Zachodnia brama, czyli siła przyciągania szmiry

Ostatnimi czasy rzadko bywam w bibliotece, ale nawet kiedy uczęszczałam tam regularnie, półkę z nowościami omijałam szerokim łukiem. Po pierwsze, i tak nigdy nie stało na niej nic ciekawego, a po drugie, nawet jeśli trafiło się coś godnego zainteresowania, okazywało się przeważnie, że lista oczekujących na tę lekturę jest dłuższa niż kolejka do Krakowskiego Kredensu w przeddzień świąt Wielkanocy. Toteż naprawdę nie wiem, jak to się stało, że tym razem ledwie przestąpiłam progi zacnego przybytku, nieznana siła pchnęła mnie w kierunku wiadomego regału. Stała tam cała masa harlequinów, trzy pozycje autorek, które bardzo chciałyby być Stephenie Meyer, ale nawet to nie zostało im dane, piąta wydana w tym roku powieść Joanny Chmielewskiej oraz gruba cegła o przyciągającej wzrok bordowej okładce i niewiele mówiącym tytule Zachodnia brama, autorstwa niejakiego Henrika Bordera.

Wiedziona szatańskim zapewne podszeptem wzięłam tę ostatnią do ręki. Bestseller New Your Timesa! – krzyczały napisy na okładce – Spektakularny debiut! Najlepsza powieść gotycka od czasów Oddechu Marcy! Wzdrygnęłam się lekko, bo nie lubię tak nachalnej reklamy, a na dodatek w życiu nie słyszałam o Oddechu Marcy. Ale nic to, w dzisiejszych ciężkich dla czytelnictwa czasach wydawcy reklamują się jak mogą, postanowiłam więc spojrzeć na streszczenie z tyłu. Okazało się całkiem zachęcające. Akcja powieści rozgrywa się pod koniec XVIII wieku. Członkowie nieszczególnie wyrafinowanego i niezbyt popularnego gabinetu osobliwości (wśród nich m.in. kobieta z brodą, gadający pies i dziecko z trzema rękami) snują się bez celu po bezdrożach północnej Francji. Próbują zarobić na życie występami oraz drobną szulerką, ale bez większego powodzenia,  bo rolnicy w regionie są tyleż ubodzy, co wredni i kompletnie pozbawieni potrzeby rozrywki. Perspektywa zbliżającej się zimy każe przymierającej głodem grupie dziwaków wyruszyć na południe, gdzie według legendy pogoda bardziej sprzyja podróżnym, rolnicy są zamożniejsi, a wino mniej jedzie siarką. Ruszają więc, ale nie zajdą daleko – zaledwie po kilku dniach podróży trafiają na samotne, opuszczone zamczysko, w którym postanawiają schronić się przed nadchodzącą burzą gradową. Do zamczyska wchodzą przez bramę wschodnią.

Lektura jest gruba, ma przeszło 600 stron. Powinnam była od razu pojąć, że to kolejny z szeregu znaków ostrzegawczych – tak grube tomiszcza rzadko udaje się początkującym autorom utrzymać w ryzach. Jakby tego było mało, okazało się, że zupełnie nikt książki nie zarezerwował, chociaż jak już wspomniałam, na nowości zazwyczaj chętnych nie brakuje. Byłam ślepa jak ćma lecąca w stronę ognia – zamiast odłożyć utwór na półkę i natychmiast o nim zapomnieć, wzięłam go ze sobą do domu.

Ach, co to był za gniot! Wątek główny rozwijał się może i ciekawie, ale bardzo trudno było go śledzić, ponieważ poboczne mnożyły się jak króliki na wiosnę. Oprócz grupy głównych bohaterów, których historie od czasów narodzin zostały nam szczegółowo przedstawione już na samym początku, na pierwszych 100 stronach powieści pojawiły się przynajmniej dwadzieścia trzy inne Niezwykle Ważne Dla Rozwoju Powieści Osoby. Ich losów również nam nie oszczędzono. Zanim trupa dziwolągów zdołała zakończyć swój pierwszy nieudany występ i udać się na zagon buraków, żeby ukraść coś na kolację, poznaliśmy godność wszystkich mieszkańców niewielkiego miasteczka St Michelle sur Loir, w którym rozpoczyna się akcja książki. I żeby to jeszcze były normalne imiona! Nie. Autor najwyraźniej ma głęboki kompleks arystokratyczny, ponieważ nazwisko żadnego z bohaterów nie miało mniej niż trzy człony. Nawet pies nazywał się Gruber Jons Fitzpatrick Von Terenhof. Wraz z rosnącą w postępie geometrycznym liczbą bohaterów, rosła również liczba wydarzeń niesamowitych. Każden jeden osobnik co najmniej raz w swoim życiu spotkał wampira, ducha, szczękające niewidzialnymi zębami stworzenie z niebieskiej ektoplazmy albo chociaż uciekał przed piorunem kulistym. Do tego autor zaczął silić się na filozoficzne przemyślenia, gwałtowne zwroty akcji, intrygi i romanse. Sama nie wiem, co było gorsze – rozważania o niesprawiedliwości ówczesnego systemu społecznego w wykonaniu psa Grubera, czy niezwykle sugestywna scena amorów pomiędzy kobietą z brodą a 1,5 metrowym, porośniętym łuską Chińczykiem-cyklopem.

Mniej więcej po 350 stronach ostatecznie pomylili mi się wszyscy Charpentierowie de Pourbaix-Levittoux, przestałam też rozumieć, kto się z kim brata, a kogo zdradza. Resztę książki raczej pospiesznie przekartkowałam, niż wnikliwie przeczytałam. Z tego, co zrozumiałam, pod zachodnią bramę bohaterowie z niezrozumiałych dla mnie powodów nigdy nie dotarli. Może autor w natłoku wydarzeń po prostu o niej zapomniał.

Wniosek z tej smutnej przygody czytelniczej jest prosty – szmira jest tyleż pociągająca, co zdradliwa.

Zachodnia Brama, Henrik Border
Wydawnictwo Twój Mrok, seria Dekapitacja,
2011


Więcej o książce tutaj.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s