Drive, czyli droga donikąd

Jestem okropnie do tyłu z kinem, dlatego dopiero wczoraj obejrzałam Drive. Muszę powiedzieć, że mocno się zawiodłam. Ten film jest bowiem kwintesencją wszystkiego, co jest moim zdaniem nie tak ze współczesnym kinem hollywoodzkim. A oto jego grzechy główne:

Grzech pierworodny: odgrzewana fabuła. Mówi się, że wszystko już było pod słońcem. Owszem, to poniekąd prawda, ale akurat ta historia została opowiedziana tyle razy, że jest dziś równie podniecająca, co papier toaletowy. Ponieważ, siadając do oglądania filmu nie wiedziałam o nim absolutnie nic (poza tym, że jest podobno dobry i występuje w nim Ryan Gosling), przez pierwszą połowę łudziłam się jeszcze, że nie będzie to stek fabularnych frazesów i klisz. Niestety scena, w której bohater niesie dziecko sąsiadki owinięte w swoją kurtkę, pokazała mi dobitnie, że oto nie czeka mnie absolutnie nic nowego. Wałkowanie po raz stop pięćdziesiąty dziewiąty tych samych historii w różny sposób jest czołowym grzechem większości filmów hollywoodzkich. Nie rozumiem tylko, dlaczego zrobienie filmu o tym samym w inny sposób według krytyków zasługuje na oklaski. W efekcie  powstają kolejne Drive’y i kino stoi w miejscu.

O tym, jak bardzo wtórna jest fabuła, może świadczyć fakt, że gdy zobaczyłam powyższy plakat, przez moment myślałam, że Drive faktycznie jest remakiem produkcji z Jamesem Deanem.

Ten grzech można by jeszcze wybaczyć, gdyby pokazano nam jakąkolwiek głębię postaci. Jednak Drive zmusza widza do uwierzenia, że oto jedno popołudnie w towarzystwie uroczej blondynki sprawi, że w odludku i  socjopacie obudzi się istota ludzka. Dlaczego? Z powodu jej ładnej buzi? Bo jest pokrzywdzona przez los? Bohater nie wygląda na takiego, co kryłby pod maską obojętności szczególnie wrażliwe i czułe serce. Wręcz przeciwnie – wszystko wskazuje raczej na to, że zawsze był człowiekiem zimnym i obojętnym. Stąd i jego nagła przemiana wydaje się mało prawdopodobna.

Grzech drugi: dobrzy aktorzy w słabych rolach. Zatrudnienie Ryana Goslinga i Carey Mulligan w rolach, w których nie mają absolutnie nic do pokazania, jest naprawdę smutnym zjawiskiem. Przez pierwsze pół godziny ponura mina Goslinga intrygowała. Przez drugie – irytowała. Przez ostatnie czterdzieści minut sprawiała, że miałam ochotę przywalić mu ciężkim narzędziem, po czym zawyć z rozpaczy. Zmarnowano potencjał naprawdę niezłego aktora, któremu nie dano do zagrania absolutnie nic.

Grzech trzeci: kobiety do garów. Oczywiście nie od dziś wiadomo, że dobra historia to męska historia. Tak przynajmniej uważają w Hollywood. W kasowych produkcjach kobiecych bohaterek jest jak na lekarstwo, a takich, które mają coś do zagrania – jeszcze mniej. Drive nie jest tu wyjątkiem. Irene jest być może obiektem uczuć bohatera, ale poza tym równie dobrze mogłaby być popielniczką, bo taki mniej więcej jest jej wpływ na rozwój wydarzeń. O niczym nie wie, niczego się nie domyśla, nie ma absolutnie nic do powiedzenia. Stoi tylko z tyłu i ładnie wygląda, a odpowiednim momencie jest odstawiona na bok, żeby się nie stłukła. Wątek Blanche litościwie pominę.

Ta scena świetnie obrazuje miejsce Irene – stoi z tyłu i kompletnie nie ma pojęcia, że oto między mężczyznami dzieje się coś ważnego.

Irytuje mnie też przekonanie, że wystarczy umieścić w filmie przystojnego aktora, żeby kobieta (w domyśle: ta pusta idiotka) poczuła się usatysfakcjonowana. Skoro nie dano jej żadnej kobiecej postaci, z którą mogłaby się chociaż w ułamku identyfikować, to pogapi się na Goslinga i już. Otóż nie. To naprawdę za mało.

Grzech czwarty: schlebianie „masowemu widzowi”. W tym wypadku chodzi mi o epatowanie przemocą. To zabawne, że w filmie jest scena pokazująca palenie papierosów jako nałóg głupi i paskudny, natomiast bohaterowie nawet przez sekundę nie myślą, że rozkwaszanie mózgów innych ludzi na ścianach i posadzkach może nie być jednak oczywiste z moralnego punktu widzenia. Zapewne chodziło o podlizanie się temu widzowi, którego nie uwiodło piękne światło w scenie nad rzeką oraz uniknięcie etykietki kina „niszowego”. Tak przypuszczam, bo po co wsadzać komuś widelec w oko w filmie, który poza tym jest w klimacie niemal onirycznym.

Wizualnie jedno z najlepszych ujęć w filmie, ale czy fabularnie te dosadne sceny przemocy naprawdę były potrzebne?

Przy tym wszystkim daleka jestem od twierdzenia, że Drive był filmem słabym. Wręcz przeciwnie – to bardzo przyzwoite kino sensacyjne, z mnóstwem nawiązań i smaczków. Fakt, że scenariusz był mocno miałki, zrównoważyły rewelacyjne zdjęcia i muzyka (przez moment chciałam się przyczepić, że żeruje na sentymencie współczesnych 30-latków do klimatów z lat 80-tych, ale w końcu się rozmyśliłam. Zapewne dlatego, że sama jestem 30-latką z sentymentem do lat 80-tych). Znalazło się w nim kilka naprawdę świetnych scen (najbardziej zapadła mi w pamięć scena z burdelu i oczywiście ta z windy). Tym niemniej nie zgodzę się z opinią, że film jest świeży. Wręcz przeciwnie. Wszystkie wyżej wymienione powody sprawiają, że kino Hollywoodzkie od lat stoi w miejscu i jak widać, jeszcze przez wiele lat z niego nie ruszy. Skoro filmy w rodzaju Drive uchodzą za nowatorskie, to na żadną rewolucję się nie zapowiada.

6 thoughts on “Drive, czyli droga donikąd

  1. Piąteczka? Poza zdjęciami i muzyką dobrze wspominam Oscara Isaaca (miał w sobie jakieś życie). A tak do dzisiaj nie wiem o co tyle halo.

  2. Film mi się podobał, nie na tyle żeby obejrzeć go drugi raz, ale był na tyle interesujący, że nie zasnęłam. Wg mnie to bardziej film do przeżywania estetycznego niż do intelektualnego ucztowania (nawet jeśli jest tam tyle odniesień kulturalnych).

    Przejrzałam sobie wcześniejsze Twoje wpisy – mamy trochę zbliżony gust.Też lubię wymienione przez Ciebie Rudzielce (oglądałaś pierwszy sezon „Homeland”?), Sarah Shahi (ale nie „Fairly Legal”) i parę innych 😉

    • Dla mnie jednak za mało było w nim do przeżywania właśnie. Estetycznie świetny, ale kompletnie mnie nie poruszył.

      Oczywiście, że oglądałam Homeland! Rewelacja. Sarah Shahi najlepsza była w The L Word, ale gdzie indziej też niczego sobie. Czasem mnie kusi, żeby obejrzeć jakiś odcinek Fairly Legal ze względu na nią, ale tyle jest innych, lepszych rzeczy, że szkoda mi na to czasu…

  3. Pingback: 2012 – popkulturalne podsumowanie | Kacza Zupa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s