źródło: jęz. Yaghan (Ziemia Ognista)
Znaczące spojrzenie, wymieniane w milczeniu przez osoby, które chciałyby coś zacząć, ale się boją

Zamiast spamu #14

Jak się Skandynawowie zabiorą za robienie muzyki, to aż ciarki przechodzą.

Na początek trochę tematów z zakresu LGBQT.

A poza tym:

A także paląca kwestia damskiej garderoby.

2f13a12a51b438ae1238f239f855836e

Dwie panie z początku ubiegłego wieku w męskich strojach. Ilustracja stąd.

I jeszcze z naszego rodzimego blogowego poletka.

Historia kobiet: Dorothy Parker

dorothyparker_feat

Résumé

Żyletka? – krew, nieporządek;
Rzeka? – moczy;
Tabletka? – zła na żołądek;
Kwas? – szczypie w oczy;
Rewolwer? – a zezwolenie?
Pętla? – pęka w pierwszym użyciu;
Gaz? – czuć go wszędzie szalenie;
Lepiej już pozostać przy życiu.

Tłum. Stanisław Barańczak

O Dorothy Parker usłyszałam pierwszy raz stosunkowo niedawno, chociaż w historii amerykańskiej poezji pełni ona bardzo ważną rolę. Kolejne pokolenia wychowują się na jej wierszach, przejmujących i pełnych czarnego humoru, poruszających bez zakłamania tematykę miłości i związków, depresji i śmierci. Czytając o posiedzeniach grupy artystów, której była częścią, przy okrągłym stole w hotelu Algonquin, nie sposób nie myśleć o naszym rodzimym „Pod Pikadorem” i o Skamandrytach, a zwłaszcza o Słonimskim – Parker również znana była z sarkastycznych recenzji teatralnych. W późniejszych latach pisała też opowiadania, scenariusze i artykuły.

portableparker

Szczyt jej sławy przypada na lata międzywojenne, a była ona tak wielka, że pisarce często przypisywano powiedzonka, których wcale nie była autorką, bo w przekonaniu ludzi jeśli coś było śmieszne, z pewnością musiało wyjść z jej ust. Wydany w 1944 roku zbiór jej utworów „The Portable Dorothy Parker” do dziś pozostaje w sprzedaży, jako jeden z trzech z serii „portable” (pozostałe to dzieła Williama Szekspira i Biblia). Parker cieszy się więc w Ameryce wielkim poważaniem, podczas gdy u nas pozostaje niemal nieznana. Wydano jedynie dwa tomy jej opowiadań, które, chociaż ciekawe, stylistycznie i tematycznie nieco się zestarzały. Natomiast wciąż aktualne, genialne wiersze w większości nie zostały przetłumaczone na polski. Udało mi się znaleźć zaledwie dwa w tłumaczeniu Barańczaka, zapewne są jeszcze inne, pochowane po różnych wydaniach „Literatury na świecie”, ale nie wystarczyło mi samozaparcia, żeby do nich dotrzeć.

“The best way to keep children at home is to make the home atmosphere pleasant, and let the air out of the tires.”

Dorothy urodziła się w 1893 roku, w zamożnym domu Rothshildów (ale nie tych), jako ostatnia z czwórki rodzeństwa. Była raczej szczęśliwym dzieckiem do czasu, kiedy umarła jej mama. Pięcioletnia wówczas Dorothy nabrała przekonania, że jest odpowiedzialna za śmierć matki (pani Rothshild urodziła córkę, mając czterdzieści dwa lata i ciąża nadwyrężyła jej zdrowie) i nigdy się tak naprawdę tego wrażenia nie pozbyła. Co gorsza, ojciec dziewczynki wkrótce ożenił się ponownie. Dorothy nie znosiła nowej żony ojca, nazywała ją „gospodynią”. Podobno była okropną osobą, ale czy rzeczywiście? Tego zapewne nigdy się nie dowiemy. Tak czy inaczej, ona również padła ofiarą „klątwy Dorothy” i zmarła, kiedy dziewczynka miała dziewięć lat. Dorothy czuła się teraz odpowiedzialna nie tylko za śmierć matki, ale również macochy – tak źle jej życzyła, że coś musiało się zdarzyć.

Wydarzenia te mocno wpłynęły na sposób widzenia świata poetki. Była nieufna, zamknięta w sobie. Kobiety portretowała bardzo surowo. Zwłaszcza matki, które w jej twórczości były zimne, nieobecne, nie dające pociechy, zaabsorbowane sobą. Ale innym też się dostawało. Choć serię „A Hate Song” zaczęła od kobiet, później nienawidziła też m.in. mężczyzn, krewnych, artystów, cyganerii i przyjęć. Jeden z moich ulubionych wierszy jej autorstwa zaczyna się tak:

Frustration
If I had a shiny gun,
I could have a world of fun
Speeding bullets through the brains
Of the folk who give me pains (…)

[Frustracja
Gdybym miała strzelbę nową
Bawiłabym się morowo
Posyłając serię kulek
Tym, przez których cierpię bóle (…)
Nieudolne tłum. moje]

„Four be the things I’d been better without:
Love, curiosity, freckles, and doubt.”

Dorothy nigdy nie skończyła szkoły. Najpierw uczęszczała do prowadzonej przez zakonnice nowojorskiej placówki, której nienawidziła z całego serca. Doprowadzała przy tym swoje nauczycielki do szału. Jedna z najbardziej znanych anegdot mówi, że Dorothy specjalnie myliła „niepokalane poczęcie” („immaculate conception”) ze „spontanicznym samozapłonem” („spontaneous combustion”). W późniejszych latach uczęszczała do prestiżowej Miss Dana’s School, gdzie uczyła się łaciny, historii, matematyki, geografii i filozofii. Jak na szkołę dla dziewcząt, była to bardzo postępowa placówka. Mimo to Dorothy przerwała naukę z nieznanych przyczyn w wieku 15 lat i już nigdy do niej nie wróciła. Z ojcem, podwójnym wdowcem, mieszkała do jego śmierci. Zmarł, gdy miała dwadzieścia lat.

Young_Dorothy_Parker

Młoda Dorothy.

Wkrótce potem wyprowadziła się z rodzinnego domu, wynajęła pokój (niesłychane w przypadku dziewczyny o jej pozycji społecznej) i zaczęła zarabiać na życie graniem na pianinie w szkole tańca. Pytana o to później, twierdziła, że musiała iść do pracy, bo ojciec nie zostawił jej nic w spadku. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne. Niezależnie od przyczyn, dopiero po śmierci ojca Dorothy zaczęła być sobą – samodzielną, dowcipną młodą damą, która przebojem wdarła się na towarzyskie i kulturalne salony Nowego Jorku.

“I require three things in a man: he must be handsome, ruthless, and stupid.”

W 1917 roku Dorothy Rothschild wyszła za mąż za Edwina Ponda Parkera II. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. Parker był przystojny i pochodził z dobrej rodziny, a Dorothy nie mogła uwierzyć, że zakochał się właśnie w niej, bo nie uważała się za osobę atrakcyjną. Niestety zaraz po ich ślubie Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, a Edwin pojechał na front. Kiedy wrócił, był wrakiem człowieka. Już wcześniej lubił alkohol, a frontowe przeżycia sprawiły, że sięgnął również po morfinę. Straumatyzowany i uzależniony, nigdy nie wrócił do formy. Tymczasem Dorothy była prawdziwą gwiazdą, kochał ją cały Nowy Jork. Mieli ze sobą coraz mniej wspólnego. W 1928 roku pisarka wystąpiła o rozwód. Parker zmarł pięć lat później.

“What fresh hell is that?”

Choć coraz bardziej popularna, Dorothy nie radziła sobie z rzeczywistością. Z trudem nawiązywała relacje z innymi, wiecznie schowana za maską sarkazmu i ironii. W dzieciństwie nauczyła się nie okazywać uczuć i całe życie płaciła za to wysoką cenę. Oto jeden z jej najbardziej przejmujących wierszy.

Interior

Her mind lives in a quiet room,
A narrow room, and tall,
With pretty lamps to quench the gloom
And mottoes on the wall.

There all the things are waxen neat
And set in decorous lines;
And there are posies, round and sweet,
And little, straightened vines.

Her mind lives tidily, apart
From cold and noise and pain,
And bolts the door against her heart,
Out wailing in the rain.

parker-dorothy-parker-misty-poodle-1953

Jak wielu ludzi, którzy zawodowo rozśmieszają innych, cierpiała na depresję. Leczyła ją alkoholem, który oczywiście tylko pogłębiał problem, zamiast go rozwiązywać. Była osobą pod każdym względem nietypową, co również nie ułatwiało jej życia. Kompletnie nie umiała prać ani gotować, zdarzało jej się jeść bekon na surowo, jeśli akurat nie miała nikogo do pomocy. Uwielbiała za to psy i zawsze miała ich co najmniej kilka, a czasem nawet kilkanaście. Była złośliwa dla innych, ale sobie również nie pobłażała. W jednym z wierszy, „Symptom Recital”, pisała o sobie tak:

(…) I’m disillusioned, empty-breasted.
For what I think, I’d be arrested.
I am not sick, I am not well.
My quondam dreams are shot to hell.
My soul is crushed, my spirit sore;
I do not like me any more. (…)

Po rozwodzie z pierwszym mężem Dorothy romansowała z różnymi mężczyznami. Jeden z tych romansów, z Charlesem MacArthurem, znanym uwodzicielem, zakończył się ciążą, którą Parker usunęła. Do problemów, które miała od zawsze, doszło jeszcze złamane serce i Dorothy po raz pierwszy targnęła się na swoje życie. Później próbowała się zabić jeszcze trzykrotnie, za każdym razem nieskutecznie.

“I’d rather have a bottle in front of me than a frontal lobotomy.”

W 1934 roku Dorothy wyszła za mąż po raz drugi, za jedenaście lat młodszego Alana Campbella, aktora i początkującego scenarzystę. Para wyprowadziła się do Hollywood, gdzie wspólnie napisali scenariusze do kilkunastu filmów. Jednak trudno ich małżeństwo nazwać szczęśliwym. Parker była już wtedy alkoholiczką. Campbell był biseksualny, a do tego miał poważny romans, kiedy w czasie drugiej wojny światowej przebywał w Europie. Po zakończeniu wojny rozwiedli się, tylko po to, żeby trzy lata później związać się ponownie. Byli małżeństwem do 1963 roku, kiedy Campbell popełnił samobójstwo, przedawkowując leki. Wkrótce potem Dorothy powiedziała w wywiadzie: „Gdybym miała odrobinę przyzwoitości, byłabym martwa. Wszyscy moi przyjaciele nie żyją.”

“That would be a good thing for them to cut on my tombstone: Wherever she went, including here, it was against her better judgment.”

Być może najciekawszym elementem biografii Parker jest fakt, że przez większość życia była zagorzałą aktywistką. W latach trzydziestych protestowała przeciwko uwięzieniu i skazaniu na śmierć Sacco i Vanzettiego, dwóch włoskich anarchistów. Później angażowała się w inne działania, była współzałożycielką Hollywoodzkiej Ligi Antynazistowskiej, działa w lewicowych organizacjach. Były to czasy McCarthy’ego i Parker znalazła się na czarnej liście. Musiała wyjechać z Hollywood. W ostatnich latach życia nie pracowała wiele, nie była w stanie z powodu nałogu. Piła tak dużo, że jedna z nowojorskich destylarni nazwała na jej cześć swój gin.

dorothy-parker-back

Zabawne, że akurat gin nazwano jej imieniem. Dorothy wolała whiskey. Również widoczny na etykiecie dwuwiersz nie jest jej autorstwa.

Utrzymywali ją przyjaciele. Zmarła cztery lata po swoim mężu, w 1967 roku, na zawał serca. Nawet po śmierci pozostała idealistką – cały swój majątek zapisała w testamencie Martinowi Lutherowi Kingowi.

„Excuse my dust.”

W to, co stało się z prochami Dorothy Parker, aż ciężko uwierzyć. Kiedyś zapytano ją o epitafium dla samej siebie. Odpowiedziała: „Excuse my dust” („Przepraszam za prochy”). Okazało się, że to słowa prorocze. W ostatnich latach życia Dorothy opiekowała się jej przyjaciółka Lillian Hellman, która liczyła na spadek (głównie chodziło o prawa do twórczości). Kiedy Lillian dowiedziała się, że nie ona jest adresatką ostatniej woli Parker, była tak wściekła, że nie przekazała domowi pogrzebowemu, co zrobić z prochami. Przeleżały więc one sześć lat na półce. Po tym czasie zostały przesłane adwokatowi Dorothy, który również nie wiedział, co z nimi zrobić, więc włożył je do szafki w swoim gabinecie, gdzie stały kolejne piętnaście lat.

newplaque

Źródło: DorothyParker.com, zdjęcie: Kathy Gadziala

Dopiero wtedy National Association for the Advancement of Colored People, które przejęło prawa do spadku po Martinie Kingu, upomniało się o prochy Parker. Zostały one pochowane w należącym do organizacji ogrodzie w 1988 roku, dwadzieścia jeden lat po śmierci poetki.

Polecam również:

Tekst jest częścią serii „Historia kobiet”. W poprzednim tekście pisałam o Zeldzie Fitzgerald.

Dick lit, czyli jak sprzedać książkę

Pamiętacie, jak Geena Davis powiedziała, że jeżeli filmowych bohaterek będzie przybywać w dotychczasowym tempie, osiągniemy równość za jakieś 700 lat? To dotyczy nie tylko filmu. Odnoszę wrażenie, że w kulturze permanentnie robimy krok do przodu, a potem dwa kroki w tył, przynajmniej w temacie równego traktowania płci. Ostatnio doskonałym przykładem tego zjawiska jest tak zwany chick noir. „Dziewczyna z pociągu” Pauli Hawkins i „Zaginiona dziewczyna” (Gone Girl) Gillian Flynn to dwa wydawnicze hity, na tyle popularne, że doczekały się ekranizacji. Wyznaczają też one nowy trend w literaturze kryminalnej. Akcja powieści rozgrywa się w tak zwanych normalnych rodzinach, jej bohaterowie mieszkają na przedmieściach, pochodzą z klasy średniej. Wyróżnia je tematyka, osnuta najczęściej wokół dramatów rodzinnych, rozpadających się związków, toksycznych relacji. Zbrodniarz nie jest przypadkowy, nie ma seryjnych morderców, czyhających w krzakach za domem. Morderstwa popełniają główni bohaterowie. Charakterystycznym elementem jest też niewiarygodny narrator, którego relacji wydarzeń z różnych powodów nie możemy zaufać.

Emily-Blunt-Girl-on-the-Train

Emily Blunt gra zaniedbaną (!), grubą (!!) i brzydką (!!!) Rachel z „Dziewczyny z pociągu”. No, ale założyli jej rękawiczki bez palców, więc od razu sprawia wrażenie osoby patologicznej.

Brzmi ciekawie, prawda? No właśnie, a do tego książki owe są bardzo często pisane przez kobiety i kobiety są również głównymi bohaterkami. Wydawcy, oprócz posługiwania się neutralnym płciowo pojęciem „domestic thriller” („thriller domowy”), ukuli na ich określenie termin „chick noir”. Zapewne po to, żeby na skomplikowanym rynku wydawniczym wskazać drogę zbłąkanym kobietom, spragnionym dobrej literatury kryminalnej. Mogłyby bowiem nie zauważyć, że oto wreszcie powstało coś specjalnie dla nich, pomyśleć, że te kryminały czytują również mężczyźni, i w związku z tym nie dotknąć ich nawet długim kijem (jeszcze by się zaraziły jakąś chorobą weneryczną! lub genderem).

Nie chce mi się pisać o tym, że mężczyźni oczywiście również te książki czytują, nieświadomi być może, że oto dotknęli literatury stworzonej dla gąsek (jak stwierdziła pewna dziennikarka, słowa „chick” w odniesieniu do kobiet nie używa się od jakichś 60 lat). Gdyby było inaczej, seksistowskie ze swojej natury Hollywood z pewnością nie zabrałoby się za tworzenie ekranizacji, bo przecież wiadomo, że kobiety nie chodzą do kina, więc nie ma sensu robić dla nich filmów.

gone girl

Opatrzmy mroczny thriller etykietką ze słowem „kurczak” w nazwie, na pewno się lepiej sprzeda.

Ale chciałabym napisać o czymś innym. Mianowicie kobiety stanowią większość nie tylko wśród osób z wyższym wykształceniem. Stanowią również większość czytelników książek. Od lat. Wyniki te potwierdzają wszystkie badania. Kobiety kupują też więcej książek. I to nie tylko romansów. Wszystkich książek. W tym również kryminałów. A zatem, moi państwo, idiotyzmem jest tworzenie szufladki z napisem „chick lit”. To jakby tworzyć zabawki z etykietką „for children”, strzelanki z napisem „FPS for boys” albo samochody „dla ludzi”.

Wydawcy najwyraźniej nie znają własnego rynku. Kobiety już są zainteresowane, nie trzeba kierować do nich kampanii reklamowych. Rynek jest nasycony i ciężko pozyskać nowego czytelnika. Dlatego księgarze powinni raczej zastanowić się, jak sprawić, by po literaturę sięgnęło więcej mężczyzn. Myślę, że najlepszym pomysłem byłyby zmiany w obrębie marki. „Dramat”, „literatura obyczajowa” – to brzmi nudno. Żaden nowoczesny mężczyzna, który znalazł właśnie chwilę wolnego pomiędzy pracą, siłownią, a pomaganiem żonie w pracach domowych, i mógłby ją spędzić na obcowaniu z (pop)kulturą, nie będzie tego czytał. Taka nazwa po prostu go nie zachęci. Tu trzeba czegoś świeżego, odkrywczego, co przekona osobę płci męskiej, że oto właśnie trafiła na pozycję idealną dla siebie.

Aby pomóc zagubionym wydawcom, przygotowałam kilka propozycji przebrandowania istniejących dotychczas gatunków.

Dick lit – Lekka i przyjemna literatura z akcentami humorystycznymi, poświęcona typowo męskim problemom ze znalezieniem pracy, lojalnych kumpli i najbliższego browaru. Przykłady: Potop, Wielki Gatsby, Paragraf 22, Obsługiwałem angielskiego króla.

Cocketry – Rymowane historyjki z morałem, poruszające tematy, na których mężczyźni znają się najlepiej, czyli kwestie filozofii, miłości, honoru i przyzwoitości. Przykłady autorów: Adam Mickiewicz, Dante, Lord Byron.

Bratwurst book – Przewodnik po niezrozumiałym i obcym terenie, jakim dla mężczyzny jest kuchnia. Dzięki kilku kuchcikom, którzy jakimś cudem dokonali niemożliwego i są w stanie odróżnić szybkowar od szatkownicy, droga ta okazuje się łatwiejsza. Przykłady kuchcików: Jamie Oliver, Heston Blumenthal, Gordon Ramsay.

Science friction – To, co mężczyźni lubią najbardziej – dużo seksu… w kosmosie. Plus maszyny, roboty i śrubki! Przykłady: Nowy wspaniały świat, Solaris, Diuna.

Mantasy – Niektórzy mężczyźni też lubią książki o elfach i krasnoludach! Dlatego powstał gatunek mantasy. Jego głównym bohaterem jest przeważnie mężczyzna, z którym ponoć łatwiej się panom identyfikować. Ten gatunek tworzony jest też zazwyczaj przez męskich autorów, dzięki czemu bohaterowie są prawdopodobni charakterologicznie i emocjonalnie. Przykłady: Pieśni lodu i ognia, Eragon, Ziemiomorze (wprawdzie autorką jest kobieta, ale nie przesadzajmy, nie można mieć wszystkiego).

Bong adult – Budująca literatura dla dojrzewających chłopców, z której dowiedzą się, czym powinni się kierować w życiu i jakie stawiać przed sobą cele. Przykłady: Buszujący w zbożu, Gra Endera, Władca much.

Jak widzimy, te w ogóle nie stereotypizujące i nie degradujące nowe, chwytliwe i adekwatne do treści nazwy dla istniejących już gatunków literackich z pewnością pomogą w podniesieniu wyników sprzedaży.