Tęsknię za dobrym średnim serialem

[uwaga – tekst zawiera duży spoiler do serialu Stranger Things]

Jak już pisałam, nie mam ostatnio zbyt wiele czasu dla siebie, więc liczba seriali, filmów itp., które obejrzałam w ciągu ostatnich dwóch lat jest bardzo niska. Jeśli już po coś sięgam, to raczej po rzeczy o bardzo dobrych recenzjach i w miarę krótkie, żeby być w stanie skończyć je w przewidywalnej przyszłości. Efekt jest taki, że wybieram głównie produkcje HBO albo Netflixa, te kierowane do widza bogatszego i z wyższym wykształceniem (oczywiście upraszczam). Ostatnim serialem „dla ludu” (czyli z amerykańskich stacji ogólnodostępnych, produkujących w trybie dwudziestu czterech odcinków na sezon), jaki oglądałam, było The Good Wife. Niestety już się skończyło.

Widziałam więc niedawno The Americans, Westworld i Stranger Things, a teraz oglądam Fargo. I tak gdzieś w połowie Stranger Things zaczęła mi się rysować pewna refleksja, a mianowicie taka, że moją ulubioną postacią jest Steve – zadufany w sobie bajerant z nażelowaną grzywką, pełniący trochę rolę comic relief. Jest to bohater mocno drugoplanowy i raczej nie jego według twórców mieliśmy polubić. Co gorsza, żaden z głównych bohaterów, dorosłych czy dzieci, nie wzbudził we mnie nawet odrobiny sympatii. W dodatku okazuje się, że nie jestem w tym braku miłości odosobniona. W internecie powstał cały ruch wokół innej postaci, Barb, która na ekranie gościła w sumie może ze 20 minut. Była ona pomyślana jako ktoś w rodzaju „kobiety w lodówce” dla pięknej Nancy, jednej z głównych bohaterek. Jej śmierć stała się motorem przemiany i źródłem motywacji dla działań nastolatki. Barb to typ rozsądnej, niezbyt ładnej koleżanki głównej bohaterki, takiej co to przytuli, pocieszy i zawiezie do domu, jeśli za bardzo upijesz się na imprezie. Tymczasem dla wielu widzów właśnie Barb okazała się jedyną bohaterką, z którą mieli ochotę się identyfikować. Kiedy zaginęła, twitter zalany został falą tweetów z hashtagiem #justiceforBarb. Ludzie domagali się informacji, co się stało z bohaterką, której w serialu nie szukała nawet własna matka. Zupełnie zaskoczyło to twórców, a w ramach rekompensaty postanowili zrobić z tego ważny wątek w drugim sezonie.

barb2.jpg

Źródło: Nan Lawson

Kiedy tak nad tym myślałam, dotarło do mnie, że nie tylko Stranger Things ma problem z tworzeniem bohaterów, których da się lubić. W Westworld moją ulubioną bohaterką była Theresa, dla której przewidziano bardzo niewielką ilość czasu ekranowego, reszta budziła ogólne poczucie „meh”. House of Cards wręcz programowo pokazuje ludzi, którzy są po prostu paskudni. True Detective? Dwa przegrywy przynudzają o życiu. Gra o Tron? Jak się już kogoś polubi, od razu go zabijają. Breaking Bad, Fargo, Black Mirror? Smętne smęty o koszmarnych ludziach. I tak dalej.

No, może trochę jeszcze polubiłam Maeve. Źródło: David M. Buisán / Via Instagram: @davidmbuisan

Im bardziej o tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że telewizja ma problem. Tworzy perfekcyjne stylistycznie wydmuszki. Ogromne pieniądze inwestuje w produkcje, do których nie mamy ochoty wracać, nastawione na zaskoczenie widza efektownymi scenografiami, dopracowanymi kostiumami, lokalizacjami, ale za którymi nic w gruncie rzeczy nie idzie. Bo te seriale są jakieś takie treściowo puste (nie mówię, że wszystkie). Świetnie się to ogląda, ale jakby z dystansu, a dziesięć minut po seansie o wszystkim się zapomina (przynajmniej ja tak mam). W dodatku częściowo są to rzeczy typu sztuka dla sztuki, bo nie mają żadnego przekazu albo jest on tak odległy od naszej rzeczywistości, że trudno uznać go za adekwatny. Społeczna diagnoza, zwrócenie uwagi na istotne problemy psychologiczne czy zdrowotne, poruszanie kwestii filozoficznych zdarza się rzadko i zwykle jakby mimochodem, by nie popsuć widzowi wrażenia, że się dobrze bawi.

Oczywiście, są wyjątki – Orange Is The New Black, Sense8 (skasowany, ku mojemu ubolewaniu), Black Mirror, ale mam wrażenie, że jednak trend jest taki, żeby pokazywać rzeczy coraz droższe, coraz bardziej imponujące i coraz mniej angażujące emocjonalnie. Dobrze to widać na przykładzie seriali superbohaterskich, gdzie obok nadętego, egoistycznego głównego bohatera o nadludzkich siłach, dzięki któremu możemy umieścić w scenariuszu mnóstwo spektakularnych scen akcji, daje nam się dodatkowo kogoś, komu moglibyśmy kibicować – Foggy’ego i Karen w Daredevilu, Malcolma w Jessice Jones, Claire we wszystkich produkcjach z uniwersum. Ale czy to wystarcza? Nie jestem pewna.

Powinnam w zasadzie lubić Jessicę, ale jakoś nie. Źródło: carlationsarts

Trochę brakuje mi czasów, kiedy w seriale wsiąkało się ciałem i duszą. Dziesięć lat temu bohaterowie ulubionych produkcji byli mi tak bliscy, że myślałam o nich jak o swoich przyjaciołach. Dzisiaj serialowe postacie w najlepszym przypadku są mi obojętne, w najgorszym – działają mi na nerwy. Częściowo na pewno winę za to ponosi format – seriale HBO czy Netflixa są krótsze, więc mniej jest czasu na zżycie się z postaciami, opowiedzenie ich historii i wyjaśnienie motywacji. Nie wspominając już o serialach typu antologia, gdzie każdy sezon jest zupełnie o czymś innym, jak w przypadku True Detective czy Fargo. Jednak 6 stóp pod ziemią czy nawet The L Word to też były produkcje krótkie, a budziły we mnie znacznie większe emocje. Z pewnością też w ostatnich latach widz stał się bardziej wymagający. Pewnie dziś nie wsiąkłabym tak mocno w The O.C., w którym zakochałam się 10 lat temu. Wtedy to było nowatorskie, ale gdyby ten serial powstał dziś, uznano by go za wtórny (i słusznie). Teraz nowością są właśnie krótkie, drogie produkcje telewizji kablowych i serwisów streamingowych, które oglądamy na raz i które coraz bardziej przypominają filmy podzielone na trzynaście części. Ale czy naprawdę nie da się wymyślić nic nowego w dwudziestoczteroodcinkowym serialu telewizyjnym? To właśnie te produkcje stawiają mocno na nawiązanie więzi z widzem, bo przy takiej liczbie odcinków prędzej czy później musi dojść do absurdów w fabule – znikających bez śladu bohaterów, osobliwych zwrotów akcji, dziesiątek śmierci w obrębie jednego miasteczka i tak dalej. To, że lubimy bohaterów sprawia, że przymykamy oko na niedorzeczności fabuły. I powiem szczerze – chętnie znów obejrzałabym taki niedopracowany logicznie serial, którego bohaterowie wzbudzają we mnie pozytywne uczucia, a nie pragnienie powrotu do Lost, Doktora House’a czy pierwszych sezonów Grey’s Anatomy. Perfekcja mi się przejadła. Teraz poproszę bohaterów, których losy będą mnie obchodzić.

28 comments

  1. Jedna uwaga, jedno pytanie.

    1. UWAGA. Akurat ja w I sezonie ‚Fargo’ znalazłam dwie główne postacie, które mnie kompletnie rozczuliły i zachwyciły tym, jakimi były fajnymi, pozytywnymi, dającymi się lubić przy całej swojej zwyczajności osobami: Molly Solverson (graną przez fantastyczną Alison Tollman) i Gusa Grimleya (Colin Hanks); ona małomiasteczkowa policjantka, córka eks-szeryfa, uparta i zaradna i bardzo, bardzo zwykła, on samotny ojciec, który wolałby być listonoszem, ale jest policjantem… Oboje przy tym w taki ciepły sposób życzliwi i dobrzy, chwilami naiwni, rzadko heroiczni, ale – porządni, to jest chyba to słowo. Wydawali się nie mieć żadnych szans w konflikcie z demonicznym Lornem Malvo i szybciutko uczącym się, jak być złym, Lesterem – i to, że I seria się skończyła tak, jak się skończyła, bardzo było… budujące. Podnoszące na duchu. Pozytywne. (IMHO, oczywiście).

    2. Mogę dopytać, co myślisz o „Black Mirror”? Nie jest to dla mnie jasne po dwóch zdaniach w tekście:
    a) ” Breaking Bad, Fargo, Black Mirror? Smętne smęty o koszmarnych ludziach”.
    b) „Oczywiście, są wyjątki – Orange Is The New Black, Sense8 (skasowany, ku mojemu ubolewaniu), Black Mirror”

    • Fargo to w ogóle serial, który nie bardzo pasuje do powyższego wpisu, bo on jednak jest zawsze o czymś – o naturze ludzkiej, amerykańskiej prowincji, o polityce (to bardziej drugi sezon), wojnie w Wietnamie (też drugi sezon) i tak dalej. I rzeczywiście, pierwszy sezon miał tych pozytywnych bohaterów (drugi też go ma, nie wiem, jak skończą, jeszcze nie dotarłam do ostatniego odcinka), ale bardziej chodzi mi o to w ich przypadku, że ich po prostu nie pamiętam. Miło mi się o nich oglądało, ale to nie byli bohaterowie, z którymi chciałabym spędzić kolejne pięć lat w następnych sezonach. Uwielbiałabym pewnie ten serial, gdyby był jedynym takim serialem wśród innych, odskocznią od tasiemcowych produkcji, ale aktualnie jest on raczej normą, a w końcu serial ogląda się po to, żeby się związać z bohaterami i jakimś światem. Inaczej to można sobie po prostu obejrzeć film.

      A jeśli chodzi o Black Mirror, to ten rozdźwięk wynika z faktu, że piszę o dwóch różnych rzeczach. W pierwszym zacytowanym zdaniu chodzi mi ogólnie o typ bohatera (raczej nie lubimy bohaterów tego serialu, bo jednym z jego celów jest pokazanie, jaka ludzkość jest okropna; to samo jest z Fargo, gdzie większość bohaterów budzi w nas wstręt albo strach). Natomiast jest to niewątpliwie serial, który porusza wątki polityczno-obyczajowo-społeczne, więc zalicza się do tej samej kategorii co OITNB i Sense8. A co do tego, czy lubię ten serial – obejrzałam tylko pierwszy sezon i on był świetny, ale tak przygnębiający, że nie sięgnę po kolejne. Wystarczy mi, że muszę czytać wiadomości.

  2. może seriale CW spróbuj choć tam może cie z kolei denerwować naiwność bohaterów i sporo durnot scenariusza ale jeśli nie chcesz perfekcji to będzie region tv dla ciebie Flash LoT Supergirl Riverdale itd itp jak się wyłączy opcje krytyka w głowie mogą dać sporo rozrywki i są dobre dla łowców smaczków popkulturowych komiksowych itp itd 🙂

  3. A może to nie chodzi o to, że średnie seriale zostały wyparte przez wysokobudżetowe spektakle, tylko zmienił się ton tych najpopularniejszych? Wśród przykładów wymieniasz GoTa czy House of Cards, czyli produkcje o złych ludziach robiących złe rzeczy innym ludziom, opowiadającą o traumie Jessicę Jones, pokazujący jak bardzo gównianym gatunkiem są ludzie Black Mirror i tak dalej. Co więcej większość z nich (każda?) posiada podobną, ciemną kolorystykę, na widok której Snyder na pewno by się uśmiechnął. Może po prostu brakuje ci czegoś luźniejszego, z odrobiną humoru i optymistyczniejszym spojrzeniem na nasz gatunek, obojętnie jaki miałoby budżet? Bo w takim wypadku Supergirl mogłaby (nie wiem, nie oglądałem, podpieram się cudzymi opiniami) ci podpasować.

    • Bardzo możliwe, to jest jakaś odpowiedź. I na pewno brakuje mi czegoś lżejszego, albo chociaż z poczuciem humoru! Jeszcze w GoT się czasem zdarza jakieś poczucie humoru, ale takie Stranger Things jest go tak strasznie pozbawione, że aż się smutno robi. Westworld zresztą też. Nie przepadam za amerykańskimi komediami w żadnej postaci (serialowej też), ale poczucie humoru jest bardzo wskazane. Jakiś eskapistyczy potencjał też by się przydał.

      • Inna opcja jest taka, że ci właśnie tego eskapizmu brakuje, bo każdy wysokobudżetowy serial jest (i musi być?) o Czymś. Co nie wyklucza dobrej zabawy, ale może ograniczać jej potencjał.
        Może w takim razie Legends of Tomorrow? Flash? Dowolny serial od DC poza melodramatycznym Arrowem? Nawet Gotham mogłoby się nadać, mimo że gupie jak but.

  4. Dlatego ja robię znowu rewatch „Bones” 😀 Zastanawiam się, do czego wrócić poźniej: „Warehouse 13”, „Chuck”, „Psych”…?

  5. A gdzie – poza Black Mirror – podziali się Brytyjczycy?
    Wiem, oni nie robią sezonów po 20 odcinków, ale te 10-15 odcinków „Ojca Browna” rocznie jest nie do pogardzenia, no i ma Marka Williamsa w roli tytułowej.
    A nawet te seriale po 4-8 odcinków rocznie potrafią wciągnąć – Endavour, Midsomer Murders (gdzie z bohaterów od pierwszego sezonu zostało się tylko coraz bardziej wyludnione Midsomer ;-)) czy już zakończone Foyle’s War?
    Poza tym zajrzałam na majową rozpiskę serialową, zwracając uwagę na ostatnie odcinki: http://www.pogdesign.co.uk/cat/5-2017 – jak widać seriali w klasycznym formacie, po ~20 odcinków na sezon jest multum, ale sama piszesz że ich nie oglądasz, przerzuciłaś się na krótsze, które siłą rzeczy są inne i w efekcie masz do nich pretensje że są inne…

    • Lubię brytyjskie seriale i traktuję je osobno, ale tam też jest dużo rzeczy smutnych. Do tych miłych morderstw w małych miasteczkach jakoś mnie ostatnio nie ciągnie, przedawkowałam jakiś czas temu.
      A co do rozpiski serialowej – oczywiście, tych seriali powstaje, o ile mnie pamięć nie myli, ponad 200 rocznie. Dlatego napisałam na początku tekstu, że sięgam głównie po rzeczy, które dostają dobre recenzje, a wśród seriali w formacie 24 odcinków ostatnio nic głośnego nie powstaje, one nie dostają nagród i w ogóle cicho o nich 😦 Poza tym tak jak pisałam – The L Word i 6 Feet Under też były krótkie, a kochałam je wielce. Tak samo jak Justified, Mad Men, Masters of Sex, a z nowszych to chociażby Looking, który nie dość, że miał krótkie sezony, to jeszcze odcinki trwały po 20 minut. Ale niestety skasowano go 😦 Chodzi mi przede wszystkim o te największe hity, wokół których jest największy hype.

  6. Zgadzam się z Tobą w zupełności,sama ostatnio szukam odmóżdżających seriali, również polecam te od CW szczególnie Flasha, relaks i przyjemni bohaterowie. Ostatnio u siebie na blogu polecałam parę seriali na lato – totalny chilout, bez smętow i filozoficznego ględzenia w raz na upał i lato. Ale też jestem na głodzie ;/

  7. Z tego co wyniosłem z Twojej ‚serialospekcji’ to lekiem na Twoje bolączki może się okazać serial The OA.
    Choć, co prawda, nie klasyfikuje się on w ‚średnich serialach’, ale…
    …jeśli on nie poruszy w Tobie ‚czułych strun’ to ciężko Ci będzie znaleźć uśmierzenie dla odczuwanej przez Ciebie pustki (jakby się wydało można by Twój stan zdiagnozować; a raczej należałoby się skłonić ku innej diagnozie tj. przesyt)

    Mogę też polecić kilka filmów należącej do podobnej niszy dla odbiorców o ‚wysokiej wrażliwości’, w którą ostatnio wsiąkam i chłonę każdym porem…

  8. ERRATA:
    Z tego co wyniosłem z Twojej ”serialospekcji” to lekiem na Twoje bolączki może się okazać serial The OA.
    Choć, co prawda, nie klasyfikuje się on w ”średnich serialach”, ale…
    …jeśli on nie poruszy w Tobie ”czułych strun” to ciężko Ci będzie znaleźć uśmierzenie dla odczuwanej przez Ciebie pustki (jakby się wydało można by Twój stan zdiagnozować; a raczej należałoby się skłonić ku innej diagnozie tj. przesyt)

    Mogę też polecić kilka filmów należącej do podobnej niszy dla odbiorców o ”wysokiej wrażliwości”, w którą ostatnio wsiąkam i chłonę…

  9. Jednym z seriali mojego dzieciństwa były Czarodziejki. Wspominam tę produkcję wręcz z miłością i często obiecuję sobie, że jeszcze do tego wrócę. Twoja teza na temat braku emocjonalnego związku z bohaterami produkcji powstających teraz wydaje mi się słuszna. Dlatego podczas czytania tego wpisu automatycznie wróciłem myślami do tego serialu z dawnych lat. Puszczając wczoraj drugi sezon stranger things poprzedzony kilkudziesięcioma informacjami w portalach społecznościowych pokazującymi, że nie można zapomnieć o tej premierze czułem trochę zawód, bo mogłem obejrzeć wszystko za jednym razem i przejść do czegoś innego. Brak w tym wszystkim emocji i możliwości stwierdzenia „to mnie chwyciło”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s