Outlander, czyli tak pięknie w tej Szkocji

outlander_keyart

Są seriale, po które człowiek sięga, bo mówi się o nich w mediach i wypada mieć opinię i są takie, na które trafia się właściwie przypadkiem. Z Outlanderem właśnie tak było – ktoś o nim napomknął, trafił się dzień, że nic innego do oglądania nie było i… poszło. Potem się dowiedziałam, że serial narobił dość dużo szumu, nazywany był „żeńską odpowiedzią na Grę o tron” i tak dalej, ale kiedy zaczęłam go oglądać, wiedziałam tylko, że opowiada o kobiecie, która podróżuje w czasie. I całe szczęście, bo dzięki temu wchłonęłam go bez wyobrażeń i uprzedzeń, co wyszło mi na dobre z kilku powodów, o których napiszę poniżej.

Ale zacznijmy od początku. Rzeczywiście, Outlander to historia brytyjskiej pielęgniarki Claire, która tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej udaje się z mężem na powtórny miesiąc miodowy do Szkocji. Pobrali się tuż przed wybuchem wojny, a potem przez pięć lat niemal nie widywali – ona pracowała na froncie, on szkolił szpiegów. Ten wyjazd ma być szansą na ponowne odnalezienie się i poznanie, bo przecież przez te pięć lat oboje bardzo się zmienili. Okazuje się, że wciąż łączy ich uczucie i namiętność i wszystko idzie świetnie do momentu, kiedy Claire trafia do kamiennego kręgu w dzień jesiennego przesilenia i cofa się w czasie o 200 lat. W 1743 roku Claire niemal natychmiast ładuje się w tarapaty. W efekcie staje się kimś w rodzaju zakładniczki szkockiego klanu MacKenzie, co skutecznie uniemożliwia jej powrót do kręgu i próbę powrotu do swoich czasów.

Tyle o fabule, bo właściwie wiele więcej nie trzeba. Osią fabularną pierwszego sezonu są podejmowane przez Claire próby dostania się do kamiennego kręgu (jest to zresztą jeden z najlepszych elementów fabuły – dzisiaj zajęłoby jej to najwyżej kilka godzin, bo krąg znajduje się góra kilkadziesiąt mil od zamku MacKenziech, ale tutaj ani dróg, ani samochodów, a na szlaku czyhają rozmaite zagrożenia… – doskonale to pokazuje, jak bardzo świat się skurczył od tamtych czasów) oraz jej stosunki z tubylcami, które zaczynają się od otwartej wrogości, a kończą… no właśnie.

dougal mackenzie

Dougal MacKenzie – jeden z najciekawszych bohaterów serialu.

Serial ma dwie ogromne zalety. Pierwszą jest to, że wszystkie wydarzenia oglądamy z perspektywy Claire i, co wcale nie jest oczywiste, jej oczami. Jest to możliwe dzięki szeregowi zabiegów czysto filmowych. Kamera idzie tam, gdzie bohaterka patrzy i obserwuje to samo, co ona, co czasami daje niemal komiczny efekt odwrócenia ról – tam, gdzie w centrum spodziewalibyśmy się kobiety, znajduje się mężczyzna (zwłaszcza niestandardowo wypadają tu sceny seksu). To też sprawia, że widzimy rzeczy, które zwykle w filmach się nie pojawiają, bo męscy bohaterowie nie są ich częścią. Mamy więc elementy obyczajowe z tak zwanego kobiecego świata, m.in. scenę farbowania wełny w jednej ze szkockich wiosek. Razem z Claire szukamy też sprzymierzeńców w kobietach, a mężczyzn traktujemy z pewną dozą braku zaufania (wysoce wskazane w czasach dzikiego szkockiego patriarchatu). Druga zaleta jest taka, że podobnie jak główna bohaterka, potrzebujemy czasu, żeby rozeznać się w sytuacji. Nie wiemy, kto ma jakie zamiary, kto może być naszym sprzymierzeńcem, a kto wrogiem. Stopniowo rozwijające się relacje między bohaterami są więc najmocniejszą stroną serialu.

Nie obeszło się oczywiście bez wad. Największą z nich jest to, że Outlander ślizga się na krawędzi pomiędzy gatunkami. Momentami uderza w tony dramatyczno-obyczajowe, by za chwilę sięgnąć po rozwiązania jak rodem z powieści łotrzykowskiej. Tak samo z bohaterami – w jednej chwili są skomplikowanymi, pełnokrwistymi postaciami, a za moment zmieniają się w papierowe karykatury samych siebie. Na dłuższą metę to męczy, bo nie wiadomo, w którą konwencję się wczuwać. Liczę, że w następnym sezonie scenarzyści albo zdecydują się na jeden z tych gatunków (jak to się stało np. w przypadku serialu Justified), albo zaczną je ze sobą nieco sprawniej łączyć, bo tym, czego w tej chwili produkcji chyba najbardziej brakuje, jest poczucie humoru. Gdyby te nagłe zmiany klimatu czy też rysujący się gdzieś pod powierzchnią kicz rozładować śmiechem, mrugnięciem oka do widza, serial zdecydowanie by zyskał.

outlander

Może to i romans, ale przyjaźń też jest ważna.

Drugą kwestią, która mnie osobiście mierzi, są seksualne zasadzki, których musi unikać główna bohaterka. Ostatnio gdzieś przeczytałam, że gwałty na ekranie są czymś w rodzaju uniwersalnego symbolu obrzydliwego patriarchatu i prymitywizmu i rzeczywiście coś w tym jest. Wystarczy umieścić w serialu scenę, w której bohater A pragnie zgwałcić bohaterkę B i już wiemy, kto jest szują i szowinistycznym śmieciem. Z drugiej zaś strony czy naprawdę muszę oglądać obnażoną pierś bohaterki, żeby to zrozumieć? Czy nie można tej władzy pokazać w jakiś bardziej subtelny sposób? Shame on you, scenarzyści, że nie chce wam się sięgnąć po bardziej wyrafinowane środki, żeby pokazać, jak ciężko żyło się kobietom w XVIII-wiecznej Szkocji, pod męskimi rządami. Nie jestem historykiem i może się mylę, ale zdaje się, że gwałty bynajmniej nie były w historii tak powszechne, jak się dzisiaj wydaje niektórym zaślinionym, nieletnim wielbicielom fantastyki. Owszem, może w czasach wojny, otwartych konfliktów. Ale w czasach pokoju? (Inna sprawa, że jeszcze niedawno to, co dziś uważamy za gwałt, zupełnie za niego nie uchodziło, ale to temat na osobną dyskusję.) Nie mogę się pozbyć wrażenia, że sceny, w której bohaterka cudem unika zgwałcenia, zostały umieszczone w scenariuszu głównie po to, żeby kazać jej zaświecić cyckiem albo tyłkiem i podnieść oglądalność. Nieładnie. To jest w ogóle temat na osobny post, który mam już zresztą w połowie napisany i może nawet kiedyś go dokończę. W każdym razie, wracając do serialu, na szczęście nie ma tych scen tak dużo, żeby to przeszkadzało w czerpaniu przyjemności z oglądania.

I wreszcie coś, co można uznać za wadę albo nie, zależy, co kto lubi – serial rozkręca się powoli. Dopiero w trzecim odcinku (a każdy trwa godzinę) zaczynamy mieć wrażenie, że akcja nabiera tempa. Niektórych to może zrazić. Wprawdzie nie znaczy to, że wcześniej jest nudno, tylko po prostu zamiast akcji mamy przedstawienie bohaterów. W każdym razie polecam wytrzymać, bo potem robi się coraz ciekawiej. Chyba że kogoś w ogóle nie kręcą Szkoci, góry ani historia, wtedy spokojnie może sobie odpuścić wcześniej.

outlander-first-look-starz

Mężczyzna w spódnicy jest zawsze lepszy niż mężczyzna w spodniach.

A teraz kilka słów o tym, dlaczego dobrze, że nie czytałam o serialu wcześniej. Otóż Outlander jest ekranizacją powieści Obca Diany Gabaldon (wydanej również po polsku, jest to zresztą składająca się z ośmiu części seria), którą wielu określa jako „romans historyczny”. Całe szczęście, że o tym nie wiedziałam, bo pewnie to określenie mocno by mnie zniechęciło. Okazuje się jednak, że w fabułę serialu wpleciono sporo wątków politycznych, historycznych i obyczajowych, i chwała twórcom za to, bo samego romansu mogłabym nie zdzierżyć. Na szczęście z tym romansem też sprawa nie jest wcale taka prosta, jak mogłoby się wydawać.

Ponadto bardzo wielu recenzentów pisało o Outlanderze jako o serialu feministycznym. I znów – gdybym o tym wiedziała, pewnie od początku nastawiłabym się na szukanie tego feminizmu albo dyskredytowanie go. Tymczasem miałam szansę obejrzeć serial bez uprzedzeń i przyjąć go niejako z całym dobrodziejstwem inwentarza. Dzięki czemu stwierdzam, że tak, jest to serial feministyczny, jeśli założyć, że serial feministyczny to taki, którego główną bohaterką jest kobieta. Oczywiście na pewno zaraz się pojawi wobec tej kobiety mnóstwo zastrzeżeń, że niewystarczająco silna albo za bardzo seksowna, albo może za mało seksowna, że za mało sprytna, że nie nosi w torebce giwery, że kocha swojego męża… A tymczasem prawda jest taka, że jest to po prostu serial z dobrze napisaną bohaterką kobiecą, wiarygodną, posiadającą wady i zalety, po prostu ludzką. Myślę, że uczucia i zachowania Claire są w gruncie rzeczy bardzo prawdziwe i gdybym to ja trafiła do XVIII-wiecznej Szkocji, mogłabym zachowywać się bardzo podobnie, czyli czasem głupio, czasem bezczelnie, a czasem bezmyślnie. Kiedyś postulowałam, żebyśmy dążyli do tego, by patrzeć na kobiety po prostu jak na postacie i na to, czy są dobre czy złe, a nie, czy są feministyczne czy niefeministyczne. To samo proponuję tutaj – oceniajmy Claire i fabułę pod kątem tego, czy jest wiarygodna, ciekawa, wciągająca, dobra, a nie pod kątem tej czy innej ideologii.

Tak czy inaczej, Outlander wydaje się idealną propozycją na ponure, grudniowe wieczory. Pozwala przenieść się w piękny świat szkockich gór, niezwykłych strojów z epoki i mężczyzn w spódnicach. Jest wystarczająco lekki, żeby nie dołować i wystarczająco dramatyczny, żeby nie nudzić. Zdecydowanie polecam.

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s