Problem prawdy

Uwielbiam literaturę młodzieżową. Może dlatego, że w przeciwieństwie do wielu ludzi nie uważam, aby nastolatki były istotami głupimi, nieodpowiedzialnymi i niedouczonymi. Owszem, czasami tak się zachowują, ale głównie są jednak zagubionymi ludźmi w bardzo trudnym wieku. Niestety, wielu producentów produktów dla młodzieży (bo czasem młodzieżowego kina i literatury nie da się inaczej nazwać) zdaje się być odmiennego zdania. Wychodzą chyba z założenia, że skoro taki nastolatek niewiele jeszcze czytał i oglądał, da się mu wepchnąć każdy kit, jaki tylko przyjdzie do głowy autorowi czy scenarzyście.

Tymczasem moim zdaniem powieść dla młodzieży to jeden z trudniejszych gatunków literackich, a tych dobrych jest na rynku jak na lekarstwo. Trudność wynika głównie z faktu, że pisze się książkę dla kogoś, kim się nie jest (jeszcze trudniej jest napisać dobrą książkę dla dzieci, ale o tym może w innym poście).  Autor, zanim zabierze się do pracy, powinien najpierw przypomnieć sobie siebie z czasów nastoletnich. Jeśli tego nie zrobi (a najczęściej nie robi), albo popadnie w moralizatorstwo, albo napisze coś miałkiego, co natychmiast uleci z pamięci. Po drugie, należy zdecydować się na pewną konwencję. Nastolatek to człowiek, który właśnie wyrasta z dzieciństwa. Wychowywał się na baśniach i to właśnie one (jeśli wierzyć Bettelheimowi) pomagały mu radzić sobie z rzeczywistością. Teraz nagle zaczyna dostrzegać ich nieadekwatność do rzeczywistości. Baśnie przestają mu wystarczać. [Doskonale pamiętam moment, kiedy wyrosłam z baśni. Doszłam wtedy do wniosku, że uwielbiana przeze mnie dotąd Małgorzata Musierowicz kłamie, jej opowieści nie mają nic wspólnego z moim życiem i obraziłam się na nią na dobre dziesięć lat.] Z jednej strony pragnie czegoś prawdziwego, życiowego, a z drugiej baśń wciąż jest najlepiej mu znaną formą opowieści. Darzy ją ogromnym zaufaniem i sentymentem. Stąd m.in. popularność wątków paranormalnych w powieściach dla młodzieży, które są rozwiązaniem wpół drogi – bajkami, ale rozgrywającymi się w już dorosłym świecie. Autor staje więc przed trudnym wyborem. Jeśli zdecyduje się na formę baśniową, może narazić się na zarzuty, że pisze zbyt dziecinnie. Gdy wybierze „twardą rzeczywistość”, może nie trafić do nastolatków, wciąż spragnionych obecności magii.

Jednak najważniejszym elementem, którego nie może zabraknąć w dobrej książce młodzieżowej, jest prawda. Nastolatki widzą świat w bardzo czarno-białych kolorach. Szarości nie są dla nich. Być może właśnie dlatego tak bardzo wyczulone są na fałsz. Tymczasem dorosły z całej siły stara się tej prawdy nie powiedzieć. Przecież chciałby takiego nastolatka czegoś nauczyć, poprowadzić go, dodać mu otuchy. Dlatego nie może (a przynajmniej tak mu się wydaje) pisać o sprawach trudnych. I nastolatek musi tę prawdę dośpiewać sobie sam. Pół biedy, jeśli trochę pogrzebie w sieci i na swój użytek tworzy fanfiction (w których tematy seksu, okaleczeń, tragedii, straty pojawiają się przecież nagminnie*), gorzej, jeśli dojdzie do wniosku, że dorośli kłamią i nikomu nie warto ufać. Oczywiście w książkach dla młodzieży brakuje prawdy na każdy temat, nie tylko na tematy trudne. Ale akurat te traktuje się wyjątkowo lekceważąco.

Do czego zmierzam? Otóż z moich obserwacji wynika, że aby książka młodzieżowa mogła stać się międzynarodowym bestsellerem, musi jednak ten pierwiastek prawdy posiadać. Popatrzmy.

Zmierzch

Zaraz! Zmierzch? Bajeczka o skrzących się wampirach niby ma być prawdziwa? Moim zdaniem właśnie tak. Długo próbowałam rozgryźć, o co chodzi ze Zmierzchem. Podobnie jak zapewne większość z was, przyglądałam się fankom tej historii (nierzadko w moim wieku albo starszym) z mieszaniną niesmaku i fascynacji. Jak to możliwe, żeby dorosła kobieta śliniła się do nadopiekuńczego, błyszczącego gogusia i uważała go za chodzący ideał? Jak można czytać tę książkę, napisaną niczym średniej jakości fanfik, z wypiekami na twarzy po kilka, kilkanaście razy? W zrozumieniu tego fenomenu pomógł mi właśnie Bettelheim i jego Cudowne i pożyteczne. O znaczeniach i wartościach baśni**. Otóż Stephenie Meyer, jak przypuszczam zupełnie niechcący, napisała klasyczną baśń. Baśń archetypiczną i terapeutyczną, której bohaterowie nie są żywymi ludźmi (mimo szczegółowych opisów tego, w co się ubrali i co jedzą), ale wyobrażeniami naszych cech charakterów, typów osobowości, części naszego psyche. Można się z tego śmiać, ale bohaterka wyrusza w podróż po coś, czego wszyscy bardzo pragniemy (chociaż różnie to przeżywamy) – miłość. Ma odwagę nie tylko po nią sięgnąć, ale również o nią walczyć. Nastolatki, które dopiero wkraczają w świat związków, zaczynają rozumieć, że nawet z mężczyzną naszych marzeń nie wszystko samo się ułoży, bo nasza psychika jest zbyt skomplikowana, żeby idealnie dopasować się do drugiej osoby. Dorosłe kobiety patrzą ponownie na swoje życie i zastanawiają się, czy nie poświęciły w związkach zbyt dużej części siebie. Nie twierdzę, że to jest dobra książka, ani nawet, że rozumiem jej fanki. Ale autorka niechcący napisała prawdę i właśnie dzięki temu Zmierzch odniósł sukces na całym świecie.

Harry Potter

Największą siłą powieści J. K. Rowling jest niewątpliwie to, że rośnie ona razem z czytelnikiem. Mam jednak na myśli nie tyle treści powieści (która faktycznie z czasem staje się coraz bardziej mroczna), ale formę. Pierwsze dwie książki cyklu mają charakter całkowicie baśniowy. Dorośli właściwie w nich nie występują, a jeśli już, to raczej jako karykatury samych siebie. Bohaterowie skazani są wyłącznie na swoją odwagę i pomysłowość, a mimo to dwukrotnie udaje im się pokonać potężnego wroga. Taka forma – baśni – najlepiej przemawia do młodszych czytelników, którzy nie potrafią jeszcze w pełni zrozumieć motywacji dorosłych ludzi. Harry Potter i Więzień Azkabanu ma charakter przejściowy. Wprawdzie to jeszcze bajka, ale coraz więcej w niej elementów świata dorosłych. W dwóch kolejnych części sagi baśń i świat realny mieszają się ze sobą. Ostatnie dwa tomy dzieją się w świecie czarodziejów, ale to już nie baśnie, raczej fantastyka. Tutaj baśniowe rozwiązanie nie sprawdzają się. Tutaj pierwszeństwo mają twarde prawa rzeczywistości.

Sama forma zapewne nie wystarczyłaby do tego, żeby autorka odniosła sukces. Ale J. K. Rowling nie okłamuje swoich nastoletnich czytelników. W jej książkach nie brakuje straty, bólu, żalu, wyrzutów sumienia, zmagań z depresją. Bohaterowie sagi muszą poradzić sobie z negatywnymi uczuciami. Autorka nie pozwoliła  im się łatwo wykpić z trudnych sytuacji, a niewygodnych spraw nie zamiotła pod dywan. Harry, aby zwyciężyć, musi zmierzyć się nie tylko ze swoim odwiecznym wrogiem, ale przede wszystkim ze sobą. Dopiero wtedy może stać się dorosły.

Igrzyska Śmierci

O Igrzyskach  Śmierci piszę trochę na wyrost, bo przeczytałam tylko pierwszy tom. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to tom świetny właśnie dlatego, że autorka (znów autorka! Czy to przypadek, że największe bestsellery młodzieżowe napisały kobiety? 😉 ) również napisała prawdę. Igrzyska Śmierci nie mają formy baśniowej (chociaż dzieją się w alternatywnej rzeczywistości). Pokazują ponurą twarz rzeczywistości, jak mało która powieść dla młodzieży. Mówią o tym, że źli ludzie nie zawsze zasługują na śmierć, a nawet, że nie zawsze są naprawdę źli. O tym, że w życiu nie raz będziemy musieli dokonywać wyborów, z którymi będziemy się czuli podle, chociaż wcale nie chcieliśmy nikogo zranić. O tym, że dorosłość jest trudna, często nie do zniesienia, a jednak nie pozostaje nam nic innego, jak żyć dalej. A także o tym, że czasem okoliczności definiują to, kim jesteśmy, chociaż tak bardzo pragnęlibyśmy, żeby było inaczej. Niewiele jest książek dla młodzieży, które tak mało dodają otuchy, ale tak dużo pozwalają zrozumieć. Nie ulega wątpliwości, że o sukcesie Igrzysk Śmierci zadecydowało właśnie to, że niczego nie owijają w bawełnę.

Wydaje się jednak, że twórcy i wydawcy powieści dla młodzieży (to samo dotyczy zresztą czasopism, filmów itp.) albo nie potrafią, albo nie chcą dostrzec, że ich czytelnicy nie są tacy głupi, jak by się mogło wydawać. Zresztą prawda w ogóle nie jest dziś w cenie. Nie wiedzieć czemu ludziom wydaje się, że lepiej sprzedają się marzenia. Może i tak. Sądzę jednak, że prawda jest towarem tyleż cennym, co deficytowym i dlatego nie należy jej ignorować.

PS. Jeśli wystarczy mi sił i zacięcia, planuję wyprodukować jeszcze drugi koszmarnie długi post, tym razem o kinie młodzieżowym. Ale może mi to zająć dużo czasu, bo do tego tekstu przymierzałam się chyba ze dwa miesiące, a to nic dobrego nie wróży…


* Zainteresowanym tematem bardzo polecam teksty Catherine Tosenberger (można je upolować w sieci), m.in. The epic love story of Sean and Dean oraz Homosexuality at the Online Hogwarts: Harry Potter Slash Fanfiction.

** Polecam również artykuł, którego autorki doszły właściwie do tych samych wniosków co ja, tylko trochę z innej strony: http://www.nowamatkapolka.pl/plugins/_newsedit/news/51/index.php?lang=pl

4 comments

  1. Ach ten Bettelheim! Tyle się człowiek z niego dowiedzieć może, że aż potem trudno się od tego uwolnić 😛

    Fajny wpis, Noido 🙂 Właściwie zgadzam się ze wszystkim, co tu napisałaś. Też uważam, że gdy twórcy i wydawcy zwracają się do młodzieży z pozycji tych – którzy wiedzą – lepiej nic dobrego, z tego nie może wyjść. Czego jak czego, ale protekcjonalnego traktowania i wciskania kitu nastolatki nie znoszą. W pewien sposób twórca musi się z nimi utożsamić (stąd dość częsta narracja pierwszoosobowa), by młodzi czytelnicy nie czuli się jak coś gorszego. I zapewne dlatego tak wiele dobrych książek wyszło spod ręki kobiet – bardziej wyrozumiałych, lepiej rozumiejących emocje, zdolnych do empatii. Może to trochę stereotypowe, ale chyba coś w tym jest.

    @ „Zmierzch” – ja bym Twoją teorię rozciągnęła, na cały gatunek romansu. Ta akurat książka nie jest najwybitniejszym przykładem z tego gatunku, nie jest nawet dobrym paranormalem. Jak popatrzeć na daty wydań w USA, to jest jakby jeden z ostatnich, najsłabszych produktów nurtu, który miał się dobrze na 15 lat przed Meyer. Ona jest jakby znakiem, że to co najlepsze już powstało i teraz będzie już tylko gorzej. Ale miał kilka mocnych punktów (plus kampania reklamowa), dzięki którym udało się mu odnieść taki sukces. Po pierwsze, właśnie ta uproszczona prawda o życiu nastolatków i ich emocjonalności. Po drugie, nawet to, co jest fantastyczne jest mocno zakorzenione w realnych potrzebach i problemach nastolatków – nietrwałość związków/rodzin, mimo że wszyscy wyrażają potrzebę ich trwania (wiecznego trwania), wszechobecny kult młodości, urody, sukcesu, opresyjny zwłaszcza wobec młodych ludzi, lęk przed przemijaniem właściwie wszystkiego. Pod tym względem Meyer trafiła w diesiątkę. Tylko kiepsko pisze 😛

    @ kino młodzieżowe – strasznie jestem ciekawa, tego co napiszesz. W najbliższych miesiącach nastąpi cały wysyp filmów młodzieżowych, nie tylko ekranizacji książek, więc to dobry czas na rozważania 😉

    Idę czytać zalinkowane teksty.

    • Właśnie, Bettelheim jest bardzo zapładniający umysłowo 😉
      A jakie inne przykłady romansów masz na myśli? Romanse paranormalne spod znaku Sookie Stackhouse i Anity Blake? Myślę, że taka literatura kierująca się emocjami nie musi być dobrze napisana, żeby chwycić. Pomyślmy chociażby o Samotności w sieci. Iluż ludzi się tym zachwycało! I to wcale przecież nie dlatego, że lubili czytywać szmirę. O miłości w ogóle bardzo ciężko jest pisać, nie popadając w sentymentalizm albo czarnowidztwo.
      Jeśli nie uda ci się znaleźć tekstów Tosenberger, daj znać, wyślę ci na pocztę, bo mam je na komputerze.

      • Wydaje mi się, że struktura romansu w dużej mierze spełnia założenia baśni. Może większość z nich nie ma tak symbolicznego znaczenia i nie jest tak bogata w wartości, ale swoją strukturą przypominają baśń.
        Co do autorek romansów paranormalnych, to przed Meyer o wampirach i wilkołakach pisały: Christine Feehan (1999), Sherrilyn Kenyon (2002), Kelley Armstrong (2001), Kim Harrison (2004), Gena Showalter (2004), tylko w Polsce były wydane dopiero po „Zmierzchu”. Na rynku zachodnim jest ich nawet więcej. Ale myślę sobie, że od uzależnienia od „Zmierzchu” mogłaby pomóc nawet lektura „Sagi o Ludziach Lodu” (wydaje mi się, że to był odpowiednik „Zmierzchu” 15 lat temu).

        Myślałam też nad tą kiepska jakością książki Meyer i doszłam do wniosku, że to co mnie drażniło – kiepski styl – też może być wyznacznikiem baśni. Meyer każdej postaci przypisała od jednego do kilku stałych przymiotników i na pierwszy rzut oka to wada, bo świadczy o ubogim słownictwie pisarki. Ale w baśni postaci też mają stały repertuar określeń, które najczęściej robią za imiona – złotowłosa, czerwony kapturek itd.
        Za Tosenberg będę bardzo wdzięczna 🙂 Mój mail: miho_kw@wp.pl

        Dziękuję bardzo, Noido 🙂

  2. Właśnie, a jeszcze przed autorkami, które wymieniłaś, była Laurell K. Hamilton, która od 1993 roku publikuje (zresztą bardzo fajne, przynajmniej do piątego tomu, bo tyle przeczytałam) powieści o Anicie Blake. Też romansów paranormalnych w nich nie brakuje. Ale jej powieści nie są tak mocno nacechowane emocjonalnie jak Zmierzch. Głównie chodzi w nich o akcję, a nie, jak u Meyer, o uczucia. Powieści Meyer właściwie przecież nie mają akcji, opisują tylko stany emocjonalne bohaterki.

    Ciekawa uwaga odnośnie stylu. Myślę, że pewne uproszczenia faktycznie mogą świadczyć o bajkowym charakterze powieści, chociaż sądzę, że i baśń można napisać ładnym językiem i dobrym stylem 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s