Kobiety i fizyka, czyli „Katastrofa nadfioletu” Haliny Snopkiewicz

Pisałam już kilka razy o blogu Nie tylko Musierowicz. Wpisy pojawiają się na nim stosunkowo rzadko, ale warto polubić stronę autorki na Facebooku. Często trafiają na nią fragmenty PRL-owskich powieści dla młodzieży, tyleż cudownych, co zaskakujących. Autorka kilkakrotnie cytowała Halinę Snopkiewicz, co sprawiło, że wygrzebałam z czeluści regału zapomniany egzemplarz Katastrofy nadfioletu, żeby przeczytać tę książkę ponownie.

katastrofa nadfioletu

Ostatnie, koszmarne wydanie książki w jakiejś serii młodzieżowej, z 1994 roku.

Halina Snopkiewicz wpadła, jak się zdaje nie całkiem słusznie, do szufladki „pisarka młodzieżowa”. Jej pierwsze powieści rzeczywiście można nazwać młodzieżowymi. Jednak w Katastrofie nadfioletu takich wątków jest jak na lekarstwo. Przygotowując ten wpis, trafiłam na recenzję książki Drzwi do lasu na Kurzojadach, z której również wynika, że książka skierowana jest raczej do starszego czytelnika. Może więc było tak, że Snopkiewicz wolałaby pisać dla dorosłych, ale „kobieca” (w znaczeniu – traktująca o życiu kobiet) proza nie cieszyła się szczególnym poważaniem, dlatego mogła publikować albo jako „pisarka młodzieżowa” albo wcale?

W ogóle wydaje mi się ciekawe, jak wiele kobiet publikowało powieści „młodzieżowe” w PRL-u. Pamiętamy Musierowicz, Snopkiewicz czy Siesicką, ale wiele autorek zupełnie wyszło z mody, a ich książki kurzą się gdzieś na półkach bibliotecznych. Poza tym nasze wspomnienia dotyczące tych książek, czytanych głównie w nastoletnim wieku, to przede wszystkim romanse. Tymczasem u Siesickiej w Wielkim Jarmarku (zbiór opowiadań) tego romansu jest w gruncie rzeczy jak na lekarstwo. Są za to kwestie moralności, awansu klasowego, społecznikostwa, odpowiedzialności za drugiego człowieka i wiele innych. Być może po prostu dzisiaj kojarzymy „powieść młodzieżową” z literaturą lekką, czasem wręcz głębszą myślą nieskalaną, a wtedy poruszała ona znacznie poważniejsze tematy (i pisana była dla innego czytelnika). Ale mogło być też tak, że kobiety pisały te zwyczajne, obyczajowe książki, które drobiazgowo dokumentowały przemiany obyczajowe i stawały się portretem pewnego pokolenia, po czym zmuszone były nazwać je „powieścią młodzieżową”, bo inaczej nikt się nimi nie interesował. To tylko takie moje przypuszczenie, za mało wiem, żeby móc coś stwierdzić z przekonaniem.

Wracając w każdym razie do Katastrofy Nadfioletu, z pewnością nie jest to książka młodzieżowa. Jej bohaterki zbliżają się do czterdziestki, a głównym tematem powieści jest tajemnicze samobójstwo jednej z nich i depresja drugiej. A może kryzys wieku średniego. Trudno powiedzieć. W każdym razie Snopkiewicz napisała tę książkę, mając lat czterdzieści i to jest książka dla dojrzałych kobiet, nie dla podlotków. Bo który nastolatek w pełni pojmie znaczenie takich słów, wypowiadanych przez szukającą sensu w życiu narratorkę:

„Ale monolit zdarza się tylko raz, istnieje raz w życiu jedyny, w dzieciństwie i wtedy też się rozpada, rozpada – na zawsze, pęka, roztrzaskuje się na kawałki, których ilości nie zliczysz, bo jest ich tyle, co gwiazd, i światu, który był monolitem, czymś całym, zamkniętym, już nigdy nie przeciwstawisz niczego poza tym, co masz w sobie.”

W książce niewiele się dzieje. Wydarzenia obserwujemy przede wszystkim z perspektywy Urszuli, nękanej egzystencjalnym kryzysem. Mamy również wgląd w listy samobójczyni Zośki. Te właśnie listy i coś w rodzaju śledztwa prowadzonego przez narratorkę dadzą nam, przynajmniej częściowo, odpowiedź na pytanie, dlaczego Zośka się zabiła. Miały na to wpływ wydarzenia sprzed prawie dwudziestu lat, z czasów, kiedy Zośka i Urszula studiowały wraz trzema innymi koleżankami, Klaudią, Pauliną i Teresą. Nie bez znaczenia jest tu również postać Piotra, który je wszystkie uwodził.

Katastrofa nadfioletu to przede wszystkim książka o kobiecości i jej różnych obliczach. Każda z bohaterek ma inną osobowość, inne pragnienia. Klaudia to romantyczna trzpiotka, Urszula jest bezduszna, Teresa to intelektualistka, ale i alkoholiczka. Paulina jako jedyna zakłada rodzinę, matkuje pozostałym dziewczynom. I jest też Zośka, rozerotyzowana, przekonana o własnym uroku Zośka, uwodzicielka i manipulantka. Niezwykle ciekawym zabiegiem jest napisanie powieści z perspektywy osoby niejako upośledzonej emocjonalnie. Mamy przez to wrażenie, że patrzymy na stosunki międzyludzkie jak na preparaty w wielkim laboratorium. To też książka o oczekiwaniach społecznych wobec kobiet i o ich oczekiwaniach wobec samych siebie. Fantastyczny jest fragment, w którym autorka opisuje jedną z bohaterek, starającą się za wszelką cenę nie dać przeminąć urodzie. Snopkiewicz pisze tak:

„(…)godzinami leżała w zaciemnonim pokoju, obłożona surową cielęciną, z której, przysięgam, potem smażyła sznycle na obiad (…) o cerę umiała dbać, to prawda, ale w narzutę na tapczanie wsiąkały strużki cielęcego osocza i jej pokój, nigdy nie dowietrzony, miał w sobie zapach rzeźni, perfumeryjnego sklepu, amerykańskiego tytoniu, serwetki, którą naklepywała podbródek, a pod tapczanem poniewierały się kłęby gazy z zaschniętym na niej sokiem marchwiowym, który twarz Ireny miał przyciemnić, i gaza przesycona ogórkowym sokiem, który twarz Ireny miał wybielić, płatki owsiane z orzechami, które żuła na czczo, wyłaziły z każdego kąta i z każdej popielniczki i choćby sprzątaczka i Piotr zdechli na posterunku zamiatania, to na ten pokój nic nie dało się poradzić, bo już w talerzyku stało nowe żółtko, białko, starte surowe kartofle, którymi sobie okładała powieki, miód rozciapany pół na pół z oliwą, rozgniecione truskawki, poziomki, walały się cążki do paznokci, lakiery i wszystkie możliwe spray’e, biustonosze czarne zwisały z krzeseł jak nietoperze, fermentowały w spodku drożdże, jełczały Yardley’e i Elizabeth Arden w pół odkręconych słoikach, z szafy buchały kiecki jak na wyprzedaży w chińskiej dzielnicy, a na tapczanie, zawsze czymś obłożone, a to lodem, a to mięsem, a to ręcznikiem z ukropem, a to woreczkami z otrębianą mazią leżało kolumnowe ciało Ireny, które w ten sposób prowadziło biologiczną walkę o młodość (…)”

W czasach Snopkiewicz nie było kremów przeciwzmarszczowych, pilingów i kremów na celulitis, więc naturą walczyło się z naturą, ale czyż ten opis nie stanowi kwintesencji tego, co czytamy w magazynach kobiecych? Toż właśnie powinnyśmy nieustannie się nacierać, żuć, okładać się i leżeć w zaciemnionych pokojach jako pozbawione osobowości ciała, pochłonięte jedynie żmudnymi i skazanymi na niepowodzenie próbami zachowania urody.

Pojawia się też temat feminizmu (który jest bez sensu, bo kobieta zawsze potrzebuje miłości, ciekawe jest to stwierdzenie w kontekście całej książki, bardzo feministycznej w takim znaczeniu, jak dziś to rozumiemy), a także macierzyństwa. Tutaj najlepiej widać przemiany obyczajowe, które się w naszym społeczeństwie dokonały przez ostatnie czterdzieści lat. Z pięciu bohaterek tylko jedna decyduje się na dzieci. Reszta dzieci mieć nie chce i nie ma, i w całej książce nie pada nawet jedno słowo potępienia wobec nich czy sugestii, że nie są z tego powodu w pełni kobiece. Wszystkie sypiają, z kim chcą, są pod tym względem paniami swojego losu. Urszula bierze sobie męża, żeby się przekonać, jak to jest być żoną, po czym bez mrugnięcia okiem wyrzuca go z mieszkania, kiedy dochodzi do wniosku, że ten stan jej nie odpowiada. Zośka sypia z tabunami mężczyzn i narratorka w pewnym momencie pisze, że nie przyszłoby jej do głowy krytykować przyjaciółki czy nazywać ją puszczalską. Aborcję potępia Piotr, ale nie z tych powodów, które wydawałyby nam się oczywiste. Ciekawe, jak bardzo cofnęliśmy w tych kwestiach od lat 70-tych.

Jest w Katastrofie nadfioletu jeszcze wiele innych wątków, mniej lub bardziej ciekawych. Nie nazwałabym tej powieści wybitną, momentami jest przegadana, strumienie świadomości z listów Zośki po prostu męczą. Z kolei w innych chwilach miałam wrażenie, że czytam rzecz genialną, jest trafna i dosadna, wpada się w tę cienką książeczkę jak w bagno i potem trudno się z niej wydobyć.

Myślę, że to nie koniec mojej przygody z książkami Haliny Snopkiewicz. Mam przeczucie, że to może być pisarka, którą dobrze byłoby wyciągnąć z lamusa.

PS. Przy okazji zajrzałam ponownie na listę książek polskich pisarek, które warto znać. Wciąż bardzo dużo do nadrobienia.

6 comments

  1. Moja mama uwielbiala Słoneczniki i ja też dosyć często je czytałam. Gorzej mi szło z Paladynami (Paladynią? Nigdy się tego nie dowiedzialam), bo tu zawsze uważałam, że bohaterce całkiem odjechał peron.

    • Słoneczniki czytałam tylko raz, jak miałam może ze 12 lat i nic nie pamiętam. Muszę je namierzyć na jakimś allegro, bo u mnie w bibliotece nie ma. Poluję też na Beethoven i dżinsy Siesickiej, bo wydaje mi się, że też mogą być ciekawe.

  2. Czytałaś „Paulina.doc” (Marty Fox)? Pochodzi stamtąd najlepszy cytat, najprawdziwszy, jaki do tej pory przeczytałam:
    „Nieporozumienia między ludźmi wynikają stąd, że nie potrafią sobie do końca wszystkiego opowiedzieć.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s