Męskim okiem na życie Adeli

Niektóre filmy umiarkowanie zachwycają w trakcie oglądania, ale im dłużej człowiek myśli o nich po seansie, tym bardziej dochodzi do wniosku, że mu się podobały. Są też takie, które ogląda się całkiem nieźle, a po wyjściu z kina jest się jednak rozczarowanym. Życie Adeli, zdobywca tegorocznej Złotej Palmy w Cannes, należy do tej drugiej kategorii. Niby wszystko gra – mamy pełne, emocjonalne portrety młodych kobiet, zmagających się z uczuciem, dorastaniem, szukaniem swojego „ja”, akceptacją środowiska. A jednak coś mi w tym filmie nie pasowało, trąciło fałszem.

Ale zacznijmy może od tego, co mi się podobało. Przede wszystkim – film zrealizowany jest bardzo sprawnie. Trzy godziny przeleciały błyskawicznie. Mimo dość trudnej w odbiorze formy (niemal wszystkie sceny kręcone są w półzbliżeniu) i zamiłowania reżysera do kontrowersyjnych kadrów, Życie Adeli ogląda się dobrze, przede wszystkim za sprawą rewelacyjnych odtwórczyń głównych ról – Adele Exarchopoulos i Lei Seydoux. Jest to główny powód, dla którego do kina warto pójść, bo dziewczyny tworzą nie tylko doskonałe kreacje aktorskie, ale również uzupełniają się na ekranie w sposób po prostu fantastyczny. Film co prawda na poziomie emocjonalnym umiarkowanie mnie poruszył, ale tego akurat nie uważam za zarzut. Nie każda historia musi rezonować na poziomie uczuć, żeby można było uznać ją za dobrą. Niewątpliwie jest to bardzo dobry film, doskonale przemyślany i świetnie skonstruowany. Ale… oczywiście musi być jakieś „ale”.

życie adeli

Choć nazwane historią miłosną na miarę XXI wieku, Życie Adele  nie miało dla mnie zbyt wielu znamion historii o miłości. Adele i Emmę połączyła przede wszystkim namiętność i pasja. Przez cały film ani przez moment nie odniosłam wrażenia, że te dwie kobiety łączy cokolwiek poza seksem. Owszem, siła tej namiętności była ogromna, tak wielka, że mogła nawet uchodzić za miłość. Ale czy rzeczywiście nią była? O czym one ze sobą rozmawiały? Mamy może ze dwie sceny, w których Emma i Adele nie mówią o seksie ani o swoim związku. W jednej Emma uczy swoją dziewczynę jeść ostrygi, a w drugiej ma do niej pretensję, że jest za mało artystycznie nastawiona do życia. Obie te sceny wskazują na to, że młodzieńcze uczucie, które je połączyło, ma podłoże gdzieś w fizjologii, nie w przysłowiowym pokrewieństwie dusz. Jako takie musi się wypalić, kiedy bohaterki dojrzeją, zdadzą sobie sprawę z własnych upodobań i dzielących je różnic społecznych.

Zastanawiam się, czym ich relacja różniła się od relacji innej pary słynnych filmowych kochanków, Ennisa i Jacka, bohaterów Tajemnicy Brokeback Mountain. Ich związek też przecież opierał się przede wszystkim na seksie. Oni też nie prowadzili ze sobą zbyt wielu znaczących rozmów. Co więcej – Ennis i Jack naprawdę nie potrafili się ze sobą komunikować, inaczej niż Emma i Adele, wygadane, świadome swoich uczuć (choć zagubione) współczesne kobiety. A jednak w przypadku filmu Anga Lee nie miałam wątpliwości, że Ennis i Jack kochają się tak mocno, jak tylko dwoje ludzi może się kochać. Zastanawiające, że w Życiu Adeli brakuje tych drobnych gestów czułości, ukradkowych spojrzeń, które przekonują nas o tym, że bohaterom naprawdę na sobie zależy. Być może jest to zabieg zamierzony. Być może to właśnie chciał pokazać Kechiche – że dwie kobiety mogą tworzyć związek oparty przede wszystkim na namiętności. Chwała mu za to, że w ogóle dał kobietom prawo do przeżywania związku w ten sposób – jako niezwykle silnego seksualnego przyciągania. To się przecież w kinie niemal nie zdarza.

A z drugiej strony mam jednak wątpliwości. Chociaż tytuł, sposób opowiadania historii (brak makijażu czy fryzjera, ostre światło uwypuklające defekty urody), sposób prowadzenia kamery (nieustannie skierowanej na twarz głównej bohaterki, nawet we wstydliwych sytuacjach), wszystko to ma nas przekonać, że mamy do czynienia z czymś autentycznym, z prawdziwym życiem, że oglądamy rzeczywistą Adele, to jednak reżyser wcale nam tej Adele nie pokazuje. Co w takim razie widzimy? Fantazję reżysera na temat życia młodej dziewczyny i bardzo smutną opowieść o tym, że kobietę tworzy mężczyzna, nawet dzisiaj i nawet wtedy, jeśli ta kobieta kocha inną kobietę.

Dlaczego tak myślę? Są to drobne sprawy. Ruch kamery, który pokazuje śpiącą, piętnastoletnią Adele w rozedrgany, erotyczny sposób. Nieustanne aluzje do jej seksualnego apetytu. Ciągnąca się w nieskończoność scena erotyczna (nie mam nic przeciwko tej scenie jako takiej, rozumiem też, dlaczego musiała być ona długa. Czego natomiast nie rozumiem, to czemu była aż tak długa i dlaczego przypominała jednak mocno męskie fantazje). Farmazony dotyczące mistycznej kobiecej seksualności wygłaszane przez, oczywiście, mężczyznę (jak się wydaje, alter ego reżysera). Fakt, że Adele wydaje się istnieć tylko w odniesieniu do innych osób i to paradoksalnie głównie mężczyzn. Chociaż miłością jej  życia jest Emma, a film jest m.in. opowieścią o życiu młodej lesbijki, która odkrywa swoją orientację i próbuje sobie z nią radzić, Adele nie szuka potwierdzenia swojej wartości u kobiet. W sytuacjach kryzysowych, kiedy nie jest pewna siebie, gdy traci grunt pod nogami, zaczyna przeglądać się w męskim spojrzeniu – chłopaka ze szkoły, przypadkowego mężczyzny na przyjęciu, kolegi z pracy. Nawet w relacji z Emmą Adele wchodzi w rolę „typowej” kobietki, potulnej żony, która ugotuje obiad, będzie muzą, ładnie ubierze się na przyjęcie, ale która sama nie istnieje, nie ma nic do powiedzenia, nie ma żadnej wartości poza swoim wyglądem (w końcu przyjaciele Emmy znają ją jako „tę dziewczynę z obrazu”. Chociaż związek dziewczyn trwa kilka lat, wydaje się, że znajomi Emmy nigdy nie rozmawiali z Adele). Adele zatraca się w Emmie do tego stopnia, że chociaż obserwujemy ją przez bite trzy godziny, niewiele potrafimy o niej powiedzieć. Ona nawet nie wychodzi z szafy – nie mówi swojej rodzinie prawdy o tym, kim jest w jej życiu Emma.

Zbyszko Melosik pisze o tzw. męskim oku w ten sposób:

„We współczesnych tekstach kulturowych kobiety prezentowane są najczęściej jako obiekty potencjalnego spojrzenia męskiego (…). W ten sposób w epistemologicznej interakcji między mężczyzną a kobietą posiada on władzę nad image’em kobiety. Jego spojrzenie na kobietę zorientowanie jest na uzyskanie przyjemności oraz swoistego posiadania jej image’u. Konstrukcja spojrzenia obejmuje więc normatywny męski punkt widzenia, a kobiety traktowane są jako obiekty pragnienia męskiego (które każdorazowo zawiera określony zestaw recept odnośnie do preferowanej kobiecej estetyki, począwszy od makijażu i sylwetki, poprzez ubiór, aż do głosu, zapachu i fryzury). (…) Z tej perspektywy patrząca na siebie potencjalnym męskim okiem kobieta doznaje przyjemności w sytuacji, gdy uznaje siebie za obiekt męskiego pożądania.”

Oczywiście, pokazanie, że kobieta nawet będąc związana z inną kobietą nie jest wolna od „męskiego oka” i wciąż podlega ocenie według tych samych standardów, mogło być świadomym zabiegiem reżysera (i wtedy chapeau bas). Ale to, co dzieje się wokół filmu, wydaje się wskazywać, że tak nie było. W wywiadach aktorki odtwarzające główne role wiele razy podkreślały, że reżyser zmuszał je do ciężkiej, upokarzającej pracy. Po kilkanaście godzin dziennie przez kilka tygodni musiały udawać przed kamerami rozkosz, opychać się jedzeniem, kłócić się, płakać i bić, raz za razem odtwarzając te same sceny, ponieważ Kechiche chciał, aby były jak najbardziej „autentyczne”. Teraz, kiedy o tym opowiadają, reżyser grozi im sądem. (Przy okazji – wydaje mi się to spójne z pewną tendencją w relacjach reżyser-aktorka. Wiele razy słyszeliśmy o kobietach, które reżyser doprowadził na skraj załamania nerwowego „dla dobra roli”, „żeby uzyskać autentyczne emocje” itp. Nie przypominam sobie w tej chwili ani jednej podobnej historii dotyczącej relacji reżyser-aktor. Ciekawe, dlaczego tak się dzieje.)

I tu znów różnica pomiędzy Angiem Lee i Abdellatifem Kechiche – ten pierwszy na swoich bohaterów patrzy z czułością, a swoim aktorom pozwala odnaleźć się w historii, mieć swój wkład w to, jak będzie ona wyglądała. Ten drugi, pod pozorem obiektywizmu, po prostu się nad swoimi bohaterkami (i aktorkami) znęca. Paradoksalnie, chociaż Tajemnica Brokeback Mountain jest nakręcona w dużo bardziej poetycki, senny, nierzeczywisty sposób, na poziomie emocji wydaje mi się prawdziwsza. I wszystko to sprawia, że nie wierzę Kechichowi w jego Adele, twór męskiej wyobraźni, a nie prawdziwą kobietę.

O Życiu Adele warto poczytać tutaj:

Wywiad z aktorkami odtwarzającymi główne role.

Problem z Życiem Adeli wg NYTimes.

I zabawny komentarz dotyczący sceny seksu między Adele i Emmą.

5 comments

  1. Kurczę, poluję na ten film od momentu, gdy o nim przeczytałam (chyba gdzieś na AfterEllen.com), ale im więcej o nim słyszę i czytam, tym bardziej się zastanawiam, czy dobrze na jego seansie wyjdę. Jeśli film rzeczywiście jest w odbiorze taki, jak piszesz, czuję że jego oglądanie może się dla mnie skończyć ostrym napadem cholery. Tak liczyłam na film o kobiecych relacjach, w którym nie byłoby „męskiego oka” (a przynajmniej byłoby ono ograniczone do niezbędnego, logicznego fabularnie minimum), a tutaj… ech. No nic. Będę musiała się sama przekonać.
    Ale notka arcy-ciekawa. Dzięki!

    • W takim razie koniecznie zobacz, bo bardzo chętnie bym sobie podyskutowała, czy naprawdę tak jest, jak napisałam, czy może mi się tylko wydaje, bo jestem ekstremalnie skrzywiona. Ale coś mi nie pasowało w tym filmie, no. Nie ja jedna zresztą to zauważyłam, bo na parę podobnych opinii gdzieś się jednak w prasie natknęłam. Ale może to też pisali sami ekstremalnie skrzywieni 😉

      I ja też się rozczarowałam mocno, bo niby dwie kochające się kobiety, niby niemal sama żeńska obsada, ale niektóre wątki tak „męskie”, że aż człowiek ma ochotę zakrzyknąć „co to ma być??”.

      • Też czytałam kilka opinii, dość zbieżnych z Twoją, więc myślę, że film po prostu taki jest w odbiorze. A swoją drogą: widziałam już wcześniej ten filmik „Lesbians React…” – on też pokazuje, że pewne rzeczy są w filmie naciągane. Też jestem w stanie zrozumieć długą, pokazującą wszystko scenę erotyczną, ale gdy same zainteresowane wyrażają powątpiewanie, ewentualnie niedowierzanie lub rozbawienie, to coś jest na rzeczy. Filmy mogą sobie pozwalać na pewną swobodę poetycką, ale czasem mam wrażenie, że idą zbyt w stronę „magii seksu”. Brakuje mi filmów, gdzie sceny erotyczne byłyby bardziej realistyczne – zadyszane, niezręczne, chaotyczne, spocone, śmieszne. Niby tyle jest obrazoburczych filmów, a na taki krok niewiele się decyduje.

      • Jak dla mnie ta scena była wystarczająco zadyszana i spocona. Natomiast po wyjściu z kina zaczęłam się zastanawiać, że ten film był jednak mocno „podglądacki” i to chyba nie do końca w zamierzony w reżysera sposób. Bo podglądacki film można zrobić tak, żeby widz się trochę wstydził, że chce na to popatrzeć, ale chciał. A tutaj miałam wrażenie, że widzę to, co sam reżyser chętnie by sobie popodglądał. Co innego być podglądaczem, a co innego siedzieć w głowie podglądacza i być zmuszonym do patrzenia na to, na co on chce patrzeć. To drugie zostawia zdecydowanie większy niesmak. Właśnie jakiś niesmak mi został po tym filmie, a jeszcze się pogorszył po przeczytaniu tych wywiadów…

      • Dokładnie rozumiem co masz na myśli. I rzeczywiście – jest różnica między filmem podglądackim, a wrażeniem, że widzimy to, co reżyser chciał sobie popodglądać.
        Tym ciekawsza jestem seansu „Życia Adeli”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s