Wszyscy moi nieistniejący przyjaciele

Na pewno chociaż raz słyszeliście w życiu następujące zdanie: „on/a traktuje bohaterów serialowych jak żywych ludzi”.  I jestem gotowa się założyć, że to nie miał być komplement. Wręcz przeciwnie, podobne zdania przeważnie wypowiadane są z mieszaniną politowania i rozbawienia. I z odrobiną wyższości. W końcu człowiek cywilizowany, wykształcony, na poziomie, doskonale odróżnia fikcję od rzeczywistości i wie, że kiedy ginie Rysiek z Klanu, to nikt tak naprawdę nie zginął, więc czym tu się przejmować. Prawda?

everything you can image

Otóż moim zdaniem nieprawda, a przynajmniej nie do końca. Owszem, rozum wie, że Rysiek, a raczej aktor odtwarzający jego rolę, żyje i ma się świetnie. Ale emocje to zupełnie inna sprawa. Nasi ulubieni bohaterowie mają uczucia, wspomnienia, pragnienia, plany na przyszłość. Widujemy ich częściej niż niektórych członków własnych rodzin, nieraz lepiej ich przy tym znając. Towarzyszą nam przez wiele lat. Dlaczego mielibyśmy nie czuć się im bliscy? Tylko dlatego, że nigdy nie widzieliśmy ich na żywo? Phi.

Opowieść (a przecież czym jest serial, film czy książka, jeśli nie opowieścią właśnie) jest jednym z podstawowych narzędzi, dzięki którym poznajemy świat. Potrzeba opowiadania jest tak stara jak ludzkość. To dzięki opowieści dokonywał się postęp technologiczny. Z opowieści dowiadujemy się, co jest dobre, a co złe, jak należy postępować, co nam się opłaci, a co nie bardzo. Jesteśmy ewolucyjnie przystosowani do traktowania opowiadań zupełnie serio – jako źródła informacji o świecie. Dzisiaj wprawdzie myślenie mityczne zastąpiła telewizja, ale nasz mechanizm odbioru opowieści pozostaje taki sam. Zresztą sami nieustannie tworzymy narracje dotyczące naszego życia, życia naszych znajomych, przyjaciół, nieznajomych. Plotka to rodzaj opowieści, w dodatku często z morałem. Według mnie nie ma większego znaczenia, że znamy z widzenia panią Halinkę, która jest bohaterką straszliwej opowieści pod tytułem Mąż rzucił ją dla przedszkolanki dziecka. Tylko pozornie pani Halinka jest z naszego punktu widzenia bytem realnym – w końcu przeważnie nasze kontakty ograniczają się do powiedzenia sobie „dzień dobry” w osiedlowym warzywniaku. W rzeczywistości rodzaj naszych relacji sprowadza ją raczej do roli celebrytki – kogoś, o czyich planach, marzeniach i charakterze nie mamy pojęcia, kto znany nam jest jedynie z wyglądu i właśnie z owej mrożącej krew w żyłach lokalnej gawędy. Pełni w naszym życiu taką samą rolę, jak bohater filmu, serialu czy książki.

Dla mnie w zdaniu „on/traktuje bohaterów serialowych jak żywych ludzi” nie ma nic złego. Tym bardziej, że, powiedzmy sobie szczerze – przecież o to właśnie chodzi, żeby coś poczuć, oglądając. Jeśli film czy książka są dobre, emocje są prawdziwe. Na tym polega w dużej mierze odbiór fikcji – na przepuszczeniu jej przez filtr emocji. Inna sprawa, że różne rzeczy poruszają różnych ludzi. Jedni „zawieszają niedowierzanie” już w przypadku Klanu. Innym potrzeba trochę więcej „wyrafinowania” i wzruszają się dopiero przy Mad Men. Jednak nie ma się co łudzić, że ci, którzy oglądają Mad Men, są lepsi niż oglądający Klan. Mechanizm pozostaje ten sam.

A zatem tak, nie wstydzę się przyznać – wiele fikcyjnych postaci stawało się w pewnym momencie moimi przyjaciółmi. Znaleźli się w tej grupie ludzie skrajnie różni – przedsiębiorca pogrzebowy z Los Angeles, uzdolniony, choć z czasem coraz bardziej zagubiony chirurg i starszy, lekko szalony naukowiec, który uwielbiał słodycze. Jest tam też uzależniona od leków przeciwbólowych pielęgniarka, seksowna detektyw z firmy prawniczej i wiele innych osób. I naprawdę mi smutno, gdy któryś z moich nieistniejących przyjaciół odchodzi, czy to dlatego, że umiera, czy też dlatego, że kończy się serial. A boli to zwłaszcza wtedy, kiedy owa postać odchodzi nagle, nie wyczerpawszy swoich fabularnych możliwości. Wtedy myśli się o tych wszystkich fikcyjnych marzeniach i planach, których realizacji już nigdy nie zobaczymy na ekranie.

Mam do was prośbę. Pozwólcie przyjaciołom kochać swoich fikcyjnych przyjaciół. Pozwólcie im się smucić, kiedy ci przyjaciele odchodzą. W końcu wszyscy należymy do jednego, globalnego, wyimaginowanego plemienia.

 

PS. Wpis ten popełniony został ku pamięci fikcyjnego bohatera, ale nie napiszę jakiego, bo może ktoś jeszcze nie wie, a nie chcę robić spojlerów. Proszę również o brak spojlerów w komentarzach w razie, jakby ktoś się domyślał, o kogo mi chodzi.

16 comments

  1. znam ten ból w młodych latach tak gdzieś do 22lat;) zdarzało mi się nawet gorąco modlić by bohater bohaterka nie zginęła i ocalała ostatnim takim przypadkiem był kapitan sheridan skaczący w przepaść saradumm (nie pamiętam jak to się piszę ) zwłaszcza że to był koniec sezonu B5 ile ja się naczekałem aż przyszły nowe odcinki i można było odetchnąć 😉 acz dziś wspominam to z lekkim zawstydzeniem 😉

  2. Czytam Twojego bloga od jakiegoś czasu, ale nigdy nie komentuję. W tych okolicznościach po prostu muszę. Och, jak ja dobrze wiem, o kim jest ten wpis. I jak bardzo Cię rozumiem. Od poniedziałku nie potrafię znaleźć sobie miejsca. To był pierwszy raz kiedy oglądając serial przełykałam wielkie łzy i czułam, jakby naprawdę odszedł mój przyjaciel. Przyjaciel, który czasami mnie wkurzał, ale któremu ze wszystkich sił kibicowałam. Lubiłam jego głos i kolor jego oczu, lubiłam jego garnitury, lubiłam jego stanowczość, a najbardziej lubiłam jego słabości. Znałam jego marzenia i chciałam, żeby się spełniły. A teraz trudno pogodzić mi się z tym, że ich nie spełni, bo zginął najbardziej bezsensowną śmiercią z możliwych. Taką, jaka może przytrafić się każdemu z nas, bo wejdziemy na przejście dla pieszych w nieodpowiednim momencie. I nie ma wtedy czasu na czuwanie przy łóżku, przemyślane pożegnania i wielkie słowa. Sekunda i cię nie ma. To jest takie bolesne, bo jest prawdziwe. Odarte z serialowych kliszy, pozbawione dramy. Brutalne i niespodziewane. Smutno mi po prostu.

    • Tak, to było naprawdę mocne. Żadnych pożegnań, żadnej szansy pojednania. Rano był, a teraz już go nie ma. Jak (zbyt często) zdarza się w życiu. Ciężko sobie wyobrazić, co będzie dalej. A następny odcinek ma być podobno strasznym wyciskaczem łez (w sumie trudno się dziwić).

      Ja najbardziej przeżyłam śmierć Nate’a Fishera. Wiele dni myślałam o tym, kim był na początku, kim się stał i jak ta cała historia się skończyła. Właściwie do tej pory trochę chce mi się płakać, jak o nim myślę.

  3. Co tu gadać, jeśli niektórzy potrafią się dziwić, że ktoś płacze, bo mu umarł pies. Albo chomik.

    przecież o to właśnie chodzi, żeby coś poczuć, oglądając
    No właśnie, więc tu jest paradoks. Z jednej strony twórcy stają na uszach, żeby dzieło było poruszające, a w recenzji stwierdzenie, że coś zostawia odbiorcę obojętnym, jakoś nigdy nie bywa pochwałą. A z drugiej, tkwi tu jakieś powszechne tabu emocji. Ma poruszać do napisów i koniec, a potem szanujący się odbiorca wraca do prawdziwego życia. Dziełu wolno chodzić za człowiekiem i zostawać w myślach wyłącznie na płaszczyźnie intelektualnej – to jest wręcz snobistycznie pochwalane – ale nie emocjonalnej – to jest pobłażliwie wykpiwane. Jeśli coś „dało ci do myślenia”, to jesteś osobą zdolną do refleksji, nie jakimś typem, co łyka i zapomina. Ale jeśli „dało ci do czucia”, jeśli wpływa na twój nastrój, to jesteś jakimś małym rozumkiem i tylko patrzeć, jak dasz na mszę za Podbipiętę. Zastanawiam się tylko, czy ci, którzy widzą to w ten sposób, faktycznie nigdy nie płakali po żadnej postaci, czy tylko uważają, że trzeba się z tym kryć?

    Celnie piszesz o plotce jako opowieści i pozornie znanych paniach Halinkach. Przytakuję. 🙂

    • Dzięki 🙂

      Też zaczęłam się zastanawiać nad tą wyższością rozumu nad uczuciami w trakcie pisania postu, ale nie chciałam się zanadto rozpisywać, żeby nie zgubić wątku. W każdym razie mam teorię, że ludzie mają bardzo głęboką potrzebę ukrywania, że kierują nimi emocje (oczywiście niektórzy bardziej, inni mniej) i udają, że kierują się wyłącznie rozumiem. Co czasami wymaga od nich niewiarygodnie skomplikowanych racjonalizacji, uzasadnień, wewnętrznych wywodów logicznych itp. Łatwiej byłoby, gdyby po prostu przyznali „czuję tak i tak”, ale z tajemniczego powodu nie mogą. Stąd owe recenzje chyba.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s