Władza czy miłość? Rozważania na marginesie „Call me by your name”

Jakiś czas temu skarżyłam się na swojej grupie, że nie umiem się już cieszyć (pop)kulturą, a ostatni film, który mnie naprawdę zachwycił, widziałam dziesięć lat temu. I to prawda – im więcej rzeczy oglądam, tym bardziej mam wrażenie, że nic już nie jest w stanie mnie zaskoczyć ani poruszyć. Filmy mogą być lepszą lub gorszą rozrywką, ale nie sprawiają, że nie mogę spać w nocy ani nawet nie skłaniają mnie specjalnie do przemyśleń. Może dlatego Call me by your name (polski tytuł: Tamte dni, tamte noce) zrobił na mnie takie wrażenie – zupełnie nie spodziewałam się, że oto trafię na film, który po prostu działa – na mnie też. Jest on zresztą tak uroczy, że aż trochę mi głupio o nim pisać. Podobał się chyba wszystkim, nawet użytkownikom zwykle homofobicznego Filmwebu (uzyskał ocenę aż 7,9!). To jest po prostu plasterek na duszę taki. Ciepły kocyk. Miś ukochany. Serniczek. Dlatego nie będę pisać typowej recenzji. Jeśli chcecie przeczytać, dlaczego ten film był dobry, zajrzyjcie do tekstu Zwierza Popkulturalnego. Mój tekst jest zatem nie tyle recenzją, co raczej przemyśleniami na marginesie. Może nawet zaczynają się one tam, gdzie film się kończy.

Przed seansem powiedziałam, że idę na film o miłości między mężczyznami, bo mi się znudziło oglądanie heteronormatywnych relacji władzy w związkach. Trochę żartowałam, ale okazało się, że główną siłą filmu jest właśnie to przewrócenie do góry nogami sposobu pokazania romansu. Z pozoru w opowiadanej przez reżysera historii nie ma absolutnie nic nowego. Gdy przywołuje się w pamięci poszczególne sceny, one wszystkie już były (niektóre nawet bardziej niż inne, jak przesunięcie kamery za okno, kiedy akcja staje się zbyt gorąca – zagranie typowe dla pruderyjnego Hollywood). A jednak mamy poczucie, że dostaliśmy coś nowego, świeżego. Z pewnością za sukces filmu odpowiada w ogromnej mierze fenomenalne aktorstwo Timothée’a Chalameta. Ale ten aktorski popis też nie bierze się z niczego. Reżyser pokazał bowiem stereotypowego bohatera – siedemnastoletniego chłopaka, w równej mierze egoistycznego, wrażliwego i niepewnego siebie – tylko zamiast kazać mu romansować z dziewczyną, za partnera dał mu dorosłego mężczyznę. I dzięki temu sprawił, że nie wiemy, jak ta historia się potoczy. W relacjach damsko-męskich wszystkie schematy romansowe znamy na pamięć. Dorosły mężczyzna – młoda kobieta? Wykorzystana niewinność i/lub efekt Pigmaliona. Młodszy mężczyzna – dojrzała kobieta? Lekcja niezwykłej miłości, skandal, dramat. Para nastolatków? Opowieść o wyjątkowo czułym młodzieńcu, który zakochuje się w niezwykłej dziewczynie. Dorosły mężczyzna – dorosła kobieta? Porzucenie, złamane serce, nuda.

Tymczasem w filmie Luci Guadagnino żaden z tych schematów nie ma zastosowania. Fakt, że jeden z bohaterów jest niepełnoletni, a drugi dorosły, wydaje się nie mieć żadnego znaczenia – to nie jest opowieść o uwiedzeniu, ale o odwzajemnionym uczuciu i wszystkich jego konsekwencjach. Niesamowicie mi się to podobało, bo strasznie nie lubię motywu, że w związku zawsze jest strona, której zależy „bardziej” – zwykle jest to zresztą kobieta. Film Guadagnino odczarowuje ten schemat. Swoją drogą to ciekawe, w jaki sposób relacje homoseksualne awansowały na ekranie z toksycznych, a nawet psychodeliczno-kryminalnych, do „lepszych”, „równiejszych” niż heteroseksualne. Co jest zresztą bardzo zwodnicze – to, że w filmie nie pojawiają się relacje władzy, nie oznacza, że nie byłoby ich w dłużej trwającym związku bohaterów (ani że związki homoseksualne zawsze tak wyglądają). Trudno jednak przewidzieć, kto byłby stroną dominującą – czy starszy Olivier, czy raczej pochodzący z zamożniejszej, inteligencko-artystycznej rodziny Elio (ten z kolei wątek interesująco rozwijał Kechiche w Życiu Adeli).

To, że bohaterowie okazują się co najmniej biseksualni, również nie jest istotne właściwie dla nikogo (chociaż wiemy doskonale, że w roku 1983 mogło mieć dla bohaterów dramatyczne skutki) i to jest powiew świeżości w kinie o tematyce LGBQT. Przy czym najpiękniejsze w akceptacji romansu jest to, że jest ona nieoczywista, nienachalna i nie kiczowata. Co więcej, scena w której ojciec Elio ustosunkowuje się otwarcie do związku syna, jest jedną z najbardziej wzruszających w całym filmie.

I wiecie, co jeszcze jest urzekające w tej historii? Niemal całkowity brak wstydu. Nie wstydzi się Elio (poza jedną wiadomą sceną), nie wstydzi się Oliver. Nie wstydzą się swoich nieustannie niemal odkrytych ciał, nie wstydzą się uczuć. Oliver jest wręcz bezwstydnie zachłanny – czy chodzi o jedzenie, kontakty z ludźmi, pracę czy miłość. W scenie, w której Elio czeka na powrót ukochanego na schodach przed domem, czujemy jego rozczarowanie, ale nie myślimy (ani on nie myśli o sobie), że zrobił z siebie idiotę. Dzięki temu przesłanie filmu jest niezwykle humanistyczne – jesteśmy ludźmi i nic, co ludzkie, nie jest nam obce. To też jest element równościowy w relacji władzy – jeśli niczego się nie wstydzimy, nikt nie może mieć nad nami przewagi.

W tym momencie chciałabym wrócić na chwilę do heteroseksualnych relacji władzy w związkach, bo seans filmu przyniósł mi jedną smutną refleksję, a mianowicie, że dla dziewcząt w tym wieku seks nie jest jak dla młodego Elio prawem, ale czymś w rodzaju wstydliwego obowiązku. Widać to w scenie, w której chłopak chwali się, że prawie uprawiał seks z Marzią, bo to jedyna scena, w której Elio zachowuje się jak uprzywilejowany zdobywca – i zresztą milknie, kiedy na horyzoncie pojawia się jego matka. Relacja z dziewczyną przebiega w sposób stereotypowy, łącznie z porzuceniem bez wyjaśnienia i tym, że przyjaciółka w końcu mu wybacza (ach, te wspaniałomyślne nastolatki). Wydaje się, że nieprzypadkowo jedyne „kocham cię” pada właśnie z ust Marzii. Wiemy, że jej słowa są puste, to synonim letniego, nieznaczącego zauroczenia, któremu daleko do prawdziwego uczucia, jakim zapałali do siebie Elio i Oliver. A jednak Marzia nie ma prawa do swobodnego dysponowania swoim ciałem. Nie może po prostu uprawiać seksu z przystojnym kolegą, musi być w nim nieszczęśliwie zakochana. Ona musi wstydzić się źle ulokowanego uczucia i bać złamanego serca. Chociaż wielkie uczucie nie jest jej dane.

Na koniec chciałam napisać jeszcze jedną rzecz – o ile filmy o relacjach męsko-męskich wydają się w jakiś sposób w kinie przełomowe, żadna produkcja o lesbijkach nie wydała mi się równie emocjonalnie prawdziwa. Być może dlatego, że wiele z nich (Carol, Życie Adeli, My summer of love) zostało stworzonych przez mężczyzn. A może chodzi o to, że filmy o mężczyznach przełamują pewne tabu, czego filmy o kobietach nie robią? Odnoszę wrażenie, że kobieca emocjonalność to na ekranach wbrew pozorom wciąż temat nieprzepracowany. Chciałabym zobaczyć film, w którym nastolatka nie przeprasza za swoje ciało, emocje, swoją miłość i pożądanie. Może się kiedyś doczekam.

Nie zmienia to faktu, że Call me by your name to kawałek fantastycznego kina, w dodatku mojego ulubionego rodzaju – niemal bez dialogów, rozegranego wyłącznie obrazami, emocjami, grą aktorską. Do tego filmu chce się wracać, jak do cudownego wspomnienia z młodości.

3 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s