„Nie jestem feministką, ale”, czyli o feministycznym coming oucie

Uwaga – pisząc „feministka” mam na myśli osoby obojga płci. Nie chce mi się kombinować z potworkami typu feminist(k)a, feminista/tka itp.

Raz na jakiś czas przetacza się przez blogosferę mniej więcej ta sama dyskusja (ostatnio u Zwierza – wybacz, Zwierzu, że znów cię w to wciągam – i u Cedro). Ktoś gdzieś użyje niefortunnego sformułowania „nie jestem feministką, ale”. Ktoś inny złapie go za słówka (nie ukrywam, mnie również się to zdarzało), skrytykuje, wytknie logiczne błędy w wypowiedzi. Znajdą się obrońcy obu stanowisk, gorliwi feminiści, kobiety kochające stan uciśnienia, miłośnicy złotego środka oraz cała masa innych indywiduów. Wyprodukują setki postów, z których właściwie nic nie wyniknie. Nie zamierzam tutaj nikogo bronić ani atakować, ale raczej zastanowić się, dlaczego to niewinne z pozoru sformułowanie budzi w ludziach tyle emocji.

Na początek przydałaby się może jakaś definicja. Kim właściwie jest feministka, skoro można się za nią nie uważać z takim zacięciem? I tu stajemy przed pierwszym problemem. Feministką prawie na pewno jest osoba, która uważa się za feministkę. Ale czy tylko? Co z osobą, która zachowuje się jak feministka, głosi poglądy feministyczne, zwraca uwagę na brak równouprawnienia w różnych dziedzinach życia itp.? Moim zdaniem taka osoba, choćby przed każdą swoją feministyczną wypowiedzią zastrzegała „nie jestem feministką, ale”, powinna zostać uznana za feministkę.

 Co o nas świadczy – słowa czy czyny?

Co więcej, jestem zdania, że ktoś, kto używa sformułowania „nie jestem feministką, ale”, właściwie z definicji powinien zostać zakwalifikowany jako feministka. Bowiem następstwem tych słów niemal w stu procentach jest treść feministyczna. Weźmy chociażby Jezus Marię Peszek w ostatnim wywiadzie dla Polityki. Kuriozalnym znalazłam jej wyznanie „nie jestem feministką, ale”, po którym nastąpił szereg wynurzeń niczym z podręcznika feministki. Zatem w czym problem? Dlaczego nie mogła po prostu powiedzieć „jestem feministką i”?

 I czy na pewno potrzebne nam są te wszystkie etykietki?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta. „Feministka” to niestety w języku polskim brzydkie, może nawet obraźliwe słowo. Nacechowane wybitnie negatywnie i nie wiem, czy do odzyskania. Większości Polaków kojarzy się z agresją, piskiem, postawą roszczeniową, dziwnym wytworem-potworem ludowej wyobraźni zwanym „babochłopem z wąsami”, a niektórym wręcz z czystym złem. Powiedzenie „jestem feministką” nikomu nie zyskuje sympatii. W towarzystwie takie wyznanie w najlepszym razie spotka się z chłodną obojętnością, częściej jednak zostanie uznane za zaczepkę, wojowniczą deklarację, prowokację do światopoglądowej dyskusji.

Nie ukrywajmy, żeby powiedzieć „jestem feministką”, potrzeba odwagi. Nie każdy na tę odwagę potrafi się zdobyć. Zazwyczaj łatwiej jest tym, którzy i tak są w jakiś sposób wykluczeni z ogółu społeczeństwa – są ateistami, osobami o odmiennej orientacji seksualnej lub pochodzeniu. Oni już się w życiu nasłuchali i obrośli w grubą skórę. Ale przeciętny Kowalski nie przywykł do stwierdzenia „jesteś feministką/ateistką/lesbijką? Niemożliwe, przecież taki dobry z ciebie człowiek”. I nie można go za to winić.

Gdybym tak dostała dolara za każdy raz, kiedy słyszałam to stwierdzenie…

Myślę, że z deklarowaniem się jako feministka jest trochę jak z wychodzeniem z szafy. To proces, którzy zajmuje dużo czasu i walki z sobą samym. Jak się już raz wyjdzie, nie ma odwrotu. Przekroczyło się raz na zawsze pewną granicę. Dlatego tych, którzy już wyszli, irytują inni, którzy mimo ewidentnie feministycznych poglądów wciąż się krygują. Bo oni nie muszą wysłuchiwać obelg na swój temat. Nie muszą bronić swoich poglądów przy każdej okazji. Nie traktuje się ich z lekceważeniem. Ale z drugiej strony doskonale wiemy, że wyjście z szafy nie jest sprawą łatwą ani przyjemną. Nie powinno się nikogo zmuszać do tego, żeby się ujawnił – jako gej, feministka czy wyznawca religii Jedi. Do takich spraw każdy musi dojrzeć w swoim czasie. Niektórzy nie dojrzewają nigdy. Jedni noszą koszulki w tęczę, inni nie powiedzą własnej matce. Każdemu według potrzeb.

(I tak, uważam za feministkę z grubsza każdego człowieka, który nie sądzi, że miejsce kobiety jest w kuchni, który jest zdania, że mężczyzna powinien brać udział w wychowaniu dziecka, każdą kobietę, dla której ważna jest jej praca i która nie sądzi, że jej najważniejszym celem w życiu jest znalezienie sobie męża.)

Niektórzy lubią walczyć o to, co uważają za słuszne. Zasadniczo nie powinno im się tego zabraniać.

W gruncie rzeczy myślę sobie, że to budujące, że tyle osób śmie dziś powiedzieć „nie jestem feministką, ale”. Bo to znaczy, że zauważają pewne zjawiska. A nawet, że mają odwagę o nich pisać. Podobno ludzki mózg nie rozumie słowa „nie”. My, którzy wyszliśmy już z szafy, powinniśmy po prostu to „nie” zignorować, i nie denerwując się czytać dalej.

Z góry przepraszam wszystkich, których tym tekstem obraziłam, wkurzyłam lub w inny sposób spowodowałam ich dyskomfort. Nie to, że planowałam nikogo nie urazić. Przy dyskusjach światopoglądowych to chyba nieuniknione, co nie znaczy, że należy całkowicie ich zaprzestać.

13 comments

  1. (I tak, uważam za feministkę z grubsza każdego człowieka, który nie sądzi, że miejsce kobiety jest w kuchni, który jest zdania, że mężczyzna powinien brać udział w wychowaniu dziecka, każdą kobietę, dla której ważna jest jej praca i która nie sądzi, że jej najważniejszym celem w życiu jest znalezienie sobie męża.)

    O rany, ale zupa! Nie wierzę w Boga, ale jestem moherem: wszak nie lubię Rydzyka, ale dam się pokroić za jego prawo do mówienia co myśli. Śmieszy mnie głupota i hipokryzja Szczuk i Peszkówien, ale jestem feministką! Ciekawe czym jeszcze zostanę będąc przywiązanym do zdrowego rozsądku, wolności i tolerancji… 😉 I czy to dziwne, że nie poczułem się tym tekstem obrażony? 😉

    • W żadnym razie nie twierdzę, że jest tak samo traumatyczne. Myślę natomiast, że sam proces, z którym trzeba się zmierzyć, żeby powiedzieć głośno „jestem feministką”, przebiega podobnie – trzeba pogodzić się z tym, że stracimy sporo punktów popularności i normalności, a może nawet niektórych znajomych, trzeba się nastawić na docinki, zimne spojrzenia, ostracyzm i wiele innych nieprzyjemności. Ogólnie – nie będzie już tak miło, jak przedtem.

  2. Nie jestem pewien, czy powiedzenie Nie jestem feministką ale… czyli z kogoś automatycznie femistkę. Można zauważać pewne nierówności, ale można albo uznawać je za wypadek przy pracy albo jako zjawisko systemowe. Feministka uzna to za wypadek zjawisko systemowe. Przykład: kobiety przeciwne parytetom (abstrachując ju z od teog jak byłyby skonstruowane) uznają, że wystarczy się tylko dobrze postarać, żęby coś osiągnąć, bo przecież wszyscy są równo, a o gnojeniu się zapomina, feministki uznają, że to sprawa systemu, który faworyzuje mężczyzn i nic nie dadzą nawet najlepsze chęci, a nawet jeśli, dlaczego kobietą ma być tak trudno (doktorantek kobiet jest więcej niż mężczyzn, ile kobiet siedzi w PANie? niewiele) Bo drugie nie wiem czy takie dyskusje nic nie dają, myślę, że to jest ucieranie się idei, nowa wiedza zawsze zmienia, niestety nie zawsze na lepsze, z drugiej strony udowodniono, że w grupach, które nie stykają się z odmiennymi poglądami zwycięża ekstrema. Poza tym, nie istnieje prawo do bycia niekrytykowanym, sfera publiczna właśnie ejst od dyskusji, inaczej nie jesteśmy społeczeństwem, tylko Hobbsowskim stanem natury.

    • ” z drugiej strony udowodniono, że w grupach, które nie stykają się z odmiennymi poglądami zwycięża ekstrema.”
      Ale czy w środowisku blogerów rzeczywiście można mówić o grupach, które nie stykają się z odmiennymi poglądami?

  3. Całkiem się z Szanowną Autorką zgadzam. Przerobiłam w życiu już ładnych kilka rozmów, które brzmiały:
    ja: jestem feministką
    mężczyzna, z którym akurat rozmawiam (MZKAR): nie jesteś!
    ja: no jak nie jestem? jak mówię, że jestem to znaczy że jestem
    MZKAR: wcale nie zachowujesz się jak feministka
    ja: a jak zachowuje się feministka?…
    i dalej to już są schody bo MZKAR nie wie co odpowiedzieć, ja przegaduję go w 5 minut i jest zmuszony na kolejne 15 zamknąć się w sobie….

  4. Cóż ja dostrzegam jeszcze inną kwestię – wcale nie wynikającą z tego, że do słowa feministka zawsze w Polsce trzeba sporo dopowiadać. Deklaracja „jestem feministką” właściwie nic nie oznacza. Trzeba usiąść i wyrecytować jak na kazaniu swoje poglądy i wspólnie z rozmówcą ustalić co pod owym feminizmem się kryje (na przykład ja uważam że kobieta której ambicją jest wychowanie dziecka spokojnie może być feministką bo feminizm zakłada dawanie mężczyznom i kobietom możliwość wyboru drogi życiowej a nie skazuje je na tylko jeden dobry schemat związany z ambicjami innymi niż założenie rodziny). Stąd w moim przekonaniu tyle kobiet zaczyna od „nie jestem feministką” i recytuje feministyczne poglądy. Wszystko jest kwestią punktu odniesienia. Np. wiele osób nie zadeklaruje feminizmu bojąc się głupich uwag od kolegi z pracy, dla którego feministka to bojowniczka o wolność z płonącym stanikiem w ręku, ja mam opory bo widzę dziewczyny, które całe życie poświęciły badaniom kwestii gender, które recytują z pamięci teorie feministyczne i są super zorientowane i bardzo stanowcze. Patrze na nie, patrzę na siebie i widzę ideologiczną przepaść. I chyba to jest największy problem.

    • Hm, ciekawa teoria, że „nie jestem feministką, ale” może dotyczyć naszych kwalifikacji że tak powiem. O tym nie pomyślałam. Chociaż osobiście uważam, że tyle jest odłamów feminizmu i tyle problemów, którym może się on zajmować, że spokojnie i ty i one mieścicie się w definicji. Przynajmniej z mojego punktu widzenia.
      Natomiast odnośnie kobiety, której ambicją jest wychowanie dziecka, to absolutnie się zgadzam, pod warunkiem, że ona sobie sama taką drogę wybrała, a nie została na nią wepchnięta podstępem i szantażem 😉

  5. nigdy nie spotkałam się z żadnymi niemiłymi komentarzami czy zdziwionymi spojrzeniami, o swoich feministycznych i nie tylko przekonaniach opowiadam na prawo i lewo więc nie uważam że ujawnianie ich wywołuje jakieś traumatyczne przeżycia 😉

    • W takim razie miałaś dużo szczęścia. Serio, na mnie ludzie patrzą z mieszaniną lęku, podziwu i lekkiego obrzydzenia 😉 Można się przyzwyczaić, ale specjalnie miłe to nie jest…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s