Soundtrack do życia

moby

Jestem istotą z natury swojej mało entuzjastyczną. W związku z tym, że staram się bardzo usilnie wszystko w życiu odbierać myśleniem i za żadne skarby nie dopuścić do siebie zbyt wielu uczuć (wiadomo, wtedy świat niechybnie by się skończył), jestem beznadziejnym fanem. I nie chodzi o to, że nie rozumiem bycia fanem. Jak najbardziej rozumiem. Nawet bym chciała. Ale nie potrafię. Jestem na przykład na tyle beznadziejnym fanem, że nie czytuję wywiadów z ulubionymi gwiazdami. Nie bywam na tumblr. Nie oglądam wszystkich filmów z aktualnie wielbionym aktorem czy aktorką (próbowałam kiedyś obejrzeć wszystkie filmy z moim Fake Movie Husband, czyli Jakiem Gyllenhaalem, ale trafiłam na Bubble Boy i uznałam, że nie mogę sobie tego robić). Nie gapię się na zdjęcia (dobra, czasem się gapię. Tak z raz do roku). Nie słucham albumów ulubionych artystów zaraz po tym, jak wyszły, chyba, że przypadkiem na nie akurat trafię. Z muzyką to w ogóle mam taki problem, że słucham muzyki, a nie tekstów do tejże. Teksty docierają do mnie dopiero wtedy, gdy jakaś melodia bardzo mi się spodoba, a i to nie zawsze. Więc co ze mnie za fan.

Istnieje wszakże jeden artysta, którego naprawdę uwielbiam. Do tego stopnia, że zdarzało mi się czytać jego pamiętnik w internecie. Byłam też na wszystkich jego polskich koncertach.

Tym artystą jest Moby.

Anegdotka: W 1990 roku spędzałam z rodzicami wakacje na pewnym europejskim (już nie pamiętam, chyba to była Belgia, a może Francja) kempingu. Dzisiaj aż nie chce mi się w to wierzyć, ale ten kemping wydał coś tak absurdalnego, jak własną kasetę z hitami (zapewne zresztą nie mając praw do umieszczonych na niej piosenek). Słuchałyśmy tej kasety namiętnie z siostrą całe wakacje. Wróciłam do niej jakieś dziesięć lat później i ku swojemu zdumieniu odkryłam, że znajduje się na niej pierwszy przebój Moby’ego, czyli Go. Czyli czym skorupka za młodu…

W 1999 roku zobaczyłam w MTV albo na innej Vivie Zwei teledysk do Why does my heart feel so bad i dopadło mnie natychmiastowe „skąd ten facet wie, co ja czuję???”. Tak mi z grubsza zostało do dziś.

Moby to dla mnie nie tylko muzyka. To również kawał życia i wspomnień. Niemal każda piosenka z albumu Play to jakieś wspomnienie. Porcelain – od tego utworu zaczynała się każda studencka impreza. Natural Blues – mój wówczas zaledwie trzyletni brat wpatrywał się z fascynacją w ekran telewizora, chociaż normalnie muzyka dorosłych nie robiła na nim żadnego wrażenia. The Sky is Broken – popłakałam się, kiedy pierwszy raz ją usłyszałam. Z tą piosenką też swoją drogą wiąże się pewna historyjka. Właściwie pierwszy raz usłyszałam ją nie jako utwór na płycie, ale jako motyw przewodni ulubionego odcinka The X-Files, czyli All Things. Odcinek widziałam w telewizji, nie zdążyłam albo nie wpadłam na to, że mogę sprawdzić podczas napisów końcowych, jaki to był utwór (może zresztą napisy zostały po prostu ucięte, już nie pamiętam). Jako że w internecie nie dało się wtedy jeszcze wszystkiego sprawdzić, męczyło mnie tygodniami, co to był za utwór. Minęło zdaje się kilka lat, zanim po raz drugi zobaczyłam ten odcinek i właściwie nie zaskoczyło mnie, że to była ta sama melodia, na której płakałam, kiedy po raz pierwszy odsłuchiwałam ją z kasety.

I tak dalej. In my heart – do dziś pamiętam te ciary na plecach, kiedy po raz pierwszy usłyszałam tę piosenkę w wersji koncertowej na koncercie Moby’ego na Stegnach bodajże w 2002 roku (była na nim dosłownie garstka ludzi, w porównaniu z późniejszymi kilkudziesięcioma tysiącami podczas koncertów na Heinekenie i Orange Warsaw). Niesamowity, przejmujący do szpiku kości głos wykonującej go artystki i obłędna aranżacja sprawiły, że to do dziś mój ulubiony utwór koncertowy. 2005 rok to Hotel i piękne Where you end, które nagrywałam na płytę nowopoznanej kandydatce na przyjaciółkę. Później, w 2008 roku Moby nagrał płytę, która nie zebrała najlepszych recenzji, a która jest jedną z moich ulubionych. Chodzi oczywiście o Last Night, hołd dla lat spędzonych przez muzyka w klubach, gdzie pracował jako DJ (do tej pory zdarza mu się to robić). Ten album jest dla mnie, podobnie jak dla Moby’ego, przypomnieniem czasu, który spędziłam na tzw. clubbingu, czyli jedynie słusznej rozrywce początku lat 2000. Lubię zwłaszcza Sweet Apocalipse – idealną ilustrację emocji towarzyszących człowiekowi po wyjściu z klubu o czwartej nad ranem, tę dziwną mieszankę euforii i zmęczenia.

Potem nadszedł rok 2009 i najsmutniejszy chyba, najtrudniejszy i bardzo osobisty album Wait for Me. I znów tak się złożyło, że idealnie pasował do mojej akurat świeżo odnowionej depresji. Trochę przegapiłam wyciszony, miejski album o samotności, Destroyed, bo akurat byłam życiowo w zupełnie innym miejscu, nadrabiam dopiero teraz. I wreszcie, od niecałego miesiąca słucham Innocents. I znów sama nie wiem, który utwór jest najlepszy. Może niepokojące A case for shame z udziałem Cold Specks i Inyang Bassey? Może bluesowe Don’t Love me? A może A Long Time?

bittorrent is not a crimeLubię Moby’ego nie tylko za jego muzykę. Szalenie podoba mi się na przykład jego podejście do kwestii praw autorskich. Jako jeden z niewielu muzyków namawia do tego, żeby ściągać jego utwory przez Bittorrent, miksować i umieszczać w internecie. Udostępnia też albumy młodym, niezależnym artystom, np. filmowym, którzy chcieliby użyć jego muzyki w swoich dziełach. Niewiele wiem o jego poglądach na życie, przekonaniach czy charakterze (skąd zresztą mogłabym wiedzieć?), ale wzrusza mnie tym, że robi zdjęcia swojej publiczności na każdym koncercie i podpisuje je na przykład „50 000 moich nowych najlepszych przyjaciół”, a pod schodami jego domu w Los Angeles mieszka przez nikogo niepokojona rodzina grzechotników. Wiem, że urządza w piwnicy dyskoteki dla swoich znajomych i grywa dla nich sety. Wrzuca też na FB fotki olbrzymich pająków, komentując: I just found this huge monster on my lawn. I think I’m going to put a saddle on it and ride it to the store.

Co przemawia do mnie w samej muzyce Moby’ego? Nie wiem. Może to, że nawet wesołe utwory podszyte są jakąś melancholią. Może jego charakterystyczny styl, pozwalający rozpoznać nowy kawałek po zaledwie kilku taktach. Może chodzi o to, że podzielam jego zachwyt dla głębokich, niskich, bluesowych wokali.

Ten facet, który mieszka tysiące kilometrów ode mnie i którego nie widziałam nigdy z odległości mniejszej niż kilkadziesiąt metrów, najwyraźniej tworzy po prostu soundtrack do mojego życia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s