Piękni

W zeszłym tygodniu przez sieć przetoczyła się dyskusja dotycząca tekstu pewnej blogerki, niejakiej Hani Es. Rzeczona Hania pojechała dosadnie i bez znieczulenia po wszystkich ludziach, którym nie chce się malować paznokci, wydawać kasy na akcesoria do makijażu oraz którym tłuszcz się trzęsie podczas seksu, w tekście zatytułowanym jakże trafnie „Dlaczego jesteście obleśni?”. Nie wiem, jaka była geneza jego powstania, może blogerka chciała nabić sobie punkty fejmu, a może po prostu o jeden raz za dużo miejsce w autobusie zajął jej jakiś niedomytek i musiała stać całą drogę na zbyt wysokich obcasach, będąc niebezpiecznie blisko skręcenia nogi, gdy autobusem rzucało na wybojach.

Tekst wywołał oczywiście lawinę protestów oraz komentarzy. Możecie go przeczytać tutaj, zalinkowany przez Do not link, dzięki czemu nawet jeśli klikniecie, nie podbijecie statystyk odwiedzin. Natomiast komentarzy pod tekstem nie przeczytacie, bo zniknęły. Autorka zamknęła dyskusję i zlikwidowała wszystkie wpisy.

W każdym razie moim celem nie jest polemizowanie z tekstem rzeczonej Hani, bo z jej obrzydzeniem do ludzkości trudno dyskutować. Natomiast po jego przeczytaniu naszła mnie pewna refleksja, którą radośnie postanowiłam się z wami podzielić. A mianowicie taka, że mam zupełnie odwrotnie niż Hania.

beach body

Pomijając już kwestie estetyczne, „ładny” wygląd to przecież kategoria marketingowa. Żeby wyglądać dobrze, trzeba wydać mnóstwo dolarów. Inaczej po prostu nie sposób osiągnąć odpowiedniego efektu.

Otóż ludzkość, a zwłaszcza jej żeńska część, rzadko wydaje mi się obleśna. Wręcz przeciwnie – często wydaje mi się piękna. Studentki, licealistki – śliczne.  Każda ma inny styl, inną sylwetkę, fryzurę, twarz. Zachwyca mnie jednocześnie ta różnorodność oraz fakt, że w swój wygląd wkładają one niemal zawsze jakiś wysiłek. Jest mi też przeważnie odrobinę przykro, że nie są świadome swojej urody, bo w tym wieku człowiek zazwyczaj ma się za straszne brzydactwo. Niektóre kobiety pięknie wyglądają mimo, że jednocześnie muszą radzić sobie z wózkami, dziećmi i torbami pełnymi zakupów. A inne są takie eleganckie i pędzą na szpileczkach do swoich korpoprac. A jeszcze inne w powiewnych strojach hipisek zmierzają wykładać na uniwersytecie. I tak dalej. Na mężczyzn od jakiegoś czasu mniej zwracam uwagę, ale też jakoś nie zauważyłam, żeby byli szczególnie obleśni, niezadbani i śmierdzący. Zwłaszcza w wielkim mieście. Naprawdę ludzie w dużych miastach wyglądają zazwyczaj ładnie i ciekawie. (Choć do takiego Amsterdamu czy Londynu jeszcze nam daleko. Ale już znacznie bliżej niż 10 lat temu. W sumie jedyne, na co narzekam, to że tak mało jest osób kompletnie odjazdowo ubranych.) Gdy akurat ktoś wygląda nieciekawie, można sobie popatrzeć na tego obok. A jeśli już naprawdę w całym autobusie nie ma ani jednego interesującego człowieka, to przecież można sobie poczytać książkę albo posłuchać Cabin Pressure.

“I’m attending a programmers’ retreat right now. I’m working on an app that will hopefully provide some useful visualizations of how British politicians vote on certain bills. I feel like programming is the closest thing we have to magic. It allows you to create things with words.”

Zdjęcie i tekst pochodzą ze strony Humans of New York. Autorzy strony też zdają się uważać, że ludzie są generalnie piękni, każdy ma swoją historię i naprawdę nie tipsy robią człowieka.

Źródło zdjęcia: Humans of New York.

Tak. A zatem sami widzicie – mnie ludzie dosyć zachwycają. I ciekawią. Fakt, że mieszkam na zadupiu i autobusem od pewnego czasu jeżdżę rzadko. Gdybym jeździła codziennie, z pewnością bardziej nienawidziłabym ludzkości, bo jestem raczej odludkiem i nie lubię, gdy mi zbyt wiele osób wchodzi w przestrzeń osobistą (dlatego omijam centra handlowe w sobotę koło południa). Ale nawet jeśli ktoś mnie wkurza, to raczej z powodu zachowania albo mojego stanu psychicznego niż wyglądu.

Skąd to się bierze? Myślę, że z postrzegania samego siebie. Taki fragmencik z tekstu Hani:

„Przecież każda kobieta chce się czuć atrakcyjna, a facet przystojny. Wszyscy mamy więcej pewności siebie, jeśli zerkając na odbicie w lustrze twierdzimy, że sami byśmy się brali. To fakt, którego nie muszę nikomu tłumaczyć, bo znacie to z życia.

Jeśli uda Wam się rano zrobić równe kreski, wychodzicie z domu gotowe podbić świat. Jeśli schudniecie i wiecie, że ta kobieta obczaja Wasz napis na koszulce, a nie próbuje sobie wyobrazić jak bardzo trzęsie Wam się tłuszcz podczas seksu, od razu macie lepszy dzień.

Otóż właśnie nie. Moje samopoczucie też w dużej mierze kiedyś zależało od tego, czy rano udało mi się zrobić dwie równe kreski. Ale już przestało. Teraz moje samopoczucie zależy od tego, czy się wyspałam na przykład. Czy jest ładna pogoda. Czy jadę na spotkanie z ciekawymi ludźmi. Czy przeczytałam ostatnio coś fajnego. Czy słucham właśnie dobrej muzyki. Mogę wyglądać jak strach na wróble, ale jeśli świeci słońce, a w słuchawkach słyszę dobry kawałek, to jestem bardzo zadowolona z życia. I w nosie mam, czy ten gość na końcu autobusu myśli sobie, że jestem seksowna, czy może ma mnie za koszmarnego babsztyla. Ja się sobie podobam. Serio. Rano wstaję, patrzę w lustro i myślę sobie, że jestem całkiem ładna. Mimo, że do 40-tki bliżej mi już niż do 20-tki, mimo worów pod oczami po zarwanych nocach, potarganych włosów. Jakiś czas temu bowiem odkryłam, że i tak nie jestem w stanie sprostać wymaganiom stawianym kobietom, jeśli chodzi o wygląd, bo a. pewne rzeczy mogłabym zmienić wyłącznie za pomocą operacji plastycznych, a nie lubię bólu oraz b. wolę pospać 20 minut dłużej niż się umalować (a kasę wolę wydać na kino niż na kosmetyki). Wtedy postanowiłam, że zamiast pracować nad tym, by wyglądać jak Blake Lively na okładce Vogue (od czego z każdym mijającym miesiącem jestem coraz dalej), postaram się pracować nad tym, żeby zaakceptować sobie. Okazało się, że to zdecydowanie prostsze. I dlatego postanowiłam nigdy już się nie odchudzać, bo odchudzanie jest bez sensu (potem się z powrotem tyje, a mnie się nie chce co pół roku wymieniać garderoby). Na pewno mnóstwo osób uważa mnie za grubą, ale ja mam BMI w normie i w nosie fakt, że nie mogę się poszczycić figurą modelki. Poza tym akceptacja siebie przychodzi z wiekiem. Człowiek jakoś traci potrzebę, żeby wszystkim wokół ciągle coś udowadniać.

Filmik obrazuje różne typy sylwetki, uznawane za piękne w różnych okresach historycznych. Unaocznia człowiekowi, jak bardzo uroda rzecz względna.

A żeby było jednak trochę popkulturowo, a nie tylko osobiście, to napiszę, że w zaakceptowaniu siebie pomógł mi również bardzo kontakt z „alternatywnymi”  wizerunkami urody. Pomogło szlajanie się po portalach internetowych dla osób queer, np. po Autostraddle, gdzie w ramach akcji „dziewczyna z kalendarza”, występowały panie często mocno niezgodne ze stereotypem modelki.

Pomogły akcje fotografów pod tytułem „róbmy zdjęcia zwyczajnym kobietom i mężczyznom”. Takie jak ta. Albo ta.

Pomogły nawet reklamy Dove.

Gdybym nie zobaczyła tych wszystkich stron, nie zaglądała na feministyczne portale, nie zapoznała się z treścią kampanii społecznych, nie przeczytała, co na temat postrzegania ludzkiego ciała mają do powiedzenia socjologowie i antropolodzy, może dalej moje samopoczucie zależałoby od tej równo narysowanej kreski. Teraz wiem, że naprawdę tak być nie musi. I całe szczęście.

4 comments

  1. Początkowo chciałam jedynie kliknąć gwiazdkę na znak, że absolutnie się zgadzam, ale za bardzo kusi mnie żeby tego nie napisać:

    Piękny wpis.

  2. Świetny blog! Widać, że jesteś bardzo ogarniętą i inteligentną babką, muszę zaglądać tu częściej 🙂

    Co do Hani, trafiłaś w punkt. Większość komentujących oburza się nie o to, co powinna. A właściwie, to niepotrzebnie się oburza – najbardziej w tej całej sytuacji musi cierpieć sama Hania, bo skoro tak przejmuje się tym, jak wyglądają ludzie wokół niej… to musi non stop chodzić przejęta i wkurzona, a to musi okropnie denerwujące i frustrujące 😉

    To, co u niej zasługiwać może na naganę, to body-shaming, którego jednak, jak słusznie zauważyłaś, ona sama także padła ofiarą, ale też który propaguje. Zawstydzanie kogoś z powodu tego, jak wygląda… powinno być zakazane. Nie prowadzi to do niczego i nie pomaga we wprowadzeniu zmian na lepsze.
    Nie podoba mi się też propagowanie takiego poglądu, że dobrze czuć się we własnym ciele można tylko wtedy, kiedy jest ono idealne. Nie dość, że to bzdura na resorach, to jeszcze strasznie szkodliwa. Ja też narcystycznie się sobą zachwycam, nawet kiedy jestem rozczochrana, a oglądając swoje ciało w lustrze patrzę na nie zawsze z zadowoleniem, nawet jeśli właśnie analizuję, czy dieta i trening przynoszą pożądane efekty 😀

    • Ojej, dziękuję za ten strasznie miły komentarz 🙂
      Oceniania cudzego wyglądu strasznie trudno się oduczyć. W końcu tyle lat wbijali nam do głowy, że to właśnie jest istotne… (zwłaszcza dziewczynom) Ale trzeba próbować 🙂 Przynajmniej ja się staram.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s