Młodzież do bicia i brak kultury

Źródło: Wikipedia Commons

Jak wiedzą ci, którzy czytają mnie na Facebooku, od kilku dni wojuję z w sieci ze znanymi osobami, które krytycznie odnoszą się do liczby lektur, jakie licealiści powinni czytać rocznie. Niewiele jest tematów, które zapieniają mnie tak, jak psioczenie na młodzież. Właściwie nie wiem dlaczego. W końcu utyskiwanie na upadek obyczajów i głupotę młodszego pokolenia to sport narodowy ludzkości co najmniej od czasów starożytnych, a przypuszczam, że już w paleolicie kromaniończycy narzekali, że młodzi niewystarczająco dużo pracy wkładają w wypalanie figurek z gliny.

W każdym razie wszyscy wiemy, jaka jest „dzisiejsza młodzież” – rozpuszczona, rozpieszczona, roszczeniowa, wydelikacona, leniwa, uzależniona od sieci, agresywna i pasywna jednocześnie, a do tego po prostu głupia. Gra w „niebieskiego wieloryba” i „słoneczko”, nadużywa narkotyków i alkoholu. Szczególnie dostaje się gimnazjalistom, w końcu „gimbusy” to określenie o podobnym nacechowaniu jak „blondynki”. Oczywiście wiemy to, bo czytaliśmy o tym w prasie. Artykuły o „dzisiejszej młodzieży” i „millenialsach” mają gwarantowaną klikalność, bo każdy lubi poczuć się lepszy i mądrzejszy od „mas”.

Kiedy słyszymy słowo „dyskryminacja”, przychodzą nam do głowy grupy etniczne, mniejszości seksualne, uchodźcy, kobiety. Ale rzadko myślimy o tym, jak ogromne wiadro pomyj wylewa się nieustająco w prasie na ludzi, których jedynym przewinieniem jest to, że są młodsi od dziennikarzy – autorów tekstów. Podobnie rzecz ma się z dziećmi i osobami starszymi, ale o tych pierwszych często pisze się w tonie ostrzegawczo-wyrozumiałym (w końcu wszyscy kochamy dzieci, nieprawdaż), a o tych drugich nie piszemy źle, bo słyszeliśmy już, że ageizm nie jest cool. Natomiast przed osądzaniem od czci i wiary nastolatków nikt się nie zawaha. Tymczasem takie zjawisko też ma swoją nazwę – adultyzm. I również jest szkodliwe, bo bardzo źle działa na samoocenę nastolatków, którzy i tak już mają z nią problemy ze względu na gwałtowne zmiany psychiczne i fizyczne, które właśnie przechodzą. Kiedy z nimi rozmawiam, często zastrzegają, że nie są tacy (głupi) jak inne nastolatki. I faktycznie, nie są. Bo te inne nastolatki nie istnieją. A oni są tacy sami jak wszystkie nastolatki na świecie. Normalni w swojej nienormalności.

Poniżej próbuję odnieść się do najpopularniejszych mitów dotyczących młodzieży i chociaż trochę je zdekonstruować. Snuję też dywagacje na temat edukacji i takich tam. Bez przypisów, bo nie jestem Staszkiem Krawczykiem (niestety) i bez obrazków, bo nie mam na nie koncepcji. Czujcie się ostrzeżeni.

Młodzież się nie uczy

Jednym z najczęściej stawianych młodzieży zarzutów jest to, że się nie uczy. Za naszych czasów, panie, to była nauka. A teraz to co to za nauka? Jakieś tablice multimedialne, metody aktywizacyjne, oceny opisowe, tfu! I to ma być nauka? Myśmy się uczyli z podręczników i przysypialiśmy na wykładach i wyszliśmy na ludzi. A przed wojną to dopiero była nauka! (mówią osoby góra 50-letnie, które tych czasów z pewnością nie pamiętają). Nie będę się odnosić do kwestii przedwojennych, bo nie jestem historykiem. Ale prawda jest taka, że młodzi ludzie uczą się bardzo dużo. Wymusza to na nich m.in. system testów, które obecne są w zasadzie na każdym etapie edukacji. Nikt z osób z mojego pokolenia nie zakuwał tak na koniec 8 klasy, jak teraz zakuwają gimnazjaliści do testów trzecioklasisty.

Konieczność skupienia się na zaliczeniu kolejnych etapów edukacyjnych sprawia, że młodzi ludzie nie mają zbyt wiele czasu w szkole na rozwijanie swoich pasji czy zainteresowań. Jest podstawa programowa, którą trzeba zrealizować, i mało który nauczyciel się z nią nie spieszy. Faktycznie, zmieniło się podejście do edukacji i osoba, która przez 45 minut wygłasza wykład, a potem każe doczytać z podręcznika, nie jest uważana za dobrego edukatora. Trzeba się wykazać kreatywnością, zaciekawić ucznia, zmusić go do wstania z ławki i wykonania pracy samemu lub w grupie, na przykład w formie projektu, prezentacji, filmu, przedstawienia. Pokutuje przekonanie, że jak człowiek się śmiertelnie nie nudzi, to znaczy, że się nie uczy. Ale wszystkie badania i trendy w edukacji wskazują na to, że jest dokładnie odwrotnie. I na szczęście w coraz większej ilości szkół to się zmienia. To samo dotyczy dysleksji, dysgrafii, depresji, ADHD i innych schorzeń. Kiedyś się uważało, że taki uczeń to debil i traktowało się go odpowiednio. Tymczasem z badań wynika, że z każdym uczniem z problemami można pracować i odnosić sukcesy. To nie jest kwestia „mody” czy „fanaberii”. To jest kwestia zapewnienia pomocy ludziom, z których potem jako społeczeństwo możemy mieć pożytek, że się tak górnolotnie wyrażę.

Kolejna sprawa to zajęcia dodatkowe. Oprócz tego, że dzieciaki uczą się do szkoły, niemal obowiązkiem jest uczęszczanie na zajęcia dodatkowe. Oczywiście wszystko zależy od poziomu wykształcenia i zasobów finansowych rodziców – im wyższy, tym zajęć jest więcej. Przeważnie jest to przynajmniej język obcy, najczęściej angielski, który w szkole rzadko realizowany jest na przyzwoitym poziomie. Zwykle dochodzi do tego jeszcze coś dodatkowego – pływanie albo piłka nożna, śpiew, kursy rysunku, dodatkowe programowanie, wolontariat. Zwłaszcza w dużych miastach, zwłaszcza młodzież z tak zwanej klasy średniej, po prostu nie może nie mieć dodatkowego hobby. Przy czym te dodatkowe zajęcia to nie jest widzimisię. To są wymagania przyszłych pracodawców. Te dodatkowe umiejętności: ćwiczenie wyobraźni, wrażliwości społecznej, empatii, umiejętności pracy w grupach i przy projektach, grają ogromną rolę w perspektywie przyszłego zatrudnienia.

Młodzież spędza więc w szkole minimum osiem godzin dziennie, a potem jeszcze zasuwa na zajęcia dodatkowe. A potem jeszcze musi odrobić lekcje, przeczytać lektury i może jeszcze odrobinę odpocząć. Na spotkania ze znajomymi często już zwyczajnie brakuje czasu. Na szczęście (o czym dalej) od tego jest internet.

Młodzież nie czyta

Nieprawdą jest, że młodzież nie czyta. Zgodnie z najnowszym raportem Biblioteki Narodowej młodzież jest grupą, która czyta najwięcej. Przy czym im starsi, tym mniej czytają. Najwięcej czytają dzieci w podstawówce, potem są gimnazjaliści, licealiści i w końcu studenci. A na końcu jesteśmy my, dorośli. Tak, ta straszna młodzież, która siedzi non stop w sieci i gra w durne pokemony, czyta więcej niż my, wspaniali dorośli. Ciężko w to uwierzyć, prawda? Oczywiście, znaczna część przeczytanych książek to lektury, nie ma co do tego wątpliwości.

Skąd się bierze spadek liczby lektur z wiekiem? Poza czynnikami, które wymieniłam powyżej, czyli rosnącą z wiekiem liczbą obowiązków, wchodzi też kwestia życia społecznego i towarzyskiego. Wiek nastoletni to czas, kiedy opinie rówieśników i kontakt z nimi są  nadzwyczaj ważne i to jest normalny etap rozwoju człowieka. Niezbędny wręcz. A ponieważ wszystkiego się nie da upchnąć w 24 godziny, coś musi wypaść.

Młodzież siedzi non stop w internecie

Tak, to prawda. Młodzież bez wątpienia spędza ogromną ilość czasu „w internecie”. Pytanie jednak, co tam robi. Wbrew temu, co nam się wydaje, nie siedzi na Facebooku i nie wrzuca do sieci zdjęć swojego jedzenia. To robimy my, stare pryki po trzydziestce. Młodzi ludzie z Facebooka używają głównie Messengera. Rozmawiają… ze sobą. Ze znajomymi ze szkoły albo z innych miejsc. Niemal nie komunikują się z nieznajomymi czy ludźmi poznanymi w sieci. To wyjątek. Dzieciaki w internecie przede wszystkim gadają, rozwiązują zadania, tworzą wspólne projekty, dzielą się treściami. Czyli robią wszystko to samo, co myśmy robili, tylko za pośrednictwem telefonu. Poza tym używają internetu mniej więcej do tego samego, do czego myśmy używali telewizji – do oglądania teledysków, filmów i vlogów.

Kolejny zarzut to taki, że dzieciaki non stop grają i zamiast ze sobą rozmawiać, gapią się w telefony. To też prawda, że grają. Nie wiem tylko, czy rzeczywiście coś na tym tracą. O ile przypominam sobie swoje rozmowy z czasów licealnych, gadaliśmy głównie o imprezach i kto się komu podoba. Bynajmniej nie były to rozmowy o Sokratesie. Naprawdę nie jestem przekonana, czy pyknięcie partyjki w Clash Royale nie jest przypadkiem bardziej produktywnym sposobem spędzania czasu.

Jak ja nie znoszę tych sentymentalnych, bzdurnych memów z cyklu „za moich czasów dzieciństwo było lepsze” to nie macie pojęcia.

Warszawa to nie cały świat

Kolejnym błędem (który ja również popełniam w powyższym tekście) jest uogólnianie własnych doświadczeń na cały kraj. Jest to zresztą nagminny zabieg popełniany przez dziennikarzy, którzy, na swoje usprawiedliwienie, zmuszeni są do pisania głównie o tym, co znają, bo nikt nie da im pieniędzy na jakąkolwiek delegację, a już zwłaszcza, żeby opisali młodzież z biedniejszych regionów kraju. Efekt jest taki, że w artykułach o nastolatkach mowa jest niemal wyłącznie o młodzieży z klasy średniej, czyli dzieciach dziennikarzy i ich znajomych. Czasem zdarzy im się zajrzeć do jakichś badań, często niepolskich. Nikt nie wie, czym się zajmują w wolnym czasie na przykład uczniowie zawodówek, bo nikt o tym nie pisze [i nikogo to nie interesuje – w znaczeniu, że to się nie klika/sprzedaje]. No chyba, że kogoś pobiją lub zamordują, ale nawet wtedy nie umieszcza się ich zachowania w szerszym kontekście. Jest tylko oskarżenie w rodzaju „młodzież coraz częściej morduje” poparte (lub nie) cząstkowymi statystykami. W efekcie ogromna grupa młodzieży w ogóle w mediach nie istnieje. I ja też wam nic o niej nie powiem, bo swoje badania prowadzę w Warszawie i na jej przedmieściach, i tam też uczę. Ale te dzieciaki też musimy mieć na uwadze, kiedy mówimy o liczbie lektur do przeczytania w skali roku. Nie dlatego, że oni nie są w stanie jej przeczytać. Myślę, że wielu z nich może to nawet robić z mniejszym wysiłkiem, bo nie mają tych wszystkich dodatkowych zajęć, o których mówiłam wcześniej. Tylko że to wcale nie poprawia ich sytuacji, bo jak napisałam już powyżej, nie ćwiczą przy okazji umiejętności miękkich, które dla pracodawców są niezwykle ważne. I o tym też powinno się myśleć, układając podstawy programowe – że dzieciaki z biedniejszych środowisk, domów, w których się nie czyta, mają braki, które powinna uzupełnić edukacja, a tymczasem nikt nie ma pomysłu, jak się do tego zabrać.

Równa edukacja to sprawiedliwa edukacja

Wszelkie dyskusje o czytelnictwie są w dużej mierze dyskusjami o edukacji. W naszym kraju pokutuje przekonanie, że wszyscy jesteśmy równi, a to, że jedni odnoszą sukces, a inni nie, wynika tylko z chęci lub ich braku. Oczywiście w świetle wyników badań społecznych jest to kompletną bzdurą. To, z jakiego środowiska się wywodzimy, ma ogromny wpływ na nasze przyzwyczajenia, zainteresowania i pozycję społeczną. Badania prowadzone przez Bibliotekę Narodową  uwzględniają ten fakt i w komentarzu do wyników pojawiają się również odniesienia do tzw. kapitału kulturowego jednostki. Tym, którym obcy jest żargon nauk społecznych, wyjaśniam, że kapitał kulturowy to z grubsza wszystko, co wynosimy z domu (oczywiście w kwestii kontaktu z kulturą). Im wyższe wykształcenie rodziców, tym zazwyczaj wyższy kapitał kulturowy. O osobach, które (z własnej woli) chodzą do teatru, opery, muzeów, mają książki, obrazy, czytują prasę, oglądają filmy, powiemy, że mają wysoki kapitał kulturowy. Ale to nie wszystko. Kapitałem kulturowym będzie chociażby osłuchanie się z językami, które znają nasi rodzice (i stojące na regałach książki w tym języku), możliwość zobaczenia placu Św. Piotra w Watykanie, a nie tylko obejrzenie reprodukcji zdjęcia, ogólne obycie w świecie, umiejętność rozmów z ludźmi z innych obszarów kulturowych, dobre maniery, tzw. dobry gust i cała masa innych rzeczy. Ale kapitał kulturowy to nie jedyny czynnik, który wpływa na czytelnictwo. Książki czytują również ludzie mający stosunkowo niski kapitał kulturowy, choć oczywiście będzie to inny typ lektury. Elementem, którego Biblioteka Narodowa wydaje się w ogóle nie brać pod uwagę, jest tempo życia. A to wzrosło ogromnie w ciągu ostatnich 25 lat i już samo to wymusiło ogromne zmiany w czytelnictwie, nawet jeśli nie brać pod uwagę ogromnej konkurencji w postaci innych mediów – gier, powszechnie dostępnych filmów, seriali, a nawet coraz popularniejszych planszówek czy chociażby komiksów. [Nie chcę tutaj pisać o snobistycznym przekonaniu, że literatura piękna jest królową rozrywek i że człowiek, który nie czyta, a na przykład ogląda filmy, nie może zostać uznany za „wykształconego”, bo to wątek tak długi, że można by na niego poświęcić osobny wpis. Zresztą już to kiedyś poniekąd zrobiłam.]

Ale wracając jeszcze do młodzieży i edukacji – szkoła również działa w założeniu, że wszyscy jesteśmy równi. Program nauczania tworzy nierówności właśnie dlatego, że wszystkich traktuje tak samo. Tymczasem, gdyby chcieć „wyprodukować” jednostki równe sobie, szkoła powinna uczniów o niższym kapitale kulturowym (a także społecznym i majątkowym) traktować w sposób specjalny – poświęcać im więcej uwagi, oferować stypendia, wyjazdy, zapomogi finansowe i nie tylko. I tego również nie biorą pod uwagę „spece” od czytelnictwa, którzy wyroili się ostatnio w internecie. Często pojawiały się głosy, że „nie każdy musi mieć maturę”. No rzeczywiście, nie każdy musi. Ale edukacja jest po to, żebyśmy wszyscy na tym zyskali. I pojedynczy obywatele, którzy mogą lepiej zarobić i zapewnić sobie godniejszy byt, i my jako społeczeństwo, bo wykształcone społeczeństwo to wyższe PKB, wyższy poziom innowacji, lepsze życie dla nas wszystkich. Nie każdy musi mieć maturę, ale każdy człowiek, którego uda nam się przekonać, że warto się uczyć, to dla nas zysk.

A tego zysku nie osiągniemy, jeśli będziemy w nieskończoność windować wymagania, które są nieadekwatne do realiów. Bo wiele się mówi o lekturach w szkole i tym, które powinny, a które nie powinny znaleźć się na liście obowiązkowych pozycji. A bardzo mało mówi się o tym, że żyjemy w kulturze wizualnej i do tego, żeby umieć odróżnić prawdę od post-prawdy, nie musimy przeczytać „Odprawy posłów greckich” (chociaż na pewno nam to nie zaszkodzi). Pisałam już kiedyś o tym, że w podstawie programowej w zasadzie nie ma kina, ale również pozostałych sztuk wizualnych. Moim zdaniem jest to ogromna dziura, której nikt nie kwapi się załatać.

Oczywiście przy okazji pojawia się w ogóle pytanie o rolę szkoły – czy powinna ona odpowiadać na bieżące potrzeby przyszłych pracodawców, tłumaczyć rzeczywistość wokół nas, czy może jednak istnieje jakiś kanon wiedzy, bez którego nie da się dalej iść do przodu? Z czego należałoby zrezygnować, żeby zmieścić te nowe informacje? Bo nie można tylko w nieskończoność dodawać – czegoś musi ubyć.

I gdybyśmy jako internauci zastanawiali się nad tym, co zmienić w podstawach programowych i sposobach nauczania, żeby było lepiej, nie czepiałabym się ironii czy sarkazmu. Ale wyśmiewanie się z licealistów, którzy nie dają rady przeczytać siedmiu lektur rocznie, bez wiedzy na temat licealistów czy edukacji, to po prostu, proszę państwa, brak kultury.

6 comments

  1. Zgadzam się, zgadzam się i po trzykroć zgadzam. Według mnie liczba lektur jest tu sprawą zupełnie drugorzędna. Może i powinno się czytać więcej, ale problem polega na tym, żeby czytać w ogóle. Tak wysiłki skupią się na grupce i tak czytających, a reszta zostanie olana.

    A jeśli chodzi o sentyment do czasów minionych, to jest jeden idealny komentarz: https://www.youtube.com/watch?v=VKHFZBUTA4k

    • Nie ma się co łudzić, że społeczeństwo nagle zacznie zbiorowo napawać się klasyczną literaturą piękną. W tych krajach, gdzie wskaźniki czytelnictwa są wyższe, też przecież się jej nie czyta, więc zgadzam się – lepiej zachęcać do czytania czegokolwiek, niż zniechęcać do czytania czegokolwiek.

      A co do sentymentów to uwielbiam ten skecz 🙂

  2. Ludzie tacy już są, lubią krytykować i oceniać. Tylko dlatego, że ktoś jest młodszy/mniej doświadczony? No i za część negatywnych opinii jest odpowiedzialny paradokument „Szkoła” emitowany na TVN, który pokazuje młodzież w krzywym zwierciadle. To jest głupie, że pokazuje się tylko tę „gorszą” młodzież, mniej myślącą i rozpuszczoną. A co z tymi ludźmi, którzy chcą się kształcić, dużo uczą, by iść na wymarzone studia a pokątny seks w kiblu nie jest dla nich?

    Moją szkołę wspominam negatywnie, głównie chodzi mi o złe podejście nauczycieli, którzy nawet w liceum traktowali nas jak debili. Zawsze byliśmy „najgorszą klasą”, nikt nas nie chciał zabrać na wycieczki, nikt nie ułatwiał, a tylko wymagał. No właśnie – czego? Dojrzałości? Odpowiedzialności? Być może są takie osoby, które z marszu potrafią zareagować na wszystko odpowiednio, podejmują przemyślane decyzje i umieją odnaleźć się w gąszczu testów i wymagań. Ale co z tymi fajnymi, miłymi, trochę zagubionymi ludźmi, którym nikt nie chce podać ręki, wysłuchać, wesprzeć, bo to w końcu jakaś durna gimbaza czy coś. Ze mnie śmiano się, jak czytałam w 2 klasie gimnazjalnej książki, ja na to zlewałam, bo wiedziałam, że z głupkami nie ma co gadać. Obśmiewanie się i dokuczanie jest zmorą polskich szkół. Najczęściej z powodu błahych rzeczy, jak czytanie książek – kojarzone z kujonami – czy niemodnym telefonem – kojarzonym z biedą, a to już fe i fuj.

    Ja bym młodzieży nie nazwała rozbuchanej czy rozpieszczonej. To jest inna młodzież, niż była kiedyś tam, 20 lat temu czy 30. Mają telefony komórkowe… bo to normalne, że idzie się do operatora i zamawia telefon. Abonament najczęściej opłacają rodzice, a komórkę (zwykle smartfona) ma „każdy”, więc po co te oburzenie?
    Młodzież lepiej się ubiera, bo w czasach PRL nie było tylu fajnych, kolorowych ciuchów, co teraz. Ludzie zarzucający młodzieży rozbuchanie przez wgląd na ich styl ubioru po prostu zazdroszczą.

    Dzisiejsza młodzież jest po prostu odważna i nowoczesna, nie boi się wyrazić swojego zdania, a niekiedy możemy sporo się od niej nauczyć.

    Bardzo ciekawa i przydatna notka, powracam do niej już drugi i raz i zapewne nie jest to ostatni.
    Gdybyś była chętna, zapraszam na swój blog literacki (najprawdopodobniej możesz dostać się na niego po kliknięciu w podpis, ale to pewnie wiesz).
    Pozdrawiam serdecznie. 🙂

    • To prawda, moi uczniowie oglądają „Szkołę”, żeby się pośmiać, ale z pewnością część osób bierze ją na poważnie. Cieszę się, że notka ci się podobała 🙂 Na pewno zajrzę na Twój blog. Pozdrawiam 🙂

  3. Odnosisz się do kwestii wykształcenia, czytelnictwa itd. ale np pomijasz kwestię wychowania. A to leży i kwiczy. Dzisiaj dzieciak w szkole może pluć, klnąć, bić kolegów itd, a jak nauczyciel mu zwróci uwagę, to go zignoruje/wyśmieje/zbluzga. No bo co niby może mu zrobić nauczyciel? Wystosować pogadankę „Ojej, nieładnie robisz, no, teraz już rozumiesz, więc przestaniesz, prawda?”. A to tylko woda na młyn dzieciaka, bo on WŁAŚNIE CHCE postępować nieładnie, żeby pokazać swoją siłę i to, że nauczyciel okazuje, że jego zachowania mu się nie podobają (stosując umoralniające, psychologiczne pogadanki), a jednocześnie jest tak naprawdę bezradny, to miód na serce takiego bachora i największa satysfakcja. Lewackie wychowanie bez karania po prostu nie zdaje egzaminu, no ale przecież w lewactwie liczy się zgodność z odgórnymi ideologicznymi założeniami, nie fakty.

    „Kiedy słyszymy słowo „dyskryminacja”, przychodzą nam do głowy grupy etniczne, mniejszości seksualne, uchodźcy, kobiety. Ale rzadko myślimy o tym, jak ogromne wiadro pomyj wylewa się nieustająco w prasie na ludzi, których jedynym przewinieniem jest to, że są młodsi od dziennikarzy – autorów tekstów (…) Tymczasem takie zjawisko też ma swoją nazwę – adultyzm. I również jest szkodliwe, bo bardzo źle działa na samoocenę nastolatków, którzy i tak już mają z nią problemy ze względu na gwałtowne zmiany psychiczne i fizyczne, które właśnie przechodzą”.

    No i pozamiatane. Dyskryminacja, mniejszość. Lewackie magiczne zaklęcia, które ucinają wszelkie krytyki.

    • A ile lat przepracowałeś w szkole? Bo z mojego nauczycielskiego doświadczenia wynika, że wcale tak nie jest. Owszem, młodzież jest bardziej „pyskata”, świadoma swoich praw (a niekoniecznie obowiązków) bardziej niż kiedyś. Ale nauczyciele w większości przypadków spokojnie dają sobie z tym radę. Pracuje się z nimi inaczej, ale można ich opanować. Często większy problem jest z rodzicami, którzy mają roszczeniowe podejście, a do których nie trafiają żadne argumenty.

      „No i pozamiatane. Dyskryminacja, mniejszość. Lewackie magiczne zaklęcia, które ucinają wszelkie krytyki.”
      Czekam na tę krytykę, bo jak na razie nie słyszałam żadnej sensownej krytyki od ludzi, którzy znają się na temacie (np. pracują z młodzieżą). Bo krytykować coś, o czym człowiek nie ma zielonego pojęcia, to każdy świetnie potrafi w myśl powiedzenia „nie znam się, to się wypowiem”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s